Przejdź do treści

Życie PRZED i PO adopcji

Kto może je opisać lepiej niż osoba, która doświadczyła zarówno życia przed jak i po adopcji. To głos dorosłej osoby Eweliny, która była adoptowana w dzieciństwie. Bardzo ważny głos, który wnikliwemu czytelnikowi pozwoli znaleźć odpowiedzi na wiele pytań – szczególnie tych dotyczących jawności adopcyjnej. Zapraszam do lektury części pierwszej, kolejna część już za tydzień.

Moje życie dzieli się na Przed adopcją i Po niej. Dziś, kiedy mam 38 lat nie umiem jeszcze odpowiedzieć na pytanie, który czas był lepszy a który gorszy. Nie wiem jeszcze, który odcisnął na mnie większe piętno, z którym już nie zmagam się na co dzień, ale które jest we mnie nadal silne.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

O tym, że jestem sierotą, dowiedziałam się mając siedem lat. Moja mama odeszła od nas, gdy miałam 1,5 roku. Moja starsza siostra miała 2,5 roku. Z opowieści rodzinnych wiem, że nie zrobiło to na mnie wrażenia. Że już wtedy była dla mnie obcą osobą, której obecność była mi obojętna. Przyjeżdżała raz na kilka lub kilkanaście tygodni, więc kiedy odeszła na dobre, w sumie wszyscy wokół odetchnęli, że przynajmniej wiadomo, na czym stoimy. Że nie czekamy, kiedy wróci. Mieszkałam z siostrą u babci. To było małe kolejowe miasteczko, gdzie wszyscy się znali. Prości ludzie, zwyczajne problemy, dzieci biegające po hałdach węgla przy torach.

W domu zawsze czekała babcia i raz na kilka tygodni przyjeżdzał nasz tato, który na codzień pracował na saksach. Zanim skończyłam sześć lat, nigdy ponoć nie pytałam o mamę.

Bawiliśmy się zawsze na podwórku, mieliśmy wszyscy te same szare ubrania i obiad o tej samej porze. Nie wiedziałam, że jestem inna bo nie mam mamy. Nikt mnie o to nie pytał a dla mnie to było naturalne.

Była babcia, siostra a mamy przecież nie pamiętałam. Jedni mieli siostry, ale nie mieli braci, inni mieli braci, ale nie mieli dziadków. Ja miałam siostrę, babcię i tatę, ale nie miałam mamy. Nic nadzwyczajnego dla sześciolatki.
Codzienność się zmieniła, kiedy zmarł tato. Latem, tuż po moich szóstych urodzinach, przyszedł telegram, że tato miał wypadek w Dortmundzie. Ten moment już pamiętam – babcię, która z telegramem w ręku usiadła na werandzie. Szyby były gorące od promieni, a weranda zalana rozżarzonym słońcem. Nie pamiętam, co działo się potem. Pamiętam dokładnie tylko tę chwilę. Wszystkie szczegóły. Białą miskę z niebieskim wzorkiem, w której babcia chwilę wcześniej robiła sałatkę. Cukiernicę na brzegu stołu. Sznurek na klamce, z którego babcia robiła knoty do zniczy. Pamiętam tę chwilę doskonale mimo, że minęło ponad 30 lat.
Potem był pogrzeb. Ten dzień też pamiętam doskonale. Moja siostra miała taką ładną, dziewczęcą sukienkę, a mi kazali ubrać brzydką sukienkę z grubego granatowego materiału z dwoma wielkimi guzikami z przodu, których chciałam się pozbyć. Tego dnia nic więcej mnie nie interesowało. Wiedziałam, że to pogrzeb mojego taty. Zwykła sprawa.
Dorośli wokół też chyba nie byli specjalnie poruszeni. Nikt się mną nie zajmował bardziej niż zwykle. Obiad, siedź prosto, załóż kapcie, przynieś ogórki z kuchni, pogrzeb i powrót do domu. Zwyczajny dzień.

Dzisiaj myślę, że to był ostatni dzień mojego normalnego dzieciństwa – Szczęśliwego dzieciństwa. Nawet jeśli bez matki, ale z siostrą, z babcią, z tym samym podwórkiem, z tym samym mieszkaniem, łóżkiem i sąsiadami. Jeśli o jakimś miejscu myślę, że jest moje, to właśnie o tym małym miasteczku. Od dnia pogrzebu nigdy już tam nie byłam. 

Nie wiedziałam, co to jest adopcja. Nie miałam pojęcia, co to jest dom dziecka ani rodzina zastępcza. Nagle w naszym domu zaczęły się wizyty ciotki i kuzynów. Nagle był hałas, babcia cały czas gdzieś dzwoniła. Zamieszanie.
Pamiętam jakiś obiad, kiedy wszyscy siedzieli wokół stołu, a ja stałam z boku i patrzyłam na nich nie rozumiejąc o czym rozmawiają. Ten moment też pamiętam doskonale. Stałam jak za szybą, nie tyle nie rozumiejąc, o czym rozmawiają dorośli. Ja po prostu nie słyszałam, o czym rozmawiają, a stałam przecież obok.
To taki sam moment, jak czasem się zagapimy. Niby patrzymy, a nie widzimy tego, co jest przed nami. Ja się tak zagapiłam właśnie. Zastygłam. Dziś, po latach, mam takie poczucie, że to był moment, w którym moje serce rozprysło się albo skamieniało. To wtedy, mając te sześć lat, patrzyłam jak mój dotychczasowy świat właśnie rozpływa się za szybą.
Adopcja poszła bardzo szybko. Nikt mi o niczym nie mówił, o nic nie pytał. Po prostu przyjechała ciotka z Opola i zabrała mnie do siebie. Zabrałam ze sobą tylko takiego czerwonego pluszowego lisa. Już wtedy był tak wytarty i wypłowiały i ogon mu się ledwo trzymał. Miałam go ze sobą jeszcze kilkanaście lat później.
Czas PO adopcji
Nagle zamieszkałam w obcym dużym mieście, gdzie za klika dni poszłam do zerówki. Blok, ciotka i wujek, dwoje starszego rodzeństwa. Znowu wszyscy odetchnęli z ulgą. Jak wtedy, kiedy odeszła moja matka. Dla dorosłych, teraz mogłam mieć w końcu normalne życie. Normalny dom, z dwojgiem dorosłych, nowe rodzeństwo, nową szkołę, nowe ubrania, nawet imię miałam nowe. Było łatwiej wołać Ewa niż Ewelina. Krócej. Tu nikt nie pytał o moją mamę, o mojego tatę. Zaczęłam nowe życie.
Musiałam po prostu tylko zapomnieć o przeszłości. Zamazać wszystko, co było. Nie wracać, nie myśleć, nie pytać. Być tym nowym dzieckiem, które „może jeszcze wyjść na ludzi”. Tylko, że… ja nie zapomniałam. Pamiętałam mojego tatę, o którym nikt nie mówił. Wiedziałam już, że gdzieś powinna być moja prawdziwa mama.

Wujek mnie nie chciał. Miał dwoje własnych dzieci i niepotrzebne mu były dwie kolejne córki. Ciotka się uparła, że dadzą radę. Że dadzą radę z czwórką a nawet piątką dzieci. I tak rok później urodziła się moja młodsza przyrodnia siostra.

Dalsza rodzina stawiała ciotkę za wzór. Non stop słyszałam, jaka jest wspaniała i dzielna. Jak sobie poradziła po śmierci brata. Jak szlachetną jest osobą. Mnie nikt o nic nie pytał. Nikt mnie nigdy nie zapytał o mamę, o tatę, o babcię. Byłam takim niewidzialnym dzieckiem. Nigdy o nic nie prosiłam, nie skarżyłam się, nie śmiałam. Czytałam książki, rysowałam i kiedy nikt nie widział, siadałam przy oknie z policzkiem opartym o zimną szybę, przytulając tego starego pluszowego lisa. Chowałam go za łóżkiem, pod oknem, przy kaloryferze. I kiedy wszyscy zasypiali, to ja go stamtąd wyciągałam i siedziałam czasem kilka godzin przytulona do tej szyby. Patrzyłam w pozapalane okna w mieszkaniach naprzeciwko. Zgadywałam, co się tam dzieje, kto tam mieszka i co teraz robi. W ciagu dnia nic nie czułam. W nocy lubiłam się przytulać do tej zimnej szyby i czuć to zimno na skórze. To było jedyne uczucie, które umiałam w sobie tak naprawdę poczuć. Nie umiałam poczuć radości, smutku czy złości. Byłam jak zamrożona. Tylko ta szyba sprawiała, że coś czułam. Wiele lat tak spędzałam noce, zasypiając w kącie na siedząco.

Wtedy nie rozumiałam, że ta rodzina musiała mnie zaadoptować. Że tak naprawdę nie mieli wyboru. Nie mogli pozwolić na oddanie mnie do domu dziecka albo do dalszej rodziny bo „w tej rodzinie tak się nie robi”. Zaadoptowała mnie bliska rodzina, która mnie tak naprawdę nie chciała. Nie było żadnych problemów z adopcją, żadnych spotkań, szkoleń i zapytań z ośrodka adopcyjnego. Dzisiaj jest we mnie ogromny żal, że ani sąd ani kurator, nikt nie zainteresował się tak naprawdę, czy ta rodzina jest gotowa na przyjęcie dziecka, które najpierw zostało porzucone przez matkę a potem osierocone przez ojca. Mając siedem lat już wiedziałam, jak to jest, kiedy nie chce Cię rodzona matka. Wiedziałam, jak to jest stracić tatę. Wiedziałam, jak to jest, kiedy nagle nie ma tej jedynej siostry obok i tej babci, która była tą jedyną osobą przy mnie od zawsze. Teraz dowiedziałam się, jak to jest trafić do rodziny, która wcale Cię nie chce. Dzisiaj, kiedy już wiem, że to była adopcja pod presją, to lepiej rozumiem, dlaczego te dziesięć lat, które spędziłam z tamtą rodziną, były dla mnie tak trudnym i smutnym okresem. Wtedy myślałam, że mam szczęście, że ktoś mnie wziął do siebie.

My, dzieci adoptowane, musimy milczeć. Zwłaszcza te porzucone. Jeśli rodzona matka mnie zostawiła, to dlaczego ktoś inny miałby niby mnie chcieć? Nie wierzymy w piękne słowa. Sprawdzamy.

Pamiętam, jak siedziałam w kuchni i szybko cięłam nożyczkami nową firankę. Wiedziałam, że jak zrobię coś nie tak, to ci mnie też oddadzą. Nie chciałam czekać w niepewności w nieskończoność, tylko chciałam już mieć to za sobą. Pamiętam, jak moja nowa mama mówiła, że chce tylko od życia, żebyśmy studia pokończyli i mieli pracę. Od kiedy zostałam adoptowana, wiedziałam, że muszę być posłuszna i nie sprawiać kłopotów. Przecież od zawsze wiadomo, że dzieci adoptowane to pasmo problemów. Kiedy buntuje się dziecko biologiczne, to jest to normalny etap rozwoju. Jeśli buntuje się dziecko adoptowane, to wiadomo, że w końcu geny dały o sobie znać. Kiedy wszyscy wokół są pod wrażeniem, że twoja matka zaadoptowała dziecko, to nie możesz być sobą. Musisz być namacalnym „sukcesem wychowawczym” tej dzielnej kobiety. Musisz być dowodem, że „warto adoptować dzieci, bo one mogą wyjść na ludzi w normalnej rodzinie”. My, adoptowane dzieci, będziemy w zaparte utwierdzać wszystkich w tym przekonaniu.
Już za tydzień ciąg dalszy opowiadania o życiu Eweliny po adopcji. Poznacie finał, z dorosłym życiem włącznie.

E-wersja magazynu Chcemy Być Rodzicami do kupienia tutaj!

—————————————————
Magdalena Modlibowska – szefowa działu Adopcja w magazynie Chcemy Być Rodzicami, aktywistka w środowisku adopcyjnym, autorka książki „Odczarować adopcję”, „Księga Adoptowanego Dziecka”, współautorka książki „Jak tu począć”, autorka wielu artykułów adopcyjnych, menadżer, coach zdrowia, prezes Fundacji „Po adopcji”, wiceprezes Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Prywatnie mama trójki dzieci.

Magdalena Modlibowska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

„Dlaczego nie chcecie mieć dziecka?” – powieść, która działa terapeutycznie

dlaczego nie chcecie mieć dziecka?

Anita Miller w książce “Dlaczego nie chcecie mieć dziecka” opisuje trudną drogę do rodzicielstwa Ani i Jacka. Zaczęli od zakochania, pełni szczęścia i pewności, że chcą założyć rodzinę. Później pojawiła się diagnoza, klinika leczenia niepłodności, depresja Ani, dni przeleżane w łóżku i przepłakane noce. Był gabinet psychiatryczny, “dobre rady” bliskich, nietaktowne pytania dalszych, ból, strach i samotność. Swoje szczęście znaleźli zupełnie gdzie indziej, niż się spodziewali. Zagościło w ich życiu po telefonie z ośrodka adopcyjnego.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zobacz też: Gdy wygrała walkę z niepłodnością postanowiła zostać… dawczynią macicy!

Opowieść o „staraczce”

Książka Anity Miller to portret kobiety, która zatraciła się w swoim pragnieniu bycia matką. Autorka szczerze i bez przesadnego owijania w bawałnę relacjonuje myśli, emocje i doświadczenia bohaterki, tak bardzo autentyczne, prawdopodobne i powszechne wśród kobiet leczących się z powodu niepłodności.

Ania – staraczka z powieści Miller, to młoda, realizująca się zawodowo kobieta, na którą diagnoza “endometrioza” spada jak grom z jasnego nieba. Niepłodność i słabe rokowania leczenia, cztery nieudane próby zapłodnienia in vitro kończą się depresją, myślami samobójczymi i wycofaniem z życia. W pewnym momencie, powodowana poczuciem winy i bezradnością, Ania chce nawet rozstać się ze swoim partnerem, by nie rujnować jego szans na bycie ojcem i szczęśliwe życie.

Zobacz też: Jak rozmawiać z dzieckiem o in vitro i niepłodności?

Olśnienie

Bohaterka Anity Miller tak silnie skupia się na swoim celu – zajściu w ciążę, że traci z oczu swoje pasje i inne niż macierzyństwo życiowe cele. Na przemian odzyskuje i traci nadzieję, załamuje się i staje do walki, leczenie niepłodności pochłania całą jej energię.

Któregoś dnia przychodzi do niej olśnienie, wyzwalająca myśl: “Ja wcale nie chcę być w ciąży, ja chcę mieć dziecko! Mogę adoptować dziecko!”.  

Zobacz też: Wsparcie po poronieniu – powstały dedykowane kartki okolicznościowe

Literatura terapeutyczna

Dla kobiet leczących niepłodność powieść “Dlaczego nie chcecie mieć dziecka?” może działać teraputycznie. Pozwala obserwować procesy wewnętrzne bohaterki, daje przestrzeń na porównanie ich ze swoimi własnymi przeżyciami, refleksję nad tym, co przeżywamy. Czytanie o podobnych do naszych perypetiach życiowych bohaterki pozwala nam dostrzec, na które doświadczenia mogłybyśmy spojrzeć inaczej, daje możliwość zobaczenia ich niejako z boku.

To może być doskonały punkt wyjścia do pracy nad trudnymi emocjami i pierwszy krok do odzyskania spokoju. I, co bardzo ważne, zobaczenia, że to, co przeżywamy jest też udziałem  innych kobiet, jest całkowicie normalna i adekwatną reakcją na trudną sytuację.

Nie chodzi o to, żeby koniecznie – tak, jak bohaterka – szukać szczęścia w adopcji. Raczej o to, by spokojnie przyjrzeć się jej i swoim własnym przeżyciom i wyciągnąć z tej refleksji wnioski dla siebie.

Dla osób, które nie mają doświadczenia niepłodności, ale mają bliskie osoby, które starają się o dziecko lub pracują z takimi osobami, książka Miller to szansa na lepsze wczucie się w stan umysłowy osoby w tym położeniu. A to może pociągać za sobą lepsze zrozumienie tej osoby oraz efektywniejszą komunikację i wsparcie.

E-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami znajdziesz tutaj. 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.

Gdy najmłodsi odchodzą – rola hospicjum dla dzieci

Fundacja Gajusz udziela wsparcia nieuleczalnie chorym dzieciom i ich rodzinom oraz dzieciom, które zaraz po urodzeniu zostały oddane przez rodziców do okna życia lub pozostawione w szpitalu. Kampania „Zmierzch” informuje o wyjątkowości opieki w hospicjach dziecięcych.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Wsparcie 24/7

Fundacja Gajusz prowadzi hospicjum dla nieuleczalnie chorych dzieci. Lekarze, pielęgniarki i wolontariusze Fundacji towarzyszą dzieciom i ich rodzinom w tym najtrudniejszym dla nich momencie życia, wspierają ich w trakcie choroby i śmierci dziecka.

Hospicjum działa w trzech trybach: domowym, stacjonarnym i perinatalnym. Stan zdrowia części dzieci umożliwia im przebywanie w rodzinnym domu. W takich sytuacjach wystarczajacym rozwiązaniem jest pomoc dochodząca. Lekarze, pielegniarki i wolontariusze Fundacji zjawiają się na telefon w domu malucha, by udzielić mu fachowej pomocy. Jeśli stan dziecka jest ciężki,  mimo to dziecko pozostaje w domu, pracownicy i wolontariusze Fundacji spędzają czas w domu dziecka i wspierają je nieprzerwanie tak długo, jak to konieczne.

W hospicjum stacjonarnym Fundacji Gajusz mieszka kilkanaścioro dzieci. Każde z nich wymaga specjalistycznej opieki medycznej, ale także czułości i bliskości. Dlatego opiekunki, pielęgniarki, lekarze i wolontariusze dbają, by miały wszystko, czego potrzebują. Jak  przyznają same pielegniarki i opiekunki: nigdy nie wiadomo, ile wspólnego czasu im zostało. Ale robią wszystko, by wspólnie z małymi pacjentami przejść przez najtrudniejsze chwile.

Kiedy dzień urodzin to dzień śmierci

Opieka hospicyjna perinatalna zaczyna się, kiedy chory maluch jest jeszcze w brzuchu mamy. Są to przypadki, w których w trakcie ciąży rozpoznano tak zwaną wadę letalną, a matka zdecydowała się donosić ciążę. Kiedy wiadomo, że dziecko nie przeżyje porodu lub umrze niedługo po przyjściu na świat i nie ma możliwości zastosowania skutecznego leczenia, lekarze, pielęgniarki, wolontariusze i psycholodzy towarzyszą rodzicom. Są z nimi od momentu diagnozy do końca ciąży i w trakcie porodu. Jeśli dziecko przeżyje, zostaje objęte całodobową opieką hospicjum domowego lub stacjonarnego.

Do tej grupy wad genetycznych należą na przykład nieprawi­dłowości chromosomowe np. trisomia 13 (zespół Patau), trisomia 18 (zespół Edwardsa), zespoły wad wrodzonych, wady wrodzone poszczególnych na­rządów lub układów, np. agenezja ne­rek, czy bezczaszkowie.

Kampania “Zmierzch” 

Właśnie o dzieciach, które umierają chwilę po urodzeniu opowiada film zrealizowany przez Fundację Gajusz w ramach kampanii. Kampania “Zmierzch” informuje o wyjątkowości opieki w hospicjach dziecięcych. Zaprosiliśmy do udziału w niej niezwykłych ochotników, którzy odczytali poruszający list mamy żegnającej nowo narodzone dziecko – piszą twórcy kampanii. Podkreślają, że skierowanie do hospicjum nie zawsze oznacza, że dzieci szybko nas opuszczą. Niektórzy podopieczni korzystają z pomocy hospicjum przez wiele miesięcy, a nawet lat. Pracownicy hospicjom mówią, że zdarzają się też cuda – niektóre dzieci udaje się wyleczyć i zostają wypisane do domu. Głosem kampanii jest Grzegorz Turnau. Jego utwór pt. „Zmierzch” stał się motywem przewodnim akcji.

Kiedy rodzina dowiaduje się, że ich maleństwo jest nieuleczalnie chore, razem przechodzimy przez zmierzch. By rozproszyć zmrok, trzeba mieć przynajmniej świeczkę. W naszym przypadku to wiedza i doświadczenie oraz profesjonalny ekwipunek, tj. leki oraz sprzęt medyczny. Ciemność będzie bolesna i przerażająca, ale światło pozwoli ją odrobinę rozjaśnić, by ostrożnie stawiać kroki w kierunku poranka   czytamy na stronie kampanii “Zmierzch”.

Pomoc psychoonkologiczna

Fundacja Gajusz zapewnia też pomoc psychologiczną dla dzieci chorujących na nowotwory i ich rodzin. Codziennie zespół psychologów pojawia się na oddziale onkologicznym łódzkiego szpitala dziecięcego, gdzie pomaga dzieciom i ich rodzinom we wszystkich szczególnie trudnych momentach: wspiera lekarzy w trakcie przekazywania diagnozy, spędza czas z rodzicami i pomaga im rozmawiać z dzieckiem o chorobie, udziela wsparcia w trakcie nawrotu choroby lub pogorszenia się stanu zdrowia dziecka.

Tuli Luli

Tuli Luli to ośrodek preadopcyjny Fundacji Gajusz. Trafiają tu niemowlęta, którymi nie mogą lub nie chcą zajmować się ich biologiczni rodzice. Pozostają z pracownikami Fundacji i wolontariuszami do momentu znalezienia rodziny adopcyjnej. Dzieci czują się w Tuli Luli jak w domu – śpią w sypialniach, o których wystrój zadbali projektanci. Żadne dziecko ani przez chwilę nie czuje się samotne, każdy podopieczny Fundacji ma swojego opiekuna i wolontariuszy, chętnych do tulenia, przewijania i zabaw. W razie potrzeby, na przykład w przypadku wcześniaków, dziećmi zajmuje się również fizjoterapeuta i logopeda.

Wychowawców i podopiecznych ośrodka Tuli Luli poznasz oglądając [WIDEO].

By wesprzeć działania Fundacji Gajusz i pomóc dzieciom można: Przekazać 1% podatku na rzecz Fundacji, Wpłacić darowiznę, Zostać wolontariuszką/wolontariuszem Fundacji [klik]

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Dzieci premiera Morawieckiego na okładce „SE” i wiadomość o tym, że są adoptowane – kto aż tak przekroczył granice?!

Fot. Flickr Kancelaria Premiera, Public domain / okładka "Super Expressu" || * Twarze dzieci zamazała redakcja.

W ostatnich dniach przetoczyła się przez media dyskusja, czy okładka „Super Expressu” przedstawiająca premiera Morawieckiego z rodziną, była przekroczeniem granic przez gazetę, czy jednak „ustawką”. Co najbardziej uderzające, okładka pokazała małych bohaterów tej historii bez ukrytych twarzy i z wielkim napisem: „Morawiecki adoptował dwoje dzieci”.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Po publikacji zawrzało. Początkowo niemalże wszyscy dziennikarze, niezależnie od swoich upodobań politycznych, stanęli po stronie premiera. „SE” został solidnie skrytykowany, jako prasa wchodząca w zbyt intymne szczegóły życia polityka oraz co najważniejsze, potencjalnie szkodliwa dla jego dzieci. Pojawiały się nawet głosy, że do tej pory nie wiedziały one o tym, iż są adoptowane. Na szczęście szybko wątpliwości w tej sprawie zostały rozwiane – dzieci miały tego świadomość.

Wielki, trudny znak zapytania

Szybko jednak pojawiły się wątpliwości, czy oby na pewno nie była to tzw. ustawka z tabloidem. Czy w okresie przedwyborczym nie zostało to wykorzystane do kreowania wizerunku człowieka rodzinnego, dobrego, tworzącego dom potrzebującym dzieciom. Co więcej, czy nie jest to też forma zdyskredytowania książki, która ma ukazać się pod koniec maja i będzie opisywała wiele, zapewne niełatwych dla premiera kwestii – „Delfin. Mateusz Morawiecki” Piotra Gajdzińskiego i Jakuba N. Gajdzińskiego (swoją drogą, ona także budzi wiele wątpliwości w zakresie etyki, bowiem pierwszy z wymienionych tu autorów był kiedyś podwładnym premiera).

Wielu dziennikarzy głośno mówi, iż prawdopodobnie fakt adopcji stał się jedną z politycznych zagrywek. Wskazywać może na to chociażby dość „lekkie” przyjęcie sprawy przez szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Michała Dworczyka. Początkowo okazywał on oburzenie, a później sam udzielił wywiadu „SE”. Czy gdyby rzeczywiście tak rażące wkroczenie w prywatność premiera było zaskoczeniem dla jego otoczenia politycznego, to nie skończyłoby się to po prostu sądem i rozmowami za pośrednictwem prawników?

Co więcej, jak wskazuje dziennikarka z wieloletnim doświadczeniem (robi to anonimowo), redakcja raczej nie narażałaby się w kwestii publikacji twarzy dzieci, gdyby nie była spokojna o dalszy ciąg sprawy: „Są tu dwie możliwości: albo w redakcji pracują same tumany, w co osobiście nie wierzę, albo redakcja dobrze wiedziała, że nie musi obawiać się pozwu na grube pieniądze” – mówi w rozmowie z naTemat.

Opinie dziennikarzy, źródło – Twitter:

* Twarze dzieci zamazała redakcja, nie będziemy pokazywać ich na naszym portalu.

Koniec końców

Wątpliwości jest w tej sprawie znacznie więcej. Co jednak budzi największe oburzenie – niezależnie już od faktu, kto stał za publikacją zdjęć – to niewątpliwie wykorzystanie dzieci. Zarówno w przypadku, gdyby było to niezależnie działanie „SE”, jak i zupełnie pozbawiona wyobraźni emocjonalnej ustawka, to niestety podjęli się jej dorośli ludzie. Ludzie, którzy przynajmniej teoretycznie powinni móc przewidzieć konsekwencje. Sęk w tym, że owe ewentualne konsekwencje poniosą przede wszystkim dzieci.

Czy naprawdę tak trudno jest wyobrazić sobie, jak ogromny wpływ ma na życie człowieka fakt, iż jest adoptowany? Z iloma traumami może się to wiązać? Z iloma relacjami do przepracowania? Że może jest to coś, czym dzieci nie chciałyby się nigdy dzielić, a teraz de facto nie mają już szansy o tym zdecydować?

Być może w tym przypadku okaże się, że nie odbije się to negatywnie na najmłodszych bohaterach tej historii – oby. Decydując się jednak na takie publikacje, lepiej chyba założyć „najgorsze” i prewencyjnie powstrzymać się przed tymi kilkoma zdjęciami i słowami. Znakomicie sprawdza się tu zdanie Tocqueville’a: „Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka” – wolność dzieci niewątpliwie została w tym wypadku naruszona.

Zobacz też: „Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – mocne słowa, które zderzają wyobrażenie z rzeczywistością

Źródła: wirtualnemedia / naTemat

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.