Przejdź do treści

Życie PRZED i PO adopcji

Kto może je opisać lepiej niż osoba, która doświadczyła zarówno życia przed jak i po adopcji. To głos dorosłej osoby Eweliny, która była adoptowana w dzieciństwie. Bardzo ważny głos, który wnikliwemu czytelnikowi pozwoli znaleźć odpowiedzi na wiele pytań – szczególnie tych dotyczących jawności adopcyjnej. Zapraszam do lektury części pierwszej, kolejna część już za tydzień.

Moje życie dzieli się na Przed adopcją i Po niej. Dziś, kiedy mam 38 lat nie umiem jeszcze odpowiedzieć na pytanie, który czas był lepszy a który gorszy. Nie wiem jeszcze, który odcisnął na mnie większe piętno, z którym już nie zmagam się na co dzień, ale które jest we mnie nadal silne.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

O tym, że jestem sierotą, dowiedziałam się mając siedem lat. Moja mama odeszła od nas, gdy miałam 1,5 roku. Moja starsza siostra miała 2,5 roku. Z opowieści rodzinnych wiem, że nie zrobiło to na mnie wrażenia. Że już wtedy była dla mnie obcą osobą, której obecność była mi obojętna. Przyjeżdżała raz na kilka lub kilkanaście tygodni, więc kiedy odeszła na dobre, w sumie wszyscy wokół odetchnęli, że przynajmniej wiadomo, na czym stoimy. Że nie czekamy, kiedy wróci. Mieszkałam z siostrą u babci. To było małe kolejowe miasteczko, gdzie wszyscy się znali. Prości ludzie, zwyczajne problemy, dzieci biegające po hałdach węgla przy torach.

W domu zawsze czekała babcia i raz na kilka tygodni przyjeżdzał nasz tato, który na codzień pracował na saksach. Zanim skończyłam sześć lat, nigdy ponoć nie pytałam o mamę.

Bawiliśmy się zawsze na podwórku, mieliśmy wszyscy te same szare ubrania i obiad o tej samej porze. Nie wiedziałam, że jestem inna bo nie mam mamy. Nikt mnie o to nie pytał a dla mnie to było naturalne.

Była babcia, siostra a mamy przecież nie pamiętałam. Jedni mieli siostry, ale nie mieli braci, inni mieli braci, ale nie mieli dziadków. Ja miałam siostrę, babcię i tatę, ale nie miałam mamy. Nic nadzwyczajnego dla sześciolatki.
Codzienność się zmieniła, kiedy zmarł tato. Latem, tuż po moich szóstych urodzinach, przyszedł telegram, że tato miał wypadek w Dortmundzie. Ten moment już pamiętam – babcię, która z telegramem w ręku usiadła na werandzie. Szyby były gorące od promieni, a weranda zalana rozżarzonym słońcem. Nie pamiętam, co działo się potem. Pamiętam dokładnie tylko tę chwilę. Wszystkie szczegóły. Białą miskę z niebieskim wzorkiem, w której babcia chwilę wcześniej robiła sałatkę. Cukiernicę na brzegu stołu. Sznurek na klamce, z którego babcia robiła knoty do zniczy. Pamiętam tę chwilę doskonale mimo, że minęło ponad 30 lat.
Potem był pogrzeb. Ten dzień też pamiętam doskonale. Moja siostra miała taką ładną, dziewczęcą sukienkę, a mi kazali ubrać brzydką sukienkę z grubego granatowego materiału z dwoma wielkimi guzikami z przodu, których chciałam się pozbyć. Tego dnia nic więcej mnie nie interesowało. Wiedziałam, że to pogrzeb mojego taty. Zwykła sprawa.
Dorośli wokół też chyba nie byli specjalnie poruszeni. Nikt się mną nie zajmował bardziej niż zwykle. Obiad, siedź prosto, załóż kapcie, przynieś ogórki z kuchni, pogrzeb i powrót do domu. Zwyczajny dzień.

Dzisiaj myślę, że to był ostatni dzień mojego normalnego dzieciństwa – Szczęśliwego dzieciństwa. Nawet jeśli bez matki, ale z siostrą, z babcią, z tym samym podwórkiem, z tym samym mieszkaniem, łóżkiem i sąsiadami. Jeśli o jakimś miejscu myślę, że jest moje, to właśnie o tym małym miasteczku. Od dnia pogrzebu nigdy już tam nie byłam. 

Nie wiedziałam, co to jest adopcja. Nie miałam pojęcia, co to jest dom dziecka ani rodzina zastępcza. Nagle w naszym domu zaczęły się wizyty ciotki i kuzynów. Nagle był hałas, babcia cały czas gdzieś dzwoniła. Zamieszanie.
Pamiętam jakiś obiad, kiedy wszyscy siedzieli wokół stołu, a ja stałam z boku i patrzyłam na nich nie rozumiejąc o czym rozmawiają. Ten moment też pamiętam doskonale. Stałam jak za szybą, nie tyle nie rozumiejąc, o czym rozmawiają dorośli. Ja po prostu nie słyszałam, o czym rozmawiają, a stałam przecież obok.
To taki sam moment, jak czasem się zagapimy. Niby patrzymy, a nie widzimy tego, co jest przed nami. Ja się tak zagapiłam właśnie. Zastygłam. Dziś, po latach, mam takie poczucie, że to był moment, w którym moje serce rozprysło się albo skamieniało. To wtedy, mając te sześć lat, patrzyłam jak mój dotychczasowy świat właśnie rozpływa się za szybą.
Adopcja poszła bardzo szybko. Nikt mi o niczym nie mówił, o nic nie pytał. Po prostu przyjechała ciotka z Opola i zabrała mnie do siebie. Zabrałam ze sobą tylko takiego czerwonego pluszowego lisa. Już wtedy był tak wytarty i wypłowiały i ogon mu się ledwo trzymał. Miałam go ze sobą jeszcze kilkanaście lat później.
Czas PO adopcji
Nagle zamieszkałam w obcym dużym mieście, gdzie za klika dni poszłam do zerówki. Blok, ciotka i wujek, dwoje starszego rodzeństwa. Znowu wszyscy odetchnęli z ulgą. Jak wtedy, kiedy odeszła moja matka. Dla dorosłych, teraz mogłam mieć w końcu normalne życie. Normalny dom, z dwojgiem dorosłych, nowe rodzeństwo, nową szkołę, nowe ubrania, nawet imię miałam nowe. Było łatwiej wołać Ewa niż Ewelina. Krócej. Tu nikt nie pytał o moją mamę, o mojego tatę. Zaczęłam nowe życie.
Musiałam po prostu tylko zapomnieć o przeszłości. Zamazać wszystko, co było. Nie wracać, nie myśleć, nie pytać. Być tym nowym dzieckiem, które „może jeszcze wyjść na ludzi”. Tylko, że… ja nie zapomniałam. Pamiętałam mojego tatę, o którym nikt nie mówił. Wiedziałam już, że gdzieś powinna być moja prawdziwa mama.

Wujek mnie nie chciał. Miał dwoje własnych dzieci i niepotrzebne mu były dwie kolejne córki. Ciotka się uparła, że dadzą radę. Że dadzą radę z czwórką a nawet piątką dzieci. I tak rok później urodziła się moja młodsza przyrodnia siostra.

Dalsza rodzina stawiała ciotkę za wzór. Non stop słyszałam, jaka jest wspaniała i dzielna. Jak sobie poradziła po śmierci brata. Jak szlachetną jest osobą. Mnie nikt o nic nie pytał. Nikt mnie nigdy nie zapytał o mamę, o tatę, o babcię. Byłam takim niewidzialnym dzieckiem. Nigdy o nic nie prosiłam, nie skarżyłam się, nie śmiałam. Czytałam książki, rysowałam i kiedy nikt nie widział, siadałam przy oknie z policzkiem opartym o zimną szybę, przytulając tego starego pluszowego lisa. Chowałam go za łóżkiem, pod oknem, przy kaloryferze. I kiedy wszyscy zasypiali, to ja go stamtąd wyciągałam i siedziałam czasem kilka godzin przytulona do tej szyby. Patrzyłam w pozapalane okna w mieszkaniach naprzeciwko. Zgadywałam, co się tam dzieje, kto tam mieszka i co teraz robi. W ciagu dnia nic nie czułam. W nocy lubiłam się przytulać do tej zimnej szyby i czuć to zimno na skórze. To było jedyne uczucie, które umiałam w sobie tak naprawdę poczuć. Nie umiałam poczuć radości, smutku czy złości. Byłam jak zamrożona. Tylko ta szyba sprawiała, że coś czułam. Wiele lat tak spędzałam noce, zasypiając w kącie na siedząco.

Wtedy nie rozumiałam, że ta rodzina musiała mnie zaadoptować. Że tak naprawdę nie mieli wyboru. Nie mogli pozwolić na oddanie mnie do domu dziecka albo do dalszej rodziny bo „w tej rodzinie tak się nie robi”. Zaadoptowała mnie bliska rodzina, która mnie tak naprawdę nie chciała. Nie było żadnych problemów z adopcją, żadnych spotkań, szkoleń i zapytań z ośrodka adopcyjnego. Dzisiaj jest we mnie ogromny żal, że ani sąd ani kurator, nikt nie zainteresował się tak naprawdę, czy ta rodzina jest gotowa na przyjęcie dziecka, które najpierw zostało porzucone przez matkę a potem osierocone przez ojca. Mając siedem lat już wiedziałam, jak to jest, kiedy nie chce Cię rodzona matka. Wiedziałam, jak to jest stracić tatę. Wiedziałam, jak to jest, kiedy nagle nie ma tej jedynej siostry obok i tej babci, która była tą jedyną osobą przy mnie od zawsze. Teraz dowiedziałam się, jak to jest trafić do rodziny, która wcale Cię nie chce. Dzisiaj, kiedy już wiem, że to była adopcja pod presją, to lepiej rozumiem, dlaczego te dziesięć lat, które spędziłam z tamtą rodziną, były dla mnie tak trudnym i smutnym okresem. Wtedy myślałam, że mam szczęście, że ktoś mnie wziął do siebie.

My, dzieci adoptowane, musimy milczeć. Zwłaszcza te porzucone. Jeśli rodzona matka mnie zostawiła, to dlaczego ktoś inny miałby niby mnie chcieć? Nie wierzymy w piękne słowa. Sprawdzamy.

Pamiętam, jak siedziałam w kuchni i szybko cięłam nożyczkami nową firankę. Wiedziałam, że jak zrobię coś nie tak, to ci mnie też oddadzą. Nie chciałam czekać w niepewności w nieskończoność, tylko chciałam już mieć to za sobą. Pamiętam, jak moja nowa mama mówiła, że chce tylko od życia, żebyśmy studia pokończyli i mieli pracę. Od kiedy zostałam adoptowana, wiedziałam, że muszę być posłuszna i nie sprawiać kłopotów. Przecież od zawsze wiadomo, że dzieci adoptowane to pasmo problemów. Kiedy buntuje się dziecko biologiczne, to jest to normalny etap rozwoju. Jeśli buntuje się dziecko adoptowane, to wiadomo, że w końcu geny dały o sobie znać. Kiedy wszyscy wokół są pod wrażeniem, że twoja matka zaadoptowała dziecko, to nie możesz być sobą. Musisz być namacalnym „sukcesem wychowawczym” tej dzielnej kobiety. Musisz być dowodem, że „warto adoptować dzieci, bo one mogą wyjść na ludzi w normalnej rodzinie”. My, adoptowane dzieci, będziemy w zaparte utwierdzać wszystkich w tym przekonaniu.
Już za tydzień ciąg dalszy opowiadania o życiu Eweliny po adopcji. Poznacie finał, z dorosłym życiem włącznie.

E-wersja magazynu Chcemy Być Rodzicami do kupienia tutaj!

—————————————————
Magdalena Modlibowska – szefowa działu Adopcja w magazynie Chcemy Być Rodzicami, aktywistka w środowisku adopcyjnym, autorka książki „Odczarować adopcję”, „Księga Adoptowanego Dziecka”, współautorka książki „Jak tu począć”, autorka wielu artykułów adopcyjnych, menadżer, coach zdrowia, prezes Fundacji „Po adopcji”, wiceprezes Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Prywatnie mama trójki dzieci.

Magdalena Modlibowska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

„Moja mama mnie kocha..ła”. Historia 9-latka rozdziera serce – kto pokocha Kubę?

Szukamy domu dla Kuby z domu dziecka
Kuba wierzy, że znajdzie się rodzina, która go pokocha – fot. Pixabay

„Ja nie mam rodziny… Moja rodzina już do mnie nie przyjeżdża. Moja mama mnie kocha..ła”. 9-letni Kuba od dwóch lat przebywa w Domu Dziecka w Orzeszu. Jak każde dziecko pragnie mieć mamę, tatę i ciepły dom. O swoich marzeniach opowiedział w rozmowie z reporterką programu „Uwaga!” TVN.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kuba trafił do domu dziecka po tym, jak porzuciła go matka. Kierownik Wojewódzkiego Ośrodka Adopcyjnego w Sosnowcu Anna Wójcik wyjaśnia, że chłopiec od samego początku bardzo chciał mieć rodzinę i był świadomy swojej sytuacji. Na początku jeszcze wierzył, że jego mama wróci. Później stracił do niej zaufanie. Nadal ma jednak nadzieję, że znajdzie się rodzina, która go pokocha.

Rok temu u Kuby wystąpiły komplikacje po zwykłym przeziębieniu. Chłopiec zachorował na wirusowe zapalenie mózgu, w wyniku którego dostał padaczki, a następnie zapadł w śpiączkę. Po wybudzeniu okazało się, że nie jest już takim dzieckiem, jak wcześniej.

Zobacz też: Aby adoptować Wiktora przejechali ponad 10 tys. km

Szukamy domu dla Kuby z domu dziecka!

Chłopiec jest niepełnosprawny intelektualnie w stopniu umiarkowanym, co znacznie obniża jego szanse na adopcję. Ma padaczkę, problemy z mówieniem, pamięcią i mniej sprawnie się porusza.

Kuba to jednak radosne dziecko. Chłopiec jest kontaktowy, samodzielny, dociekliwy, czyta i pisze. Jest uczniem trzeciej klasy w specjalnym ośrodku.

W poszukiwanie nowej rodziny dla 9-latka zaangażowała się redakcja programu „Uwaga!” TVN.

– Nie chcę być tutaj. Ja chcę mieć rodzinę – mówi reporterce „Uwagi!” Kuba.

Czy znajdzie się rodzina, która pokocha Kubusia?

Tu kupisz e-wersję magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: TVN24

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Martyna Wojciechowska adoptowała kolejną córkę. Długo trzymała ten fakt w tajemnicy

Martyna Wojciechowska adoptowała kolejną córkę
Martyna Wojciechowska i Kabula // fot. Instagram @martyna.world

Martyna Wojciechowska adoptowała Kabulę – chorującą na albinizm dziewczynę z Tanzanii. Podczas wywiadu w „Dzień Dobry TVN” dziennikarka ujawniła, że oprócz Kabuli wzięła pod swoją opiekę jeszcze jedno dziecko.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Martyna spotkała 20-letnią dziś Kabulę podczas kręcenia materiału „Kobieta na krańcu świata”. Historia dziewczyny wstrząsnęła wówczas widzami. Kabula choruje na albinizm, czyli defekt polegający na braku pigmentu w skórze, włosach i tęczówce oka.

W Tanzanii ta choroba często oznacza wyrok śmierci. Osoby dotknięte albinizmem często są prześladowane. Wśród szamanów i uzdrowicieli pokutuje przekonanie, jakoby części ciała chorych posiadały magiczną moc, która przynosi powodzenie nabywcom. Kończyny, skóra, czy włosy albinosów są używane do przyrządzania „magicznych” mikstur i eliksirów. Jednocześnie samych chorych uważa się za przeklętych i przynoszących nieszczęście.

Kabula przekonała się o tym na własnej skórze już w dzieciństwie. Pewnej nocy do jej domu zakradli się rozbójnicy, którzy trzema machnięciami maczety odrąbali dziewczynce rękę.

Zobacz także: Barbie, która inspiruje i przełamuje stereotypy. Wizerunku użyczy jej m.in. Martyna Wojciechowska

Martyna Wojciechowska adoptowała kolejną córkę

We wrześniu Wojciechowska pojawiła się wraz z Kabulą na okładce „Gazety Wyborczej” i udzieliła poruszającego wywiadu. Teraz Martyna ujawniła, że adoptowała jeszcze jedną dziewczynkę z Tanzanii – Tatu.

Jak się okazało, to Kabula poprosiła Wojciechowską o pomoc.

Mogę teraz w końcu przyznać, że od stycznia, czyli od roku Kabula ma taką siostrę. Trzymałyśmy to z Kabulą dla siebie. To była nasza tajemnica. Ma na imię Tatu, ma 15 lat. Są do siebie podobne jak dwie krople wody. Tatu też jest chora na albinizm – powiedziała w „Dzień Dobry TVN” Martyna.

Choć Kabula i Tatu nie mieszkają z Martyną, dziennikarka jest odpowiedzialna za ich utrzymanie.

Zobacz także: Adoptowali dziewczynkę z Ugandy. Kiedy poznali jej historię, odesłali dziecko

Z miłości do dzieci

W Tanzanii populacja albinosów wynosi obecnie ok. 150 tys. osób. Część z nich uciekła do Dar as-Salaam uważając, że duże miasto da im schronienie.

Podróżniczka postanowiła pomóc również innym dzieciom chorującym na albinizm. Z pomocą misjonarzy i wolontariuszy planuje zbudować w Tanzanii miejsce, w którym podopieczni będą się czuli bezpiecznie. Wojciechowska zachęca internautów na Instagramie  do wsparcia inicjatywy.

Martyna Wojciechowska ma jedno biologiczne dziecko. Marysia Błaszczyk jest córką zmarłego w zeszłym roku Jerzego Błaszyka, rekordzisty w nurkowaniu głębinowym. Podróżniczka ma pod swoją opieką jeszcze kilkoro innych dzieci pochodzących z różnych zakątków świata.

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Viva!, Ofemin, Dziennik.pl,

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.