Przejdź do treści

Znaleźć kogoś do kogo pasuję

Adopcja Poszukiwania rodziny biologicznej

Poszukiwanie biologicznych korzeni jest nieodłączną częścią adopcji. Rodzice adoptując liczą się z tym, że przyjdzie czas kiedy dziecko będzie chciało dowiedzieć się czegoś więcej o biologicznej rodzinie. Jak to wygląda w praktyce? Kto kogo poszukuje, a kto kogo może poszukiwać? Czy słusznie rodzice adopcyjni obawiają się odnalezienia ich i ich dziecka przez rodzinę biologiczną? To dylematy większości rodziców adopcyjnych. Mają one wpływ na otwartość i jawne mówienie o adopcji w rodzinie.

O tożsamości adoptowanego dziecka i o tym co to znaczy żyć bez cienia, rozmawiałam z Bożeną Łojko, prezes Fundacji Zerwane Więzi, adoptowaną w dzieciństwie (przeczytaj tutaj https://www.chcemybycrodzicami.pl/artykul/1591/zycie-bez-cienia ). Mówi, że „tożsamość jest częścią nas. Kiedy nie mamy wiedzy o swoim pochodzeniu, to nie mamy wiedzy o części nas samych. Jesteśmy więc takimi połowicznymi osobami, które nie mogą się poukładać w życiu dorosłym. ”Dlatego Ci, którzy nie mają pełnej wiedzy o tym skąd pochodzą będą szukać, bo to jest nieodzowny element zbudowania swojej tożsamości. Na forach i w grupach poszukujących  biologicznych rodzin można przeczytać relacje tych, którzy odnaleźli swoich bliskich. Łatwo tam zauważyć jak ważne to było dla nich nie tylko w kwestii uzupełnienia wiedzy o pochodzeniu, ale też zadania pytania: dlaczego tak się stało?

Kto kogo może szukać?

Przede wszystkim szukać członków rodziny biologicznej może dziecko, które było adoptowane. Nie odwrotnie. „To dziecko powinno być panem sytuacji, a nie zostać zaskoczone swoją przeszłością” – mówi Beata Saliltra, administratorka grup skupiających ludzi adoptowanych poszukujących swoich biologicznych korzeni. Dziecko nie miało wpływu na to jak ułożyła się jego historia i to jest szalenie istotne, żeby mogło dobrowolnie poznawać tą przeszłość. We własnym rytmie i zgodnie z własnymi potrzebami. Miejscem, w którym urywa się historia dla rodziny biologicznej jest sąd. Tam następuje zerwanie więzów rodziców biologicznych z dzieckiem, którego się zrzekli, lub wobec którego zostały im odebrane prawa rodzicielskie.
Rodzina biologiczna może uruchomić poszukiwania, ale tylko za pośrednictwem internetu co jest stosunkowo trudne (są im znane tylko dane sprzed adopcji),  i – jak potwierdza Pani Beata – takie poszukiwanie jest na granicy prawa. Rodzice i rodzeństwo biologiczne nie mają dostępu do nowych danych dziecka, a żaden urząd nie udostępni im tych danych, bo nie ma ku temu żadnego uzasadnienia. Dane po adopcji udostępnia się tylko osobie zainteresowanej, uczestniczącej w sprawie, czyli tylko samemu dziecku (gdy uzyska pełnoletność) lub jego rodzicom adopcyjnym, jako uczestnikom sprawy o przysposobienie. Jednak praktyka pokazuje, że rodzice biologiczni szukają dzieci, które zostały adoptowane. „Zauważyłam, że ostatnio rodzice biologiczni szukają coraz częściej. Jednak ja nie szukam dla rodziców biologicznych, czasem pomagam rodzeństwu biologicznemu, które szuka jednego ze swoich braci lub siostry oddanych do adopcji. Ale pod warunkiem, że szukana osoba jest pełnoletnia. Zawsze rozmawiam z osobą poszukującą ze strony rodziny biologicznej o motywach tych poszukiwań. Jeśli ktoś nie widział dziecka od momentu urodzenia i po kilkunastu latach mówi, że chce odnaleźć, bo kocha dziecko i tęskni za nim, trudno mi w to uwierzyć, bo przecież tej relacji nie było kiedy nawiązać, żeby czuć miłość, tęsknotę. Czy to nie jest egoizm? Zadaję pytanie czy myśli o dobru tego poszukiwanego, co jeśli ono nie wie, że było adoptowane, albo wie ale nie chce poszukiwać?” – opisuje Pani Beata i dodaje: „pytam też o wiek dziecka. Jeśli było starsze w momencie adopcji, to już pamięta, kojarzy że było adoptowane i będzie samo chciało poznać rodzinę, zatem trzeba po prostu uszanować jego prawo i dać mu możliwość zdecydowania kiedy na te poszukiwania wyruszy.”

Poszukiwania praktycznie

Kiedy adoptowane w dzieciństwie dziecko osiąga pełnoletność, może rozpocząć poszukiwania.
Część informacji mogą mieć rodzice adopcyjni w postanowieniu sądu, w którym jest orzeczona adopcja (przysposobienie). Na pewno są to dane dziecka sprzed adopcji (imię, nazwisko, czasem stary pesel) oraz imiona i nazwiska rodziców biologicznych. Często to jest wystarczające do rozpoczęcia poszukiwań rodziców biologicznych przez internet. Jednak, żeby zdobyć adres zamieszkania z czasu, gdy była adopcja trzeba pójść dalej.
KROK 1
W postanowieniu o przysposobieniu jest numer zupełnego aktu urodzenia sporządzonego we właściwym dla miejsca urodzenia Urzędzie Stanu Cywilnego na poprzednie dane dziecka. Trzeba złożyć wniosek o odpis tego zupełnego aktu (jak wnioskować kliknij tutaj https://obywatel.gov.pl/zgon/uzyskaj-odpis-aktu-stanu-cywilnego-urodzenia-malzenstwa-zgonu )
powszechnie nazywanego pierwotnym (zgodnie z ustawą o aktach stanu cywilnego jest to akt dotychczasowy). Tam będzie wpisana sygnatura akt sprawy orzekającej zrzeczenie lub pozbawienie praw rodzicielskich.
KROK 2
Mając ten numer dorosły adoptowany w dzieciństwie może zgłosić się w sądzie po wgląd w akta tej sprawy. Nie jest konieczne pisanie wniosku, wystarczy dowód tożsamości oraz postanowienie orzekające przysposobienie, które jest dokumentem poświadczającym zmianę personaliów i prawo wglądu. W taki sposób adoptowany może dowiedzieć się jakie były przyczyny takiego stanu rzeczy oraz poznać personalia i adres zamieszkania rodziców biologicznych. W pełnej dokumentacji będą oświadczenia, zeznania rodziców biologicznych, opinie biegłych a także informacja o ewentualnym starszym rodzeństwie. Jeśli zechce spotkać swoich biologicznych rodziców i rodzeństwo osobiście, może wówczas nawiązać z nimi kontakt bezpośrednio lub przy pomocy mediatora, przyjaciela, rodziców adopcyjnych.
„Jak dziecko samo przeczyta swoją historię w aktach, odbierze ją po swojemu, będzie mieć swoją opinię, pozna prawdę” – wyjaśnia Beata Salitra. Z punktu widzenia rodzica adopcyjnego to bardzo ważne, że dziecko potwierdzi we własny sposób to o czym mówili jego rodzice adopcyjni. To będą bardzo trudne pod względem emocjonalnym chwile i niezbędne jest wtedy wsparcie rodziców adopcyjnych. Nawet jeśli dziecko, już wtedy dorosłe, nie zechce fizycznej obecności rodziców podczas wizyty w sądzie czy osobistego spotkania, to wsparcie psychiczne, akceptacja, zrozumienie tego w jakim momencie jest i co przeżywa będzie silną podporą.

Zasady pomocy w poszukiwaniach

Czytając posty i komentarze można się dużo dowiedzieć. Widać, że ludzie chętnie angażują się w pomoc w odnajdywaniu poszukiwanych osób. Udostępniają posty na swoich tablicach z bardziej lub mniej dokładnymi danymi, co jest nie bez znaczenia, bo przecież ich znajomi są powiązani z kolejnymi znajomymi, itd. Zasięg rozprzestrzeniania się informacji, że ktoś kogoś szuka rośnie. Mam swoje zasady, których konsekwentnie przestrzegam zanim komuś zaoferuję pomoc – mówi Beata Salitra, nie szukam dla rodziców biologicznych i nie szukam nieletnich, bo to po prostu nielegalne. Jeśli pomagam to tylko tym, którzy tego chcą, nie działam za kogoś. Ta pomoc polega głównie na wskazywaniu ścieżki jaką można pójść. Krok po kroku, szukający szuka a jeśli utknął gdzieś po drodze i nie może pójść dalej mimo, że tego chce wskazuję co mógłby jeszcze w danej sytuacji zrobić.”
Pani Beata nie pomaga też ludziom agresywnym. „Kiedyś udzielała się w grupie dziewczyna, która próbowała wymusić podpowiedzi jak ma szukać swojej nieletniej adoptowanej siostry. Twierdziła, że obawiała się, że tamta jest bita w nowej rodzinie adopcyjnej. Od wielu lat nie miała z nią kontaktu, nie umiała wyjaśnić dlaczego rodzice biologiczni są pozbawieni praw, nie wiedziała nic o rodzicach adopcyjnych i nie umiała powiedzieć skąd takie obawy o przemoc fizyczną w nowej rodzinie. Pisała agresywne komentarze m.in. o tym, że rodzice adopcyjni powinni być kontrolowani, przecież jej siostrze może dziać się krzywda.” Na szczęście Pani Beata ma doświadczenie, dobre zna specyfikę adopcji, no i jest administratorem i może zapanować nad takimi komentarzami czy postami. Ale jest wielu ludzi, którzy nie znają specyfiki funkcjonowania ludzi w rodzinie adopcyjnej, mylą z rodzinami zastępczymi, pomagają bezmyślnie chociaż w dobrej wierze. Trzeba być bardzo ostrożnym i odpowiedzialnym zanim udostępni się jakieś informacje.
Jeśli chcemy komuś pomagać w poszukiwaniach warto pamiętać o ochronie danych osobowych, na czym czuwa prawo i Urząd wraz z Głównym Inspektorem Ochrony Danych Osobowych (GIODO). Zbieranie, publikowanie i udostępnianie jest obarczone ryzykiem kary, i to wcale nie małej. Ustawa o ochronie danych osobowych za udostępnienie danych lub umożliwienie dostępu do danych osobom nieupoważnionym przewiduje karę grzywny, karę ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2 (art. 51 ust. 1 ustawy). W szczególności jeśli chodzi o takie dane osobowe jak imię i nazwisko z datą i miejscem urodzenia. Do ich udostępniania mają prawo tylko osoby bezpośrednio zainteresowane. Pamiętajmy, że osoby adoptowane są właścicielami swoich danych sprzed adopcji, nikt inny. Zatem każdy kto udostępnia dane osób poszukiwanych, a nie swoje, naraża się na spore kłopoty i warto mieć tego świadomość, zanim kliknie się „udostępnij” na FB.
Rodzice adopcyjni nie muszą obawiać się ingerencji rodziny biologicznej w życie rodzinne gdy wychowują dziecko. Jak widać jedynym łącznikiem wiążącym dane sprzed adopcji z danymi po adopcji jest dorosły adoptowany. Tylko on ma wgląd w akta obydwu spraw: rozwiązujących jego więzy z rodziną biologiczną i zawiązującą jego więzy z rodziną adopcyjną. Prawo zadbało o to, aby nikt inny nie mieszał się do kwestii tożsamości danej osoby, która już swoje przeszła. Zaznaczam, że dziecko nie miało wpływu na to co się z jego życiem dzieje, dlatego w tym wypadku ten wpływ już powinno mieć. Inna obawa z jaką się spotkałam to, że ich dziecko w przyszłości, gdy już będzie dorosłym zerwie kontakt z rodzicami adopcyjnymi po odnalezieniu rodziny biologicznej. Praktyka tego nie potwierdza.

Rzadko zaiskrzy

Również Beata Salitra podkreśla na bazie swoich doświadczeń związanych z pomocą w poszukiwaniach, że te relacje z rodziną biologiczną wcale nie są takie oczywiste. „U osób adoptowanych i biologicznych są inne oczekiwania wobec odnalezienia. Ci, którzy byli adoptowani częściej chcą po prostu zaspokoić ciekawość, potrzebę uzupełnienia informacji, poznać prawdę o przyczynach rozstania. Z drugiej strony u rodzeństwa biologicznego, które pamięta odchodzące z rodziny dziecko może być tęsknota za swoim bratem lub siostrą, pielęgnowana przez lata rozłąki. Te zupełnie inne oczekiwania mogą doprowadzić do rozczarowania, do zaburzenia komunikacji” – mówi Salitra. Ta relacja ma słabe szanse na nawiązanie a co dopiero na rozwijanie i budowanie na niej jakiejś więzi. Często też spotkanie z rodziną biologiczną to zderzenie dwóch różnych światów, innych środowisk, sposobów wychowania, poglądów. „Dorośli, którzy byli adoptowani rzadko podtrzymują kontakt z odnalezioną rodziną, jeśli już to z rodzeństwem. Po pierwszym kontakcie dorosłych ukształtowanych już osób, albo coś zaiskrzy albo nie, a wtedy po prostu brakuje tematów do rozmów.” – podsumowuje Pani Beata.
Na zakończenie cytat z autobiograficznej książki Jeanette Winterson „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?”.  Adoptowane dzieci wymyślają się same, bo tak już musi być; od samego początku naszego życia pojawia się nieobecność, próżnia, znak zapytania. Najważniejsza część naszej opowieści znika, i to znienacka, jakby w łonie wybuchła bomba. Dziecko eksploduje do nieznanego świata, który jest poznawalny wyłącznie za pośrednictwem jakiejś opowieści – tak wszyscy żyjemy, to oczywiste, ale adopcja wrzuca nas …do opowieści po tym, jak ta już się zaczęła. „Dlatego jako rodzice adopcyjni musimy być gotowi na te poszukiwania, bo nasz dzieci czują brakującą część tej opowieści i chcą po prostu poznać jej uzupełnienie i kogoś do kogo pasują.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Magdalena Modlibowska

Autorka książek „Odczarować adopcję” i „Księga Adoptowanego Dziecka”, a także wielu artykułów dot. adopcji, , prezeska Fundacji „Po adopcji”, wiceprezeska Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Prywatnie mama trójki dzieci.

Dzieci premiera Morawieckiego na okładce „SE” i wiadomość o tym, że są adoptowane – kto aż tak przekroczył granice?!

Fot. Flickr Kancelaria Premiera, Public domain / okładka "Super Expressu" || * Twarze dzieci zamazała redakcja.

W ostatnich dniach przetoczyła się przez media dyskusja, czy okładka „Super Expressu” przedstawiająca premiera Morawieckiego z rodziną, była przekroczeniem granic przez gazetę, czy jednak „ustawką”. Co najbardziej uderzające, okładka pokazała małych bohaterów tej historii bez ukrytych twarzy i z wielkim napisem: „Morawiecki adoptował dwoje dzieci”.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Po publikacji zawrzało. Początkowo niemalże wszyscy dziennikarze, niezależnie od swoich upodobań politycznych, stanęli po stronie premiera. „SE” został solidnie skrytykowany, jako prasa wchodząca w zbyt intymne szczegóły życia polityka oraz co najważniejsze, potencjalnie szkodliwa dla jego dzieci. Pojawiały się nawet głosy, że do tej pory nie wiedziały one o tym, iż są adoptowane. Na szczęście szybko wątpliwości w tej sprawie zostały rozwiane – dzieci miały tego świadomość.

Wielki, trudny znak zapytania

Szybko jednak pojawiły się wątpliwości, czy oby na pewno nie była to tzw. ustawka z tabloidem. Czy w okresie przedwyborczym nie zostało to wykorzystane do kreowania wizerunku człowieka rodzinnego, dobrego, tworzącego dom potrzebującym dzieciom. Co więcej, czy nie jest to też forma zdyskredytowania książki, która ma ukazać się pod koniec maja i będzie opisywała wiele, zapewne niełatwych dla premiera kwestii – „Delfin. Mateusz Morawiecki” Piotra Gajdzińskiego i Jakuba N. Gajdzińskiego (swoją drogą, ona także budzi wiele wątpliwości w zakresie etyki, bowiem pierwszy z wymienionych tu autorów był kiedyś podwładnym premiera).

Wielu dziennikarzy głośno mówi, iż prawdopodobnie fakt adopcji stał się jedną z politycznych zagrywek. Wskazywać może na to chociażby dość „lekkie” przyjęcie sprawy przez szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Michała Dworczyka. Początkowo okazywał on oburzenie, a później sam udzielił wywiadu „SE”. Czy gdyby rzeczywiście tak rażące wkroczenie w prywatność premiera było zaskoczeniem dla jego otoczenia politycznego, to nie skończyłoby się to po prostu sądem i rozmowami za pośrednictwem prawników?

Co więcej, jak wskazuje dziennikarka z wieloletnim doświadczeniem (robi to anonimowo), redakcja raczej nie narażałaby się w kwestii publikacji twarzy dzieci, gdyby nie była spokojna o dalszy ciąg sprawy: „Są tu dwie możliwości: albo w redakcji pracują same tumany, w co osobiście nie wierzę, albo redakcja dobrze wiedziała, że nie musi obawiać się pozwu na grube pieniądze” – mówi w rozmowie z naTemat.

Opinie dziennikarzy, źródło – Twitter:

* Twarze dzieci zamazała redakcja, nie będziemy pokazywać ich na naszym portalu.

Koniec końców

Wątpliwości jest w tej sprawie znacznie więcej. Co jednak budzi największe oburzenie – niezależnie już od faktu, kto stał za publikacją zdjęć – to niewątpliwie wykorzystanie dzieci. Zarówno w przypadku, gdyby było to niezależnie działanie „SE”, jak i zupełnie pozbawiona wyobraźni emocjonalnej ustawka, to niestety podjęli się jej dorośli ludzie. Ludzie, którzy przynajmniej teoretycznie powinni móc przewidzieć konsekwencje. Sęk w tym, że owe ewentualne konsekwencje poniosą przede wszystkim dzieci.

Czy naprawdę tak trudno jest wyobrazić sobie, jak ogromny wpływ ma na życie człowieka fakt, iż jest adoptowany? Z iloma traumami może się to wiązać? Z iloma relacjami do przepracowania? Że może jest to coś, czym dzieci nie chciałyby się nigdy dzielić, a teraz de facto nie mają już szansy o tym zdecydować?

Być może w tym przypadku okaże się, że nie odbije się to negatywnie na najmłodszych bohaterach tej historii – oby. Decydując się jednak na takie publikacje, lepiej chyba założyć „najgorsze” i prewencyjnie powstrzymać się przed tymi kilkoma zdjęciami i słowami. Znakomicie sprawdza się tu zdanie Tocqueville’a: „Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka” – wolność dzieci niewątpliwie została w tym wypadku naruszona.

Zobacz też: „Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – mocne słowa, które zderzają wyobrażenie z rzeczywistością

Źródła: wirtualnemedia / naTemat

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

„Dlaczego nie chcecie mieć dziecka?” – powieść, która działa terapeutycznie

dlaczego nie chcecie mieć dziecka?

Anita Miller w książce “Dlaczego nie chcecie mieć dziecka” opisuje trudną drogę do rodzicielstwa Ani i Jacka. Zaczęli od zakochania, pełni szczęścia i pewności, że chcą założyć rodzinę. Później pojawiła się diagnoza, klinika leczenia niepłodności, depresja Ani, dni przeleżane w łóżku i przepłakane noce. Był gabinet psychiatryczny, “dobre rady” bliskich, nietaktowne pytania dalszych, ból, strach i samotność. Swoje szczęście znaleźli zupełnie gdzie indziej, niż się spodziewali. Zagościło w ich życiu po telefonie z ośrodka adopcyjnego.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zobacz też: Gdy wygrała walkę z niepłodnością postanowiła zostać… dawczynią macicy!

Opowieść o „staraczce”

Książka Anity Miller to portret kobiety, która zatraciła się w swoim pragnieniu bycia matką. Autorka szczerze i bez przesadnego owijania w bawałnę relacjonuje myśli, emocje i doświadczenia bohaterki, tak bardzo autentyczne, prawdopodobne i powszechne wśród kobiet leczących się z powodu niepłodności.

Ania – staraczka z powieści Miller, to młoda, realizująca się zawodowo kobieta, na którą diagnoza “endometrioza” spada jak grom z jasnego nieba. Niepłodność i słabe rokowania leczenia, cztery nieudane próby zapłodnienia in vitro kończą się depresją, myślami samobójczymi i wycofaniem z życia. W pewnym momencie, powodowana poczuciem winy i bezradnością, Ania chce nawet rozstać się ze swoim partnerem, by nie rujnować jego szans na bycie ojcem i szczęśliwe życie.

Zobacz też: Jak rozmawiać z dzieckiem o in vitro i niepłodności?

Olśnienie

Bohaterka Anity Miller tak silnie skupia się na swoim celu – zajściu w ciążę, że traci z oczu swoje pasje i inne niż macierzyństwo życiowe cele. Na przemian odzyskuje i traci nadzieję, załamuje się i staje do walki, leczenie niepłodności pochłania całą jej energię.

Któregoś dnia przychodzi do niej olśnienie, wyzwalająca myśl: “Ja wcale nie chcę być w ciąży, ja chcę mieć dziecko! Mogę adoptować dziecko!”.  

Zobacz też: Wsparcie po poronieniu – powstały dedykowane kartki okolicznościowe

Literatura terapeutyczna

Dla kobiet leczących niepłodność powieść “Dlaczego nie chcecie mieć dziecka?” może działać teraputycznie. Pozwala obserwować procesy wewnętrzne bohaterki, daje przestrzeń na porównanie ich ze swoimi własnymi przeżyciami, refleksję nad tym, co przeżywamy. Czytanie o podobnych do naszych perypetiach życiowych bohaterki pozwala nam dostrzec, na które doświadczenia mogłybyśmy spojrzeć inaczej, daje możliwość zobaczenia ich niejako z boku.

To może być doskonały punkt wyjścia do pracy nad trudnymi emocjami i pierwszy krok do odzyskania spokoju. I, co bardzo ważne, zobaczenia, że to, co przeżywamy jest też udziałem  innych kobiet, jest całkowicie normalna i adekwatną reakcją na trudną sytuację.

Nie chodzi o to, żeby koniecznie – tak, jak bohaterka – szukać szczęścia w adopcji. Raczej o to, by spokojnie przyjrzeć się jej i swoim własnym przeżyciom i wyciągnąć z tej refleksji wnioski dla siebie.

Dla osób, które nie mają doświadczenia niepłodności, ale mają bliskie osoby, które starają się o dziecko lub pracują z takimi osobami, książka Miller to szansa na lepsze wczucie się w stan umysłowy osoby w tym położeniu. A to może pociągać za sobą lepsze zrozumienie tej osoby oraz efektywniejszą komunikację i wsparcie.

E-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami znajdziesz tutaj. 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.

Gdy najmłodsi odchodzą – rola hospicjum dla dzieci

Fundacja Gajusz udziela wsparcia nieuleczalnie chorym dzieciom i ich rodzinom oraz dzieciom, które zaraz po urodzeniu zostały oddane przez rodziców do okna życia lub pozostawione w szpitalu. Kampania „Zmierzch” informuje o wyjątkowości opieki w hospicjach dziecięcych.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Wsparcie 24/7

Fundacja Gajusz prowadzi hospicjum dla nieuleczalnie chorych dzieci. Lekarze, pielęgniarki i wolontariusze Fundacji towarzyszą dzieciom i ich rodzinom w tym najtrudniejszym dla nich momencie życia, wspierają ich w trakcie choroby i śmierci dziecka.

Hospicjum działa w trzech trybach: domowym, stacjonarnym i perinatalnym. Stan zdrowia części dzieci umożliwia im przebywanie w rodzinnym domu. W takich sytuacjach wystarczajacym rozwiązaniem jest pomoc dochodząca. Lekarze, pielegniarki i wolontariusze Fundacji zjawiają się na telefon w domu malucha, by udzielić mu fachowej pomocy. Jeśli stan dziecka jest ciężki,  mimo to dziecko pozostaje w domu, pracownicy i wolontariusze Fundacji spędzają czas w domu dziecka i wspierają je nieprzerwanie tak długo, jak to konieczne.

W hospicjum stacjonarnym Fundacji Gajusz mieszka kilkanaścioro dzieci. Każde z nich wymaga specjalistycznej opieki medycznej, ale także czułości i bliskości. Dlatego opiekunki, pielęgniarki, lekarze i wolontariusze dbają, by miały wszystko, czego potrzebują. Jak  przyznają same pielegniarki i opiekunki: nigdy nie wiadomo, ile wspólnego czasu im zostało. Ale robią wszystko, by wspólnie z małymi pacjentami przejść przez najtrudniejsze chwile.

Kiedy dzień urodzin to dzień śmierci

Opieka hospicyjna perinatalna zaczyna się, kiedy chory maluch jest jeszcze w brzuchu mamy. Są to przypadki, w których w trakcie ciąży rozpoznano tak zwaną wadę letalną, a matka zdecydowała się donosić ciążę. Kiedy wiadomo, że dziecko nie przeżyje porodu lub umrze niedługo po przyjściu na świat i nie ma możliwości zastosowania skutecznego leczenia, lekarze, pielęgniarki, wolontariusze i psycholodzy towarzyszą rodzicom. Są z nimi od momentu diagnozy do końca ciąży i w trakcie porodu. Jeśli dziecko przeżyje, zostaje objęte całodobową opieką hospicjum domowego lub stacjonarnego.

Do tej grupy wad genetycznych należą na przykład nieprawi­dłowości chromosomowe np. trisomia 13 (zespół Patau), trisomia 18 (zespół Edwardsa), zespoły wad wrodzonych, wady wrodzone poszczególnych na­rządów lub układów, np. agenezja ne­rek, czy bezczaszkowie.

Kampania “Zmierzch” 

Właśnie o dzieciach, które umierają chwilę po urodzeniu opowiada film zrealizowany przez Fundację Gajusz w ramach kampanii. Kampania “Zmierzch” informuje o wyjątkowości opieki w hospicjach dziecięcych. Zaprosiliśmy do udziału w niej niezwykłych ochotników, którzy odczytali poruszający list mamy żegnającej nowo narodzone dziecko – piszą twórcy kampanii. Podkreślają, że skierowanie do hospicjum nie zawsze oznacza, że dzieci szybko nas opuszczą. Niektórzy podopieczni korzystają z pomocy hospicjum przez wiele miesięcy, a nawet lat. Pracownicy hospicjom mówią, że zdarzają się też cuda – niektóre dzieci udaje się wyleczyć i zostają wypisane do domu. Głosem kampanii jest Grzegorz Turnau. Jego utwór pt. „Zmierzch” stał się motywem przewodnim akcji.

Kiedy rodzina dowiaduje się, że ich maleństwo jest nieuleczalnie chore, razem przechodzimy przez zmierzch. By rozproszyć zmrok, trzeba mieć przynajmniej świeczkę. W naszym przypadku to wiedza i doświadczenie oraz profesjonalny ekwipunek, tj. leki oraz sprzęt medyczny. Ciemność będzie bolesna i przerażająca, ale światło pozwoli ją odrobinę rozjaśnić, by ostrożnie stawiać kroki w kierunku poranka   czytamy na stronie kampanii “Zmierzch”.

Pomoc psychoonkologiczna

Fundacja Gajusz zapewnia też pomoc psychologiczną dla dzieci chorujących na nowotwory i ich rodzin. Codziennie zespół psychologów pojawia się na oddziale onkologicznym łódzkiego szpitala dziecięcego, gdzie pomaga dzieciom i ich rodzinom we wszystkich szczególnie trudnych momentach: wspiera lekarzy w trakcie przekazywania diagnozy, spędza czas z rodzicami i pomaga im rozmawiać z dzieckiem o chorobie, udziela wsparcia w trakcie nawrotu choroby lub pogorszenia się stanu zdrowia dziecka.

Tuli Luli

Tuli Luli to ośrodek preadopcyjny Fundacji Gajusz. Trafiają tu niemowlęta, którymi nie mogą lub nie chcą zajmować się ich biologiczni rodzice. Pozostają z pracownikami Fundacji i wolontariuszami do momentu znalezienia rodziny adopcyjnej. Dzieci czują się w Tuli Luli jak w domu – śpią w sypialniach, o których wystrój zadbali projektanci. Żadne dziecko ani przez chwilę nie czuje się samotne, każdy podopieczny Fundacji ma swojego opiekuna i wolontariuszy, chętnych do tulenia, przewijania i zabaw. W razie potrzeby, na przykład w przypadku wcześniaków, dziećmi zajmuje się również fizjoterapeuta i logopeda.

Wychowawców i podopiecznych ośrodka Tuli Luli poznasz oglądając [WIDEO].

By wesprzeć działania Fundacji Gajusz i pomóc dzieciom można: Przekazać 1% podatku na rzecz Fundacji, Wpłacić darowiznę, Zostać wolontariuszką/wolontariuszem Fundacji [klik]

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.