Przejdź do treści

Zjeść ciastko i mieć ciastko

W ostatnim numerze Chcemy Być Rodzicami ukazał się felieton Izy (www.krotki.blog.pl) pt. Zjeść ciastko i mieć ciastko. W felietonie tym Iza opisywała swoje uczucia po odwiedzinach w Ośrodku Adopcyjnym. Do felietonu zamieszczamy komentarz Magdaleny Modlibowskiej, matki adopcyjnej i autorki m.in. „Księgi Adoptowanego Dziecka”

Zjeść ciastko i mieć ciastko, Iza, krotki.blog.pl

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kiedy zakończyć walkę z niepłodnością i rozpocząć starania o adopcję? Czy jest jakaś granica, za którą wiemy, że nie ma już odwrotu?

Pytanie o moment zakończenia leczenia spędza sen z powiek niejednej niepłodnej parze. Czy dwie, trzy nieudane inseminacje to górna granica naszej wytrzymałości na ingerencję medyczną? A może mamy za sobą 10 transferów in vitro? 10 transferów, które się nie udały, ale przecież jest szansa, że kolejna próba w końcu się powiedzie…

Wielu osobom, u których przedłuża się leczenie (to nieskuteczne, ale wciąż dające nadzieję), trudno zaakceptować fakt, że podejście do adopcji oznacza całkowite zamknięcie procesu leczenia. Ośrodki adopcyjne z kolei nie akceptują działania na dwa fronty – prób leczenia i ubiegania się o adopcję. Wymagają zakończenia terapii i przepracowania straty, pogodzenia się z tym, że nie mogę mieć „swoich” dzieci.

Obie drogi, zarówno leczenie, jak i proces adopcyjny, trwają jednak bardzo długo. Nie ma nikogo, kto powie, która ścieżkę należy wybrać. Chcąc wykorzystać w pełni pierwszą możliwość, a potem rozpocząć i przejść drugą – poświęcamy bardzo dużo czasu. Część osób powie, że ten czas straciła…

Przyglądamy się z mężem sprawie adopcji, najpierw tylko przez dziurkę od klucza. Wybraliśmy się do ośrodka adopcyjnego na otwarte spotkanie dla par zainteresowanych tematem. Było kilka małżeństw takich jak my – zwykłych ludzi, którzy na ustach mają uśmiechy, za sobą dużo przejść, a chcą po prostu normalnie żyć.

Pracownica ośrodka tłumaczyła nam, na czym polega proces adopcyjny, czego możemy się spodziewać, ile czasu potrwa cała procedura szkoleń oraz oczekiwanie na dziecko.

– Mówiła pani, że proces adopcyjny trwa bardzo długo i lepiej pomyśleć o tym wcześniej – zwróciłam się do prowadzącej. – Jednak zazwyczaj pary nie wiedzą wcześniej, że powinny były zacząć starania o adopcję. Czy można więc zacząć szkolenie adopcyjne, kiedy ma się np. transfery in vitro?

– Nie, nie, absolutnie nie, trzeba zakończyć leczenie, to konieczny warunek – ucięła nasza informatorka, nie dając nawet możliwości negocjowania o jeden zarodek.

Kilka osób na spotkaniu podniosło głowy, najwidoczniej usłyszały o tej zasadzie po raz pierwszy.

– Jak to, nie można się już leczyć? – zapytała dziewczyna siedząca na drugim końcu sali.

– Nie. Wymagamy zaświadczenia od lekarza o przyczynach nieposiadania dziecka na drodze naturalnej.

– A kiedy trzeba je przynieść? – sąsiadka drąży temat. – Można na koniec szkolenia…?

Do tego muru doszliśmy nie tylko my…

Kiedy przerwać leczenie?

Ktoś mądry poradził mi kiedyś, aby po zbadaniu wszelkich parametrów medycznych zapytać samą siebie, ile jest we mnie sił: fizycznych i psychicznych. Jak wiele czasu potrzebuję na pozbieranie się po smutkach? Jak w związku z tym planować swoją przyszłość?

Co teraz zrobić?  Dziś wiem, że skłamię. Skłamiemy z mężem oboje. Mam z tym problem. Przykro mi i trudno się do tego przyznać. Dawać sobie i innym przyzwolenie na mówienie nieprawdy. Ale zrobię to. Miałam kilka transferów. Straciłam dwie ciąże. Został mi jeden zarodek, który z powodów zdrowotnych musi na mnie zaczekać dłużej. Skłamię, bo nie mam większych złudzeń, że się uda, a nie zostawię naszego zarodka w zamrażarce.

Sądząc po reakcji osób na spotkaniu w ośrodku, mam wrażenie, że nie jesteśmy jedyną parą, która podejmie taką decyzję.

KOMENTARZ MAGDALENY MODLIBOWSKIEJ:


Obydwie drogi – choć prowadzą do rodzicielstwa – są czymś zupełnie innym. Obydwie mają swoją specyfikę przebiegu i konkretne warunki jakie trzeba spełnić. Specyfika adopcji jest taka, że wymaga przeżycia straty, nawet jeśli się jest zdrowym i nie leczy niepłodności. Trzeba przeżyć stratę biologicznego rodzicielstwa, żeby móc w pełni świadomie przyjąć do rodziny i do serca dziecko urodzone z innej pary. Dziecko, które już jest na świecie i ma swoją historię.

Jest w adopcji miejsce na  egoizm bycia rodzicem, ale musi mieć on wsparcie altruizmu, żeby w efekcie powstała szczęśliwa rodzina. Tego altruizmu pomagają szukać psychologowie z ośrodka adopcyjnego. Mogą go nie znaleźć…

Jak potwierdzają pracownicy ośrodków, znakomita większość par leczących niepłodność ma już dość sprawdzania, procedur i chce jak najszybciej zamknąć temat adopcji. Z czego to wynika? być może z przekonania, że tych dzieci do przygarnięcia tak dużo, to wystarczy że ja chcę dziecko i już po sprawie. Ale adopcja z całą pewnością nie jest dobra drogą dla każdego kto chce zostać rodzicem. Dlatego ośrodki adopcyjne – abstrahując od jakości ich funkcjonowania – pomagają zweryfikować kto tym rodzicem adopcyjnym może zostać, a kto nie.

Nasuwa mi się takie porównanie. Jeśli lekarz który przygotowuje parę do transferu, wskaże na konieczność wykonania dodatkowych badań medycznych, wiadomo – dla dobra przyszłego dziecka, czy para ma w sobie gotowość wykonania ich? Podzielenia się z lekarzem wynikami? Czy myśli o ukryciu pewnych wyników, żeby jednak przyspieszyć transfer, żeby przypadkiem nie okazało się, że ten wynik będzie dyskwalifikacją do dalszego postępowania tą drogą? Ufamy lekarzowi, jego doświadczeniu, wiemy, że nie prosi nas o takie czy inne badania dla własnego widzimisię ale dla dobra transferu, kobiety, ciąży, dziecka wreszcie. On wie wszystko o procedurze i warunkach zapewniających jak najlepszy efekt. Pracownik ośrodka wie wszystko o adopcji i warunkach zapewniających powstanie szczęśliwej rodziny z dobrze zakorzenionym w niej dzieckiem i jego własną historią.

„Skłamałam kochanie, żeby zostać twoją mamą.” – nie umiałabym powiedzieć tego do mojej adopcyjnej córki, którą wychowuję w uczciwości, co do jej korzeni biologicznych i akceptacji jej tożsamości.

„Skłamałam, bo pragnęłam Ciebie ale wciąż chciałam mieć „swoje” dziecko i nie umiałam się pogodzić z tym, że go nie urodzę” – wiem, można tego nie mówić dziecku, wiem jednak jak trudno byłoby to ukryć w rodzinie zbudowanej na wzajemnym szacunku wszystkich jej członków.

Współczuję parom, które przechodzą multum badań i na końcu nie otrzymują kwalifikacji do procedury medycznego wspomagania. Nie wiem jak to jest być w takiej sytuacji. Ale wiem z całą pewnością, że to nie daje zielonego światła do adopcji i przyjęcia dziecka. Rozumiem, że każdy kto wchodzi do ośrodka ma jedno wielkie pragnienie, pragnienie dziecka. Ale czy to jest pragnienie adoptowanego dziecka? A co to znaczy adoptować dziecko? Warto się otworzyć i zrozumieć co to znaczy. Z doświadczenia wnioskuję, że większość wciąż widzi w niej swoje spełnienie marzenia o dziecku, a nie widzi człowieka, który już jest, żyje i ma swój świat. Przyjęcie takiego człowieka do rodziny jest szczególnym zadaniem, i wymaga szczególnej postawy. Nie jest tym samym, co poczęcie nowego życia w swojej rodzinie.

Gratuluję Izie postawienia kroku w kierunku adopcji, życzę otwartości i wytrwałości w podążaniu tą drogą, albo pokory w przyjęciu faktu, że ta droga nie jest dla niej.
felieton: Iza, krotki.blog.pl, komentarz: Magdalena Modlibowska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.