Przejdź do treści

Zachodzenie w ciążę po adopcji dziecka. Mit szkodliwy dla rodzin adopcyjnych i dla wszystkich zmagających się z niepłodnością.

Spotykam wiele par, które urodziły biologiczne dziecko po tym, gdy stali się adopcyjnymi rodzicami, po roku, dwóch i czasem dużo więcej. Sama do takich rodziców należę, trzy lata po drugiej adopcji urodziłam biologiczne dziecko. Bazując m.in. na swoich doświadczeniach mam ochotę powiedzieć: „Dość tego gadania! Jedno z drugim nie ma nic wspólnego!” A mówienie „zajdziesz w ciążę, gdy adoptujesz” jest nieprawdziwe i krzywdzące.

Kiedy zdecydowaliśmy się na adopcję, po kilku latach starań i szczegółowych badań, diagnoza była jednoznaczna – możemy mieć dzieci, jesteśmy super zdrowi, nie wiadomo dlaczego nie pojawia się ciąża. Wybraliśmy naszą drogę, adopcyjną. W trakcie procesu przygotowawczego rozmawialiśmy o tym, dlaczego nie mamy dzieci, o naszych medycznych badaniach i o tym co usłyszeliśmy od lekarzy.

Psychologowie przeprowadzili nas przez stratę biologicznego nienarodzonego dziecka. Czułam, zarówno ja, jak i mąż, że rozdział zachodzenia w ciążę mamy za sobą. Opłakałam brak ciążowego brzucha. A jednak otoczenie nie pozwoliło mi tego tak po prostu zostawić.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Nie mogłam uwierzyć, ale nawet od najbliższych w rodzinie słyszałam komentarze typu „jesteście zdrowi, to wiesz, że zaraz po adopcji zajdziesz w ciążę?” Nawet w ośrodku adopcyjnym przy okazji jednej z grzecznościowych wizyt z naszą już adoptowaną córką usłyszeliśmy od jednego z pracowników „jesteście młodzi, zanim minie rok będziecie w ciąży”.

Te słowa krzywdzą dorosłych. Chociaż rok mijał na intensywnej opiece nad córką, to w głębi myśli tlił się jakiś niepokój. Te słowa wyryły się w głowie i choć nie do końca świadome żyły ciągle obok mojego szczęśliwego adopcyjnego macierzyństwa. Czy to jest uczciwe, żeby ludziom niepłodnym mówić takie słowa? Co one mogą dać? Złudną nadzieję? Teraz widzę jeszcze inną stronę tego co do nas mówiono. Skoro mam spodziewać się ciąży z racji adopcji, to te słowa są sugestią, że adopcja nie do końca jest w porządku, żeby powiększyć rodzinę. To była wielka nieprawda! Adopcja była moją świadomą drogą, nie była zamiast, była na pierwszym miejscu. Ja chciałam być matką, mąż chciał być ojcem i adoptowaliśmy. Przyjęliśmy córkę, żeby była naszą córką, nie żeby otwierała nam drogę do biologicznego rodzicielstwa. Ja rozumiem, że wiele par doświadczyło biologicznego poczęcia po adopcji, a w ośrodkach adopcyjnych wiedzą o tym pierwsi, o nas też teraz widzą. Ale czy można to sugerować komukolwiek? Czy to jest uczciwe, żeby mówić takie słowa rodzicom adopcyjnym? Czy to nie podważa ich rodzicielstwa, ich wyboru?

Te słowa krzywdzą też dzieci. Dzieci adoptowane też słyszą te komentarze. Moja córka je słyszała i inne adoptowane dzieci też je słyszą. Te które są starsze, też mogą usłyszeć, że ktoś adoptował i dzięki temu zaraz urodzi biologiczne dziecko. Czy umiemy sobie wyobrazić co wtedy czują? I nie znajduję usprawiedliwienia w wieku dziecka, że niby małe to nie rozumie. Skoro 6 tygodniowe niemowlę koduje w sobie oddanie przez matkę biologiczną i zmaga się z chorobą sierocą, to zakoduje też aurę takiego komentarza. „Adoptowałaś, to teraz zajdziesz w ciążę”, bo przecież o to chodzi, żeby urodzić? To okropne słowa, odbierają adopcji jej należytą wartość jako równorzędnego rodzicielstwa. Innego rodzicielstwa, pisałam o tym niedawno, nazywając rodzicielstwo adopcyjne „plus”. Innego ale równorzędnego.

Po drugiej adopcji nikt nie sugerował niczego. Odpuścili nawet ci co komentowali wcześniej z taką niewzruszoną pewnością siebie.

Minęło kilka lat. żałoba po biologicznym dziecku dawno się skończyła. Życie było normalne, jak to w rodzinie z dwójką dzieci. Ciąża była wielką niespodzianką. Wtedy się dopiero rozpętała burza komentarzy! Wtedy poznałam całą krasę opowieści, jak to adopcja jest lekiem na niepłodność, szczególnie gdy jej przyczyny są nieznane. Nawet jedna z moich znajomych, takich powiedziałabym świadomych, obytych w świecie, oczytanych, wypaliła z komentarzem „To typowe, że po adopcji ludzie zachodzą w ciążę.” Typowe? Niby dlatego, że głowa się odblokowała. Zniknęło napięcie oczekiwania na ciążę i ona się pojawiła spontanicznie. Tak miałam wpisane w karcie ciąży: zapłodnienie spontaniczne. Wpływ na to miała zmiana stylu życia. Całkowita zmiana charakteru pracy, odstresowanie, zmiana diety na zdrową, zwiększenie aktywności fizycznej, suplementacja zwiększająca wydolność organizmu.

Paramenty medyczne mojego organizmu uległy diametralnej poprawie. Mój lekarz potwierdził, że moja zdolność do prokreacji nie wzrosła z powodu adopcji, ale z powodu prozdrowotnego stylu życia.

Choć większość ludzi cieszyła się z naszej niespodziewanej ciąży, to jednak nie brakowało gratulacji typu „no wreszcie jesteś w ciąży!”. A wielu innych dedukowało wprost przy nas, że ta ciąża jest w wyniku wcześniejszych adopcji. To tak jakby mówili, że moje adoptowane córki były środkiem zaradczym na zajście w ciążę. Trudno to było znieść. One tego słuchały razem ze mną! Co one czuły?

Jeśli chodzi o fakty, przytoczę wnioski badań The National Infertility Association: wskaźnik zajścia w ciążę u kobiet, które adoptowały jest taki sam jak u osób, które nie adoptowały. Kropka. Jestem przypadkiem spontanicznego zapłodnienia, bez względu na to, że adoptowałam. Dobrze by było więc, nie przytaczać mnie jako przykładu „poadopcyjnego zapłodnienia”. Taki przypadek nie istnieje.

Jeśli chodzi o moje emocje i doświadczania. Nie ma znaczenia jak rodzi się dziecko w danej rodzinie. Adopcja córek powiększyła moją rodzinę, biologiczne narodziny syna powiększyły moja rodzinę. Obie metody są dobre, żeby mieć dzieci. Ich życie zawsze jest cudem i darem dla rodziców, do których przyszły.

——————————————————
Magdalena Modlibowska – szefowa działu Adopcja w magazynie Chcemy Być Rodzicami, aktywistka w środowisku adopcyjnym, autorka książki „Odczarować adopcję”, „Księga Adoptowanego Dziecka”, współautorka książki „Jak tu począć”, autorka wielu artykułów adopcyjnych, menadżer, coach zdrowia, prezes Fundacji „Po adopcji”, wiceprezes Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Prywatnie mama trójki dzieci.

Magdalena Modlibowska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

„Dlaczego nie chcecie mieć dziecka?” – powieść, która działa terapeutycznie

dlaczego nie chcecie mieć dziecka?

Anita Miller w książce “Dlaczego nie chcecie mieć dziecka” opisuje trudną drogę do rodzicielstwa Ani i Jacka. Zaczęli od zakochania, pełni szczęścia i pewności, że chcą założyć rodzinę. Później pojawiła się diagnoza, klinika leczenia niepłodności, depresja Ani, dni przeleżane w łóżku i przepłakane noce. Był gabinet psychiatryczny, “dobre rady” bliskich, nietaktowne pytania dalszych, ból, strach i samotność. Swoje szczęście znaleźli zupełnie gdzie indziej, niż się spodziewali. Zagościło w ich życiu po telefonie z ośrodka adopcyjnego.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zobacz też: Gdy wygrała walkę z niepłodnością postanowiła zostać… dawczynią macicy!

Opowieść o „staraczce”

Książka Anity Miller to portret kobiety, która zatraciła się w swoim pragnieniu bycia matką. Autorka szczerze i bez przesadnego owijania w bawałnę relacjonuje myśli, emocje i doświadczenia bohaterki, tak bardzo autentyczne, prawdopodobne i powszechne wśród kobiet leczących się z powodu niepłodności.

Ania – staraczka z powieści Miller, to młoda, realizująca się zawodowo kobieta, na którą diagnoza “endometrioza” spada jak grom z jasnego nieba. Niepłodność i słabe rokowania leczenia, cztery nieudane próby zapłodnienia in vitro kończą się depresją, myślami samobójczymi i wycofaniem z życia. W pewnym momencie, powodowana poczuciem winy i bezradnością, Ania chce nawet rozstać się ze swoim partnerem, by nie rujnować jego szans na bycie ojcem i szczęśliwe życie.

Zobacz też: Jak rozmawiać z dzieckiem o in vitro i niepłodności?

Olśnienie

Bohaterka Anity Miller tak silnie skupia się na swoim celu – zajściu w ciążę, że traci z oczu swoje pasje i inne niż macierzyństwo życiowe cele. Na przemian odzyskuje i traci nadzieję, załamuje się i staje do walki, leczenie niepłodności pochłania całą jej energię.

Któregoś dnia przychodzi do niej olśnienie, wyzwalająca myśl: “Ja wcale nie chcę być w ciąży, ja chcę mieć dziecko! Mogę adoptować dziecko!”.  

Zobacz też: Wsparcie po poronieniu – powstały dedykowane kartki okolicznościowe

Literatura terapeutyczna

Dla kobiet leczących niepłodność powieść “Dlaczego nie chcecie mieć dziecka?” może działać teraputycznie. Pozwala obserwować procesy wewnętrzne bohaterki, daje przestrzeń na porównanie ich ze swoimi własnymi przeżyciami, refleksję nad tym, co przeżywamy. Czytanie o podobnych do naszych perypetiach życiowych bohaterki pozwala nam dostrzec, na które doświadczenia mogłybyśmy spojrzeć inaczej, daje możliwość zobaczenia ich niejako z boku.

To może być doskonały punkt wyjścia do pracy nad trudnymi emocjami i pierwszy krok do odzyskania spokoju. I, co bardzo ważne, zobaczenia, że to, co przeżywamy jest też udziałem  innych kobiet, jest całkowicie normalna i adekwatną reakcją na trudną sytuację.

Nie chodzi o to, żeby koniecznie – tak, jak bohaterka – szukać szczęścia w adopcji. Raczej o to, by spokojnie przyjrzeć się jej i swoim własnym przeżyciom i wyciągnąć z tej refleksji wnioski dla siebie.

Dla osób, które nie mają doświadczenia niepłodności, ale mają bliskie osoby, które starają się o dziecko lub pracują z takimi osobami, książka Miller to szansa na lepsze wczucie się w stan umysłowy osoby w tym położeniu. A to może pociągać za sobą lepsze zrozumienie tej osoby oraz efektywniejszą komunikację i wsparcie.

E-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami znajdziesz tutaj. 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.

Gdy marzenie o dziecku staje się rzeczywistością. „Wymarzony” w polskich kinach!

Już 24 maja 2019 r. w polskich kinach odbędzie się premiera filmu „Wymarzony”. To przejmująca opowieść o miłości, poszukiwaniu szczęścia i bezgranicznym pragnieniu rodzicielstwa.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

„Wymarzony” to dramat z dużą dawką humoru, wyreżyserowany przez francuską artystkę Jeanne Herry. W obsadzie filmu znajdziemy plejadę znakomitych aktorów, m.in. nagrodzoną w 1998 r. Złotą Palmą Élodie Bouchez czy kilkukrotnie nominowanego do Cezarów Gilles Lellouche.

Zobacz też: 10 filmów o niepłodności. Musisz je zobaczyć!

„Wymarzony” – film dla osób starających się o dziecko

Głównym bohaterem „Wymarzonego” jest maleńki Theo, który zaraz po narodzinach zostaje oddany przez swoją biologiczną matkę do adopcji. Tymczasowym opiekunem noworodka zostaje Jean, a między mężczyzną a chłopcem tworzy się wyjątkowa więź. Jean ze zdumieniem odkrywa, jak dużo Theo rozumie ze swojej sytuacji i jak wiele potrzebuje uczucia.

W dramacie pojawia się też postać Alice, która od wielu lat marzy o dziecku. Wie też, że nigdy nie będzie mogła urodzić własnego. Opieka społeczna wytypowała właśnie Alice jako idealną kandydatkę na matkę dla malucha. Jak potoczy się pierwsze spotkanie Alice i Theo? Czy kobieta okaże się dobrą matką? Jak chłopiec zniesie rozłąkę z Jeanem?

Zobacz też: Książki o in vitro. Poznaj listę najważniejszych pozycji

Premiera w polskich kinach

Polscy widzowie odpowiedzi na te pytania poznają 24 maja. Na co mogą liczyć? Z pewnością na ogromną dawkę emocji, wzruszeń, ale i wiele zabawnych momentów. Ten film może się okazać szczególnie ważny i poruszający dla osób walczących z niepłodnością i osób marzących o dziecku.

Film otrzymał już siedem nominacji do Cezara, prestiżowej, francuskiej nagrody filmowej przyznawanej przez Akademię Sztuk i Techniki Filmowej. RTL określiło film jako „największe wzruszenie tego roku”, natomiast magazyn ELLE zwięźle podsumował dzieło francuskiej reżyser jako „poruszające”.

Tu kupisz e-magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: www.filweb.pl

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Dzieci premiera Morawieckiego na okładce „SE” i wiadomość o tym, że są adoptowane – kto aż tak przekroczył granice?!

Fot. Flickr Kancelaria Premiera, Public domain / okładka "Super Expressu" || * Twarze dzieci zamazała redakcja.

W ostatnich dniach przetoczyła się przez media dyskusja, czy okładka „Super Expressu” przedstawiająca premiera Morawieckiego z rodziną, była przekroczeniem granic przez gazetę, czy jednak „ustawką”. Co najbardziej uderzające, okładka pokazała małych bohaterów tej historii bez ukrytych twarzy i z wielkim napisem: „Morawiecki adoptował dwoje dzieci”.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Po publikacji zawrzało. Początkowo niemalże wszyscy dziennikarze, niezależnie od swoich upodobań politycznych, stanęli po stronie premiera. „SE” został solidnie skrytykowany, jako prasa wchodząca w zbyt intymne szczegóły życia polityka oraz co najważniejsze, potencjalnie szkodliwa dla jego dzieci. Pojawiały się nawet głosy, że do tej pory nie wiedziały one o tym, iż są adoptowane. Na szczęście szybko wątpliwości w tej sprawie zostały rozwiane – dzieci miały tego świadomość.

Wielki, trudny znak zapytania

Szybko jednak pojawiły się wątpliwości, czy oby na pewno nie była to tzw. ustawka z tabloidem. Czy w okresie przedwyborczym nie zostało to wykorzystane do kreowania wizerunku człowieka rodzinnego, dobrego, tworzącego dom potrzebującym dzieciom. Co więcej, czy nie jest to też forma zdyskredytowania książki, która ma ukazać się pod koniec maja i będzie opisywała wiele, zapewne niełatwych dla premiera kwestii – „Delfin. Mateusz Morawiecki” Piotra Gajdzińskiego i Jakuba N. Gajdzińskiego (swoją drogą, ona także budzi wiele wątpliwości w zakresie etyki, bowiem pierwszy z wymienionych tu autorów był kiedyś podwładnym premiera).

Wielu dziennikarzy głośno mówi, iż prawdopodobnie fakt adopcji stał się jedną z politycznych zagrywek. Wskazywać może na to chociażby dość „lekkie” przyjęcie sprawy przez szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Michała Dworczyka. Początkowo okazywał on oburzenie, a później sam udzielił wywiadu „SE”. Czy gdyby rzeczywiście tak rażące wkroczenie w prywatność premiera było zaskoczeniem dla jego otoczenia politycznego, to nie skończyłoby się to po prostu sądem i rozmowami za pośrednictwem prawników?

Co więcej, jak wskazuje dziennikarka z wieloletnim doświadczeniem (robi to anonimowo), redakcja raczej nie narażałaby się w kwestii publikacji twarzy dzieci, gdyby nie była spokojna o dalszy ciąg sprawy: „Są tu dwie możliwości: albo w redakcji pracują same tumany, w co osobiście nie wierzę, albo redakcja dobrze wiedziała, że nie musi obawiać się pozwu na grube pieniądze” – mówi w rozmowie z naTemat.

Opinie dziennikarzy, źródło – Twitter:

* Twarze dzieci zamazała redakcja, nie będziemy pokazywać ich na naszym portalu.

Koniec końców

Wątpliwości jest w tej sprawie znacznie więcej. Co jednak budzi największe oburzenie – niezależnie już od faktu, kto stał za publikacją zdjęć – to niewątpliwie wykorzystanie dzieci. Zarówno w przypadku, gdyby było to niezależnie działanie „SE”, jak i zupełnie pozbawiona wyobraźni emocjonalnej ustawka, to niestety podjęli się jej dorośli ludzie. Ludzie, którzy przynajmniej teoretycznie powinni móc przewidzieć konsekwencje. Sęk w tym, że owe ewentualne konsekwencje poniosą przede wszystkim dzieci.

Czy naprawdę tak trudno jest wyobrazić sobie, jak ogromny wpływ ma na życie człowieka fakt, iż jest adoptowany? Z iloma traumami może się to wiązać? Z iloma relacjami do przepracowania? Że może jest to coś, czym dzieci nie chciałyby się nigdy dzielić, a teraz de facto nie mają już szansy o tym zdecydować?

Być może w tym przypadku okaże się, że nie odbije się to negatywnie na najmłodszych bohaterach tej historii – oby. Decydując się jednak na takie publikacje, lepiej chyba założyć „najgorsze” i prewencyjnie powstrzymać się przed tymi kilkoma zdjęciami i słowami. Znakomicie sprawdza się tu zdanie Tocqueville’a: „Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka” – wolność dzieci niewątpliwie została w tym wypadku naruszona.

Zobacz też: „Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – mocne słowa, które zderzają wyobrażenie z rzeczywistością

Źródła: wirtualnemedia / naTemat

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Gdy najmłodsi odchodzą – rola hospicjum dla dzieci

Fundacja Gajusz udziela wsparcia nieuleczalnie chorym dzieciom i ich rodzinom oraz dzieciom, które zaraz po urodzeniu zostały oddane przez rodziców do okna życia lub pozostawione w szpitalu. Kampania „Zmierzch” informuje o wyjątkowości opieki w hospicjach dziecięcych.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Wsparcie 24/7

Fundacja Gajusz prowadzi hospicjum dla nieuleczalnie chorych dzieci. Lekarze, pielęgniarki i wolontariusze Fundacji towarzyszą dzieciom i ich rodzinom w tym najtrudniejszym dla nich momencie życia, wspierają ich w trakcie choroby i śmierci dziecka.

Hospicjum działa w trzech trybach: domowym, stacjonarnym i perinatalnym. Stan zdrowia części dzieci umożliwia im przebywanie w rodzinnym domu. W takich sytuacjach wystarczajacym rozwiązaniem jest pomoc dochodząca. Lekarze, pielegniarki i wolontariusze Fundacji zjawiają się na telefon w domu malucha, by udzielić mu fachowej pomocy. Jeśli stan dziecka jest ciężki,  mimo to dziecko pozostaje w domu, pracownicy i wolontariusze Fundacji spędzają czas w domu dziecka i wspierają je nieprzerwanie tak długo, jak to konieczne.

W hospicjum stacjonarnym Fundacji Gajusz mieszka kilkanaścioro dzieci. Każde z nich wymaga specjalistycznej opieki medycznej, ale także czułości i bliskości. Dlatego opiekunki, pielęgniarki, lekarze i wolontariusze dbają, by miały wszystko, czego potrzebują. Jak  przyznają same pielegniarki i opiekunki: nigdy nie wiadomo, ile wspólnego czasu im zostało. Ale robią wszystko, by wspólnie z małymi pacjentami przejść przez najtrudniejsze chwile.

Kiedy dzień urodzin to dzień śmierci

Opieka hospicyjna perinatalna zaczyna się, kiedy chory maluch jest jeszcze w brzuchu mamy. Są to przypadki, w których w trakcie ciąży rozpoznano tak zwaną wadę letalną, a matka zdecydowała się donosić ciążę. Kiedy wiadomo, że dziecko nie przeżyje porodu lub umrze niedługo po przyjściu na świat i nie ma możliwości zastosowania skutecznego leczenia, lekarze, pielęgniarki, wolontariusze i psycholodzy towarzyszą rodzicom. Są z nimi od momentu diagnozy do końca ciąży i w trakcie porodu. Jeśli dziecko przeżyje, zostaje objęte całodobową opieką hospicjum domowego lub stacjonarnego.

Do tej grupy wad genetycznych należą na przykład nieprawi­dłowości chromosomowe np. trisomia 13 (zespół Patau), trisomia 18 (zespół Edwardsa), zespoły wad wrodzonych, wady wrodzone poszczególnych na­rządów lub układów, np. agenezja ne­rek, czy bezczaszkowie.

Kampania “Zmierzch” 

Właśnie o dzieciach, które umierają chwilę po urodzeniu opowiada film zrealizowany przez Fundację Gajusz w ramach kampanii. Kampania “Zmierzch” informuje o wyjątkowości opieki w hospicjach dziecięcych. Zaprosiliśmy do udziału w niej niezwykłych ochotników, którzy odczytali poruszający list mamy żegnającej nowo narodzone dziecko – piszą twórcy kampanii. Podkreślają, że skierowanie do hospicjum nie zawsze oznacza, że dzieci szybko nas opuszczą. Niektórzy podopieczni korzystają z pomocy hospicjum przez wiele miesięcy, a nawet lat. Pracownicy hospicjom mówią, że zdarzają się też cuda – niektóre dzieci udaje się wyleczyć i zostają wypisane do domu. Głosem kampanii jest Grzegorz Turnau. Jego utwór pt. „Zmierzch” stał się motywem przewodnim akcji.

Kiedy rodzina dowiaduje się, że ich maleństwo jest nieuleczalnie chore, razem przechodzimy przez zmierzch. By rozproszyć zmrok, trzeba mieć przynajmniej świeczkę. W naszym przypadku to wiedza i doświadczenie oraz profesjonalny ekwipunek, tj. leki oraz sprzęt medyczny. Ciemność będzie bolesna i przerażająca, ale światło pozwoli ją odrobinę rozjaśnić, by ostrożnie stawiać kroki w kierunku poranka   czytamy na stronie kampanii “Zmierzch”.

Pomoc psychoonkologiczna

Fundacja Gajusz zapewnia też pomoc psychologiczną dla dzieci chorujących na nowotwory i ich rodzin. Codziennie zespół psychologów pojawia się na oddziale onkologicznym łódzkiego szpitala dziecięcego, gdzie pomaga dzieciom i ich rodzinom we wszystkich szczególnie trudnych momentach: wspiera lekarzy w trakcie przekazywania diagnozy, spędza czas z rodzicami i pomaga im rozmawiać z dzieckiem o chorobie, udziela wsparcia w trakcie nawrotu choroby lub pogorszenia się stanu zdrowia dziecka.

Tuli Luli

Tuli Luli to ośrodek preadopcyjny Fundacji Gajusz. Trafiają tu niemowlęta, którymi nie mogą lub nie chcą zajmować się ich biologiczni rodzice. Pozostają z pracownikami Fundacji i wolontariuszami do momentu znalezienia rodziny adopcyjnej. Dzieci czują się w Tuli Luli jak w domu – śpią w sypialniach, o których wystrój zadbali projektanci. Żadne dziecko ani przez chwilę nie czuje się samotne, każdy podopieczny Fundacji ma swojego opiekuna i wolontariuszy, chętnych do tulenia, przewijania i zabaw. W razie potrzeby, na przykład w przypadku wcześniaków, dziećmi zajmuje się również fizjoterapeuta i logopeda.

Wychowawców i podopiecznych ośrodka Tuli Luli poznasz oglądając [WIDEO].

By wesprzeć działania Fundacji Gajusz i pomóc dzieciom można: Przekazać 1% podatku na rzecz Fundacji, Wpłacić darowiznę, Zostać wolontariuszką/wolontariuszem Fundacji [klik]

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.