Przejdź do treści

Zachodzenie w ciążę po adopcji dziecka. Mit szkodliwy dla rodzin adopcyjnych i dla wszystkich zmagających się z niepłodnością.

Spotykam wiele par, które urodziły biologiczne dziecko po tym, gdy stali się adopcyjnymi rodzicami, po roku, dwóch i czasem dużo więcej. Sama do takich rodziców należę, trzy lata po drugiej adopcji urodziłam biologiczne dziecko. Bazując m.in. na swoich doświadczeniach mam ochotę powiedzieć: „Dość tego gadania! Jedno z drugim nie ma nic wspólnego!” A mówienie „zajdziesz w ciążę, gdy adoptujesz” jest nieprawdziwe i krzywdzące.

Kiedy zdecydowaliśmy się na adopcję, po kilku latach starań i szczegółowych badań, diagnoza była jednoznaczna – możemy mieć dzieci, jesteśmy super zdrowi, nie wiadomo dlaczego nie pojawia się ciąża. Wybraliśmy naszą drogę, adopcyjną. W trakcie procesu przygotowawczego rozmawialiśmy o tym, dlaczego nie mamy dzieci, o naszych medycznych badaniach i o tym co usłyszeliśmy od lekarzy.

Psychologowie przeprowadzili nas przez stratę biologicznego nienarodzonego dziecka. Czułam, zarówno ja, jak i mąż, że rozdział zachodzenia w ciążę mamy za sobą. Opłakałam brak ciążowego brzucha. A jednak otoczenie nie pozwoliło mi tego tak po prostu zostawić.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Nie mogłam uwierzyć, ale nawet od najbliższych w rodzinie słyszałam komentarze typu „jesteście zdrowi, to wiesz, że zaraz po adopcji zajdziesz w ciążę?” Nawet w ośrodku adopcyjnym przy okazji jednej z grzecznościowych wizyt z naszą już adoptowaną córką usłyszeliśmy od jednego z pracowników „jesteście młodzi, zanim minie rok będziecie w ciąży”.

Te słowa krzywdzą dorosłych. Chociaż rok mijał na intensywnej opiece nad córką, to w głębi myśli tlił się jakiś niepokój. Te słowa wyryły się w głowie i choć nie do końca świadome żyły ciągle obok mojego szczęśliwego adopcyjnego macierzyństwa. Czy to jest uczciwe, żeby ludziom niepłodnym mówić takie słowa? Co one mogą dać? Złudną nadzieję? Teraz widzę jeszcze inną stronę tego co do nas mówiono. Skoro mam spodziewać się ciąży z racji adopcji, to te słowa są sugestią, że adopcja nie do końca jest w porządku, żeby powiększyć rodzinę. To była wielka nieprawda! Adopcja była moją świadomą drogą, nie była zamiast, była na pierwszym miejscu. Ja chciałam być matką, mąż chciał być ojcem i adoptowaliśmy. Przyjęliśmy córkę, żeby była naszą córką, nie żeby otwierała nam drogę do biologicznego rodzicielstwa. Ja rozumiem, że wiele par doświadczyło biologicznego poczęcia po adopcji, a w ośrodkach adopcyjnych wiedzą o tym pierwsi, o nas też teraz widzą. Ale czy można to sugerować komukolwiek? Czy to jest uczciwe, żeby mówić takie słowa rodzicom adopcyjnym? Czy to nie podważa ich rodzicielstwa, ich wyboru?

Te słowa krzywdzą też dzieci. Dzieci adoptowane też słyszą te komentarze. Moja córka je słyszała i inne adoptowane dzieci też je słyszą. Te które są starsze, też mogą usłyszeć, że ktoś adoptował i dzięki temu zaraz urodzi biologiczne dziecko. Czy umiemy sobie wyobrazić co wtedy czują? I nie znajduję usprawiedliwienia w wieku dziecka, że niby małe to nie rozumie. Skoro 6 tygodniowe niemowlę koduje w sobie oddanie przez matkę biologiczną i zmaga się z chorobą sierocą, to zakoduje też aurę takiego komentarza. „Adoptowałaś, to teraz zajdziesz w ciążę”, bo przecież o to chodzi, żeby urodzić? To okropne słowa, odbierają adopcji jej należytą wartość jako równorzędnego rodzicielstwa. Innego rodzicielstwa, pisałam o tym niedawno, nazywając rodzicielstwo adopcyjne „plus”. Innego ale równorzędnego.

Po drugiej adopcji nikt nie sugerował niczego. Odpuścili nawet ci co komentowali wcześniej z taką niewzruszoną pewnością siebie.

Minęło kilka lat. żałoba po biologicznym dziecku dawno się skończyła. Życie było normalne, jak to w rodzinie z dwójką dzieci. Ciąża była wielką niespodzianką. Wtedy się dopiero rozpętała burza komentarzy! Wtedy poznałam całą krasę opowieści, jak to adopcja jest lekiem na niepłodność, szczególnie gdy jej przyczyny są nieznane. Nawet jedna z moich znajomych, takich powiedziałabym świadomych, obytych w świecie, oczytanych, wypaliła z komentarzem „To typowe, że po adopcji ludzie zachodzą w ciążę.” Typowe? Niby dlatego, że głowa się odblokowała. Zniknęło napięcie oczekiwania na ciążę i ona się pojawiła spontanicznie. Tak miałam wpisane w karcie ciąży: zapłodnienie spontaniczne. Wpływ na to miała zmiana stylu życia. Całkowita zmiana charakteru pracy, odstresowanie, zmiana diety na zdrową, zwiększenie aktywności fizycznej, suplementacja zwiększająca wydolność organizmu.

Paramenty medyczne mojego organizmu uległy diametralnej poprawie. Mój lekarz potwierdził, że moja zdolność do prokreacji nie wzrosła z powodu adopcji, ale z powodu prozdrowotnego stylu życia.

Choć większość ludzi cieszyła się z naszej niespodziewanej ciąży, to jednak nie brakowało gratulacji typu „no wreszcie jesteś w ciąży!”. A wielu innych dedukowało wprost przy nas, że ta ciąża jest w wyniku wcześniejszych adopcji. To tak jakby mówili, że moje adoptowane córki były środkiem zaradczym na zajście w ciążę. Trudno to było znieść. One tego słuchały razem ze mną! Co one czuły?

Jeśli chodzi o fakty, przytoczę wnioski badań The National Infertility Association: wskaźnik zajścia w ciążę u kobiet, które adoptowały jest taki sam jak u osób, które nie adoptowały. Kropka. Jestem przypadkiem spontanicznego zapłodnienia, bez względu na to, że adoptowałam. Dobrze by było więc, nie przytaczać mnie jako przykładu „poadopcyjnego zapłodnienia”. Taki przypadek nie istnieje.

Jeśli chodzi o moje emocje i doświadczania. Nie ma znaczenia jak rodzi się dziecko w danej rodzinie. Adopcja córek powiększyła moją rodzinę, biologiczne narodziny syna powiększyły moja rodzinę. Obie metody są dobre, żeby mieć dzieci. Ich życie zawsze jest cudem i darem dla rodziców, do których przyszły.

——————————————————
Magdalena Modlibowska – szefowa działu Adopcja w magazynie Chcemy Być Rodzicami, aktywistka w środowisku adopcyjnym, autorka książki „Odczarować adopcję”, „Księga Adoptowanego Dziecka”, współautorka książki „Jak tu począć”, autorka wielu artykułów adopcyjnych, menadżer, coach zdrowia, prezes Fundacji „Po adopcji”, wiceprezes Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Prywatnie mama trójki dzieci.

Magdalena Modlibowska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Martyna Wojciechowska adoptowała kolejną córkę. Długo trzymała ten fakt w tajemnicy

Martyna Wojciechowska adoptowała kolejną córkę
Martyna Wojciechowska i Kabula // fot. Instagram @martyna.world

Martyna Wojciechowska adoptowała Kabulę – chorującą na albinizm dziewczynę z Tanzanii. Podczas wywiadu w „Dzień Dobry TVN” dziennikarka ujawniła, że oprócz Kabuli wzięła pod swoją opiekę jeszcze jedno dziecko.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Martyna spotkała 20-letnią dziś Kabulę podczas kręcenia materiału „Kobieta na krańcu świata”. Historia dziewczyny wstrząsnęła wówczas widzami. Kabula choruje na albinizm, czyli defekt polegający na braku pigmentu w skórze, włosach i tęczówce oka.

W Tanzanii ta choroba często oznacza wyrok śmierci. Osoby dotknięte albinizmem często są prześladowane. Wśród szamanów i uzdrowicieli pokutuje przekonanie, jakoby części ciała chorych posiadały magiczną moc, która przynosi powodzenie nabywcom. Kończyny, skóra, czy włosy albinosów są używane do przyrządzania „magicznych” mikstur i eliksirów. Jednocześnie samych chorych uważa się za przeklętych i przynoszących nieszczęście.

Kabula przekonała się o tym na własnej skórze już w dzieciństwie. Pewnej nocy do jej domu zakradli się rozbójnicy, którzy trzema machnięciami maczety odrąbali dziewczynce rękę.

Zobacz także: Barbie, która inspiruje i przełamuje stereotypy. Wizerunku użyczy jej m.in. Martyna Wojciechowska

Martyna Wojciechowska adoptowała kolejną córkę

We wrześniu Wojciechowska pojawiła się wraz z Kabulą na okładce „Gazety Wyborczej” i udzieliła poruszającego wywiadu. Teraz Martyna ujawniła, że adoptowała jeszcze jedną dziewczynkę z Tanzanii – Tatu.

Jak się okazało, to Kabula poprosiła Wojciechowską o pomoc.

Mogę teraz w końcu przyznać, że od stycznia, czyli od roku Kabula ma taką siostrę. Trzymałyśmy to z Kabulą dla siebie. To była nasza tajemnica. Ma na imię Tatu, ma 15 lat. Są do siebie podobne jak dwie krople wody. Tatu też jest chora na albinizm – powiedziała w „Dzień Dobry TVN” Martyna.

Choć Kabula i Tatu nie mieszkają z Martyną, dziennikarka jest odpowiedzialna za ich utrzymanie.

Zobacz także: Adoptowali dziewczynkę z Ugandy. Kiedy poznali jej historię, odesłali dziecko

Z miłości do dzieci

W Tanzanii populacja albinosów wynosi obecnie ok. 150 tys. osób. Część z nich uciekła do Dar as-Salaam uważając, że duże miasto da im schronienie.

Podróżniczka postanowiła pomóc również innym dzieciom chorującym na albinizm. Z pomocą misjonarzy i wolontariuszy planuje zbudować w Tanzanii miejsce, w którym podopieczni będą się czuli bezpiecznie. Wojciechowska zachęca internautów na Instagramie  do wsparcia inicjatywy.

Martyna Wojciechowska ma jedno biologiczne dziecko. Marysia Błaszczyk jest córką zmarłego w zeszłym roku Jerzego Błaszyka, rekordzisty w nurkowaniu głębinowym. Podróżniczka ma pod swoją opieką jeszcze kilkoro innych dzieci pochodzących z różnych zakątków świata.

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Viva!, Ofemin, Dziennik.pl,

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

„Moja mama mnie kocha..ła”. Historia 9-latka rozdziera serce – kto pokocha Kubę?

Szukamy domu dla Kuby z domu dziecka
Kuba wierzy, że znajdzie się rodzina, która go pokocha – fot. Pixabay

„Ja nie mam rodziny… Moja rodzina już do mnie nie przyjeżdża. Moja mama mnie kocha..ła”. 9-letni Kuba od dwóch lat przebywa w Domu Dziecka w Orzeszu. Jak każde dziecko pragnie mieć mamę, tatę i ciepły dom. O swoich marzeniach opowiedział w rozmowie z reporterką programu „Uwaga!” TVN.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kuba trafił do domu dziecka po tym, jak porzuciła go matka. Kierownik Wojewódzkiego Ośrodka Adopcyjnego w Sosnowcu Anna Wójcik wyjaśnia, że chłopiec od samego początku bardzo chciał mieć rodzinę i był świadomy swojej sytuacji. Na początku jeszcze wierzył, że jego mama wróci. Później stracił do niej zaufanie. Nadal ma jednak nadzieję, że znajdzie się rodzina, która go pokocha.

Rok temu u Kuby wystąpiły komplikacje po zwykłym przeziębieniu. Chłopiec zachorował na wirusowe zapalenie mózgu, w wyniku którego dostał padaczki, a następnie zapadł w śpiączkę. Po wybudzeniu okazało się, że nie jest już takim dzieckiem, jak wcześniej.

Zobacz też: Aby adoptować Wiktora przejechali ponad 10 tys. km

Szukamy domu dla Kuby z domu dziecka!

Chłopiec jest niepełnosprawny intelektualnie w stopniu umiarkowanym, co znacznie obniża jego szanse na adopcję. Ma padaczkę, problemy z mówieniem, pamięcią i mniej sprawnie się porusza.

Kuba to jednak radosne dziecko. Chłopiec jest kontaktowy, samodzielny, dociekliwy, czyta i pisze. Jest uczniem trzeciej klasy w specjalnym ośrodku.

W poszukiwanie nowej rodziny dla 9-latka zaangażowała się redakcja programu „Uwaga!” TVN.

– Nie chcę być tutaj. Ja chcę mieć rodzinę – mówi reporterce „Uwagi!” Kuba.

Czy znajdzie się rodzina, która pokocha Kubusia?

Tu kupisz e-wersję magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: TVN24

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.