Przejdź do treści

Urodziła dziecko z… 25-letniego embrionu!

Noworodek
Fot.: Pixabay.com – Noworodek

Emma Wren Gibson w chwili narodzin ważyła blisko 3 kg i mierzyła 51 centymetrów. Od innych zdrowych noworodków nie różniłaby się niczym, gdyby nie to, że ma już na swoim koncie rekord świata. Embrion, z którego się rozwinęła, miał… 25 lat.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Mała Emma przyszła na świat 25 listopada 2017 r. w amerykańskim stanie Tennessee, ale jej historia zaczęła się długo przed narodzinami. Zarodek, z którego powstała, został poczęty w 1992 roku metodą in vitro z komórek anonimowej pary, która ostatecznie nie wykorzystała go do implantacji.

Transfer zarodka po 25 latach

Embrion, wraz z dwoma innymi od tej samej pary, pozostał w klinice, skąd po latach trafił do National Embryo Donation Center – organizacji, która umożliwia adopcję prenatalną nadliczbowych zarodków. To tam przed rokiem trafili 26-letnia dziś Tina Gibson i jej mąż Benjamin, cierpiący na bezpłodność towarzyszącą mukowiscydozie.

Wybierając dawców, młodzi małżonkowie skupili się na tym, by byli oni zdrowi i fizycznie do nich podobni, nie znali jednak daty zamrożenia ich zarodków. Gdy dowiedzieli się, że były przechowywane od 25 lat, nie kryli zdziwienia.

– Na to się nie pisałam! – śmieje się dziś Tina. – Mam tylko 26 lat. Ten embrion i ja moglibyśmy być przyjaciółmi! – mówi w rozmowie z CNN.

Świąteczny cud narodzin

Poważny wiek zarodka, choć wywołał nie lada sensację, nie wpłynął negatywnie na jego rozwój. Ciąża przebiegła bez komplikacji, a mała Emma urodziła się zgodnie z planem – pod koniec dziewiątego miesiąca.

Rodzice bardzo cieszą się z maleństwa, a nieoczekiwaną sławą nie zaprzątają sobie głowy.

Jesteśmy zwyczajnie wdzięczni. To jak świąteczny prezent od Boga – podkreśla matka. – Chcieliśmy mieć dziecko. Nie interesuje mnie, czy udało nam się przy tym pobić rekord świata, czy też nie – dodała.

Źródło: CNN

Przeczytaj też: Nie będzie procesu o odszkodowanie za pomyłkę przy in vitro

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Skandaliczny „żart” lekarza. Miał powiedzieć ciężarnej, że płód obumarł. Szpital zaprzecza

Czarno-białe zdjęcie kobiety w ciąży, która trzyma w rękach wynik USG
Fot.: Edward Cisneros /Unsplash.com

Chorująca na epilepsję ciężarna kobieta trafiła do szpitala ze skurczami i bólami brzucha, które stanowiły bezpośrednie zagrożenie dla płodu. Lekarz przyjmujący pacjentkę wykonał badanie i zamiast niezwłocznie poinformować ją o wyniku, pozwolił sobie na makabryczny żart, który mógł doprowadzić do tragedii.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Skandaliczna sytuacja, którą nagłośniły media, miała miejsce w szpitalu powiatowym w Bytowie. Pacjentka w 6. miesiącu ciąży zgłosiła się tam w środku nocy z bólem brzucha i skurczami. Z uwagi na epilepsję, z którą zmaga się od lat, jej ciąża od początku była zagrożona, dlatego każde pogorszenie stanu zdrowia wymagało pilnej wizyty lekarskiej.

CZYTAJ TEŻ: Położna na medal. Jaka powinna być i czym się wyróżniać?

Lekarz powiedział pacjentce, że płód obumarł. „Żartowałem”

Ginekolog, który przyjął kobietę z niepokojącymi objawami, po wykonanym badaniu ultrasonograficznym miał powiedzieć: „Płód jest obumarły”. Po chwili – zgodnie z relacją pacjentki – dodał z uśmiechem: „Żartowałem” – i włączył pacjentce dźwięk bicia serca dziecka.

Zszokowana kobieta wypisała się ze szpitala na własną odpowiedzialność i złożyła oficjalną skargę do władz szpitala.

– Nawet dla zdrowej kobiety taki „żart” byłby co najmniej nie na miejscu. Od początku ciąży mam świadomość, że jest ona zagrożona, a stres wywołany niewybrednym żartem doktora mógł spowodować u mnie napad padaczkowy, który to z kolei mógł się dla mnie skończyć tragicznie – zaznaczyła p. Kamila w rozmowie z „Głosem Pomorza”.

Po tym wstrząsającym wydarzeniu pacjentka postanowiła rodzić w innej placówce.

Bytowski szpital zaznacza, że sprawa jest wyjaśniana (patrz: oficjalne oświadczenie poniżej). Szczegółowej analizy szpitalnych wydarzeń oczekuje też starosta bytowski.

 


Oświadczenie prezes Zarządu Szpitala Powiatu Bytowskiego Sp. z o.o. Beaty Ładyszkowskiej:

Z uwagi na dobro pacjentki oraz dobre imię szpitala, po zamieszczeniu na profilu Hejted Bytow postu o sposobie przyjęcia pacjentki przez lekarza Szpitala Powiatu Bytowskiego Sp. z o.o. oraz po złożeniu przez pacjentkę oficjalnej skargi, Zarząd Szpitala przeprowadził postępowanie wyjaśniające, w trakcie którego zbadano dokumentacje medyczną oraz przesłuchano pracowników szpitala, którzy obsługiwali pacjentkę.

Zabrany materiał przeczy faktom opisanym w poście i skardze. W dokumentacji medycznej zaznaczono, że pacjentka od początku wizyty zarówno położnym jak i lekarzowi, deklarowała że nie planuje pozostać w szpitalu. Ustalono też, że pacjentka odczuwała bóle przed przyjściem do szpitala, a nie w trakcie pobytu jak to opisano w skardze.

Przeprowadzone za pomocą aparatury medycznej badania wykazały prawidłową pracę serca dziecka i taką informację przekazano przyszłej mamie. Po ostatecznej deklaracji o opuszczeniu szpitala – wbrew zaleceniom lekarza, pacjentce zapisano leki i zalecono wizytę kontrolną u lekarza prowadzącego. Z dokumentacji medycznej wynika, że badanie zostało przeprowadzone profesjonalnie, z najwyższą starannością oraz dbałością o zdrowie pacjentki i dziecka.

Lekarz stanowczo i konsekwentnie zaprzecza, że wypowiedział przypisane mu słowa.

Zdaniem Zarządu Spółki, lekarz badający pacjentkę to osoba o wysokiej kulturze osobistej, ciesząca się uznaniem pacjentek i współpracowników. Przebieg jego dotychczasowej pracy w szpitalu w Bytowie nie daje podstaw do przypuszczeń, bez jednoznacznych dowodów, aby mógł się on zachować w sposób opisany w poście.

Dotychczas nie było żadnych skarg dotyczących sposobu odnoszenia się tego lekarza do pacjentek.

Komunikacja z pacjentami jest dla dyrekcji istotna dlatego w celu stałego podnoszenia jakości świadczonych usług,  personel szpitala jest szkolony z zakresu praw pacjenta i budowania dobrych relacji lekarz – pacjent.

Bardzo zależy nam na wyjaśnianiu wszystkich drażliwych sytuacji, mogących powodować dyskomfort naszych pacjentów, dlatego ważne są dla nas rzeczowe informacje zwrotne od nich otrzymywane.


Źródło: „Głos Pomorza”, „Gazeta Wyborcza”, „Hejted Bytow”

POLECAMY RÓWNIEŻ: Przywiązywanie do łóżka, groźby i wyzwiska. Ujawniono szokujące nadużycia na polskich porodówkach

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Zaświadczenie o przyczynach bezdzietności i opinia proboszcza. Procedury adopcyjne po polsku

Procedury adopcyjne w Polsce /Na zdjęciu: tata trzyma małego chłopca na rękach, obok mama - trzyma dziecko za rękę
Fot.: Jonathan Daniels /Unsplash.com

Procedury w polskich ośrodkach adopcyjnych trwają średnio dwa lata. Nie każdy kandydat na rodzica może liczyć na ich pomyślny finał. Problemem jest zbyt mała liczba dzieci z uregulowaną sytuacją prawną, ale też liczne trudności proceduralne i brak jednolitych kryteriów kwalifikacyjnych, które byłyby stosowane we wszystkich placówkach. A to stwarza ogromne pole do nadużyć.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Procedury adopcyjne prowadzone są w Polsce przez ośrodki publiczne i niepubliczne. Kandydaci na rodziców mają możliwość samodzielnego wyboru placówki, w której będą ubiegać się o adopcję dziecka. Niestety, ośrodków, do których można się udać, jest niewiele. Po reformie, która weszła w życie w 2012 r., ich liczba spadła o ponad 30 proc. Na cały kraj mamy obecnie ok. 65 placówek adopcyjnych, ale nie rozkładają się one równomiernie na poszczególne województwa. Najwięcej znajduje się w Śląskiem (10) i Mazowieckiem (9), najmniej – w Podkarpackiem i Świętokrzyskiem (po 1).

Procedury adopcyjne w Polsce. Różne ośrodki, różne kryteria

Zgodnie z alarmującymi danymi Najwyższej Izby Kontroli, od czasu zmiany regulacji prawnych nikt kompleksowo nie badał, jak zreformowany system adopcyjny sprawdza się w praktyce. Pierwszy raport dotyczący realizacji zadań przez ośrodki zajmujące się adopcją powstał dopiero w sierpniu br. Opracowano go na podstawie kontroli NIK, którą zostało objętych 15 ośrodków adopcyjnych (¼ wszystkich działających w Polsce), w tym trzy zajmujące się adopcją zagraniczną.

Co wykazały te analizy? NIK zwrócił uwagę m.in. na to, że w przepisach regulujących procedury adopcyjne nie zawarto jednolitych kryteriów, które byłyby tożsame dla wszystkich ośrodków. To sprawia, że praktyki znacząco różnią się pomiędzy jednostkami – ich przedstawiciele nierzadko kierują się bowiem własnymi regułami. Te zaś często wykraczają poza wymogi ustawowe. Dotyczy to m.in. dokumentacji medycznej, opinii wskazanych podmiotów czy uznawalności szkoleń.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Aaaby poznać swoje korzenie… Jak w Polsce wyglądają poszukiwania biologicznej rodziny?

Opinia pana, wójta i plebana. Ponadustawowe wymagania ośrodków adopcyjnych

Z raportu NIK wynika, że część ośrodków adopcyjnych żądało, by kandydaci na rodziców przedstawili zaświadczenia o stanie zdrowia. W niektórych placówkach wymagano przedłożenia zaświadczeń lekarskich dotyczących przyczyn bezdzietności czy zdrowia psychicznego, a także dokumentów z poradni leczenia uzależnień. W kilku ośrodkach kandydaci, którzy mają za sobą nieudane małżeństwo, musieli przedstawić dane z wyroków rozwodowych.

Jeszcze więcej kuriozalnych wymogów stawiano kandydatom na rodziców adopcyjnych w ośrodkach katolickich. W dwóch skontrolowanych placówkach niezbędne było okazanie opinii parafii oraz świadectwa ślubu kościelnego. Trzy inne miały dodatkowe preferencje co do wieku potencjalnych rodziców i różnicy wiekowej pomiędzy nimi a dzieckiem.

Co więcej, we wszystkich podmiotach, które skontrolowano, weryfikacją kandydatów na rodziców zajmowały się komisje złożone wyłącznie z pracowników danego ośrodka adopcyjnego. Nie opracowano przy tym procedur odwoławczych, które pozwalałyby na ponowną ocenę niekorzystnych rozstrzygnięć wobec starających się o dziecko. Z tego powodu nikt nie odwołał się od opinii komisji kwalifikacyjnych ani nie złożył skargi na ich działalność.

NIK zauważa, że takie praktyki prowadzą do braku transparentności działania placówek adopcyjnych.

– Chociaż ich pracownicy mają w ręku ogromne kompetencje podczas całej procedury adopcyjnej, to nie istnieją metody ograniczające ich dowolność i uznaniowość w podejmowaniu decyzji – podkreśla Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli.

ZOBACZ TEŻ: Rozmowa z psychologiem – co nas czeka w ośrodku adopcyjnym?

Niejasne procedury, a nawet korupcja. Na to skarżą się kandydaci na rodziców adopcyjnych

Na niejasności i przeszkody proceduralne wskazują także wyniki anonimowej ankiety przeprowadzonej pośród zainteresowanych adopcją dziecka. Wielu respondentów zwróciło uwagę, że w jednych ośrodkach adopcyjnych ważny był staż małżeński, a w innych nie brano go wcale pod uwagę. W różnych placówkach różnie rozpatrywano także kwestię adopcji przez osoby samotne.

Dodatkowym problemem okazała się kwestia tak podstawowa, jak dostęp do informacji.

– Kandydaci na rodziców często nie wiedzą np., ile osób oczekuje na adopcję, ile w danym momencie dzieci zgłoszono ani nawet ile adopcji ośrodek już przeprowadził – dodaje prezes NIK.

Co dziesiąty ankietowany twierdził ponadto, że istotną przeszkodą była znaczna odległość do najbliższego ośrodka adopcyjnego. Tylko o połowę mniej badanych spotkało się z poważnymi nieprawidłowościami w pracy placówek: w zakresie naruszenia poufności postępowań (4%), a nawet o charakterze korupcyjnym (5%).

CZYTAJ TAKŻE: Sandra Bullock opowiada o adopcji. Jej historia zainspirowała inne kobiety

Procedury adopcyjne w Polsce. Chętnych więcej niż dzieci z uregulowaną sytuacją prawną

W skontrolowanych ośrodkach niemal wszystkie zakwalifikowane do adopcji dzieci (98 proc.) znalazły w badanym okresie nowych rodziców. Zdaniem NIK, wynika to przede wszystkim z faktu, że liczba potencjalnych rodziców znacznie przewyższa liczbę dzieci z uregulowaną sytuacją prawną, która umożliwia skierowanie ich do adopcji. W ostatnich latach spadają jednak wskaźniki adopcji zagranicznych. Kwalifikację do nich uzyskało w 2015 r. 326 dzieci, rok później – 309, a w pierwszej połowie 2017 r. – zaledwie 75.

Jednocześnie przedstawiciele Izby zauważyli, że niewiele dzieci opuszcza pieczę zastępczą, czyli domy dziecka i rodziny zastępcze. Od 2015 r. do pierwszego półrocza 2017 r. tylko 6 tys. dzieci z ok. 75  tys. umieszczonych w pieczy zastępczej uzyskało kwalifikację do adopcji. W opinii NIK problemem są przedłużające się postępowania sądowe i niewystarczające działania powiatów na rzecz wyprowadzania dzieci z pieczy zastępczej.


Na podstawie przeprowadzonej kontroli sporządzono łącznie 75 zaleceń dla 11 z 15 analizowanych ośrodków adopcyjnych. Pełny raport dostępny jest na stronie NIK [plik PDF].

Źródło: nik.gov.pl

POLECAMY RÓWNIEŻ: Rodzina adopcyjna a rodzina zastępcza. Jakie są podobieństwa i różnice?

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Polski ginekolog gwałcił pacjentki podczas wizyt? Zgłosiło się już pięć ofiar

Mężczyzna zakuwany w kajdanki /Ilustracja do tekstu: Polski ginekolog gwałcił pacjentki? Jest 5 ofiar
Fot.: Pixabay.com

Przed kilkoma dniami polską opinią publiczną wstrząsnęła informacja o ginekologu, który miał dopuścić się wykorzystywania seksualnego swoich pacjentek. Wiadomo już o pięciu ofiarach tego procederu, ale śledczy podejrzewają, że poszkodowanych może być znacznie więcej.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Podejrzanym w tej wstrząsającej sprawie jest Monzer M., 50-letni ginekolog z Zabrza. 17 sierpnia br. usłyszał on kolejny – piąty już – zarzut popełnienia przestępstwa z art. 197 par. 1 kodeksu karnego oraz art. 197 par. 2 kodeksu karnego. Chodzi o doprowadzenie pacjentki do obcowania płciowego i poddania się innej czynności seksualnej.

Wcześniej prokurator zarzucił lekarzowi Monzerowi M. popełnienie czterech podobnych przestępstw. Jak ustalono w toku postępowania, wszystkie pokrzywdzone były pacjentkami podejrzanego lekarza. Czyny miały zostać popełnione w jego prywatnym gabinecie w Zabrzu, w trakcie przeprowadzania badań ginekologicznych. W pomieszczeniu znajdowali się wówczas jedynie pacjentka i lekarz.

Proceder miał odbywać się na przestrzeni dwóch lat, a poszkodowanych może być więcej. Śledczy apelują do kobiet, które również mogły być jego ofiarami, by zgłaszały się na policję lub do prokuratury.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Coraz mniej męskich ginekologów. Skąd ta zależność?

Ginekolog gwałcił pacjentki? Zastosowano areszt tymczasowy, ale podejrzany nie przyznaje się do winy

Za każde z zarzucanych przestępstw ginekologowi grozi do 12 lat pozbawienia wolności. Z uwagi na grożącą podejrzanemu wysoką karę, a także obawę matactwa procesowego, sąd zastosował środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania zabrzańskiego lekarza – na okres 3 miesięcy. Na poczet przyszłych kar i zadośćuczynienia dla ofiar zabezpieczono też jego mienie – dwa samochody i gotówkę o łącznej wartości 90 tysięcy złotych.

Sprawa ma charakter rozwojowy. Prokuratura i policja w dalszym ciągu prowadzą intensywne czynności mające na celu m.in. ustalenie, czy są kolejne pokrzywdzone.

Ginekolog nie przyznaje się do winy. Jak informuje prokuratura, złożył obszerne wyjaśnienia, w których sugeruje, że jego działania nie miały znamion czynów zabronionych.

Źródło: pk.gov.pl, rmf24.pl

POLECAMY RÓWNIEŻ: Historia matki i córki z in vitro: Żeby w przestrzeń mówiąc, usłyszeć: Jestem człowiekiem.

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Seks po operacji ginekologicznej. Ekspert: „Zmiany w anatomii nie oznaczają utraty kobiecości”

Para na łóżku; na pierwszym planie złączone dłonie Ilustracja do tekstu: Seks a niepłodność / Seks po operacji ginekologicznej

Operacje ginekologiczne budzą u kobiet wiele obaw. Najczęściej dotyczą one potencjalnych komplikacji po zabiegu i jego wpływu na dalszą aktywność – także tę w sferze seksualnej. Czy seks po operacji ginekologicznej może być wciąż przyjemny? Na trudne pytania odpowiada ekspert.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Operacje ginekologiczne stosuje się najczęściej w leczeniu wypadającego narządu rodnego, a także w przypadku konieczności usunięcia torbieli jajników, szyjki macicy, mięśniaków macicy bądź całej macicy. Zabiegi chirurgiczne wykorzystywane są ponadto w leczeniu nietrzymania moczu i plastyce krocza. I choć wiele interwencji chirurgicznych w obrębie narządu rodnego jest niezbędnych, by zachować lub przywrócić zdrowie, mogą one istotnie przełożyć się na życie intymne. Jak często się to dzieje, co jest najczęstszym problemem i jak właściwie wygląda seks po operacji ginekologicznej, wyjaśnia dr Leszek Czekański – ginekolog z Radomskiego Centrum Ginekologiczno-Położniczego GinMed.

Czy współczesne operacje z zakresu ginekologii są wysoce inwazyjne?

Dr Leszek Czekański: Obecnie prawie wszystkie operacje ginekologiczne wykonuje się z jak najmniejszą inwazyjnością – podczas zabiegów laparoskopowych. Często nie pozostawiają one żadnych zewnętrznych śladów ingerencji. Polegają na wprowadzeniu narzędzi przez pępek lub małe nacięcie w jego okolicach: po to, by dokładnie zbadać chory narząd, a następnie usunąć problem. Zaletą zabiegów o niskiej inwazyjności, oprócz znikomych blizn, jest brak konieczności dłuższego pobytu w klinice. Przeważnie ogranicza się on do jednej doby. Wykonywane są również duże zabiegi ginekologiczne, takie jak histerektomia, czyli częściowe lub całkowite wycięcie macicy – z przydatkami lub bez. Zabiegi te wykonywane są tradycyjną drogą brzuszną lub laparoskopową.

Jak zmienia się życie seksualne kobiet po operacjach ginekologicznych? Z czym najczęściej borykają się pacjentki i czy można temu przeciwdziałać?

Podstawowym problemem, często odczuwanym po poważnych operacjach ginekologicznych, jest brak libido. Zdarza się tak po operacjach usunięcia jajników lub po zabiegach, które wpływają na ich ukrwienie. W organizmie kobiety zaczyna wtedy brakować produkowanego przez jajniki testosteronu – to on odpowiada za odczuwanie apetytu na seks. W takich wypadkach przydatna okazuje się kuracja hormonalna. Należy jednak uważać z jej doborem i ustalić poziom testosteronu tak, by nie wywołał niepożądanych efektów ubocznych

Innym skutkiem opisywanym przez pacjentki jest suchość pochwy. Ma to duży wpływ na jakość stosunków seksualnych. Często wywołuje dyskomfort, ból i otarcia. Ale łatwo temu zaradzić. Wystarczy używać dostępnych w aptece środków nawilżających – lubrykantów.

CZYTAJ TAKŻE: Seks a stres w staraniach o dziecko. Co może wam pomóc?

Czy wraz ze spadkiem libido pacjentki mogą obawiać się mniejszej przyjemności ze stosunków?

Największą trudność powoduje operacja usunięcia macicy. Kobiety najczęściej osiągają orgazm poprzez łechtaczkę lub pochwę, więc teoretycznie w tej kwestii nic nie powinno się zmienić. Jednak podczas szczytowania brakuje im odczuwalnych do tej pory skurczów macicy – przez to kobiety określają orgazm jako niepełny lub słaby. Są zaskoczone nowymi odczuciami, które najczęściej, niestety, im się nie podobają.

Jakich zmian i dolegliwości w życiu intymnym doświadczają jeszcze pacjentki, które przeszły operację ginekologiczną?

Pacjentki pooperacyjne często niechętnie podchodzą do stosunków seksualnych, obawiając się, że partner wyczuje w ich ciele zmiany. Tymczasem nawet po konieczności skrócenia pochwy nie będzie on odczuwał różnicy podczas zbliżeń.  Kobieta może jednak czuć dyskomfort – powinna wtedy wybierać takie pozycje seksualne, które pozwolą jej kontrolować głębokość penetracji.

ZOBACZ TEŻ: Jak niepłodność wpływa na funkcje seksualne? Posłuchaj ekspertów seksuologii

Problem tkwi też w sferze psychicznej. Zmiany w anatomii wiążą się niejednokrotnie z poczuciem utraty kobiecości. A przecież operacje ginekologiczne usuwają chorobę, a nie kobiecość.

Kobiety zdają się tracić swoją kobiecość wraz z narządami rodnymi, ale pomimo braku macicy czy jajników, wcale nie stają się mniej atrakcyjne. Jednak w psychice często zakodowany jest komunikat, że macica jest takim samym wyznacznikiem kobiecości, jak penis – męskości. Owszem, kobieta pozbawiona macicy nie będzie mogła urodzić dzieci, ale nie staje się przez to gorszą kobietą.


Czasem, by przywrócić radość z seksu po operacji ginekologicznej, potrzebne jest wsparcie psychologiczne. Jeśli pacjentki odzyskają poczucie pewności siebie, to skutki zabiegu w wielu przypadkach nie zaważą na ich życiu intymnym.


Konsultacja merytoryczna: dr Leszek Czekański – lekarz ginekolog, kierownik Radomskiego Centrum Ginekologiczno-Położniczego GinMed.

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.