Przejdź do treści

Straty i ból, które budują! Happy End: „Czasem pewne rzeczy dzieją się w konkretnym celu”

Fot. archiwum prywatne

Walka z niepłodnością przypomina nieraz walkę z całym światem – z własnym ciałem, z emocjami, z innymi ludźmi, z finansami, z systemem… wymieniać można niemal bez końca. Niewątpliwie ogromny bój o swoje marzenia stoczyła Kasia.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Nasza walka była długa, ale i tak uważam, że mieliśmy wiele szczęścia. Nie mam mutacji genu, nie mam endometriozy, mam oba jajowody, plemniki były ‘nasze’, a małżeństwo nie rozpadło się. Najważniejsze jednak, że ostatecznie wywalczyliśmy nasz cud. Wiele par ma dużo gorszą sytuacje. Podziwiam ich, że mają siłę walczyć” – mówi skromnie Kasia. Skromnie, bowiem pokora widniejąca w jej słowach – chociaż jest wielką siłą – zupełnie nie oddaje ilości przeżyć, jakie pojawiły się podczas niemal ośmiu lat starań.

Początek długiej drogi

Decyzja o dziecku pojawiła się u Katarzyny i jej męża jeszcze przed ślubem. Był grudzień 2008 roku, a para miała przed sobą całą młodość. Kasia miała wtedy 23 lata, jej partner 26. Nie nastawiali się na błyskawiczny sukces, bo w końcu „mieli jeszcze czas” – jak to mówili wszyscy dookoła. Kasi szybko jednak zapaliła się czerwona lampka, być może dlatego, że już od kilku lat dziecko było jej wielkim marzeniem. „Już po paru miesiącach bezowocnych starań wysłałam męża na badanie, co wydaje się być najlepszym początkiem. Pozwala zaoszczędzić masę pieniędzy, nerwów i stresu” – opowiada.

Niestety nieskutecznie, bowiem negatywnych emocji nie udało się w tym wypadku uniknąć. „Wyniki były złe. Rozpłakałam się, bo wiedziałam, że jeżeli w ogóle doczekamy się dziecka, to będzie to bardzo trudne” – dodaje. Para wciąż starała się jednak naturalnymi sposobami. W międzyczasie każdy kolejny ginekolog twierdził, że u Kasi nie widać żadnych przeszkód i cierpliwość będzie ich największym sprzymierzeńcem: „Tak, po 3 latach nadal byli odważni, którzy mówili, że ‘jesteśmy młodzi i to tylko kwestia czasu. On niestety nieubłaganie leciał, a ciąży nadal nie było…” – opowiada.

Po kolejnym roku Katarzyna znalazła adres Poradni leczenia niepłodności małżeńskiej. „Doznałam ogromnego szoku, gdy pani ginekolog oznajmiła, że w naszym przypadku nic nie mogą pomóc. Mieliśmy udać się do kliniki leczenia niepłodności i to prawdopodobnie od razu w celu procedury IVF. Nie mogliśmy uwierzyć, że nas to dotyka” – mówi w dużych emocjach. Nie poddawała się jednak i wertując internet doszła do wniosku, że cierpi na PCOS. Lekarz potwierdził zespół policystycznych jajników, ale kolejny rok przyjmowania leków nic nie dał. Chociaż właściwie dał – kopa do podjęcia coraz to poważniejszych kroków.

Zadzwoniłam do jednej z klinik i umówiłam nas na wizytę. Od razu nastawiona byłam na inseminację. Rzeczywiście lekarz na pierwszej konsultacji, po obejrzeniu dotychczasowych wyników i wysłuchaniu naszej historii, zaproponował IUI. Teraz czekały nas powtórne badania i z wielką nadzieją weszliśmy w kolejny etap starań” – opowiada.

Nowy rozdział

Pierwsza inseminacja odbyła się w czerwcu 2014 roku i chyba oboje nie mogliśmy uwierzyć w pozytywny wynik bHCG, który otrzymaliśmy po 14 dniach. To było ogromne szczęście” – mówi Katarzyna i przywołuje w swojej pamięci wspomnienia: „Tego samego dnia była kumulacja Lotto. Z uśmiechem powtarzałam, że swoją szóstkę już trafiłam, bo jak często udaje się za pierwszym razem?” – niestety radość nie trwała długo.

Beta rosła, ale nie tak jak powinna. W pęcherzyku ciążowym była pustka. Pomimo, że ciąża była bezzarodkowa ja i tak cierpiałam. W końcu skoro był pęcherzyk, to musiał być i zarodek, w którego rozwoju coś poszło nie tak…” – mówi Kasia. Po tej próbie nastąpiła prawie roczna przerwa. O nie, nie w staraniach. Kobieta obserwowała siebie, mierzyła temperaturę, badała śluz, schudła ponad 20 kilogramów. Po tym czasie para przystąpiła jednak do kolejnej inseminacji. I kolejnej. I kolejnej. „Łącznie było ich jeszcze cztery, ale żadna nie zakończyła się ciążą” – podsumowuje.

Ostatnia inseminacja była w sierpniu 2015 r. Skończyły się pieniądze i siły. Na refundację in vitro nie było szans. Dopiero pod koniec roku mogliśmy zacząć myśleć o kolejnym etapie. W marcu najpierw zrobiliśmy badania męża, później wykonałam swoje. 23-ego maja 2016 r. odbyła się punkcja. Pobrano 22 oocyty,12 dojrzałych komórek. Zapłodniły się tylko i aż cztery z sześciu. W drugiej dobie miał miejsce transfer dwóch zarodków. Znów przeżyłam szok kiedy wynik bHCG wskazywał ciążę” – opowiada Katarzyna.

Nie było jednak wcale kolorowo. „Plamienia nie odpuszczały i ze względu na nie, pani doktor wysłała mnie do szpitala. W pierwszym nie dostałam żadnej pomocy, a według USG nie było widać ani jednego pęcherzyka. Zapłakana pojechałam z mężem do kolejnego szpitala. Nie zapomnę chyba nigdy tego momentu, kiedy lekarka odwróciła w moją stronę monitor. Od razu zauważyłam pulsujący punkt. To był nasz synek, czułam że to jest synek!” – opowiada Kasia, która dopiero po pierwszym prenatalnym USG tak naprawdę zaczęła cieszyć się ciążą. Znów niestety radość nie była jej dana na długo: „W 14. tygodniu ciąży trafiłam do szpitala z krwawieniem. Synek żył. Był też krwiak. Po czterech dniach serduszko już nie biło. Daliśmy mu na imię Staś i pochowaliśmy obok mojej mamy”.

Trudna droga do spełnienia

Przez kolejne 8 tygodni Kasia była na urlopie macierzyńskim. Jednak cała droga, którą już dotąd przeszła i silne przeżycia ostatniego czasu nie pozostały bez echa. „Wróciłam do pracy, ale nie mogłam się na niczym skupić. Przepracowałam dwa miesiące i czułam, że nie dam rady dłużej” – opowiada Kasia, która niestety nie dostała wtedy tak bardzo potrzebnego jej wsparcia. „Wręcz przeciwnie. Usłyszałam, że każdy ma swoje problemy… Postanowiłam więc znów zawalczyć. Ten ostatni raz. Chciałam zabrać pozostałe dwa zarodki i zakończyć tę drogę” – słyszymy.

Mąż Kasi wraz z lekarzem przekonali ją do pojedynczego transferu. „19-ego grudnia 2016 roku pierwsza Śnieżynka wróciła z nami do domu. 28-ego grudnia w wielkiej tajemnicy wykonałam test z krwi. Byłam przekonana, że i tym razem się nie udało. Nie czułam absolutnie nic, co wskazywałoby na to, że jest inaczej. Chciałam wypłakać się jeszcze przed Sylwestrem… Jednak intuicja mnie zawiodła. Sylwester był już bezalkoholowy!” – wspomina z uśmiechem.

 

Świat dookoła

Finalnie wszystko zakończyło się wielkim szczęściem, ale był to bardzo ciężki czas. Nie tylko dla Kasi, ale i dla jej męża. Każdy kolejny cykl, kolejne łzy, kolejne próby odbijały się na związku. Było w tym czasie wiele kłótni i wiele „prawie” rozwodów, jak mówi o nich Kasia. „Niepłodność to potężny egzamin dla związku. Emocji było mnóstwo. Mąż był twardy i nie pokazywał po sobie cierpienia. Często mnie to denerwowało. Myślałam, że mu nie zależy, że może nawet jest mu na rękę, że się nie udaje… Człowiek nie myśli wtedy racjonalnie” – dodaje.

Co ważne w historii Kasi, to otwartość z jaką mówi o przeżytych stratach: „Myślę, że najgorsze co może spotkać kobietę to poronienie, martwy poród oraz śmierć dziecka i absolutnie nie są to równoważne wydarzenia. Uważam jednak, że wsparcie i pomoc musi dostać każda z nas”. Pierwsza strata ciąży spowodowała, że Kasia zamknęła się w domu, zarówno przed rodziną, jak i przed znajomymi. „Moje myśli biegły w zdecydowanie złym kierunku… ale byłam też na tyle „twarda” że sama poszłam do psychiatry. Bałam się chyba sama siebie… dostałam leki i numer do psychologa” – opisuje i dodaje, że niestety nie mogła poddać się wtedy terapii. Z perspektywy czasu widzi jednak, że wszystkie obowiązki można było ze sobą połączyć i bardziej o siebie zadbać.

Inaczej było już przy drugim poronieniu. „Byłam wtedy bardziej doinformowana i mądrzejsza. Stasia straciliśmy w 15. tygodniu ciąży i chociaż było bardzo ciężko ‘urodziłam’ go własnymi siłami. Nie mogłam go jednak pożegnać tak, jak chciałam. Personel szpitala mi to skutecznie uniemożliwił. Pożegnałam się z synkiem dopiero w dniu pogrzebu” – opisuje w dużych emocjach i dodaje: „Tak, pochowaliśmy Stasia. Czułam, że muszę to zrobić. Że tak powinno być.

Tym razem kobieta skorzystała z długotrwałego wsparcia specjalistów. „Trafiłam na cudowną panią psycholog, która jako pierwsza o naszym synku mówiła po imieniu, co było dla mnie bardzo ważne. Nie lubię określenia ‘płód’, a tym bardziej ‘resztki po poronieniu’, jak to zaczęli mówić w szpitalu. To w dużej mierze dzięki pani Ewie przestałam się obwiniać i źle o sobie myśleć. Odbyło się wiele spotkań, dzięki którym zaczęłam się lepiej czuć” – opowiada. Ogromnym wsparciem był w tym czasie także mąż Kasi. Bliscy i znajomi są w takich chwilach wręcz niezbędni.

Sedno „happy end’u”

Czy dziś Kasia postąpiłaby tak samo i tak samo długo starałaby się o dziecko? Tak, chociaż jedno chciałaby zmienić – mówi, że nie czekałaby tyle czasu z wizytą w klinice. Z drugiej strony zauważa, że gdyby wszystko potoczyło się szybciej, mogłaby nie być w tym miejscu, w którym jest obecnie.

Foto. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Czasem pewne rzeczy dzieją się w konkretnym celu. Po pierwszym poronieniu wzięliśmy szczeniaka. Nasz pierwszy synuś!” – mówi Kasia z radością. Dziś nie wyobraża sobie bez niego dnia.

Bruno urodził się 18-ego lipca 2017 roku w 32. tygodniu ciąży – wcześniak. Ciągle nie mogę uwierzyć w ten nasz cud! Droga ku niemu kosztowała nas mnóstwo pieniędzy, stresu, łez i wyrzeczeń. Niczego jednak nie żałuję, nawet pomimo późniejszych nieprzespanych nocy, bolącego kręgosłupa i długiego oraz ciężkiego porodu” – mówi doświadczona już mama. Co więcej, nie zamierza na tym poprzestać. Gdy pierwszy raz usłyszała krzyk Bruna, postanowiła, że za dwa lata sprawi mu rodzeństwo: „Oby się udało. W końcu czeka na nas jeszcze jedna nasza Śnieżynka” – dodaje z uśmiechem i nadzieją.

Szczerze mówi też o tym, co myśli o otaczającej nas rzeczywistości i powtarzających się, nieraz wręcz piętnujących, opiniach o in vitro: „Szkoda, że rząd nie potrafi docenić daru medycyny. Te wszystkie krzywdzące określenia nigdy nie powinny paść. Chociaż my za całą procedurę musieliśmy płacić, mam nadzieję i mocno trzymam kciuki, by refundacja wróciła”. Jest to szczególnie ważny głos, bowiem mówi nim osoba, która sama doświadczyła wszystkich trudów walki z niepłodnością. Czy może być jakiś mocniejszy dowód na to, że warto walczyć, niż jej „happy end”?

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Straciła pięcioro dzieci. Dziś pani Jolanta chce pomagać innym rodzicom po stracie

Terapia po stracie dziecka
fot. Fotolia

Pani Jolanta długo starała się o dziecko. Trzy razy poroniła, przy czwartej ledwo uszła z życiem. Za piątym razem w końcu się udało. Szczęście trwało osiemnaście lat.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Pani Jolanta od zawsze marzyła o wielopokoleniowej rodzinie, bardzo chciała być mamą, a potem niańczyć gromadkę wnuków. Niestety, marzenie o macierzyństwie okazało się trudne do spełnienia.

Trzy razy poroniła, przy czwartej, pozamacicznej ciąży, ledwo uszła z życiem. Pani Jola w ostatniej chwili trafiła na stół operacyjny, gdzie lekarz zszył pęknięty jajowód. Nigdy nie mówiła, że straciła ciążę czy płód. Ona straciła dziecko. Bo przez ten czas, gdy nosiła pod sercem nowe życie, zdążyła zbudować już wokół niego całą przyszłość.

Zobacz także: Kobiety szczerze o poronieniu. Zobacz kulisy kampanii „Project Benjamin”

Może to moja wina…?

Po każdej stracie czuła się winna. „Może coś zrobiłam nie tak? Może nie odpoczywałam wystarczająco dużo?” zastanawiała się pani Jola. Poczucie winy potęgowały nieprzychylne komentarze ze strony starszych kobiet. Pani Jola słyszała, że gdyby nie była taka miastowa, delikatna i wrażliwa, rodziłaby jak niegdyś nasze matki i babcie.

Wtedy zaszła w piątą ciążę. Była przerażona, że skończy się jak zawsze. Strach wzbudzał każdy najdrobniejszy objaw somatyczny. Lekarz zalecił oszczędny tryb życia, pani Jola postanowiła więc położyć się do łóżka na dziewięć miesięcy. Śmieje się, że zrobiła z siebie inkubator, gdy wstała do porodu, jej ciało było wiotkie. Jednak widok córeczki – Ady wynagrodził pani Joli wszystkie ciężkie chwile.

Cztery wcześniejsze straty sprawiły jednak, że kobiecie już na zawsze towarzyszyło poczucie strachu.

I pewnie dlatego byłam matką nadopiekuńczą, roztoczyłam nad Adą parasol ochronny. Rano piekłam jej ciepłe ciasteczka na śniadanie… Dla mnie pachniała małym dzieckiem, nawet gdy miała naście lat. Starałam się być rozsądną matką, nie trzymać jej w klatce, puszczałam ją na osiemnastki wszystkich przyjaciół. Sama kupowałam jej szampana na nie. Ale to mnie wiele kosztowało. Zawsze czułam lęk, że ją stracę. Po czterech wcześniejszych stratach, ten lęk mi już zawsze towarzyszył – cytuje słowa pani Joli „Gazeta Wyborcza”.

Zobacz także: Tęczowi ojcowie: „Bycie rodzicem po stracie to obciążenie, zwłaszcza jeśli temat został zduszony i ukryty”

Najgorszy dzień w życiu rodzica

Rok 2012 na zawsze pozostanie w pamięci pani Joli, jako najgorszy rok w jej życiu. Ada właśnie skończyła 18 lat, wyjechała na obóz do Hiszpanii. Bardzo cieszyła się na tę wycieczkę. Po przyjeździe źle się poczuła. Okazało się, że to sepsa meningokokowa. Zachorowała we wtorek a zmarła w czwartek.

Ciężko opisać słowami to, co czuła pani Jola. Pierwszych trzech dni po śmierci córki nie pamięta. Wie, że koleżanki zabrały ją do szpitala, dostała leki, załatwiła formalności. Zna to jednak tylko z opowieści, niewiele pamięta z tragicznego okresu.

Z perspektywy czasu pani Jolanta uważa, że żadne słowa nie mogą przynieść otuchy w takiej chwili. Liczy się natomiast obecność drugiego człowieka i świadomość, że można razem przejść przez koszmar.

Zobacz także: Poronienie – one też to przeżyły! Dziś ich zdjęcia dają siłę i nadzieję [FOTO]

Terapia po stracie dziecka

Po śmierci Ady pani Jolanta rzuciła się w wir pracy. Jest terapeutką, pomaga ludziom. Wie, jak bardzo samotny czuje się rodzic po stracie dziecka.

Po kilku latach w jej głowie zrodziła się myśl, by z bólu i cierpienia zrobić jakiś pożytek. Pani Jola chce stworzyć grupę wsparcia dla rodziców, którzy tak jak ona, stracili dziecko.

Byłoby to miejsce dla wszystkich, którzy potrzebują pomocy: dla kobiet, dla mężczyzn, rodziców, których dzieci urodziły się martwe i tych, których dzieci umarły jako dorośli ludzie. Spotkania odbywałyby się raz lub dwa razy w miesiącu. Gdyby z tej grupy wyłoniły się osoby potrzebujące terapii, pani Jola mogłaby się nimi zaopiekować profesjonalnie.

Na takiej grupie można przeżywać. Podzielić się emocjami. Wszystkim, co w rodzicu jest. Jeśli będą na różnych etapach żałoby, można się zainspirować. Zobaczyć, że czas, w którym się jest, zmieni się wkrótce w inny czas. Gdy na Facebooku zdradziłam się z pomysłem utworzenia grupy, odezwało się do mnie kilka osób. Wiem, że jest taka potrzeba. Czekam na kolejne zgłoszenia. Ludzie, którzy doświadczają takiej straty, czują się samotni. Często latami. Wcześniej straciłam czwórkę innych dzieci, wiem, o czym mówię – mówi pani Jolanta w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

———————————————————————————————————————————–

Mgr Jolanta Garbaczewska – terapeuta, logopeda

Specjalistka z ponad 30-letnim doświadczeniem. Pracuje w Klinice Psychiatrii w Bydgoszczy na Oddziale Zaburzeń Lękowych i Afektywnych oraz na Oddziale Rehabilitacji Neurologicznej w Smukale.

Jeżeli jesteś zainteresowana/y dołączeniem do grupy wsparcia dla rodzin, które straciły dziecko, napisz: garbaczewskajolanta@poczta.onet.pl

Tu kupisz e-wersję magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: „Gazeta Wyborcza”, Znany Lekarz

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

„Lekarz dał do zrozumienia, że nigdy nie zostanę mamą”. Zobacz, jak Anna pokonała endometriozę

ciąża po endometriozie
fot. Pixabay

O tym, że choruję na endometriozę, dowiedziałam się po kilku latach bezowocnych starań o dziecko. Lekarze zbagatelizowali jednak problem i gdyby nie jedno ważne wydarzenie z mojego życia, z pewnością nadal wierzyłabym w to, że już nigdy nie zostanę matką.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Mam na imię Anna, mam 38 lat. Z moim mężem starania o dziecko rozpoczęliśmy około 10 lat temu. Po czterech latach i dziesiątkach negatywnych testów ciążowych zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego wciąż nie udaje mi się zajść w ciążę.

Zaczęliśmy szukać przyczyny problemu, po serii wizyt lekarskich w końcu dowiedzieliśmy się, gdzie leży źródło naszych niepowodzeń. Podeszłam do zabiegu laparoskopii i wówczas lekarz zdiagnozował u mnie endometriozę I stopnia oraz obustronną niedrożność jajowodów. Nie wiedziałam wówczas, czym jest endometrioza. Zaczęłam czytać i szukać informacji na temat tajemniczej choroby, którą u mnie odkryto. Jednak miesiączkowałam w miarę normalnie i nigdy nie męczyłam się z powodu bólu.

Lekarz, który przeprowadził zabieg laparoskopii, nie udrożnił jajowodów. Zaproponował za to leczenie witaminami i dał do zrozumienia, że nigdy nie zostanę mamą. Bardzo to wówczas przeżyłam, a oparcie miałam jedynie w mężu i rodzinie.

Prawie każda osoba, z którą w tym czasie rozmawiałam, radziła mi, żeby „odpuścić, a wtedy na pewno się uda”. Tylko jak miało się udać, skoro moje jajowody były niedrożne?

Zobacz także: „Endometriozie zawdzięczam obecną siebie”. Historia Kasi

Decyzja o in vitro i kolejne rozczarowania

Po czterech latach przerwy w staraniach o dziecko podjęliśmy z mężem decyzję o in vitro. Byłam wówczas pełna nadziei, a lekarz dodatkowo wzniecił nasz entuzjazm mówiąc, że z pewnością zajdę w ciążę. Wyniki badań  również napawały optymizmem.

Oczywiście w klinice leczenia niepłodności opowiedziałam lekarzowi o endometriozę. Usłyszałam jednak, że moja choroba nie jest przeszkodą w zapłodnieniu i że przy takich wynikach badań wszystko z pewnością się uda.

Z sercem przepełnionym nadzieją podeszliśmy zatem do zabiegu. Uzyskaliśmy zarodki dobrej jakości i wszystko szło zgodnie z planem. Niestety, nie udało się uzyskać ciąży. Zdecydowaliśmy się zatem z mężem na drugie podejście, jednak i tym razem wynik testu ciążowego był negatywny.

Mój świat się zawalił. Szczególnie mocno bolało to, że nikt nie rozumiał mojego bólu. Każdy chciał podzielić się mądrą radą, jednak żadna z tych osób nie zdawała sobie sprawy, jak słowa mogą ranić.

Później była następna procedura in vitro, o której tym razem nie powiedzieliśmy nikomu. Pojawiły się dodatkowe badania i kolejne pytania do lekarzy, czy moja endometrioza ma wpływ na implantację zarodka. „Pani endometrioza nie ma z tym nic wspólnego, ma pani dobre wyniki” – słyszałam jak mantrę. Lekarz zasugerował, że gdybym miała endometriozę w macicy, to badanie USG byłoby dla mnie bardzo bolesne, a przecież mnie nic nie bolało!

Zobacz także: Endometrioza utrudnia Agnieszce zajście w ciążę. Po operacji odrodziła się w niej nadzieja

Na forum znalazłam nazwisko pewnego doktora

Kolejne dwie próby zapłodnienia pozaustrojowego ponownie zakończyły się fiaskiem. W międzyczasie przez przypadek trafiłam na Facebooku na grupę „In vitro przed i w trakcie”. To właśnie dziewczyny z forum pomogły mi w tym trudnym okresie. Kiedyś podczas jednej z rozmów padło tam nazwisko doktora Olka – lekarza, „który czyni cuda”. Znajoma z tej grupy podała mi jego prywatny numer. Nie namyślając się długo, zadzwoniłam.

Doktor Jan Olek okazał się być moim aniołem stróżem. Już po pierwszej rozmowie miałam duszę wolną od żalu i złości po nieudanych próbach zajścia w ciążę. Nie liczyłam na to, że lekarz mi pomoże, bo niby jak, skoro moje jajniki, jak mi do tej pory mówiono, do niczego się nie nadawały. Ale doktor Olek dał mi nadzieję! Umówiłam się więc na wizytę.

Był to pierwszy lekarz, który mnie wysłuchał i doradził. Miałam wrażenie, że naprawdę chciał mi pomoc. Wspólnie podjęliśmy decyzję o operacji. Po zabiegu zemdlałam w ubikacji. Leżąc na ziemi i płacząc zastanawiałam się: „Ania, dlaczego ty się tak męczysz? Odpuść sobie, nigdy nie zostaniesz mamą!”

Tego dnia przyszedł do mnie doktor Jan. Na wpół przytomna słuchałam jego diagnozy. Lekarz wytłumaczył, że moja endometrioza II stopnia zajęła całą macicę i zatoce Douglasa. Doktor udrożnił lewy jajowód i oświadczył, że teraz nic nie stoi na przeszkodzie w staraniach o dziecko. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam, setki myśli przewijały się wówczas przez moją głowę.

Zobacz także: „Ginekolodzy mówili, że ma boleć. Uwierzyłam, że nic mi nie jest”. Jak endometrioza zmieniła życie Joanny?

Za namową koleżanki zrobiłam test ciążowy

Po dwóch miesiącach od operacji zauważyłam, że moja miesiączka się spóźnia. Zastanawiałam się, czy powodem mógł być zabieg, który przeszłam w ostatnim czasie.

Za namową koleżanki zrobiłam test ciążowy. Nie spodziewałam się cudu – w końcu doświadczyłam już tylu rozczarowań. Nagle moim oczom ukazały dwie kreski. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę! Natychmiast pobiegłam po kolejne dwa testy i każdy z nich wyszedł pozytywny.

Gdy byłam już pewna, że jestem w ciąży, natychmiast zadzwoniłam do doktora Olka. Podziękowałam mu i powiedziałam, że jest moim aniołem stróżem. To dzięki niemu oczekuję teraz przyjścia na świat małej Sophie.

Nie wiem, czy moja historia komuś pomoże, jednak chciałabym przekazać wam jedno. Zanim kobiety z endometriozą pogodzą się z faktem, nigdy nie będzie im dane zostać matkami, powinny zgłosić się do kliniki Miracolo.

Łatwo jest trafić na niedoświadczonego lekarza, który zbagatelizuje problem. Nie można się jednak poddawać! Warto dopytywać, czytać i szukać innych dróg wyjścia z sytuacji. Pisząc te słowa mam oczy pełne łez. Wciąż pamiętam dzień operacji i słowa doktora Janka, w których przekonywał mnie, że jest dobrej myśli. Bardzo Panu dziękuję!

Leczenie endometriozy w klinice Miracolo. Historia Anny

fot. archiwum prywatne

Leczenie endometriozy w klinice Miracolo. Historia Anny

fot. archiwum prywatne

Leczenie endometriozy w klinice Miracolo. Historia Anny

fot. archiwum prywatne

 

 

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.