Przejdź do treści

Starali się o dziecko przez 10 lat, dziś są rodzicami… bliźniaków! Joanna: „Nie wolno tracić nadziei”

Fot. archiwum prywatne

Starania o dziecko to nieraz wieloletnia walka – ze zdrowiem, z systemem leczenia, z samym sobą. Joanna wraz z mężem walczyli 10 lat. Przeszli setki badań, 7 inseminacji, 3 procedury in vitro. Pomimo trudów i chwil zwątpienia zawsze wierzyli w sukces. I słusznie! Dziś są rodzicami bliźniaków – poznaj ich historię, która daje całą masę pozytywnej energii.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Początek starań był 10 lat temu?

Joanna: Tak, początek był przed dekadą. W pierwszym etapie próbowaliśmy z partnerem naturalnie. I to przez dłuższy okres – trzy lata. Utrudnieniem był fakt, że mąż pracuje za granicą i niestety ma go cały czas tutaj. Mówi się, że jeżeli przez rok starań nie ma dziecka, to znaczy, że już coś jest nie tak. U nas, jak widać, trochę przedłużyliśmy ten okres. Trzy lata starań naturalnych, dopiero po tym czasie udałam się do lekarzy. Najpierw do zwykłych ginekologów – od jednego, do drugiego. Rok zajęło mi takie chodzenie i przyznam szczerze, że podejście lekarzy na których trafiłam, chyba nie było za dobre.

Często słyszy się, że lekarze ginekolodzy „pierwszego kontaktu” nie zawsze profesjonalnie zaczynają pracę z niepłodnością.

Miałam trzech lekarzy, których podejście było praktycznie żadne. Już na wstępie pojawiało się pytanie: „A  co takiego pani robi w tym kierunku?”. Było to żenujące… Dopiero czwarty lekarz podszedł do mnie profesjonalnie. Tylko spojrzał i powiedział, że mam PCO. Kazał mi podnieść brodę, pytał się o owłosienie. Diagnoza była praktycznie od razu, po czym oczywiście miałam różne badania, lekarz chciał się po prostu upewnić i rzeczywiście okazało się, że mam brak owulacji. Mieliśmy później monitorowane cykle, dość długo to trwało. Co jednak ważne, miałam bardzo dobry kontakt z tym właśnie lekarzem. Zyskałam przy nim prawdziwą nadzieję, że się uda, że będzie w porządku, że PCO to nie jest wyrok.

Nadzieja jest bardzo ważna.

Dokładnie, był to prawdziwy lekarz z sercem. Niestety jednak nawet jego serce nie pomogło. Chodziłam do niego półtora roku i w końcu rozłożył ręce. Powiedział, że jego praca się w tym miejscu kończy i proponuje nam klinikę leczenia niepłodności. Minęły już wtedy 3-4 lata odkąd zaczęliśmy się starać, a dziecka dalej nie było.

Nie było na co dalej czekać.

Tak, doktor przyznał, że nie ma co tracić czasu. I to było dobre – nie przeciągał niepotrzebnie sprawy, nie szukał kolejnych badań, tylko wysłał nas do specjalistycznej kliniki. Tak też zrobiliśmy.

W pierwszej klinice, do której trafiliśmy, spędziliśmy rok. Nie przypadła nam ona jednak do gustu. Bardzo źle się tam czułam. Wydawało mi się, że mój problem ich nie interesuje. Zrobili mnóstwo badań, ale z lekarzem nie miałam żadnego kontaktu na płaszczyźnie międzyludzkiej. Zmieniliśmy więc klinikę. W kolejnej trafiłam na bardzo dobrego lekarza, który po przejrzeniu mojej teczki, skomentował: „Kto pani powiedział, że pani nie zajdzie w ciążę?”. Gdy wyszłam z gabinetu byłam w ogromnej euforii! Spędziliśmy w tej klinice 4 lata i to właśnie tam przeszłam siedem inseminacji. To był najcięższy dla mnie okres.

Porusza pani bardzo ważną sprawę – nie są istotne tylko kwestie medyczne, ale też to, co w międzyczasie dzieje się z psychiką człowieka.

To prawda. Czas inseminacji był najcięższy zarówno dla mnie, jak i dla mojego męża. Podczas pierwszej inseminacji byliśmy nastawieni, że nam się uda! Tym bardziej, że lekarz mówił: „Jasne, jak najbardziej”. Okazało się jednak, że ciąży brak. Druga inseminacja – ciąży brak. Z każdą kolejną, gdy jechałam na betę, to było… ciężkie do opisania. Z jednej strony miałam myśli, że tym razem będzie sukces. Z drugiej, że może jednak los tak chciał i nie będziemy mieć dzieci. Tyle razy już się nie udało… Tak to wyglądało za każdym razem.

Dla mnie inseminacje były gorsze, niż późniejsze in vitro. Być może dlatego, że było ich tak dużo. Non stop robiliśmy dodatkowe badania, do tego strasznie przytyłam, a moje ciało zaczęło się pod wpływem hormonów zmieniać. Nie wiedziałam, czy chcę dalej iść w tę stronę. Nie zrezygnowałam tylko dzięki mojemu mężowi.

Był przy mnie cały czas i mówił: „Uda się, Asia! Próbujmy!”. Na szczęście nasza sytuacja finansowa pozwalała nam na kolejne próby, ale wysiadłam psychicznie. Przy siódmej inseminacji powiedziałam, że już nie chcę. Lekarz zasugerował wtedy byśmy zastanowili się nad in vitro. Kiedy padły te słowa, aż usiadłam.

Usiadła pani z ulgą, czy bardziej z lękiem?

Na początku to było przerażenie. Wiedziałam czym jest in vitro, z czym się wiąże, ale nigdy nie sądziłam, że będzie dotyczyć właśnie mnie. Gdzieś tam w głębi wciąż myślałam, że mamy jeszcze inne szanse, że stanie się jakiś cud i naturalnie uda nam się zajść w ciążę. Zdecydowanie podłamały mnie jednak liczne próby inseminacji.

Przyszliśmy z mężem do domu i zaczęliśmy rozmawiać. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że chyba nie mamy wyjścia. Dlaczego nie? Dla mnie in vitro było i jest z pewnością nadzieją oraz szansą na dziecko. Mieliśmy też to szczęście, że w 2014 skorzystaliśmy jeszcze z „rządkówki”.

Zastanawiam się w takim razie, jak pani patrzy na to wszystko, co obecnie dzieje się wokół in vitro?

Dla mnie, i nie tylko dla mnie, był to ratunek. Po raz kolejny podkreślam, widzę in vitro jako nadzieję i szansę na dziecko, jakie współczesna medycyna dała tysiącom niepłodnych par. Nie wiem o co to całe halo. Dlaczego ktoś ma mi odbierać prawo do bycia rodzicem?

Zaczęła też pani mówić o partnerze. Słyszę, że byliśmy państwo w tym wszystkim razem. Myślę, że jest to duży potencjał w takiej sytuacji.

Bardzo duży. Gdyby mój mąż zrezygnował, gdyby „się rozpadł” i stwierdził, że to nie ma sensu, ja też bym odpadła. Byłam już w takim momencie, że nie wierzyłam w sukces. To on mówił: „Asia, nie może być aż tak źle! Będziemy próbować do skutku!”.

Ma pani poczucie, że te doświadczanie wzmocniły wasz związek, czy jednak były oddalające?

Mój mąż od 14 lat pracuje zagranicą. Wiadomo jak wygląda życie na odległość, ale in vitro i cała ta historia mimo wszystko nas zbliżyła. Oczywiście były momenty, gdy kłóciliśmy się i razem płakaliśmy. Chociaż miałam poczucie, że problem jest po mojej stronie, nigdy nie usłyszałam od niego słów: „To twoja wina”. Być może przeszły mu przez myśl, ale nigdy ich nie wypowiedział. Nigdy też nie stwierdził, że jego chęć posiadania dzieci jest tak silna, że bez nich nie da rady ze mną być.  Mało tego, przyjeżdżał na każde ważniejsze spotkanie, jakie mieliśmy w klinice. Pomimo tego, że dzieliły nas setki kilometrów chciał w tym być i uczestniczyć. To było dla mnie bardzo ważne.

To jest coś, co zapewne daje ogromnego kopa do walki.

Tak. Siła drugiego człowieka, który jest w tej samej sytuacji, jest szalenie pomocna. On mnie najbardziej rozumiał, a wiem, że jemu też było ciężko. Gdy nie udawały się kolejne próby, widziałam łzy w jego oczach. Mówił: „Asia, będzie dobrze”, ale jego głos drżał. Chciał być silny dla mnie. Dziękuję mu za to, że nie przerwaliśmy tego wszystkiego.

Udało się za trzecim in vitro.

Zgadza się. Za pierwszym się nie udało, ale też pierwsze podejście było z dużym spokojem – co będzie to będzie. Za drugim razem miałam już betę prawie 30, więc była radość. Niestety miałam wtedy ciążę biochemiczną, co było ogromnym ciosem. Ile ja łez wylała, gdy beta zaczęła spadać…

Wszystko działo się w ciągu jednego roku. Klinikę przekroczyłam we wrześniu 2014, w październiku rok później podeszłam do trzeciego in vitro. Poprosiliśmy wtedy o dwa zarodki. Musieliśmy to przedyskutować, bo wiadomo jakie mogły być konsekwencje. W końcu jednak zdecydowaliśmy się na dwa zarodki i dwa zostały.

Fot. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Gdy się udało była tylko radość, czy może pojawił się też jakiś lęk?

Oczywiście, że był lęk. Gdy po 12 dniach jechałam na betę, moja głowa była w zupełnie innym świecie. Był strach, była radość, była euforia, milion myśli przelatywało przez moją głowę. Zapytałam nawet czy mogą do mnie zadzwonić z wynikami, bo nie dam rady po nie przyjechać. Kiedy dotarłam do  domu, musiałam iść spać. Emocjonalnie nie funkcjonowałam. Obudził mnie telefon i usłyszałam, że moja beta wynosi 179. Mówię: „Czy pani się czasem nie pomyliła, czy na pewno moje nazwisko tam widnieje?”. Po dwóch dniach kolejne badanie, później dwa pęcherzyki, pierwsze bicie serduszek… wyliśmy jak bobry! To było cudowne!

To mu być niesamowite uczucie. Po tylu latach marzenie staje się rzeczywistością.

Kiedy w 8. tygodniu usłyszeliśmy bicie serduszek przez cały dzień powtarzałam, że nie wierzę. Cieszyłam się tak bardzo, że chciałam fruwać! Dopiero po paru dniach, gdy emocje opadły, pojawił się strach, czy ciąża się utrzyma. Była to ciąża bliźniacza, więc kolejne ryzyko… Był lęk.

Właśnie – bliźniaki!

Gdy decydowaliśmy się na dwa zarodki, braliśmy pod uwagę, że mogą być bliźniaki. Bardziej jednak patrzyliśmy na to pod kątem zwiększenia skuteczności in vitro w ogóle. A tu nagle, dwa podali, dwa zostały. Bliźniaki to początkowy szok: „Co my zrobimy!?”. Myślę jednak, że tak po prostu musiało być. Ten nasz aniołek, który nie dał rady w czerwcu, postanowił wrócić.

Podwójne wyzwanie.

Podwójne wyzwanie, podwójnie dużo roboty, ale jest to coś niesamowitego. Zresztą do dzisiaj zdarza mi się szczypać i sprawdzać, czy przypadkiem to wszystko nie jest snem. Patrzę czasami na nich, gdy śpią. Ta dwójka małych ludzi jest moimi dziećmi, to niesamowite! Maluchy w czerwcu będą miały roczek. Jest ich wszędzie pełno i są cudowne! Mówią już słowo „mama”, co jest nie do opisania.

Po tylu latach musi to być niesamowita nagroda.

Tak, gdy patrzę na naszą historię z perspektywy czasu, myślę sobie, że w sumie nie było aż tak najgorzej.

Czas robi swoje.

Na pewno nie wolno tracić nadziei. Pomimo tego, że miałam zwątpienia, to zawsze była we mnie iskierka, że musi się udać. Mam swój happy end.

ddd

Fot. archiwum prywatne

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Nie mogła zajść w kolejną ciążę… dziś ma SIEDMIORO dzieci!

historia adopcyjna

Amy, 36-letnia pielęgniarka, dorastała jako jedynaczka i jak wiele dzieci niemających rodzeństwa, zawsze chciała mieć dużą rodzinę. Obecnie ma… siedmioro dzieci, a sposób, w jaki stawała się ich mamą, jest wręcz historią na kilka sezonów dobrego serialu!

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Amy i jej mąż Damian przez lata starali się o kolejne dziecko. Ich bliźniaki pojawiły się na świecie niedługo po ślubie, kiedy jednak 5 lat później chcieli powiększyć rodzinę, wciąż i wciąż im się nie udawało. Zaczęli rozważać wtedy zagraniczną adopcję, oboje pracowali jednak w szpitalu i na co dzień widzieli wiele potrzebujących maluchów.

Stąd też pojawił im się pomysł zostania rodziną zastępczą, by w przyszłości mieć też nadzieję na adopcję. Kiedy w 2016 roku małżeństwo stało się licencjonowanymi rodzicami zastępczymi, ich bliźniaki miały już 12 lat, a Damian był także ojcem 20-letniego Gabriela.  

Zobacz też: Rodzina adopcyjna a rodzina zastępcza. Jakie są podobieństwa i różnice?

Nowa droga

TEN telefon otrzymali zaledwie tydzień po zakończeniu programu szkoleniowego, a w Sylwestra trafiła do nich mała Julianna. „To było jak przyniesienie do domu naszego własnego dziecka. Było to najlepsze uczucie. Tyle radości. To było tak, jak byśmy rozpoczynali nowe życie” – słowa Amy cytuje „people.com”.

Już wtedy czuli, że będą chcieli adoptować dziewczynę i w kwietniu 2017 roku tak też się stało. Co ciekawe, w tym samym miesiącu urodził się chłopiec, który nieco później także dołączył do rodziny.

Pomimo, że Amy i Damian planowali wziąć pod swoje skrzydła tylko jednego maluszka, kiedy dostali kolejny telefon, nie wahali się. Co więcej, w maju 2018 okazało się, że najmłodsze z ich dzieci będzie miało nowego braciszka.

Rodzice i tak licznej już gromadki dostali więc pytanie, czy nie zostaliby opiekunami nieurodzonego jeszcze chłopca, a wszystko po to, aby rodzeństwo miało szansę wychowywać się razem. „Potrzebowaliśmy jednego dnia, by przemyśleć zaaranżowanie przestrzeni w domu i powiedzieliśmy „tak” – opowiada Amy. Kiedy trwali więc w oczekiwaniu… znów dostali telefon!

Mała dziewczynka trafiła do ich domu w październiku, a nowo narodzony chłopczyk zaledwie 10 dni po niej. Julianna ma więc obecnie około 2 lat, jeden z chłopców jest o 4 miesiące młodszy, dziewczynka ma około 3 miesięcy, a najmłodsze z dzieci zaledwie dwa tygodnie mniej. Miała to być sytuacja tymczasowa, tymczasem teraz rodzina ma nadzieję, że już zawsze właśnie tak to będzie wyglądało! Julianna jest już oficjalnie córką Amy i Damiana, procesy adopcyjne pozostałej trójki są w toku.

Zdecydowanie bycie rodziną adopcyjną stanowi wyzwanie, w przypadku Amy i Damiana pojawiają się jeszcze dodatkowe, trudne sytuacje zewnętrzne. Dzieci różnią się kolorem skóry, co niestety nie dla wszystkich jest zrozumiałe i zdarza się, że pojawiają się niełatwe komentarze.

Amy jednak podkreśla, że kocha adopcyjne dzieciaki tak samo, jak te, które urodziła. I owszem, chciała mieć dużą rodzinę, ale nie spodziewała się, że aż tak!

Zobacz też: Poznaj Kalani i Jarani – siostry bliźniaczki o różnych… kolorach skóry!

Historia adopcyjna z happy endem

Jest to jedna z tych historii, które dają nadzieję zarówno rodzicom chcącym stworzyć rodzinę adopcyjną, jak i maluchom oczekującym na to, że ktoś zapewni im prawdziwy dom. Każdy kraj ma oczywiście inne procedury, wymagania, ograniczenia, ale podobne historie dzieją się na całym świecie – także u nas.

Na pewno jedną z nich jest doświadczenie małego Wiktora, który urodził się z zespołem Downa. Jego nowi rodzice, aby móc poznać chłopca, przejechali 2,5 tysiąca km! Marina i Erik z Kalifornii wzięli pod swoje skrzydła podopiecznego fundacji „Dom w Łodzi”. Co więcej, ich historia przypomina opisaną tu rodzinę Amy i Damiana – nowi rodzice Wiktora już przed nim mieli bowiem ośmioro dziec! [przeczytaj więcej: KLIK]! Śmiało można więc opisać to jako „happy end”.

Zobacz też: „Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – mocne słowa, które zderzają wyobrażenie z rzeczywistością

Tutaj kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło:People.com

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Poroniła 4 razy w ciągu roku, poddała się leczeniu i teraz jest mamą

Samantha Catanach to 32-letnia brytyjka, która w ciągu 12 miesięcy 4 razy straciła ciążę. Niedawno urodziła dziecko. Pomogła jej szczególna forma terapii – sterydy i Intralipid. 

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Nawracające poronienia

Za każdym razem, gdy dochodziło do zapłodnienia, organizm Samanthy traktował zarodek jako ciało obce i wydalał go przed 7 tygodniem ciąży. Przeciwciała wysyłane przez organizm do zwalczania zarodka były podobne do tych, które organizm produkuje by zwalczyć chorobę.

Zaproponowano jej terapię sterydową, by zablokować odpowiedź immunologiczną po zapłodnieniu. Sterydy i dożylne wlewy Intralipidu podawano jej w 4, 8, 10, 12 i 16 tygodniu ciąży.

– Czułam się jak najbardziej pechowa osoba na świecie. Poroniłam cztery razy. Jak liczba poronień przekracza trzy, mówi się już o nawracających poronieniach. Staraliśmy się dalej, ale nie dawałam już rady psychicznie, byłam rozstrojona emocjonalnie – przyznała Samantha.

Blog o utracie ciąży

Terapia, na którą zdecydowała się Samantha okazała się bardzo kosztowna. By zarobić na leczenie, przyszła mama zaczęła opisywać swoje przeżycia na blogu Crazy Fertility Queen. Jej szczere i pełne emocji wpisy szybko zyskały wierne czytelniczki, które borykały lub borykają się z podobnymi problemami. Zaczęła nawiązywać kontakty z różnymi osobami, organizować zbiórki, co pozwoliło jej sfinansować terapię.

Narodziny upragnionego syna

W 35 tygodniu ciąży urodziła Teda swoje upragnione dziecko. Mimo, że przyszedł na świat przed czasem, jest zdrowym i w pełni sprawnym chłopcem. Na obserwacji w szpitalu spędził tylko tydzień, później razem z mamą został wypisany do domu.

– Ted to nasze światełko, kocham go tak mocno i tak bardzo pragnęłam, żeby się pojawił, nie będę nigdy w stanie tego okazać. Ale opowiem mu historię naszych starań. To, że tyle razy w trakcie leczenia zaufałam mojemu instynktowi. Jestem szczęśliwa, że podjęłam tę walkę – mówi matka.

Samantha Catanach zbiera obecnie pieniądze dla  Early Pregnancy Assessment Unit oraz Szpitala Dziecięcego, w których sama najpierw leczyła swoje problemy z donoszeniem ciąży, później przebywała razem z nowonarodzonym dzieckiem. Podkreśla, że szczególnie chciałaby zrobić coś dla kobiet, które podobnie jak ona doświadczyły poronienia. Póki co ufundowała symboliczne bransoletki, które zostaną przekazane kobietom i będą symbolizować utracone dzieci.

Źródło: Daily Mail

 

 

Weronika Tylicka

dziennikarka, związana od początku z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Odłożyła leczenie, by dać dziecku szansę na przeżycie. Smutny finał historii dzielnej matki

Nastolatka chora na białaczkę urodziła syna
Brianna postanowiła podjąć pełne leczenie dopiero po urodzeniu dziecka – fot. Facebook - Brianna Rawlings

Gdy była w ciąży dowiedziała się, że choruje białaczkę. Stanęła wówczas przed dramatycznym wyborem. Zdecydowała o odłożeniu leczenia, by zwiększyć szanse na przeżycie swojego nienarodzonego dziecka.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

19-letnia Brianna Rawlings była w 17 tygodniu ciąży, gdy z ust lekarzy padła diagnoza: złośliwa i rzadka odmiana białaczki. Nastolatka z Sydney stanęła wówczas przed dramatycznym wyborem: usunąć ciążę i całkowicie skupić się na leczeniu, czy urodzić dziecko i odłożyć terapię. Dziewczyna podjęła decyzję o donoszeniu ciąży, decydując się tym samym na opóźnienie leczenia i ratowania własnego życia.

Brianna trafiła do szpitala w Sydney, gdzie przyjmowała jedynie lekkie dawki chemioterapii. Pełne leczenie postanowiła podjąć dopiero po urodzeniu dziecka.

Zobacz też: Zrezygnowała z chemioterapii, by donosić ciążę. Carrie DeKlyen nie żyje

Nastolatka chora na białaczkę urodziła syna

Kiedy dziewczyna zaczęła cierpieć z powodu wyniszczającej gorączki i przewlekłego bólu, lekarze zdecydowali o przyspieszeniu porodu. Nastolatka urodziła synka Kydena przez cesarskie na początku września, czyli trzy miesiące przed planowanym terminem. Brianna była wówczas w 26 tygodniu ciąży. „Nic nie czyni mnie bardziej szczęśliwą niż patrzenie, jak mój syn staje się większy i silniejszy” – pisała na Facebooku Rawlings.

Niestety, po 12 dniach dziecko zmarło z powodu infekcji żołądka. „To było 12 najlepszych dni mojego życia” napisała Rawlings i choć doświadczyła ogromnej tragedii, musiała skupić się na własnej walce o życie. – To dla mnie bardzo bolesne, długie, wyczerpujące doświadczenie. Choć Kydena nie ma już wśród nas, dał mi siłę, by iść dalej i pokonać [białaczkę – red.] – mówiła wówczas w rozmowie w „Daily Mail”.

Stan nastolatki zaczął się stopniowo poprawiać – badania krwi dawały coraz lepsze wyniki, a mięśnie zaczęły działać sprawniej. Dziewczyna mogła już nawet opuszczać szpital na jednodniowe wycieczki. W pewnym momencie sytuacja uległa zmianie.

Zobacz też: Leczenie nowotworu podczas ciąży nie wyklucza urodzenia zdrowego dziecka

Smutny finał historii dzielnej matki

Briannę czekała operacja przeszczepu szpiku kostnego, dawcą miał zostać jej młodszy brat, Tyrone. Do operacji jednak nie doszło, a lekarze orzekli, że jedyną opcją ratunku dla nastolatki będzie terapia lekiem, którego jedna dawka kosztowała trzy tysiące dolarów. Nastolatka miała przyjmować medykament w trzytygodniowych odstępach.

Rodzina Brianny rozpoczęła zbiórkę na leczenie, jednak po dwóch dawkach leku dziewczyna przegrała walkę z białaczką. O śmierci nastolatki poinformowała 1 stycznia jej siostra. Informacja pojawiła się na stronie zbiórki.

Nasza Piękna Brianna doszła do końca swej podróży na ziemi i połączyła się ze swoim maleńkim Kyden’em.

Jesteśmy zrozpaczeni, ale jednocześni pogodzeni z myślą, że już dłużej nie cierpi, nie musi żyć w niepewności, co przyniesie jutro.

Kochamy Cię najmocniej na świecie, nasza ukochana dziewczynko. Leć wysoko i prowadź tych, którzy nie wiedzą jak żyć na ziemi bez twojego zaraźliwego uśmiechu.

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: New York Post, Daily Star, TVN24

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Stracili synka, dziś oczekują córeczki – jak sobie z tym wszystkim poradzili?

Do trzeciego miesiąca wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Na jednym z badań okazało się jednak, że ich synek ma poważną wadę serca. Zaraz po urodzeniu miała uratować go operacja. Nie udało się. Dzisiaj Caitlin znów jest w ciąży – jak sobie z tym wszystkim radzi?

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Caitlin i jej mąż Tony dowiedzieli się, że będą rodzicami w lipcu 2017 roku. Pierwszy trymestr przebiegał bardzo spokojnie, bez żadnych porannych mdłości, czy zmęczenia. Dopiero po tych kilku miesiącach przyszedł ogromny cios. Okazało się, że ich dziecko ma zespół hipoplazji lewego serca.

Jest to wrodzona wada, która objawia się niewykształceniem prawidłowej lewej komory serca. W okresie płodowym możliwy jest prawidłowy rozwój, waga dziecka jest w normie, a ciąża donoszona. Wszystko dzięki temu, że natlenowana krew dostarczana jest póki co przez organizm mamy. Kiedy jednak maluch przychodzi na świat i ma tylko jedną funkcjonującą komorę serca, która zaopatruje zarówno krążenie płucne, jak i systemowe, to niestety przeciążenia okazują się być zbyt wielkie. Szybko też postępują, co widać poprzez utrudnione oddychanie malucha, słaby puls i niebieski odcień skóry.

Odchodząca nadzieja…

Z pomocą małemu Thaxtonowi miała przyjść operacja. W takiej też myśli i nadziei przez kolejne kilkanaście tygodni trwali rodzice chłopczyka. Niestety w 34. tygodniu ciąży okazało się, że kondycja serca dziecka drastycznie spadła i wada okazuje się być w jego przypadku nieoperacyjna. „Nie przeżyłby pierwszej operacji” – mówi Caitlin. – „Medycy odmówili operowania go wiedząc, że będzie cierpiał, a i tak nie przetrwa. Thaxton urodził się więc od razu będąc pod opieką paliatywną” – słowa mamy cytuje „Daily Mail”.

Chłopiec urodził się w 38. tygodniu ciąży. Pojawiła się nawet nadzieja, że może uda się jeszcze jakkolwiek powalczyć… niestety. Thaxton odszedł po dwóch dniach. „Bałam się, że będzie cierpiał, ale był w stanie odejść we śnie” – opowiada Caitlin.

Zobacz też: Jak kobiety doświadczają poronienia – trudne historie zapisane w zdjęciach!

Nowe życie przed nimi!

Po ośmiu miesiącach od tych tragicznych dni okazało się, że Caitlin znów jest w ciąży! Piękna wiadomość, ale jakże wiele lęku przyniosła ze sobą. Przyszli rodzice nie spodziewali się bowiem, że tak szybko znów będą oczekiwali na maleństwo. Co więcej, byli przerażeni, że sytuacja się powtórzy. Że znów będą musieli mierzyć się z chorobą i śmiercią. Na szczęście wszystko jest w jak najlepszym porządku! Już za kilka miesięcy urodzi się mała dziewczynka, której rodzice na pewno nie zapomną też o tym, że przed nią na świecie pojawił się jej starszy brat: „Thaxton zawsze będzie częścią naszej rodziny, nawet jeśli fizycznie go z nami nie ma” – podsumowuje (już za chwilę) mama.

Swoją trudną historią Caitlin dzieli się nie bez przyczyny. Chce zdjąć tabu z tematu, jakim jest śmierć dziecka. Chce pokazywać, że wciąż można z nią normalnie porozmawiać, że wciąż chce angażować się w życie. Skąd taki pomysł? Zauważyła bowiem, że nawet po jakimś czasie od tych przeżyć, wiele osób wciąż ma obawę przed rozmową z nią. Nie wiedzą co i jak mają mówić – a czasami wystarczy po prostu być i nie dystansować się od osoby przeżywającą tak ogromną stratę.

Czas trudów vs czas harmonii

Nieraz niestety czas ciąży, który powinien być jak najbardziej spokojny, okazuje się być okresem podejmowania najtrudniejszych decyzji. Czasami takich, które są wręcz ponadludzkie. Jedną z takich musiała podjąć Christy, która była w ciąży z trojaczkami. Dwójka z nich dzieliła ze sobą łożysko, czego efektem mogła być za mała ilość krwi dla jednego z nich, dla drugiego zaś za duża. Był to stan, który zagrażał ich życiu. „Dostałam wybór, by zakończyć ciążę jednego z dzieci, albo ryzykować życie obojga bliźniąt” – cytowaliśmy jej słowa >>TUTAJ<< Na szczęście ta historia zakończyła się happy endem, a Christy może cieszyć się trójką zdrowych maluchów. Oby córeczka Caitlin i Tony’ego także przyszła na świat cała i zdrowa. Po tylu przeżyciach, jakich doświadczyli, nie ma już chyba innej możliwości!

Zobacz też: Gdy cierpienie dotyka bliską ci osobę – jak pomóc po poronieniu?

Źródła: „Daily Mail” / sercedziecka.org.pl

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.