Przejdź do treści

„Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski” – obok historii tej ciąży nie da się przejść obojętnie!

Podobno każdy z nas ma do przejścia jakąś drogę. Ścieżka, która doprowadziła Anetę i jej męża do ciąży, zdecydowanie nie była usłana różami. Guz na jajowodzie, niedoczynność tarczycy, zespół policystycznych jajników, 2 procent prawidłowych plemników… 

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

– Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski… A tu pojawia się druga. Niemożliwe! –poznaj historię, która daje nadzieję i siłę.

Pani droga do ciąży była wyjątkowo kręta…

Aneta Religa: Mam już 9-cio letniego syna, który jest dzieckiem z pierwszego małżeństwa. 4 lata temu ponownie wyszłam za mąż i chcieliśmy mieć z mężem wspólne dziecko. W nasze pierwsze święta siedzieliśmy przy stole, dopadł mnie mocny ból i wylądowałam w szpitalu. Okazało się, że mam na jajowodzie guza wielkości pomarańczy – po prostu się z nim skręcił. Musiałam być operowana.

Jajowód ocalał, natomiast miałam mieć na uwadze, że mogą pojawić się jakieś zrosty, gdybyśmy planowali kiedyś dziecko. No i nie mogłam zachodzić w ciążę przez pierwszy rok – blizna była jak po cesarce.

Minął ten czas i zaczęliśmy nasze starania. Mój mąż ma pracę wyjazdową, jest kierowcą ciężarówki. Na szczęście po Polsce, więc w weekendy jest w domu, ale utrudniało to sprawę. Wciąż i wciąż nie udawało się. Poszliśmy do jednego lekarza, dał nam luteinę. Poszliśmy do drugiego, dał nam clostilbegyt i nic. Porobiłam w międzyczasie badania, wyszła mi niedoczynność tarczycy, więc dostałam jeszcze leki na tarczycę. Potem okazało się, że mam policystyczne jajniki. Walczyliśmy dalej.

Minął rok  bez efektu i zaczęliśmy się poważnie martwić. Co więcej, mąż ma prawie 40 lat i taką, a nie inną pracę. Trwała wtedy akcja „Płodny polak” w klinice Bocian w Katowicach. Poszliśmy na badania nasienia. One też nie wyszły rewelacyjnie – tylko 2 proc. prawidłowych plemników. Od razu była też konsultacja z lekarzem. Zobaczył całą historię choroby i wszystkie dane. Powiedział, że raczej nie mamy co liczyć na cud i powinniśmy pomyśleć o podejściu do inseminacji.

To wszystko działo się w ciągu roku?

Nie, wtedy trwało to już dużo dłużej. Rok próbowaliśmy opcji na NFZ. Chodziliśmy do ginekologa, który dawał mi stymulację, robiliśmy badania itd. Jednak po clostilbegyt’cie, który wywołuje owulację i nie powinno być problemów, lekarz zasugerował, żeby badania zrobił też mąż. U mnie te wyniki są jakie są –  jest niedoczynność, są policystyczne jajniki, ale owulacja była wywoływana. Natomiast u męża nie badaliśmy dotąd nic, poza podstawową morfologią. Pojawiło się więc pytanie – leczyć mnie, czy męża? Okazało się, że obydwoje.

Poszliśmy w końcu na badania nasienia i stwierdziliśmy, że nie chcemy tracić więcej czasu na lekarzy w standardowych przychodniach.  Nie do końca znają się oni na leczeniu niepłodności. Owszem, dają stymulację, ale nie każdy mówi na przykład o monitoringach. Ja posiłkowałam się internetem, czy też testami owulacyjnymi. Pół roku spędziliśmy z testami właśnie i brzydko powiem – robieniem dziecka mechanicznie.

Podejrzewam, że u wielu par wygląda to podobnie. Jest już tak ogromne parcie, żeby tego malucha mieć… Po konsultacjach poradzono nam jednak trzy próby inseminacji, a później in vitro. Nie było już sensu bawić się w nieskończoność innymi metodami.

Uznaliśmy, że podejdziemy do inseminacji z początkiem nowego roku – żeby był to symboliczny nowy start. Odpuściliśmy więc totalnie. Swoje wyniki znaliśmy, wiedzieliśmy więc, że mamy niewielkie szanse drogą naturalną. Zdaliśmy się na medycynę, bo już nic nie mogliśmy innego wyczarować.

I wtedy pojawiła się niespodzianka?

Któregoś dnia mieli przyjechać do nas znajomi. Miała być impreza z alkoholem. Dzień wcześniej pomyślałam sobie, że już długo spóźnia mi się okres – około 10 dni. Z tą moją tarczycą nie robiłam sobie wielkich nadziei. Wszystkich testów zrobiłam już chyba z 80… Nieraz okres spóźniał mi się nawet dwa tygodnie, więc przez tyle czasu robiłam nawet po dwa testy w miesiącu.

Nie chciałam jednak sprawdzać tego przy mężu, ani mu o tym mówić. Chciałam zrobić test tylko dla świętego spokoju i wiedzieć, czy na pewno mogę jakiegoś drinka na tej imprezie wypić. Byliśmy wtedy w sklepie. Zapomnieliśmy czegoś i mąż poszedł to jeszcze dokupić. Ja w tym czasie szybko pobiegłam do apteki, kupiłam test i zrobiłam go w toalecie obok. Miała to być tylko formalność – wiedziałam, że na pewno będzie „nie”. Automatycznie wyrzuciłam nawet opakowanie. Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski… A tu pojawia się druga. Niemożliwe! Byłam w ogromnym szoku, to było wręcz nierealne.

Schowałam ten test i poczekałam aż mąż dokończy zakupy. Tego dnia był bardzo zmęczony. Było późno w nocy, a tu jeszcze trzeba gotować – bo ci znajomi, bo ta impreza. A mi jak na złość się „miska cieszy”.

Mąż zapytał zdziwiony, dlaczego jestem taka radosna. Odpowiedziałam: „Wiesz, tak jakoś specjalnie w tym roku nie obchodziliśmy rocznicy ślubu. Zadaje mi się jednak, że zrobiliśmy sobie prezent i coś nam po niej zostało”.

Dałam mu test, pod tym sklepem… Był z nami jeszcze syn, który w ogóle nie wiedział co się dzieje. Mąż też początkowo zapytał, co to znaczy. Powiedziałam, że będzie tatą. W tym momencie popłakał się, obok syn zaczął szaleć, cieszyć się i tulić. Mąż musiał dobre 20 minut odczekać, tak zalał się łzami. Ja sama byłam w szoku, dalej to do mnie nie docierało.

Wyobrażam sobie, że rzeczywiście mogło być pani trudno w to uwierzyć. Po tylu latach starań.

Tak, zaczynając od operacji, którą miałam zaraz po ślubie. Początkowo lekarze leczyli mnie na kolkę nerkową. Oczywiście chodziłam w tym czasie do ginekologa, ale robiono mi tylko standardowe badania, nikt nie zlecił USG. Pojawiały się jednak bóle, dwa razy byłam nawet na pogotowiu, ale lekarze nie robili w ogóle żadnych badań. Stwierdzili z objawów, że jest to kolka nerkowa.

Jednak po ataku w święta zrobili mi tomografię. Lekarka powiedziała wtedy, że z nerkami jest wszystko dobrze i nie jest to żadna kolka nerkowa. Jest za to bardzo duży guz na jajowodzie. Co więcej, jestem też obciążona jeśli chodzi o sprawy nowotworowe w rodzinie. Mama zmarła na raka, jej brat ma raka, siostra mojego taty wygrała z chorobą. Kiedy powiedzieli mi więc, że jest to coś nowotworowego, bałam się. Zasugerowano, żeby wraz z nowotworem usunąć też jajowód. A najlepiej oba i absolutnie nie brać już nigdy antykoncepcji hormonalnej. Jednak ze względu na wiek – miałam wtedy 26 lat –  lekarze stwierdzili, że decyzję podejmą dopiero kiedy mnie otworzą podczas operacji.  Na szczęście to wszystko się dobrze skończyło i ocalono jajowód.

Byliście jednak w tym wszystkim od początku z mężem razem.

Byliśmy. Mój mąż jest bardzo dobrym i rodzinnym człowiekiem. Nieraz bardzo źle mówi się na temat kierowców, a on jest świetnym ojcem i mężem, który angażuje się w sprawy najbliższych. Bardzo się ucieszył na wieść o ciąży –  oglądał już nawet wózki, umówił lekarzy. Myślę, że również musi w jakiś sposób nadrobić ten czas, kiedy go nie ma w domu. Też to mocno przeżywa i na pewno nie będzie tak, że wszystko zostanie zrzucone na mnie. Cieszę się, bo nasze dziecko jest naprawdę wyczekane. Co prawda było planowane na ponad rok temu… ale wyszło inaczej.

Jeszcze bardziej wyczekane, jeszcze bardziej kochane.

Na pewno. Cudownie byłoby gdyby to jeszcze była córka, bo mamy trzech synów. Mąż ma dwóch 11-letnich chłopaków z pierwszego małżeństwa. Mój syn jest od nich dwa lata młodszy. Walczyliśmy już tylko o wspólne dzieci. Jeśli będzie dziewczynka – super. Jeśli nie, to będzie czwarty chłopak do kompletu. Byleby szczęśliwie do końca.

A czy jest może coś, co mogłaby pani poradzić parom będącym w podobnej sytuacji do waszej?

Sugerowałabym, że jeżeli dłuższy czas nie udaje się zajść w ciążę, lepiej nie chodzić po zwykłych ginekologach, tylko udać się do profesjonalistów. Wbrew pozorom nie są to jakieś bardzo duże koszta. Dzięki specjalistom zaoszczędzimy sobie nerwów, stresu, będziemy wiedzieć, w którym iść kierunku, na co się szykować. Nie ma co zdawać się na lekarzy, którzy będą błądzić po omacku.

Wykwalifikowani specjaliści naprawdę widzieli już wiele trudnych przypadków. Warto się też do nich udać chociażby ze względu na związek, który na tym wszystkim cierpi. Ile ja testów robiłam w tajemnicy przed mężem… Żeby nie widzieć jego smutku i rozczarowania, że znowu nie wyszło.

Komfort psychiczny rodziców, to też komfort dziecka.

Nasze dziecko jest szczególnie wyczekane, wystarane i upragnione. Duże znaczenie ma zapewne wiek – ja mam 32 lata, mąż już prawie 40. Jesteśmy na takim etapie życia, gdzie decyzje podejmowane są bardziej świadomie. Nie jest to żadna wpadka, tylko dziecko z prawdziwej miłości. Nie mówię, że nasi synowie z miłości nie są – jak najbardziej są. Też byli wystarani i wyczekani. Jednak inaczej podchodzi się do życia mając 20-kilka lat.

Może także dzięki temu, w jakim wieku jesteśmy, mieliśmy świadomość do kogo się zwrócić. Do specjalistów, a nie lekarzy, którzy dają fałszywe nadzieje. Ja i wielu moich znajomych niestety także i na takich trafialiśmy. Na szczęście finalnie wszystko się dobrze skończyło i co ma być, to będzie. Byleby dziecko było zdrowe – z takiego założenia wychodzimy.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Nie mogła zajść w kolejną ciążę… dziś ma SIEDMIORO dzieci!

historia adopcyjna

Amy, 36-letnia pielęgniarka, dorastała jako jedynaczka i jak wiele dzieci niemających rodzeństwa, zawsze chciała mieć dużą rodzinę. Obecnie ma… siedmioro dzieci, a sposób, w jaki stawała się ich mamą, jest wręcz historią na kilka sezonów dobrego serialu!

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Amy i jej mąż Damian przez lata starali się o kolejne dziecko. Ich bliźniaki pojawiły się na świecie niedługo po ślubie, kiedy jednak 5 lat później chcieli powiększyć rodzinę, wciąż i wciąż im się nie udawało. Zaczęli rozważać wtedy zagraniczną adopcję, oboje pracowali jednak w szpitalu i na co dzień widzieli wiele potrzebujących maluchów.

Stąd też pojawił im się pomysł zostania rodziną zastępczą, by w przyszłości mieć też nadzieję na adopcję. Kiedy w 2016 roku małżeństwo stało się licencjonowanymi rodzicami zastępczymi, ich bliźniaki miały już 12 lat, a Damian był także ojcem 20-letniego Gabriela.  

Zobacz też: Rodzina adopcyjna a rodzina zastępcza. Jakie są podobieństwa i różnice?

Nowa droga

TEN telefon otrzymali zaledwie tydzień po zakończeniu programu szkoleniowego, a w Sylwestra trafiła do nich mała Julianna. „To było jak przyniesienie do domu naszego własnego dziecka. Było to najlepsze uczucie. Tyle radości. To było tak, jak byśmy rozpoczynali nowe życie” – słowa Amy cytuje „people.com”.

Już wtedy czuli, że będą chcieli adoptować dziewczynę i w kwietniu 2017 roku tak też się stało. Co ciekawe, w tym samym miesiącu urodził się chłopiec, który nieco później także dołączył do rodziny.

Pomimo, że Amy i Damian planowali wziąć pod swoje skrzydła tylko jednego maluszka, kiedy dostali kolejny telefon, nie wahali się. Co więcej, w maju 2018 okazało się, że najmłodsze z ich dzieci będzie miało nowego braciszka.

Rodzice i tak licznej już gromadki dostali więc pytanie, czy nie zostaliby opiekunami nieurodzonego jeszcze chłopca, a wszystko po to, aby rodzeństwo miało szansę wychowywać się razem. „Potrzebowaliśmy jednego dnia, by przemyśleć zaaranżowanie przestrzeni w domu i powiedzieliśmy „tak” – opowiada Amy. Kiedy trwali więc w oczekiwaniu… znów dostali telefon!

Mała dziewczynka trafiła do ich domu w październiku, a nowo narodzony chłopczyk zaledwie 10 dni po niej. Julianna ma więc obecnie około 2 lat, jeden z chłopców jest o 4 miesiące młodszy, dziewczynka ma około 3 miesięcy, a najmłodsze z dzieci zaledwie dwa tygodnie mniej. Miała to być sytuacja tymczasowa, tymczasem teraz rodzina ma nadzieję, że już zawsze właśnie tak to będzie wyglądało! Julianna jest już oficjalnie córką Amy i Damiana, procesy adopcyjne pozostałej trójki są w toku.

Zdecydowanie bycie rodziną adopcyjną stanowi wyzwanie, w przypadku Amy i Damiana pojawiają się jeszcze dodatkowe, trudne sytuacje zewnętrzne. Dzieci różnią się kolorem skóry, co niestety nie dla wszystkich jest zrozumiałe i zdarza się, że pojawiają się niełatwe komentarze.

Amy jednak podkreśla, że kocha adopcyjne dzieciaki tak samo, jak te, które urodziła. I owszem, chciała mieć dużą rodzinę, ale nie spodziewała się, że aż tak!

Zobacz też: Poznaj Kalani i Jarani – siostry bliźniaczki o różnych… kolorach skóry!

Historia adopcyjna z happy endem

Jest to jedna z tych historii, które dają nadzieję zarówno rodzicom chcącym stworzyć rodzinę adopcyjną, jak i maluchom oczekującym na to, że ktoś zapewni im prawdziwy dom. Każdy kraj ma oczywiście inne procedury, wymagania, ograniczenia, ale podobne historie dzieją się na całym świecie – także u nas.

Na pewno jedną z nich jest doświadczenie małego Wiktora, który urodził się z zespołem Downa. Jego nowi rodzice, aby móc poznać chłopca, przejechali 2,5 tysiąca km! Marina i Erik z Kalifornii wzięli pod swoje skrzydła podopiecznego fundacji „Dom w Łodzi”. Co więcej, ich historia przypomina opisaną tu rodzinę Amy i Damiana – nowi rodzice Wiktora już przed nim mieli bowiem ośmioro dziec! [przeczytaj więcej: KLIK]! Śmiało można więc opisać to jako „happy end”.

Zobacz też: „Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – mocne słowa, które zderzają wyobrażenie z rzeczywistością

Tutaj kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło:People.com

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Odłożyła leczenie, by dać dziecku szansę na przeżycie. Smutny finał historii dzielnej matki

Nastolatka chora na białaczkę urodziła syna
Brianna postanowiła podjąć pełne leczenie dopiero po urodzeniu dziecka – fot. Facebook - Brianna Rawlings

Gdy była w ciąży dowiedziała się, że choruje białaczkę. Stanęła wówczas przed dramatycznym wyborem. Zdecydowała o odłożeniu leczenia, by zwiększyć szanse na przeżycie swojego nienarodzonego dziecka.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

19-letnia Brianna Rawlings była w 17 tygodniu ciąży, gdy z ust lekarzy padła diagnoza: złośliwa i rzadka odmiana białaczki. Nastolatka z Sydney stanęła wówczas przed dramatycznym wyborem: usunąć ciążę i całkowicie skupić się na leczeniu, czy urodzić dziecko i odłożyć terapię. Dziewczyna podjęła decyzję o donoszeniu ciąży, decydując się tym samym na opóźnienie leczenia i ratowania własnego życia.

Brianna trafiła do szpitala w Sydney, gdzie przyjmowała jedynie lekkie dawki chemioterapii. Pełne leczenie postanowiła podjąć dopiero po urodzeniu dziecka.

Zobacz też: Zrezygnowała z chemioterapii, by donosić ciążę. Carrie DeKlyen nie żyje

Nastolatka chora na białaczkę urodziła syna

Kiedy dziewczyna zaczęła cierpieć z powodu wyniszczającej gorączki i przewlekłego bólu, lekarze zdecydowali o przyspieszeniu porodu. Nastolatka urodziła synka Kydena przez cesarskie na początku września, czyli trzy miesiące przed planowanym terminem. Brianna była wówczas w 26 tygodniu ciąży. „Nic nie czyni mnie bardziej szczęśliwą niż patrzenie, jak mój syn staje się większy i silniejszy” – pisała na Facebooku Rawlings.

Niestety, po 12 dniach dziecko zmarło z powodu infekcji żołądka. „To było 12 najlepszych dni mojego życia” napisała Rawlings i choć doświadczyła ogromnej tragedii, musiała skupić się na własnej walce o życie. – To dla mnie bardzo bolesne, długie, wyczerpujące doświadczenie. Choć Kydena nie ma już wśród nas, dał mi siłę, by iść dalej i pokonać [białaczkę – red.] – mówiła wówczas w rozmowie w „Daily Mail”.

Stan nastolatki zaczął się stopniowo poprawiać – badania krwi dawały coraz lepsze wyniki, a mięśnie zaczęły działać sprawniej. Dziewczyna mogła już nawet opuszczać szpital na jednodniowe wycieczki. W pewnym momencie sytuacja uległa zmianie.

Zobacz też: Leczenie nowotworu podczas ciąży nie wyklucza urodzenia zdrowego dziecka

Smutny finał historii dzielnej matki

Briannę czekała operacja przeszczepu szpiku kostnego, dawcą miał zostać jej młodszy brat, Tyrone. Do operacji jednak nie doszło, a lekarze orzekli, że jedyną opcją ratunku dla nastolatki będzie terapia lekiem, którego jedna dawka kosztowała trzy tysiące dolarów. Nastolatka miała przyjmować medykament w trzytygodniowych odstępach.

Rodzina Brianny rozpoczęła zbiórkę na leczenie, jednak po dwóch dawkach leku dziewczyna przegrała walkę z białaczką. O śmierci nastolatki poinformowała 1 stycznia jej siostra. Informacja pojawiła się na stronie zbiórki.

Nasza Piękna Brianna doszła do końca swej podróży na ziemi i połączyła się ze swoim maleńkim Kyden’em.

Jesteśmy zrozpaczeni, ale jednocześni pogodzeni z myślą, że już dłużej nie cierpi, nie musi żyć w niepewności, co przyniesie jutro.

Kochamy Cię najmocniej na świecie, nasza ukochana dziewczynko. Leć wysoko i prowadź tych, którzy nie wiedzą jak żyć na ziemi bez twojego zaraźliwego uśmiechu.

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: New York Post, Daily Star, TVN24

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Jej córeczka nie miała szans. Donosiła ciążę… by organy dziecka mogły uratować życie innych

Foto: Facebook Rylei Arcadia: An Unexpected Journey

Krysta i Derek spodziewali się córeczki. Do 18-ego tygodnia ciąży wszystko było w porządku. Niedługo potem pojawiła się jednak diagnoza – bezmózgowie. Śmiertelna choroba, która wiadomo było, że zabierze im dziecko, zanim jeszcze pojawiło się na świecie. Rodzice postanowili jednak donosić ciążę i zaplanowali Rylei piękne, wartościowe życie. Miała „dać innym dzieciom drugą szansę”.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Bezmózgowie – łac. anencephalia – to rzadka choroba, w skutek której dzieci przychodzą na świat bez, lub ze szczątkowo rozwiniętym mózgowiem. Nieraz rodzą się już martwe, czasami przeżywają kilka godzin, rzadziej kilka dni. Rylei lekarze zwiastowali nie więcej niż pół godziny. „To było niezwykle wstrząsające. Wiedza, że poprzednio poroniliśmy i z tą ciążą też mamy komplikacje, łamała serce. Trudno było to przyjąć” – słowa Krysty cytuje „people.com”.

Jakie pojawiły się rozwiązania? Lekarze widzieli dwa: zakończenie ciąży, albo donoszenie jej do końca i przekazanie organów dziecka do przeszczepu. „Uznaliśmy, że nawet jeśli nie uda nam się zabrać naszej córki do domu, to żadna matka nie będzie musiała przechodzi przez to, co my” – mówi mama Rylei. Tak, postanowiła ją urodzić. Dziewczynka przyszła na świat w Wigilię, gdy Krysta była w ciąży 40 tygodni i 2 dni.

Zobacz też: Żyła tylko 96 minut, ale miała zdążyć pomóc innym dzieciom. Finał tej historii łamie serce

Siła uczuć

Rodzice momentalnie otoczyli swoje dziecko ogromną miłością: „To było najbardziej wypełniające mnie uczucie miłości, jakie kiedykolwiek czułam w życiu” – opowiada mama. Być może to właśnie siła tych emocji pozwoliła dziewczynce być na świecie cały tydzień, co w przypadku jej choroby niemalże się nie zdarza. Malutka umarła w Sylwestra. I o ile przez 7 dni swojego życia w ogóle nie płakała, to w ostatnich momentach, chcąc złapać więcej tlenu, rzeczywiście załkała: “To tak jakby walczyła, by dać nam więcej czasu. To było niesamowite” – opisuje Krysta

Zastawki serca Rylei uratowały życie dwójce innych dzieci, a jej płucami zajęli się badacze. Mama dziewczynki podkreśla, że świadomość tego, iż dzięki jej córeczce żyje dwójka innych dzieci, pomaga jej w tym tragicznym czasie. Pomaga też kontakt i poznawanie historii innych ludzi, którzy byli w podobnej sytuacji.

 

Sprawa życia i śmierci

Niezwykle trudno jest w ogóle wyobrazić sobie, z jakim ciężarem muszą mierzyć się rodzice dowiadujący się, że ich dziecko nie ma przed sobą życia. Decyzje podejmowane w tym czasie są wręcz ponadludzkie, a podobne musieli podjąć rodzice małej Avy-Joy. „U dziecka zdiagnozowano agenezję nerek, która charakteryzuje się brakiem obu nerek. Dodatkowo – z powodu niedostatecznej ilości płynu owodniowego – deformacji uległy płuca kształtującego się płodu. Takie wady prowadzą zwykle do obumarcia płodu w łonie matki lub śmierci dziecka tuż po porodzie” – opisywaliśmy jej historię w naszym portalu.

Malutka żyła 96 minut i chociaż taki był plan, to niestety nie udało się jej pomóc innym dzieciom. Okazało się, że ważyła o 55 gram za mało, by jej narządy mogły być przeznaczone do transplantacji. Jednak historia jej i jej rodziców stała się częścią „kampanii na rzecz poprawy opieki szpitalnej dla rodziców, którzy spodziewają się dziecka z wadą letalną”. To niesamowite jak wiele ważnych rzeczy mogą zrobić tak małe istoty!

Zobacz też: Najmłodszy dawca organów

Źródło historii: „people.com”

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Życie po poronieniu – te szczere słowa mogą pomóc tysiącom kobiet

Każda kobieta może przeżywać poronienie na swój sposób. Nie ma jednego schematu, według którego „powinno się” przeżywać tę stratę. Nie ma też wyznaczonego czasu, po którym wszystko minie i życie wróci do normy. Nie jest też niczym zły, gdy wrócisz do owej formy bardzo szybko. Masz prawo doświadczać poronienia w taki sposób, który jest tobie bliski, tobie potrzebny i tobie pomocny.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Sarah jest matką trójki dzieci. Uśmiecha się, chodzi po codzienne zakupy, odwozi maluchy do szkoły. Nie zmienia to jednak faktu, że w sercu wciąż czuje ogromny żal. Jej dzieci nie poznają bowiem nigdy swojego rodzeństwa. Maluszka, który miał się urodzić. Sarah poroniła w 9. tygodniu ciąży. Oto fragmenty jej poruszającego felietonu, który opublikowała na portalu „Mamamia”.

Na mojej siłowni jest kobieta, która zaszła w ciążę w tym samym czasie co ja. Widzę ją teraz codziennie rano z pięknym, kwitnącym brzuchem, ale wcale mnie to nie smuci. Nie czuję wtedy goryczy, czy nawet zazdrości. Zaskoczyło mnie to, ponieważ kiedy tylko straciłam dziecko, myślałam, że będę nienawidzić widoku ciążowych brzuchów – fizycznego przypomnienia o tym, czego ja już dłużej nie mam. (…)

Z drugiej strony, lista rzeczy, których nienawidzę, wciąż rośnie…

Nienawidzę, że żałoba wciąż uderza we mnie niewiadomo skąd.

Nienawidzę, że wciąż liczę, w którym tygodniu ciąży „powinnam być”.

Nienawidzę, że prawdopodobnie to się nigdy nie skończy. Że zawsze będę liczyć owe „powinnam”.

(…)

Nienawidzę tego, że kiedy straciliśmy dziecko, wyliczałam wszystkie rzeczy, które robiłam źle zanim jeszcze dowiedziałam się, że jestem w ciąży – jadłam sushi z tuńczykiem, piłam wino musujące, robiłam ćwiczenia kardio – i doprowadzałam się do szaleństwa zastanawianiem się, czy to ja to spowodowałam?

Nienawidzę tego, że dzieje się to kobietom w każdej godzinie, każdego dnia i kończy jedną czwartą ciąż.

Sarah opowiedziała też, jak trudno jest jej radzić sobie z żałobą z powodu tego, że ma troje zdrowych dzieci – jak zatem może aż tak cierpieć?! – wyrzucała sama sobie. Trudno jest jej pogodzić w jednym czasie wdzięczność za to, co posiada i ból tego, co straciła. Nienawidzi łez, które wylała i których nie mogła kontrolować. Trudne jest dla niej też poradzenie sobie ze wspomnieniami ze szpitala, z zabiegu, jaki musiała przejść. Wciąż i wciąż to cierpienie do niej wraca. Czasami z zaskoczenia i to w najmniej spodziewanych sytuacjach, a wtedy na przykład łzy zaczynają nagle kapać na krojone przez nią warzywa…

Bliskością w ból

Zderzenie z tak trudnymi przeżyciami może być dewastujące. Tym ważniejsi wydają się być wtedy bliscy ludzie. To, co się wtedy od nich dostaje, może być tą drugą stroną doświadczenia poronienia. Żeby jednak móc dostać wsparcie, trzeba chcieć i umieć dopuścić innych do swojej historii, emocji, bezradności.

Gdy straciłam dziecko, musieliśmy przejść przez bolesne doświadczenie podzielenia się przykrą wiadomością ze wszystkimi, którym powiedzieliśmy. Jakże wstydziłam się tego, że byłam tak arogancka – założyłam, że z dzieckiem będzie wszystko w porządku i dlatego też powiedziałam mamie, rodzeństwie, rodzinie, przyjaciołom.

Powiedzenie ludziom, że skończyło się to inaczej, niż przyszli rodzice zakładali, było wyczerpujące i wymagające ogromnej odwagi. Okazało się jednak, że w zamian za podzielenie się swoim stanem otrzymali oni ogrom miłości. Przyjaciele zaczęli mówić także o swoich stratach, dowozili rodzinie gotowe posiłki, chcieli opiekować się dziećmi, żeby Sarah mogła zająć się tym, co teraz było najważniejsze. To właśnie miłość i wsparcie pomogły kobiecie przetrwać te tragiczne dla niej dni.

Twoja własna ścieżka

Do mam, które teraz przez to przechodzą – jest mi przykro. Moją jedyną radą jest: poczuj wszystkie uczucia. Rozmawiaj o tym z ludźmi, jeśli chcesz. Wycofaj się, jeśli to sprawi, że poczujesz się lepiej. W różnych momentach robiłam obie te rzeczy. Nie nakładaj też ram czasowych wokół żałoby, lub też nie poddawaj się oczekiwaniom mówiącym o tym, kiedy to „powinnaś” poczuć się lepiej. Wybacz także bliskim, którzy mają dobre intencje, ale nie wiedzą jak mogą cię pocieszyć i mówią rzeczy, które sprawiają, że czujesz się jeszcze gorzej.

Felieton przeczytał także mąż Sarah. Był zaskoczony tym, że ma ona w sobie wciąż tak wiele żałoby i cierpienia. Być może czujesz podobnie – wiedz zatem, że to jest jak najbardziej w porządku. Daj sobie czas i przestrzeń na poradzenie sobie z trudnymi emocjami, żalem, żałobą. Nieraz bowiem strata ciąży to także strata wielu marzeń i wizji, na podstawie których każdy z nas buduje przyszłość. Nic zatem dziwnego, że przepracowanie w sobie takiego doświadczenia może potrwać. Może też boleć i przewartościowywać dotychczasowe przeżycia. Jednak, jak mówiła w rozmowie z nami psychoterapeutka Katarzyna Mirecka: „Nie ma jednego, słusznego i zdrowego przeżywania straty”.

Warto wtedy wsłuchać się w siebie. Zastanowić się nad swoimi potrzebami. Przeżyć te wszystkie mniejsze i większe „nienawiści”, o których pisała Sarah. Schować się przed światem, jeśli tego w danej chwili chcesz. A jeśli potrzebujesz, poprosić o wsparcie. Bo nikt nie musi być z tym sam.

Zobacz też: Jak kobiety doświadczają poronienia – trudne historie zapisane w zdjęciach!

Źródło felietonu Sarah:Mamamia

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.