Przejdź do treści

„Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski” – obok historii tej ciąży nie da się przejść obojętnie!

Podobno każdy z nas ma do przejścia jakąś drogę. Ścieżka, która doprowadziła Anetę i jej męża do ciąży, zdecydowanie nie była usłana różami. Guz na jajowodzie, niedoczynność tarczycy, zespół policystycznych jajników, 2 procent prawidłowych plemników… 

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

– Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski… A tu pojawia się druga. Niemożliwe! –poznaj historię, która daje nadzieję i siłę.

Pani droga do ciąży była wyjątkowo kręta…

Aneta Religa: Mam już 9-cio letniego syna, który jest dzieckiem z pierwszego małżeństwa. 4 lata temu ponownie wyszłam za mąż i chcieliśmy mieć z mężem wspólne dziecko. W nasze pierwsze święta siedzieliśmy przy stole, dopadł mnie mocny ból i wylądowałam w szpitalu. Okazało się, że mam na jajowodzie guza wielkości pomarańczy – po prostu się z nim skręcił. Musiałam być operowana.

Jajowód ocalał, natomiast miałam mieć na uwadze, że mogą pojawić się jakieś zrosty, gdybyśmy planowali kiedyś dziecko. No i nie mogłam zachodzić w ciążę przez pierwszy rok – blizna była jak po cesarce.

Minął ten czas i zaczęliśmy nasze starania. Mój mąż ma pracę wyjazdową, jest kierowcą ciężarówki. Na szczęście po Polsce, więc w weekendy jest w domu, ale utrudniało to sprawę. Wciąż i wciąż nie udawało się. Poszliśmy do jednego lekarza, dał nam luteinę. Poszliśmy do drugiego, dał nam clostilbegyt i nic. Porobiłam w międzyczasie badania, wyszła mi niedoczynność tarczycy, więc dostałam jeszcze leki na tarczycę. Potem okazało się, że mam policystyczne jajniki. Walczyliśmy dalej.

Minął rok  bez efektu i zaczęliśmy się poważnie martwić. Co więcej, mąż ma prawie 40 lat i taką, a nie inną pracę. Trwała wtedy akcja „Płodny polak” w klinice Bocian w Katowicach. Poszliśmy na badania nasienia. One też nie wyszły rewelacyjnie – tylko 2 proc. prawidłowych plemników. Od razu była też konsultacja z lekarzem. Zobaczył całą historię choroby i wszystkie dane. Powiedział, że raczej nie mamy co liczyć na cud i powinniśmy pomyśleć o podejściu do inseminacji.

To wszystko działo się w ciągu roku?

Nie, wtedy trwało to już dużo dłużej. Rok próbowaliśmy opcji na NFZ. Chodziliśmy do ginekologa, który dawał mi stymulację, robiliśmy badania itd. Jednak po clostilbegyt’cie, który wywołuje owulację i nie powinno być problemów, lekarz zasugerował, żeby badania zrobił też mąż. U mnie te wyniki są jakie są –  jest niedoczynność, są policystyczne jajniki, ale owulacja była wywoływana. Natomiast u męża nie badaliśmy dotąd nic, poza podstawową morfologią. Pojawiło się więc pytanie – leczyć mnie, czy męża? Okazało się, że obydwoje.

Poszliśmy w końcu na badania nasienia i stwierdziliśmy, że nie chcemy tracić więcej czasu na lekarzy w standardowych przychodniach.  Nie do końca znają się oni na leczeniu niepłodności. Owszem, dają stymulację, ale nie każdy mówi na przykład o monitoringach. Ja posiłkowałam się internetem, czy też testami owulacyjnymi. Pół roku spędziliśmy z testami właśnie i brzydko powiem – robieniem dziecka mechanicznie.

Podejrzewam, że u wielu par wygląda to podobnie. Jest już tak ogromne parcie, żeby tego malucha mieć… Po konsultacjach poradzono nam jednak trzy próby inseminacji, a później in vitro. Nie było już sensu bawić się w nieskończoność innymi metodami.

Uznaliśmy, że podejdziemy do inseminacji z początkiem nowego roku – żeby był to symboliczny nowy start. Odpuściliśmy więc totalnie. Swoje wyniki znaliśmy, wiedzieliśmy więc, że mamy niewielkie szanse drogą naturalną. Zdaliśmy się na medycynę, bo już nic nie mogliśmy innego wyczarować.

I wtedy pojawiła się niespodzianka?

Któregoś dnia mieli przyjechać do nas znajomi. Miała być impreza z alkoholem. Dzień wcześniej pomyślałam sobie, że już długo spóźnia mi się okres – około 10 dni. Z tą moją tarczycą nie robiłam sobie wielkich nadziei. Wszystkich testów zrobiłam już chyba z 80… Nieraz okres spóźniał mi się nawet dwa tygodnie, więc przez tyle czasu robiłam nawet po dwa testy w miesiącu.

Nie chciałam jednak sprawdzać tego przy mężu, ani mu o tym mówić. Chciałam zrobić test tylko dla świętego spokoju i wiedzieć, czy na pewno mogę jakiegoś drinka na tej imprezie wypić. Byliśmy wtedy w sklepie. Zapomnieliśmy czegoś i mąż poszedł to jeszcze dokupić. Ja w tym czasie szybko pobiegłam do apteki, kupiłam test i zrobiłam go w toalecie obok. Miała to być tylko formalność – wiedziałam, że na pewno będzie „nie”. Automatycznie wyrzuciłam nawet opakowanie. Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski… A tu pojawia się druga. Niemożliwe! Byłam w ogromnym szoku, to było wręcz nierealne.

Schowałam ten test i poczekałam aż mąż dokończy zakupy. Tego dnia był bardzo zmęczony. Było późno w nocy, a tu jeszcze trzeba gotować – bo ci znajomi, bo ta impreza. A mi jak na złość się „miska cieszy”.

Mąż zapytał zdziwiony, dlaczego jestem taka radosna. Odpowiedziałam: „Wiesz, tak jakoś specjalnie w tym roku nie obchodziliśmy rocznicy ślubu. Zadaje mi się jednak, że zrobiliśmy sobie prezent i coś nam po niej zostało”.

Dałam mu test, pod tym sklepem… Był z nami jeszcze syn, który w ogóle nie wiedział co się dzieje. Mąż też początkowo zapytał, co to znaczy. Powiedziałam, że będzie tatą. W tym momencie popłakał się, obok syn zaczął szaleć, cieszyć się i tulić. Mąż musiał dobre 20 minut odczekać, tak zalał się łzami. Ja sama byłam w szoku, dalej to do mnie nie docierało.

Wyobrażam sobie, że rzeczywiście mogło być pani trudno w to uwierzyć. Po tylu latach starań.

Tak, zaczynając od operacji, którą miałam zaraz po ślubie. Początkowo lekarze leczyli mnie na kolkę nerkową. Oczywiście chodziłam w tym czasie do ginekologa, ale robiono mi tylko standardowe badania, nikt nie zlecił USG. Pojawiały się jednak bóle, dwa razy byłam nawet na pogotowiu, ale lekarze nie robili w ogóle żadnych badań. Stwierdzili z objawów, że jest to kolka nerkowa.

Jednak po ataku w święta zrobili mi tomografię. Lekarka powiedziała wtedy, że z nerkami jest wszystko dobrze i nie jest to żadna kolka nerkowa. Jest za to bardzo duży guz na jajowodzie. Co więcej, jestem też obciążona jeśli chodzi o sprawy nowotworowe w rodzinie. Mama zmarła na raka, jej brat ma raka, siostra mojego taty wygrała z chorobą. Kiedy powiedzieli mi więc, że jest to coś nowotworowego, bałam się. Zasugerowano, żeby wraz z nowotworem usunąć też jajowód. A najlepiej oba i absolutnie nie brać już nigdy antykoncepcji hormonalnej. Jednak ze względu na wiek – miałam wtedy 26 lat –  lekarze stwierdzili, że decyzję podejmą dopiero kiedy mnie otworzą podczas operacji.  Na szczęście to wszystko się dobrze skończyło i ocalono jajowód.

Byliście jednak w tym wszystkim od początku z mężem razem.

Byliśmy. Mój mąż jest bardzo dobrym i rodzinnym człowiekiem. Nieraz bardzo źle mówi się na temat kierowców, a on jest świetnym ojcem i mężem, który angażuje się w sprawy najbliższych. Bardzo się ucieszył na wieść o ciąży –  oglądał już nawet wózki, umówił lekarzy. Myślę, że również musi w jakiś sposób nadrobić ten czas, kiedy go nie ma w domu. Też to mocno przeżywa i na pewno nie będzie tak, że wszystko zostanie zrzucone na mnie. Cieszę się, bo nasze dziecko jest naprawdę wyczekane. Co prawda było planowane na ponad rok temu… ale wyszło inaczej.

Jeszcze bardziej wyczekane, jeszcze bardziej kochane.

Na pewno. Cudownie byłoby gdyby to jeszcze była córka, bo mamy trzech synów. Mąż ma dwóch 11-letnich chłopaków z pierwszego małżeństwa. Mój syn jest od nich dwa lata młodszy. Walczyliśmy już tylko o wspólne dzieci. Jeśli będzie dziewczynka – super. Jeśli nie, to będzie czwarty chłopak do kompletu. Byleby szczęśliwie do końca.

A czy jest może coś, co mogłaby pani poradzić parom będącym w podobnej sytuacji do waszej?

Sugerowałabym, że jeżeli dłuższy czas nie udaje się zajść w ciążę, lepiej nie chodzić po zwykłych ginekologach, tylko udać się do profesjonalistów. Wbrew pozorom nie są to jakieś bardzo duże koszta. Dzięki specjalistom zaoszczędzimy sobie nerwów, stresu, będziemy wiedzieć, w którym iść kierunku, na co się szykować. Nie ma co zdawać się na lekarzy, którzy będą błądzić po omacku.

Wykwalifikowani specjaliści naprawdę widzieli już wiele trudnych przypadków. Warto się też do nich udać chociażby ze względu na związek, który na tym wszystkim cierpi. Ile ja testów robiłam w tajemnicy przed mężem… Żeby nie widzieć jego smutku i rozczarowania, że znowu nie wyszło.

Komfort psychiczny rodziców, to też komfort dziecka.

Nasze dziecko jest szczególnie wyczekane, wystarane i upragnione. Duże znaczenie ma zapewne wiek – ja mam 32 lata, mąż już prawie 40. Jesteśmy na takim etapie życia, gdzie decyzje podejmowane są bardziej świadomie. Nie jest to żadna wpadka, tylko dziecko z prawdziwej miłości. Nie mówię, że nasi synowie z miłości nie są – jak najbardziej są. Też byli wystarani i wyczekani. Jednak inaczej podchodzi się do życia mając 20-kilka lat.

Może także dzięki temu, w jakim wieku jesteśmy, mieliśmy świadomość do kogo się zwrócić. Do specjalistów, a nie lekarzy, którzy dają fałszywe nadzieje. Ja i wielu moich znajomych niestety także i na takich trafialiśmy. Na szczęście finalnie wszystko się dobrze skończyło i co ma być, to będzie. Byleby dziecko było zdrowe – z takiego założenia wychodzimy.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Straciła pięcioro dzieci. Dziś pani Jolanta chce pomagać innym rodzicom po stracie

Terapia po stracie dziecka
fot. Fotolia

Pani Jolanta długo starała się o dziecko. Trzy razy poroniła, przy czwartej ledwo uszła z życiem. Za piątym razem w końcu się udało. Szczęście trwało osiemnaście lat.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Pani Jolanta od zawsze marzyła o wielopokoleniowej rodzinie, bardzo chciała być mamą, a potem niańczyć gromadkę wnuków. Niestety, marzenie o macierzyństwie okazało się trudne do spełnienia.

Trzy razy poroniła, przy czwartej, pozamacicznej ciąży, ledwo uszła z życiem. Pani Jola w ostatniej chwili trafiła na stół operacyjny, gdzie lekarz zszył pęknięty jajowód. Nigdy nie mówiła, że straciła ciążę czy płód. Ona straciła dziecko. Bo przez ten czas, gdy nosiła pod sercem nowe życie, zdążyła zbudować już wokół niego całą przyszłość.

Zobacz także: Kobiety szczerze o poronieniu. Zobacz kulisy kampanii „Project Benjamin”

Może to moja wina…?

Po każdej stracie czuła się winna. „Może coś zrobiłam nie tak? Może nie odpoczywałam wystarczająco dużo?” zastanawiała się pani Jola. Poczucie winy potęgowały nieprzychylne komentarze ze strony starszych kobiet. Pani Jola słyszała, że gdyby nie była taka miastowa, delikatna i wrażliwa, rodziłaby jak niegdyś nasze matki i babcie.

Wtedy zaszła w piątą ciążę. Była przerażona, że skończy się jak zawsze. Strach wzbudzał każdy najdrobniejszy objaw somatyczny. Lekarz zalecił oszczędny tryb życia, pani Jola postanowiła więc położyć się do łóżka na dziewięć miesięcy. Śmieje się, że zrobiła z siebie inkubator, gdy wstała do porodu, jej ciało było wiotkie. Jednak widok córeczki – Ady wynagrodził pani Joli wszystkie ciężkie chwile.

Cztery wcześniejsze straty sprawiły jednak, że kobiecie już na zawsze towarzyszyło poczucie strachu.

I pewnie dlatego byłam matką nadopiekuńczą, roztoczyłam nad Adą parasol ochronny. Rano piekłam jej ciepłe ciasteczka na śniadanie… Dla mnie pachniała małym dzieckiem, nawet gdy miała naście lat. Starałam się być rozsądną matką, nie trzymać jej w klatce, puszczałam ją na osiemnastki wszystkich przyjaciół. Sama kupowałam jej szampana na nie. Ale to mnie wiele kosztowało. Zawsze czułam lęk, że ją stracę. Po czterech wcześniejszych stratach, ten lęk mi już zawsze towarzyszył – cytuje słowa pani Joli „Gazeta Wyborcza”.

Zobacz także: Tęczowi ojcowie: „Bycie rodzicem po stracie to obciążenie, zwłaszcza jeśli temat został zduszony i ukryty”

Najgorszy dzień w życiu rodzica

Rok 2012 na zawsze pozostanie w pamięci pani Joli, jako najgorszy rok w jej życiu. Ada właśnie skończyła 18 lat, wyjechała na obóz do Hiszpanii. Bardzo cieszyła się na tę wycieczkę. Po przyjeździe źle się poczuła. Okazało się, że to sepsa meningokokowa. Zachorowała we wtorek a zmarła w czwartek.

Ciężko opisać słowami to, co czuła pani Jola. Pierwszych trzech dni po śmierci córki nie pamięta. Wie, że koleżanki zabrały ją do szpitala, dostała leki, załatwiła formalności. Zna to jednak tylko z opowieści, niewiele pamięta z tragicznego okresu.

Z perspektywy czasu pani Jolanta uważa, że żadne słowa nie mogą przynieść otuchy w takiej chwili. Liczy się natomiast obecność drugiego człowieka i świadomość, że można razem przejść przez koszmar.

Zobacz także: Poronienie – one też to przeżyły! Dziś ich zdjęcia dają siłę i nadzieję [FOTO]

Terapia po stracie dziecka

Po śmierci Ady pani Jolanta rzuciła się w wir pracy. Jest terapeutką, pomaga ludziom. Wie, jak bardzo samotny czuje się rodzic po stracie dziecka.

Po kilku latach w jej głowie zrodziła się myśl, by z bólu i cierpienia zrobić jakiś pożytek. Pani Jola chce stworzyć grupę wsparcia dla rodziców, którzy tak jak ona, stracili dziecko.

Byłoby to miejsce dla wszystkich, którzy potrzebują pomocy: dla kobiet, dla mężczyzn, rodziców, których dzieci urodziły się martwe i tych, których dzieci umarły jako dorośli ludzie. Spotkania odbywałyby się raz lub dwa razy w miesiącu. Gdyby z tej grupy wyłoniły się osoby potrzebujące terapii, pani Jola mogłaby się nimi zaopiekować profesjonalnie.

Na takiej grupie można przeżywać. Podzielić się emocjami. Wszystkim, co w rodzicu jest. Jeśli będą na różnych etapach żałoby, można się zainspirować. Zobaczyć, że czas, w którym się jest, zmieni się wkrótce w inny czas. Gdy na Facebooku zdradziłam się z pomysłem utworzenia grupy, odezwało się do mnie kilka osób. Wiem, że jest taka potrzeba. Czekam na kolejne zgłoszenia. Ludzie, którzy doświadczają takiej straty, czują się samotni. Często latami. Wcześniej straciłam czwórkę innych dzieci, wiem, o czym mówię – mówi pani Jolanta w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

———————————————————————————————————————————–

Mgr Jolanta Garbaczewska – terapeuta, logopeda

Specjalistka z ponad 30-letnim doświadczeniem. Pracuje w Klinice Psychiatrii w Bydgoszczy na Oddziale Zaburzeń Lękowych i Afektywnych oraz na Oddziale Rehabilitacji Neurologicznej w Smukale.

Jeżeli jesteś zainteresowana/y dołączeniem do grupy wsparcia dla rodzin, które straciły dziecko, napisz: garbaczewskajolanta@poczta.onet.pl

Tu kupisz e-wersję magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: „Gazeta Wyborcza”, Znany Lekarz

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

„Lekarz dał do zrozumienia, że nigdy nie zostanę mamą”. Zobacz, jak Anna pokonała endometriozę

ciąża po endometriozie
fot. Pixabay

O tym, że choruję na endometriozę, dowiedziałam się po kilku latach bezowocnych starań o dziecko. Lekarze zbagatelizowali jednak problem i gdyby nie jedno ważne wydarzenie z mojego życia, z pewnością nadal wierzyłabym w to, że już nigdy nie zostanę matką.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Mam na imię Anna, mam 38 lat. Z moim mężem starania o dziecko rozpoczęliśmy około 10 lat temu. Po czterech latach i dziesiątkach negatywnych testów ciążowych zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego wciąż nie udaje mi się zajść w ciążę.

Zaczęliśmy szukać przyczyny problemu, po serii wizyt lekarskich w końcu dowiedzieliśmy się, gdzie leży źródło naszych niepowodzeń. Podeszłam do zabiegu laparoskopii i wówczas lekarz zdiagnozował u mnie endometriozę I stopnia oraz obustronną niedrożność jajowodów. Nie wiedziałam wówczas, czym jest endometrioza. Zaczęłam czytać i szukać informacji na temat tajemniczej choroby, którą u mnie odkryto. Jednak miesiączkowałam w miarę normalnie i nigdy nie męczyłam się z powodu bólu.

Lekarz, który przeprowadził zabieg laparoskopii, nie udrożnił jajowodów. Zaproponował za to leczenie witaminami i dał do zrozumienia, że nigdy nie zostanę mamą. Bardzo to wówczas przeżyłam, a oparcie miałam jedynie w mężu i rodzinie.

Prawie każda osoba, z którą w tym czasie rozmawiałam, radziła mi, żeby „odpuścić, a wtedy na pewno się uda”. Tylko jak miało się udać, skoro moje jajowody były niedrożne?

Zobacz także: „Endometriozie zawdzięczam obecną siebie”. Historia Kasi

Decyzja o in vitro i kolejne rozczarowania

Po czterech latach przerwy w staraniach o dziecko podjęliśmy z mężem decyzję o in vitro. Byłam wówczas pełna nadziei, a lekarz dodatkowo wzniecił nasz entuzjazm mówiąc, że z pewnością zajdę w ciążę. Wyniki badań  również napawały optymizmem.

Oczywiście w klinice leczenia niepłodności opowiedziałam lekarzowi o endometriozę. Usłyszałam jednak, że moja choroba nie jest przeszkodą w zapłodnieniu i że przy takich wynikach badań wszystko z pewnością się uda.

Z sercem przepełnionym nadzieją podeszliśmy zatem do zabiegu. Uzyskaliśmy zarodki dobrej jakości i wszystko szło zgodnie z planem. Niestety, nie udało się uzyskać ciąży. Zdecydowaliśmy się zatem z mężem na drugie podejście, jednak i tym razem wynik testu ciążowego był negatywny.

Mój świat się zawalił. Szczególnie mocno bolało to, że nikt nie rozumiał mojego bólu. Każdy chciał podzielić się mądrą radą, jednak żadna z tych osób nie zdawała sobie sprawy, jak słowa mogą ranić.

Później była następna procedura in vitro, o której tym razem nie powiedzieliśmy nikomu. Pojawiły się dodatkowe badania i kolejne pytania do lekarzy, czy moja endometrioza ma wpływ na implantację zarodka. „Pani endometrioza nie ma z tym nic wspólnego, ma pani dobre wyniki” – słyszałam jak mantrę. Lekarz zasugerował, że gdybym miała endometriozę w macicy, to badanie USG byłoby dla mnie bardzo bolesne, a przecież mnie nic nie bolało!

Zobacz także: Endometrioza utrudnia Agnieszce zajście w ciążę. Po operacji odrodziła się w niej nadzieja

Na forum znalazłam nazwisko pewnego doktora

Kolejne dwie próby zapłodnienia pozaustrojowego ponownie zakończyły się fiaskiem. W międzyczasie przez przypadek trafiłam na Facebooku na grupę „In vitro przed i w trakcie”. To właśnie dziewczyny z forum pomogły mi w tym trudnym okresie. Kiedyś podczas jednej z rozmów padło tam nazwisko doktora Olka – lekarza, „który czyni cuda”. Znajoma z tej grupy podała mi jego prywatny numer. Nie namyślając się długo, zadzwoniłam.

Doktor Jan Olek okazał się być moim aniołem stróżem. Już po pierwszej rozmowie miałam duszę wolną od żalu i złości po nieudanych próbach zajścia w ciążę. Nie liczyłam na to, że lekarz mi pomoże, bo niby jak, skoro moje jajniki, jak mi do tej pory mówiono, do niczego się nie nadawały. Ale doktor Olek dał mi nadzieję! Umówiłam się więc na wizytę.

Był to pierwszy lekarz, który mnie wysłuchał i doradził. Miałam wrażenie, że naprawdę chciał mi pomoc. Wspólnie podjęliśmy decyzję o operacji. Po zabiegu zemdlałam w ubikacji. Leżąc na ziemi i płacząc zastanawiałam się: „Ania, dlaczego ty się tak męczysz? Odpuść sobie, nigdy nie zostaniesz mamą!”

Tego dnia przyszedł do mnie doktor Jan. Na wpół przytomna słuchałam jego diagnozy. Lekarz wytłumaczył, że moja endometrioza II stopnia zajęła całą macicę i zatoce Douglasa. Doktor udrożnił lewy jajowód i oświadczył, że teraz nic nie stoi na przeszkodzie w staraniach o dziecko. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam, setki myśli przewijały się wówczas przez moją głowę.

Zobacz także: „Ginekolodzy mówili, że ma boleć. Uwierzyłam, że nic mi nie jest”. Jak endometrioza zmieniła życie Joanny?

Za namową koleżanki zrobiłam test ciążowy

Po dwóch miesiącach od operacji zauważyłam, że moja miesiączka się spóźnia. Zastanawiałam się, czy powodem mógł być zabieg, który przeszłam w ostatnim czasie.

Za namową koleżanki zrobiłam test ciążowy. Nie spodziewałam się cudu – w końcu doświadczyłam już tylu rozczarowań. Nagle moim oczom ukazały dwie kreski. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę! Natychmiast pobiegłam po kolejne dwa testy i każdy z nich wyszedł pozytywny.

Gdy byłam już pewna, że jestem w ciąży, natychmiast zadzwoniłam do doktora Olka. Podziękowałam mu i powiedziałam, że jest moim aniołem stróżem. To dzięki niemu oczekuję teraz przyjścia na świat małej Sophie.

Nie wiem, czy moja historia komuś pomoże, jednak chciałabym przekazać wam jedno. Zanim kobiety z endometriozą pogodzą się z faktem, nigdy nie będzie im dane zostać matkami, powinny zgłosić się do kliniki Miracolo.

Łatwo jest trafić na niedoświadczonego lekarza, który zbagatelizuje problem. Nie można się jednak poddawać! Warto dopytywać, czytać i szukać innych dróg wyjścia z sytuacji. Pisząc te słowa mam oczy pełne łez. Wciąż pamiętam dzień operacji i słowa doktora Janka, w których przekonywał mnie, że jest dobrej myśli. Bardzo Panu dziękuję!

Leczenie endometriozy w klinice Miracolo. Historia Anny

fot. archiwum prywatne

Leczenie endometriozy w klinice Miracolo. Historia Anny

fot. archiwum prywatne

Leczenie endometriozy w klinice Miracolo. Historia Anny

fot. archiwum prywatne

 

 

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.