Przejdź do treści

„Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski” – obok historii tej ciąży nie da się przejść obojętnie!

Podobno każdy z nas ma do przejścia jakąś drogę. Ścieżka, która doprowadziła Anetę i jej męża do ciąży, zdecydowanie nie była usłana różami. Guz na jajowodzie, niedoczynność tarczycy, zespół policystycznych jajników, 2 procent prawidłowych plemników… 

– Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski… A tu pojawia się druga. Niemożliwe! –poznaj historię, która daje nadzieję i siłę.

Pani droga do ciąży była wyjątkowo kręta…

Aneta Religa: Mam już 9-cio letniego syna, który jest dzieckiem z pierwszego małżeństwa. 4 lata temu ponownie wyszłam za mąż i chcieliśmy mieć z mężem wspólne dziecko. W nasze pierwsze święta siedzieliśmy przy stole, dopadł mnie mocny ból i wylądowałam w szpitalu. Okazało się, że mam na jajowodzie guza wielkości pomarańczy – po prostu się z nim skręcił. Musiałam być operowana.

Jajowód ocalał, natomiast miałam mieć na uwadze, że mogą pojawić się jakieś zrosty, gdybyśmy planowali kiedyś dziecko. No i nie mogłam zachodzić w ciążę przez pierwszy rok – blizna była jak po cesarce.

Minął ten czas i zaczęliśmy nasze starania. Mój mąż ma pracę wyjazdową, jest kierowcą ciężarówki. Na szczęście po Polsce, więc w weekendy jest w domu, ale utrudniało to sprawę. Wciąż i wciąż nie udawało się. Poszliśmy do jednego lekarza, dał nam luteinę. Poszliśmy do drugiego, dał nam clostilbegyt i nic. Porobiłam w międzyczasie badania, wyszła mi niedoczynność tarczycy, więc dostałam jeszcze leki na tarczycę. Potem okazało się, że mam policystyczne jajniki. Walczyliśmy dalej.

Minął rok  bez efektu i zaczęliśmy się poważnie martwić. Co więcej, mąż ma prawie 40 lat i taką, a nie inną pracę. Trwała wtedy akcja „Płodny polak” w klinice Bocian w Katowicach. Poszliśmy na badania nasienia. One też nie wyszły rewelacyjnie – tylko 2 proc. prawidłowych plemników. Od razu była też konsultacja z lekarzem. Zobaczył całą historię choroby i wszystkie dane. Powiedział, że raczej nie mamy co liczyć na cud i powinniśmy pomyśleć o podejściu do inseminacji.

To wszystko działo się w ciągu roku?

Nie, wtedy trwało to już dużo dłużej. Rok próbowaliśmy opcji na NFZ. Chodziliśmy do ginekologa, który dawał mi stymulację, robiliśmy badania itd. Jednak po clostilbegyt’cie, który wywołuje owulację i nie powinno być problemów, lekarz zasugerował, żeby badania zrobił też mąż. U mnie te wyniki są jakie są –  jest niedoczynność, są policystyczne jajniki, ale owulacja była wywoływana. Natomiast u męża nie badaliśmy dotąd nic, poza podstawową morfologią. Pojawiło się więc pytanie – leczyć mnie, czy męża? Okazało się, że obydwoje.

Poszliśmy w końcu na badania nasienia i stwierdziliśmy, że nie chcemy tracić więcej czasu na lekarzy w standardowych przychodniach.  Nie do końca znają się oni na leczeniu niepłodności. Owszem, dają stymulację, ale nie każdy mówi na przykład o monitoringach. Ja posiłkowałam się internetem, czy też testami owulacyjnymi. Pół roku spędziliśmy z testami właśnie i brzydko powiem – robieniem dziecka mechanicznie.

Podejrzewam, że u wielu par wygląda to podobnie. Jest już tak ogromne parcie, żeby tego malucha mieć… Po konsultacjach poradzono nam jednak trzy próby inseminacji, a później in vitro. Nie było już sensu bawić się w nieskończoność innymi metodami.

Uznaliśmy, że podejdziemy do inseminacji z początkiem nowego roku – żeby był to symboliczny nowy start. Odpuściliśmy więc totalnie. Swoje wyniki znaliśmy, wiedzieliśmy więc, że mamy niewielkie szanse drogą naturalną. Zdaliśmy się na medycynę, bo już nic nie mogliśmy innego wyczarować.

I wtedy pojawiła się niespodzianka?

Któregoś dnia mieli przyjechać do nas znajomi. Miała być impreza z alkoholem. Dzień wcześniej pomyślałam sobie, że już długo spóźnia mi się okres – około 10 dni. Z tą moją tarczycą nie robiłam sobie wielkich nadziei. Wszystkich testów zrobiłam już chyba z 80… Nieraz okres spóźniał mi się nawet dwa tygodnie, więc przez tyle czasu robiłam nawet po dwa testy w miesiącu.

Nie chciałam jednak sprawdzać tego przy mężu, ani mu o tym mówić. Chciałam zrobić test tylko dla świętego spokoju i wiedzieć, czy na pewno mogę jakiegoś drinka na tej imprezie wypić. Byliśmy wtedy w sklepie. Zapomnieliśmy czegoś i mąż poszedł to jeszcze dokupić. Ja w tym czasie szybko pobiegłam do apteki, kupiłam test i zrobiłam go w toalecie obok. Miała to być tylko formalność – wiedziałam, że na pewno będzie „nie”. Automatycznie wyrzuciłam nawet opakowanie. Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski… A tu pojawia się druga. Niemożliwe! Byłam w ogromnym szoku, to było wręcz nierealne.

Schowałam ten test i poczekałam aż mąż dokończy zakupy. Tego dnia był bardzo zmęczony. Było późno w nocy, a tu jeszcze trzeba gotować – bo ci znajomi, bo ta impreza. A mi jak na złość się „miska cieszy”.

Mąż zapytał zdziwiony, dlaczego jestem taka radosna. Odpowiedziałam: „Wiesz, tak jakoś specjalnie w tym roku nie obchodziliśmy rocznicy ślubu. Zadaje mi się jednak, że zrobiliśmy sobie prezent i coś nam po niej zostało”.

Dałam mu test, pod tym sklepem… Był z nami jeszcze syn, który w ogóle nie wiedział co się dzieje. Mąż też początkowo zapytał, co to znaczy. Powiedziałam, że będzie tatą. W tym momencie popłakał się, obok syn zaczął szaleć, cieszyć się i tulić. Mąż musiał dobre 20 minut odczekać, tak zalał się łzami. Ja sama byłam w szoku, dalej to do mnie nie docierało.

Wyobrażam sobie, że rzeczywiście mogło być pani trudno w to uwierzyć. Po tylu latach starań.

Tak, zaczynając od operacji, którą miałam zaraz po ślubie. Początkowo lekarze leczyli mnie na kolkę nerkową. Oczywiście chodziłam w tym czasie do ginekologa, ale robiono mi tylko standardowe badania, nikt nie zlecił USG. Pojawiały się jednak bóle, dwa razy byłam nawet na pogotowiu, ale lekarze nie robili w ogóle żadnych badań. Stwierdzili z objawów, że jest to kolka nerkowa.

Jednak po ataku w święta zrobili mi tomografię. Lekarka powiedziała wtedy, że z nerkami jest wszystko dobrze i nie jest to żadna kolka nerkowa. Jest za to bardzo duży guz na jajowodzie. Co więcej, jestem też obciążona jeśli chodzi o sprawy nowotworowe w rodzinie. Mama zmarła na raka, jej brat ma raka, siostra mojego taty wygrała z chorobą. Kiedy powiedzieli mi więc, że jest to coś nowotworowego, bałam się. Zasugerowano, żeby wraz z nowotworem usunąć też jajowód. A najlepiej oba i absolutnie nie brać już nigdy antykoncepcji hormonalnej. Jednak ze względu na wiek – miałam wtedy 26 lat –  lekarze stwierdzili, że decyzję podejmą dopiero kiedy mnie otworzą podczas operacji.  Na szczęście to wszystko się dobrze skończyło i ocalono jajowód.

Byliście jednak w tym wszystkim od początku z mężem razem.

Byliśmy. Mój mąż jest bardzo dobrym i rodzinnym człowiekiem. Nieraz bardzo źle mówi się na temat kierowców, a on jest świetnym ojcem i mężem, który angażuje się w sprawy najbliższych. Bardzo się ucieszył na wieść o ciąży –  oglądał już nawet wózki, umówił lekarzy. Myślę, że również musi w jakiś sposób nadrobić ten czas, kiedy go nie ma w domu. Też to mocno przeżywa i na pewno nie będzie tak, że wszystko zostanie zrzucone na mnie. Cieszę się, bo nasze dziecko jest naprawdę wyczekane. Co prawda było planowane na ponad rok temu… ale wyszło inaczej.

Jeszcze bardziej wyczekane, jeszcze bardziej kochane.

Na pewno. Cudownie byłoby gdyby to jeszcze była córka, bo mamy trzech synów. Mąż ma dwóch 11-letnich chłopaków z pierwszego małżeństwa. Mój syn jest od nich dwa lata młodszy. Walczyliśmy już tylko o wspólne dzieci. Jeśli będzie dziewczynka – super. Jeśli nie, to będzie czwarty chłopak do kompletu. Byleby szczęśliwie do końca.

A czy jest może coś, co mogłaby pani poradzić parom będącym w podobnej sytuacji do waszej?

Sugerowałabym, że jeżeli dłuższy czas nie udaje się zajść w ciążę, lepiej nie chodzić po zwykłych ginekologach, tylko udać się do profesjonalistów. Wbrew pozorom nie są to jakieś bardzo duże koszta. Dzięki specjalistom zaoszczędzimy sobie nerwów, stresu, będziemy wiedzieć, w którym iść kierunku, na co się szykować. Nie ma co zdawać się na lekarzy, którzy będą błądzić po omacku.

Wykwalifikowani specjaliści naprawdę widzieli już wiele trudnych przypadków. Warto się też do nich udać chociażby ze względu na związek, który na tym wszystkim cierpi. Ile ja testów robiłam w tajemnicy przed mężem… Żeby nie widzieć jego smutku i rozczarowania, że znowu nie wyszło.

Komfort psychiczny rodziców, to też komfort dziecka.

Nasze dziecko jest szczególnie wyczekane, wystarane i upragnione. Duże znaczenie ma zapewne wiek – ja mam 32 lata, mąż już prawie 40. Jesteśmy na takim etapie życia, gdzie decyzje podejmowane są bardziej świadomie. Nie jest to żadna wpadka, tylko dziecko z prawdziwej miłości. Nie mówię, że nasi synowie z miłości nie są – jak najbardziej są. Też byli wystarani i wyczekani. Jednak inaczej podchodzi się do życia mając 20-kilka lat.

Może także dzięki temu, w jakim wieku jesteśmy, mieliśmy świadomość do kogo się zwrócić. Do specjalistów, a nie lekarzy, którzy dają fałszywe nadzieje. Ja i wielu moich znajomych niestety także i na takich trafialiśmy. Na szczęście finalnie wszystko się dobrze skończyło i co ma być, to będzie. Byleby dziecko było zdrowe – z takiego założenia wychodzimy.

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.