Przejdź do treści

„Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski” – obok historii tej ciąży nie da się przejść obojętnie!

Podobno każdy z nas ma do przejścia jakąś drogę. Ścieżka, która doprowadziła Anetę i jej męża do ciąży, zdecydowanie nie była usłana różami. Guz na jajowodzie, niedoczynność tarczycy, zespół policystycznych jajników, 2 procent prawidłowych plemników… 

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

– Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski… A tu pojawia się druga. Niemożliwe! –poznaj historię, która daje nadzieję i siłę.

Pani droga do ciąży była wyjątkowo kręta…

Aneta Religa: Mam już 9-cio letniego syna, który jest dzieckiem z pierwszego małżeństwa. 4 lata temu ponownie wyszłam za mąż i chcieliśmy mieć z mężem wspólne dziecko. W nasze pierwsze święta siedzieliśmy przy stole, dopadł mnie mocny ból i wylądowałam w szpitalu. Okazało się, że mam na jajowodzie guza wielkości pomarańczy – po prostu się z nim skręcił. Musiałam być operowana.

Jajowód ocalał, natomiast miałam mieć na uwadze, że mogą pojawić się jakieś zrosty, gdybyśmy planowali kiedyś dziecko. No i nie mogłam zachodzić w ciążę przez pierwszy rok – blizna była jak po cesarce.

Minął ten czas i zaczęliśmy nasze starania. Mój mąż ma pracę wyjazdową, jest kierowcą ciężarówki. Na szczęście po Polsce, więc w weekendy jest w domu, ale utrudniało to sprawę. Wciąż i wciąż nie udawało się. Poszliśmy do jednego lekarza, dał nam luteinę. Poszliśmy do drugiego, dał nam clostilbegyt i nic. Porobiłam w międzyczasie badania, wyszła mi niedoczynność tarczycy, więc dostałam jeszcze leki na tarczycę. Potem okazało się, że mam policystyczne jajniki. Walczyliśmy dalej.

Minął rok  bez efektu i zaczęliśmy się poważnie martwić. Co więcej, mąż ma prawie 40 lat i taką, a nie inną pracę. Trwała wtedy akcja „Płodny polak” w klinice Bocian w Katowicach. Poszliśmy na badania nasienia. One też nie wyszły rewelacyjnie – tylko 2 proc. prawidłowych plemników. Od razu była też konsultacja z lekarzem. Zobaczył całą historię choroby i wszystkie dane. Powiedział, że raczej nie mamy co liczyć na cud i powinniśmy pomyśleć o podejściu do inseminacji.

To wszystko działo się w ciągu roku?

Nie, wtedy trwało to już dużo dłużej. Rok próbowaliśmy opcji na NFZ. Chodziliśmy do ginekologa, który dawał mi stymulację, robiliśmy badania itd. Jednak po clostilbegyt’cie, który wywołuje owulację i nie powinno być problemów, lekarz zasugerował, żeby badania zrobił też mąż. U mnie te wyniki są jakie są –  jest niedoczynność, są policystyczne jajniki, ale owulacja była wywoływana. Natomiast u męża nie badaliśmy dotąd nic, poza podstawową morfologią. Pojawiło się więc pytanie – leczyć mnie, czy męża? Okazało się, że obydwoje.

Poszliśmy w końcu na badania nasienia i stwierdziliśmy, że nie chcemy tracić więcej czasu na lekarzy w standardowych przychodniach.  Nie do końca znają się oni na leczeniu niepłodności. Owszem, dają stymulację, ale nie każdy mówi na przykład o monitoringach. Ja posiłkowałam się internetem, czy też testami owulacyjnymi. Pół roku spędziliśmy z testami właśnie i brzydko powiem – robieniem dziecka mechanicznie.

Podejrzewam, że u wielu par wygląda to podobnie. Jest już tak ogromne parcie, żeby tego malucha mieć… Po konsultacjach poradzono nam jednak trzy próby inseminacji, a później in vitro. Nie było już sensu bawić się w nieskończoność innymi metodami.

Uznaliśmy, że podejdziemy do inseminacji z początkiem nowego roku – żeby był to symboliczny nowy start. Odpuściliśmy więc totalnie. Swoje wyniki znaliśmy, wiedzieliśmy więc, że mamy niewielkie szanse drogą naturalną. Zdaliśmy się na medycynę, bo już nic nie mogliśmy innego wyczarować.

I wtedy pojawiła się niespodzianka?

Któregoś dnia mieli przyjechać do nas znajomi. Miała być impreza z alkoholem. Dzień wcześniej pomyślałam sobie, że już długo spóźnia mi się okres – około 10 dni. Z tą moją tarczycą nie robiłam sobie wielkich nadziei. Wszystkich testów zrobiłam już chyba z 80… Nieraz okres spóźniał mi się nawet dwa tygodnie, więc przez tyle czasu robiłam nawet po dwa testy w miesiącu.

Nie chciałam jednak sprawdzać tego przy mężu, ani mu o tym mówić. Chciałam zrobić test tylko dla świętego spokoju i wiedzieć, czy na pewno mogę jakiegoś drinka na tej imprezie wypić. Byliśmy wtedy w sklepie. Zapomnieliśmy czegoś i mąż poszedł to jeszcze dokupić. Ja w tym czasie szybko pobiegłam do apteki, kupiłam test i zrobiłam go w toalecie obok. Miała to być tylko formalność – wiedziałam, że na pewno będzie „nie”. Automatycznie wyrzuciłam nawet opakowanie. Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski… A tu pojawia się druga. Niemożliwe! Byłam w ogromnym szoku, to było wręcz nierealne.

Schowałam ten test i poczekałam aż mąż dokończy zakupy. Tego dnia był bardzo zmęczony. Było późno w nocy, a tu jeszcze trzeba gotować – bo ci znajomi, bo ta impreza. A mi jak na złość się „miska cieszy”.

Mąż zapytał zdziwiony, dlaczego jestem taka radosna. Odpowiedziałam: „Wiesz, tak jakoś specjalnie w tym roku nie obchodziliśmy rocznicy ślubu. Zadaje mi się jednak, że zrobiliśmy sobie prezent i coś nam po niej zostało”.

Dałam mu test, pod tym sklepem… Był z nami jeszcze syn, który w ogóle nie wiedział co się dzieje. Mąż też początkowo zapytał, co to znaczy. Powiedziałam, że będzie tatą. W tym momencie popłakał się, obok syn zaczął szaleć, cieszyć się i tulić. Mąż musiał dobre 20 minut odczekać, tak zalał się łzami. Ja sama byłam w szoku, dalej to do mnie nie docierało.

Wyobrażam sobie, że rzeczywiście mogło być pani trudno w to uwierzyć. Po tylu latach starań.

Tak, zaczynając od operacji, którą miałam zaraz po ślubie. Początkowo lekarze leczyli mnie na kolkę nerkową. Oczywiście chodziłam w tym czasie do ginekologa, ale robiono mi tylko standardowe badania, nikt nie zlecił USG. Pojawiały się jednak bóle, dwa razy byłam nawet na pogotowiu, ale lekarze nie robili w ogóle żadnych badań. Stwierdzili z objawów, że jest to kolka nerkowa.

Jednak po ataku w święta zrobili mi tomografię. Lekarka powiedziała wtedy, że z nerkami jest wszystko dobrze i nie jest to żadna kolka nerkowa. Jest za to bardzo duży guz na jajowodzie. Co więcej, jestem też obciążona jeśli chodzi o sprawy nowotworowe w rodzinie. Mama zmarła na raka, jej brat ma raka, siostra mojego taty wygrała z chorobą. Kiedy powiedzieli mi więc, że jest to coś nowotworowego, bałam się. Zasugerowano, żeby wraz z nowotworem usunąć też jajowód. A najlepiej oba i absolutnie nie brać już nigdy antykoncepcji hormonalnej. Jednak ze względu na wiek – miałam wtedy 26 lat –  lekarze stwierdzili, że decyzję podejmą dopiero kiedy mnie otworzą podczas operacji.  Na szczęście to wszystko się dobrze skończyło i ocalono jajowód.

Byliście jednak w tym wszystkim od początku z mężem razem.

Byliśmy. Mój mąż jest bardzo dobrym i rodzinnym człowiekiem. Nieraz bardzo źle mówi się na temat kierowców, a on jest świetnym ojcem i mężem, który angażuje się w sprawy najbliższych. Bardzo się ucieszył na wieść o ciąży –  oglądał już nawet wózki, umówił lekarzy. Myślę, że również musi w jakiś sposób nadrobić ten czas, kiedy go nie ma w domu. Też to mocno przeżywa i na pewno nie będzie tak, że wszystko zostanie zrzucone na mnie. Cieszę się, bo nasze dziecko jest naprawdę wyczekane. Co prawda było planowane na ponad rok temu… ale wyszło inaczej.

Jeszcze bardziej wyczekane, jeszcze bardziej kochane.

Na pewno. Cudownie byłoby gdyby to jeszcze była córka, bo mamy trzech synów. Mąż ma dwóch 11-letnich chłopaków z pierwszego małżeństwa. Mój syn jest od nich dwa lata młodszy. Walczyliśmy już tylko o wspólne dzieci. Jeśli będzie dziewczynka – super. Jeśli nie, to będzie czwarty chłopak do kompletu. Byleby szczęśliwie do końca.

A czy jest może coś, co mogłaby pani poradzić parom będącym w podobnej sytuacji do waszej?

Sugerowałabym, że jeżeli dłuższy czas nie udaje się zajść w ciążę, lepiej nie chodzić po zwykłych ginekologach, tylko udać się do profesjonalistów. Wbrew pozorom nie są to jakieś bardzo duże koszta. Dzięki specjalistom zaoszczędzimy sobie nerwów, stresu, będziemy wiedzieć, w którym iść kierunku, na co się szykować. Nie ma co zdawać się na lekarzy, którzy będą błądzić po omacku.

Wykwalifikowani specjaliści naprawdę widzieli już wiele trudnych przypadków. Warto się też do nich udać chociażby ze względu na związek, który na tym wszystkim cierpi. Ile ja testów robiłam w tajemnicy przed mężem… Żeby nie widzieć jego smutku i rozczarowania, że znowu nie wyszło.

Komfort psychiczny rodziców, to też komfort dziecka.

Nasze dziecko jest szczególnie wyczekane, wystarane i upragnione. Duże znaczenie ma zapewne wiek – ja mam 32 lata, mąż już prawie 40. Jesteśmy na takim etapie życia, gdzie decyzje podejmowane są bardziej świadomie. Nie jest to żadna wpadka, tylko dziecko z prawdziwej miłości. Nie mówię, że nasi synowie z miłości nie są – jak najbardziej są. Też byli wystarani i wyczekani. Jednak inaczej podchodzi się do życia mając 20-kilka lat.

Może także dzięki temu, w jakim wieku jesteśmy, mieliśmy świadomość do kogo się zwrócić. Do specjalistów, a nie lekarzy, którzy dają fałszywe nadzieje. Ja i wielu moich znajomych niestety także i na takich trafialiśmy. Na szczęście finalnie wszystko się dobrze skończyło i co ma być, to będzie. Byleby dziecko było zdrowe – z takiego założenia wychodzimy.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Gdy wygrała walkę z niepłodnością postanowiła zostać… dawczynią macicy!

Oddając swoją macicę, chce pomóc innej kobiecie spełnić marzenie o macierzyństwie.

Nieraz własne cierpienie potrafi bardzo uwrażliwić na ból innych. Tak też stało się z Aprill, która wie, czym są zmagania z niepłodnością. Dzięki adopcji i doświadczeniu licznych prób in vitro jest dziś matką pięciorga dzieci. Jej marzenia się spełniły, chciała jednak, aby spełniły się też pragnienia innej kobiety walczącej z niepłodnością – postanowiła więc zostać dawczynią. Oddała swoją macicę osobie, która dzięki narządowi będzie mogła zostać matką.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Aprill zawsze wiedziała, że chce mieć dużą rodzinę. Szybko zaczęli więc wraz z mężem starania o dziecko. Niestety czas płynął, a spełnienie wciąż było bardzo odległe. Para adoptowała więc dopiero co urodzonego chłopca, a chwilę po tym okazało się, że Aprill… jest w ciąży! Tym oto sposobem braci dzieli zalewnie 13 miesięcy.

Niestety pierwsza udana ciąża nie oznaczała, że wszystko pójdzie już z górki. Dopiero po 10 próbie in vitro znów pojawiła się radość – tym razem podwójna! Na świat przyszły dwie dziewczynki, a po około roku dołączyła do nich najmłodsza z rodzeństwa. Ostatnia ciąża była naturalna i zupełnie przypadkowa – tym oto sposobem powstała niezła gromadka maluchów!

W szranki z niepłodnością

W ciągu tych wszystkich lat niepłodność dała się Aprill i jej mężowi we znaki. Kobieta czuła jednak, że jej ciało dałoby radę po raz kolejny zajść w ciążę. Jako że nie planowała powiększania już swojej rodziny, postanowiła pomóc innym. Zgłosiła więc swoją chęć bycia dawczynią macicy. Wiedziała, że jeśli się zakwalifikuje, to właśnie będzie TO!

Zobacz też: Urodziła dziecko po przeszczepie macicy. Organ pobrano od zmarłej dawczyni

Udało się! Aprill została zaakceptowana jako dawczyni i chociaż było związane z tym także wiele lęku, to mimo wszystko stało się to niesamowitym doświadczeniem: „Czułam dumę ze swojego ciała” – mówi Aprill i dodaje: „Przez tyle lat myślisz, że twoje ciało cię zawodzi, a teraz pojawiła się myśl, która brzmiała raczej: ‚Moje ciało jest niesamowite’!” – słowa kobiety cytuje „Daily Mail„.

Wielkie zdarzenia, wielka nadzieja

Nie było to łatwe przeżycie, bowiem rekonwalescencja po zabiegu była trudniejsza i dłuższa, niż Aprill się spodziewała. Pojawiło się też wiele przemyśleń i konfrontacji z jej własnym doświadczeniem niepłodności. Wspominała wiele doznanego bólu – zarówno fizycznego, jak i emocjonalnego. Miała więc ogromną nadzieję, że dzięki oddaniu swojej macicy ukróci cierpienie innej kobiety.

Jest to niesamowity przykład na to, jak nauka i medycyna mogą zmieniać życie ludzi – w ogóle to życie dawać! O pierwszym przypadku w Stanach Zjednoczonych, kiedy kobieta urodziła po przeszczepie macicy synka, pisaliśmy w naszym portalu [TUTAJ]. Tego typu procedury medyczne są wydarzeniami przełomowymi. Znakomicie podkreślają to słowa lekarza, który witał chłopca na świecie:

Kiedy zacząłem karierę lekarską nie mieliśmy nawet USG, a teraz przeszczepiamy macice i przyjmujemy takie porody.

Wiedza, innowacyjność i odwaga – zarówno naukowców, lekarzy, jak i kobiet podobnych do Aprill – to wspaniała i pełna nadziei perspektywa dla milionów przyszłych mam na całym świecie.

Zobacz też: Histerektomia – co warto o niej wiedzieć? Oto 5 ważnych informacji!

Źródło:Daily Mail

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Matka surogatka – kobieta urodziła swoją wnuczkę. To już kolejna taka historia

matka surogatka
fot. Elliot Dougherty

61-letnia kobieta, matka dwójki dorosłych dzieci, została surogatką. Urodziła własną wnuczkę – pomogła w ten sposób swojemu synowi i jego partnerowi. Nasienie pochodziło od jej syna, komórka jajowa od siostry jego partnera. 

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W poszukiwaniu surogatki

Matthew Eledge i Elliot Dougherty to para gejów z Nebraski, USA. Panowie wzięli ślub i marzyli o powiększeniu rodziny. W większości stanów, w tym w Nebrasce, surogacja jest legalna i jest jedną z metod, dzięki której pary niepłodne i jednopłciowe mogą doczekać się potomstwa. W Nebrasce legalne są również małżeństwa jednopłciowe oraz adopcja dzieci przez pary jednopłciowe. 

Matthew i Ellliot szukali surogatki wśród rodziny i znajomych, rozważali również skorzystanie z pomocy obcej osoby. Ostatecznie zdecydowali, że ich córkę urodzi matka Matthew – 61-letnia Cecila. Dawczynią komórki jajowej została siostra Elliota, natomiast dawcą nasienia był Matthew.

Początkowo panowie obawiali się, że 61-letnia kobieta po menopauzie nie może zostać matką zastępczą ich dziecka. Jednak konsultacja ze specjalistami rozwiała ich wątpliwości. Kobieta po menopauzie, jeśli komórka jajowa pochodzi od zdrowej, młodszej dawczyni, może z powodzeniem donosić ciążę i urodzić dziecko.

matka surogatka

fot. Elliot Dougherty

Zobacz też: Urodziła dziecko swojemu synowi. Udało się dzięki in vitro

Fanatycznie zdrowa Babcia

Dzieci Cecile zawsze nabijały się z jej obsesji na punkcie zdrowego trybu życia i ożywiania. Cecile przez całe życie dbała o dietę, regularne ćwiczenia, stroniła od używek. Dzięki temu w wieku 61 lat jest okazem zdrowia i ma masę niespożytej energii.  Matthew żartował, że mama ma najniższy poziom cholesterolu w całej rodzinie.

Lekarze z Reproductive Health Specialists at Methodist Women’s Hospital w Omaha w Nebrasce dokładnie przebadali Cecile i uznali, że kondycja fizyczna umożliwia jej donoszenie ciąży. Cecile udało się zajść w ciążę już przy pierwszym transferze zarodka.

Dziewczynka – Uma – przyszła na świat zdrowa i w terminie 25 marca 2019 roku. Cecile urodziła ją naturalnie, bez konieczności przeprowadzania cesarskiego cięcia.

matka surogatka

fot. Elliot Dougherty

Zobacz też: Istotne decyzje, czyli co warto przemyśleć rozpoczynając leczenie metodą zapłodnienia pozaustrojowego

Science Fiction?

Rodzenie własnych wnuków może wydawać się pomysłem rodem z literatury fantastyczno naukowej. Wiele osób zastanawia się również nad psychologicznym wpływem takiej decyzji na całą rodzinę, w tym dziecko. Jednak, jak przekonują sami zainteresowani, była to przemyślana decyzja. Przeprowadzili wiele rozmów na ten temat, odbyli również konsultacje psychologiczne. W Stanach Zjednoczonych surogacja i wychowywanie dzieci przez pary jednopłciowe to na tyle powszechne zjawisko, że nie budzi już tak silnych społecznych emocji.

Niestety prawo nie reguluje surogacji w zadowalający sposób. Kobieta-surogatka, która urodzi dziecko jest wpisywana w akt urodzenia jako jego matka, również w sytuacji, gdy nie jest z dzieckiem spokrewniona (komórka i nasienie od dawczyni i dawcy). Partner Matthew, Elliot, będzie ubiegał się o adopcję Umy.

Cecile nie jest pierwszą, ani nawet najstarszą kobietą, która została surogatką i urodziła zdrowe dziecko, nie jest też pierwszą kobietą, która urodziła swoje wnuki.

E-wydanie Magazynu chcemy Być Rodzicami kupisz tutaj.

Źródło: www.buzzfeednews.com

 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.

Wcześniaczki, które po urodzeniu nie widziały się 27 dni – oto ich pierwsze spotkanie!

Foto: Instagram The Momo Twin Experience

Ciąża bliźniacza zawsze obarczona jest większym ryzykiem ewentualnych powikłań. Tak też było i tym razem. Ann Lee dowiedziała się, że jej ciąża jest zagrożona, ponieważ dzieci dzielą nie tylko łożysko, ale też worek owodniowy. Oznaczało to realne niebezpieczeństwo dla ich życia. Dziewczynki przyszły na świat w 29. tygodniu ciąży. Rozdzielone na prawie miesiąc, kiedy spotkały się po raz pierwszy… to się nazywa miłość!

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

1 procent strachu

Ciąża, w której płody mają wspólne łożysko, nazywa się ciążą jednokosmówkową. Ciąża Ann Lee była też do tego także ciążą jednoowodniową. Jak wskazują dane, zaledwie około 1 proc. monozygotycznych ciąż bliźniaczych cechuje się właśnie zarówno jednym łożyskiem, jak i workiem owodniowym (nazywa się je w skrócie ciążami „momo”). Nie dość zatem, że są to bardzo rzadkie przypadki, to są one też bardzo niebezpieczne. Pojawia się bowiem ryzyko splątania pępowin, wystąpienia nieprawidłowego poziomu płynu owodniowego, czy nawet zespołu TTTS (może on prowadzić np. do zaburzeń w rozwoju jednego z płodów, albo wręcz do ich obumarcia).

Pamiętam, jak nasza lekarka wyjaśniła, że bliźnięta dzielą ze sobą zarówno jeden worek, jak i jedno łożysko, co oznacza, że walczą nie tylko o przestrzeń, ale także o pożywienie” – opowiada mama dziewczynek, której to słowa cytuje today.com.

Olivia i Zoe szczęśliwie pojawiły się na świecie, chociaż nie był to niestety od razu „happy end”. Wcześniaki urodziły się w 6. miesiącu ciąży i na kolejne dni musiały zostać rozdzielone. Walka o ich życie trwała. Kiedy jednak pierwszy raz zobaczyły się już w nowej dla nich rzeczywistości, stało się coś niezwykle wzruszającego. „27 dni po narodzinach dziewczynki mogły się w końcu spotkać. Zoe natychmiast podążyła w kierunku uścisku” – napisała wzruszona mama na swoim Instagramie. Zdjęcie jest niesamowite i pokazuje, jak silna więź łączy te małe siostrzyczki. Nic w końcu dziwnego, tak wiele razem przeszły!

Zobacz teżMamo, jestem za wcześnie

Ciąże pełne niepokoju

Podobne problemy przechodziła Christy, która dziś jest szczęśliwą mamą trojaczków. Początkowo myśleli z mężem, że urodzi się tylko dwójka dzieci, jednak w 12. tygodniu ciąży, w czasie badania USG, pokazało się też trzecie maleństwo. Szczęście szybko jednak zastąpił niepokój. Okazało się bowiem, że dwoje maluchów dzieli ze sobą właśnie łożysko: Dostałam wybór, by zakończyć ciążę jednego z dzieci, albo ryzykować życie obojga bliźniąt. To było istne szaleństwo, gdy przechodziliśmy od wiadomości o trzecim dziecku do myśli o zakończeniu ciąży jednego z nich– cytowaliśmy słowa Christy w naszym portalu [TUTAJ]. Cała trójka na szczęście jest dziś cała i zdrowa!

Oby Olivia i Zoe także doszły do pełni sił. Co prawda już wiadomo, że będą potrzebowały przejść operacje serca, ale rodzice mają nadzieję, że jak najszybciej uda im się zabrać dziewczynki do domu. Tam zapewne także będą chciały być jak najbliżej siebie!

Foto: Instagram The Momo Twin Experience

Zobacz też: Te wcześniaki to prawdziwi superbohaterowie – ZDJĘCIA, które dają siłę!

Źródło: today.com

Foto: Instagram The Momo Twin Experience

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

„In vitro było najtrudniejszą rzeczą, jaką zrobiłam i zrobię ją jeszcze raz”

In vitro to trudny proces - fizycznie, emocjonalnie, finansowo. Czy zrobiłabyś to po raz kolejny?

Nic nie mogło przygotować mnie na to, jak trudny będzie cały proces in vitro. Żadna ilość rozmów z lekarzem, czy czasu spędzonego online na czytaniu historii innych kobiet, nie były wystarczające, by naprawdę pomóc mi zrozumieć, jak to będzie” – te szczere i mocne słowa pokazują wielu kobietom, że chociaż ich doświadczenia mogą być bardzo podobne, to tak naprawdę każda droga jest zupełnie inna. Czy zdecydowałabyś się przejść swoją jeszcze raz?

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Melissa Willets jest dziś szczęśliwą mamą synka – tak, jej próba in vitro zakończyła się happy endem. Wcale nie oznacza to jednak, że razem z nią zakończyły się też duże emocje. Nie można się jednak temu dziwić, bardzo często to właśnie doświadczenia wymagające od nas najwięcej poświęcenia i wysiłku dostarczają nam najważniejszych lekcji. Dla Melissy był to test zarówno fizyczny, jak i właśnie emocjonalny. „Od pierwszego badania krwi mierzącego poziom moich hormonów, do dnia, w którym zobaczyłam wynik testu ciążowego, byłam na skraju wytrzymałości zarówno mojego umysłu, jak i ciała. A jednak, wiedząc to, co wiem teraz, nadal bym się tego podjęła. Co więcej, chcę zrobić to jeszcze raz” – czytamy poruszający wpis na „popsugar”.

Być sobą, mieć swoje lęki

Nie każda kobieta zapewne będzie miała podobne przemyślenia i odczucia. Każda ma jednak pełne prawo do tego, aby pomimo sukcesu, móc przeżyć i przepracować w sobie ten ciężki czas. Dla Melissy niemalże wszystkie aspekty in vitro były bardzo trudne do przejścia. Nie umie powiedzieć, czy gdyby nie udało jej się zajść w ciążę za pierwszym razem, próbowałaby kolejnego cyklu. Od zawsze bała się strzykawek – in vitro wiąże się z ich niemalże hurtowymi ilościami. Do tego, kilka razy w tygodniu poranny monitoring poziomu hormonów. Wieczorne zastrzyki i nieustanny lęk przed ilością wszystkich przyjmowanych specyfików – czy jest w ogóle sens to robić? A jeśli to nic nie da?!

„Jesteś napompowana hormonami, twoje ciało jest jak poduszka na szpilki, twój umysł jest bałaganem, a to dopiero początek (…) Później jest czekanie. I to jest właśnie najgorsza część ze wszystkich” – podkreśla Melissa.

Czekanie na wyniki badań krwi. Czekanie na wynik, czy twoje jajeczka są w porządku. Czekanie na sprawdzenie, czy mogą zostać stworzone zdrowe zarodki z tych właśnie jajeczek i miejmy nadzieję zdrowego nasienia twojego partnera. Czekanie na informację, czy twoje ciało jest dzięki tym wszystkim hormonom pobudzone do implantacji. Czekanie na wynik testu ciążowego. Tydzień czekania – od momentu implantacji do testu ciążowego – sprawił, że niemalże zwariowałam. Myślę, że płakałam praktycznie nieprzerwanie przez te dziewięć niemożliwie długich dni.

Zobacz też: 5 zdań, których NIGDY nie powinniśmy mówić ludziom przechodzącym przez in vitro

Jesteś ty i twoje decyzje!

Melissa przysięgała, że od kiedy nie musiała już przychodzić na wizyty do lekarza zajmującego się płodnością, nigdy więcej nie przekroczy progu tego miejsca. Później jednak urodził się jej wymarzony syn i wszystkie złe wspomnienia straciły na sile. Zaczęły wydawać się odległe i wcale nie aż tak wyczerpujące. Kobieta ma jednak świadomość, ile przeszła i ile w tym czasie cierpiała. Ma w sobie część mówiącą, że głupotą byłoby z własnej woli znów się temu wszystkiemu poddać. Pomimo tego, pomimo wszelkich kosztów – emocjonalnych, fizycznych, finansowych – chce zrobić to jeszcze raz.

Pretekst, by porozmawiać

Co istotne, nie jest to tylko historia, która pokazuje szczęśliwe zakończenie i tęczę pojawiającą się po doświadczeniach burzy. Jest to też znakomita okazja do głośnego przypomnienia, że każdy człowiek ma prawo do swoich własnych decyzji. Gdyby Melissie jednak nie udało się zajść w ciążę za pierwszą próbą i zrezygnowałaby z kolejnych procesów, byłoby to jak najbardziej w porządku. Gdy ludzie podejmują się trzech, czy siedmiu prób in vitro, to też jest w porządku. Jeśli Melissa jeszcze raz, pomimo kosztów, zdecyduje się przez to przejść, też ma do tego pełne prawo. Nikt nie powinien wypominać jej wtedy: „A przecież mówiłaś, że było tak ciężko… A przecież mówiłaś, że już nigdy więcej… A przecież…” – przecież każdy z nas podejmuje własne wybory.

Sami oceniamy granice swojej wytrzymałości i nikogo też nie powinniśmy pod tym względem szufladkować. Nie ma bowiem żadnego obiektywnego progu, którego przekroczenie daje nam prawo mówienia, co ktoś powinien zrobić.  Jeśli już, to możemy wspierać i powiedzieć: „Pamiętam, jak przy pierwszym in vitro było ci trudno. Jeśli jeszcze raz zdecydujesz się przez to przejść, będę obok i gdybyś czegoś potrzebowała, daj znać. Jeśli zaś dojdziesz do wniosku, że jednak nie dajesz rady, możesz zrezygnować w każdej chwili. Jestem i uszanuję każdą twoją decyzję” – tak po prostu.

Zobacz też: „Są łzy, ciągłe oczekiwanie, pogrzebane często nadzieje”. Niezwykle szczere i bolesne wyznanie o in vitro

Źródło:popsugar

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.