Przejdź do treści

Rokowania w leczeniu niepłodności – zobacz, co mówią najnowsze dane udostępnione przez ESHRE

Najnowsze wyniki badań leczenia niepłodności mówią, że: wśród kobiet, które rozpoczęły leczenie 71 proc. urodzi dziecko w ciągu najbliższych 5 lat. Zobacz, ile z nich urodzi po in vitro, inseminacji a ile zajdzie w ciążę w sposób naturalny.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Nie wiele jest badań oceniających rokowania i stopień sukcesu w leczeniu niepłodności w całej historii leczenia niepłodnych par.

Rokowania w leczeniu niepłodnych par

Jakie są szanse na posiadanie dziecka dla par rozpoczynających leczenie niepłodności i ile ciąż pojawiło się w wyniku terapii ART, IUI i oraz w wyniki naturalnego poczęcia?

wśród kobiet które rozpoczną leczenie niepłodności2

Zaprezentowane wyniki badań leczenia niepłodności mówią, że: wśród kobiet, które rozpoczęły leczenie 71 proc. urodzi dziecko w ciągu najbliższych 5 lat. Z czego 57 proc. z nich w wyniku leczenia a 14 proc. z nich zajdzie w ciążę w sposób naturalny.

Badanie, którego wyniki udostępnia European Society of Human Reproduction and Embryology (ESHRE) zostało wykonane w Daniin i obejmuje wszystkie kobiety rozpoczynające leczenie płodności w publicznych i prywatnych klinikach z homologicznymi gametami w latach 2007-2010.

POLECAMY:

Niepłodność niszczy twoje małżeństwo?

Przyczyny i objawy niepłodności

Dlaczego nie umiemy rozmawiać o niepłodności

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

Eksperci: projekt zmian w ustawie o in vitro uniemożliwia skuteczne leczenie i naraża zarodki. „To wbrew etyce”

Do sądu o in vitro / Projekt zmiany ustawy o in vitro/Na zdjęciu: Zmartwiona para u lekarza
fot. Fotolia

6 listopada br. do Sejmu wpłynął poselski projekt zmiany ustawy o in vitro, który zakłada istotne ograniczenia w dostępie do tej procedury. Zgodnie z przedłożonym dokumentem, metoda in vitro ma być zarezerwowana wyłącznie dla małżeństw, a uzyskiwanych tą drogą embrionów nie może być więcej niż jeden. Planowane regulacje mają także objąć odgórne ustalenie terminu transferu zarodków oraz zakaz ich kriokonserwacji. Czy tak daleko idące ograniczenia są jakkolwiek uzasadnione? Jakie mogą mieć konsekwencje dla par zmagających się z niepłodnością? Zapytaliśmy o to ekspertów.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Przypomnijmy, że za treścią proponowanej zmiany ustawy o in vitro stoi grupa działaczy Kukiz‘15, PiS, Wolni i Solidarni oraz kilkoro posłów niezrzeszonych. Wnioskodawcy, wśród których znalazł się Jan Klawiter, wskazują, że projekt stanowi odpowiedź na rzekomą niezgodność obecnych regulacji z Konstytucją RP.

„Dostępność in vitro dla osób pozostających we wspólnym pożyciu koliduje z konstytucyjnymi zasadami ochrony dobra dziecka oraz ochrony małżeństwa” – czytamy w uzasadnieniu złożonego projektu.

Ponadto, zdaniem projektodawców, „rodzina oparta na małżeństwie stanowi naturalne i najlepsze środowisko do rozwoju dziecka”, a postulowane zmiany mają zapewnić „pełną ochronę życia ludzkiego oraz szanować godność od poczęcia”.

WIĘCEJ O PROJEKCIE: In vitro tylko dla małżeństw? Kontrowersyjny projekt ustawy trafił do Sejmu

Projekt zmiany ustawy o in vitro, czyli jak wylać zarodek z kąpielą

Specjaliści zajmujący się leczeniem niepłodności podkreślają jednak, że obecna ustawa w pełni chroni zarodki powstałe w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego. Wdrożenie proponowanych regulacji przyniosłoby skutek odwrotny od zamierzonego.

Przedstawiciele środowiska medycznego zauważają, że postulowane rozwiązania wiązałyby się nie tylko ze znacznym obniżeniem skuteczności terapii, ale także z poważnym zagrożeniem dla zdrowia par dotkniętych niepłodnością.

– Ograniczenie liczby zapładnianych komórek jajowych do jednej istotnie zmniejszy skuteczność leczenia niepłodności, wydłuży czas terapii i narazi parę na dwu-, a nawet trzykrotnie większe koszty. U pacjentów posiadających gamety o prawidłowej jakości, by uzyskać jeden zarodek, należałoby zapłodnić przynajmniej dwie lub trzy komórki – komentuje prof. dr hab. n. med. Krzysztof Łukaszuk, kierownik Klinik Leczenia Niepłodności INVICTA.

Jak dodaje ekspert, w przypadku zaawansowanego męskiego czynnika niepłodności oraz u kobiet z obniżoną rezerwą jajnikową pozyskuje się mniejszą liczbę komórek rozrodczych. Często mają one też obniżony potencjał do zapłodnienia i późniejszego rozwoju zarodka.

– W takich sytuacjach należałoby umożliwić zapłodnienie przynajmniej do sześciu komórek jajowych, by uzyskać zarodek (najczęściej pojedynczy). Zastosowanie w procedurze in vitro tylko jednej komórki spowoduje, że w wielu przypadkach zarodki nie powstaną w ogóle. Para będzie musiała wielokrotnie poddawać się terapii, przechodzić zabiegi i przeżywać silny stres. Rozwiązaniu zaproponowanemu w projekcie brakuje podstaw merytorycznych. Jeśli chcemy pomagać pacjentom, powinniśmy mieć możliwość zapłodnienia przynajmniej kilku komórek jajowych i dostosowywania terapii do sytuacji klinicznej – zaznacza prof. Łukaszuk.

Ograniczony termin transferu oznacza śmierć zarodka. „Ktoś nie rozumie procesu leczenia”

Z ostrą krytyką ekspertów spotkał się także pomysł podania zarodka nie później niż w piątej dobie jego rozwoju.

– To rozwiązanie może być szczególnie szkodliwe. W wielu sytuacjach z założenia skazuje zarodki na śmierć. Nad zmianami musiał pracować ktoś, kto zupełnie nie rozumie procesu leczenia. Do uzyskania ciąży niezbędne jest zsynchronizowanie etapu rozwoju zarodka i gotowości śluzówki macicy na jego przyjęcie. Jeśli podamy zarodek pięciodniowy, który nie uzyskał jeszcze odpowiedniej dojrzałości, z góry możemy założyć, że nie będzie miał szans na przeżycie. Obecna ustawa w sposób jednoznaczny mówi o konieczności zabezpieczenia zarodków. Nowe regulacje narażają je tymczasem na ryzyko obumarcia, co jest wbrew obowiązującym przepisom i etyce lekarskiej – podkreśla kierownik Klinik Leczenia Niepłodności INVICTA.

CZYTAJ TAKŻE: Blastocysta. Jak na tym etapie rozwija się zarodek i jak ocenić jego rokowania?

Projekt zmiany ustawy o in vitro. Zakaz kriokonserwacji uniemożliwi skuteczne leczenie niepłodności

Nie mniejsze kontrowersje wywołuje postulowany w projekcie brak możliwości kriokonserwacji zarodka – bez względu na sytuację pary podejmującej leczenie niepłodności.

 – Przy takich ograniczeniach trudno wyobrazić sobie indywidualizację leczenia i zabezpieczenia tych wszystkich przypadków, które wymagają zmiany toku terapii. Nagła infekcja, brak odpowiedniej reakcji organizmu pacjentki na leki, konieczność zastosowania dodatkowej procedury – w świetle zmienionych przepisów nie będziemy mogli odpowiednio zareagować. Wiele par straci możliwość skutecznego leczenia – alarmuje prof. Łukaszuk.

Ekspert INVICTA spotyka się w swojej pracy z sytuacjami, gdy kobiety doświadczają wielokrotnych niepowodzeń w uzyskaniu ciąży po transferze zarodka w bieżącym cyklu. Nierzadko te same pacjentki zostają jednak matkami po programie in vitro, w którym podano zarodki wcześniej kriokonserwowane.

– Te obserwacje potwierdzają badania naukowe. Na pomoc nie będą mogli liczyć również pacjenci obciążeni poważnymi chorobami genetycznymi. Przepisy ograniczą możliwość przeprowadzania specjalistycznych badań, które dają im szansę na zdrowe potomstwo. Będą oni narażeni na wielokrotne niepowodzenia w uzyskaniu ciąży, poronienia czy patrzenie na śmierć swoich dzieci – mówi prof. Krzysztof Łukaszuk. – Leczenie powinno być prowadzone na podstawie rzetelnej, sprawdzonej wiedzy medycznej. Trudno w jej świetle o uzasadnienie dla ograniczeń, które proponują autorzy projektu – dodaje.

Podobnego zdania jest Stowarzyszenie „Nasz Bocian”. Jak podkreślają jego przedstawiciele w komunikacie udostępnionym w mediach społecznościowych, „ograniczenie liczby zapładnianych komórek do jednej i zakaz kriokonserwacji zarodków spowoduje spadek skuteczności in vitro do poziomu poniżej 10%”. To zaś, przy braku refundacji, „uniemożliwia skuteczne leczenie”.

Projekt zmiany ustawy o in vitro: lex Klawiter bis?

Stowarzyszenie przypomina również, że to już kolejny kontrowersyjny projekt autorstwa posła Jana Klawitera. W 2016 r. forsował on zmianę definicji zarodka i limit komórek jajowych poddawanych zapłodnieniu in vitro (z sześciu do jednej). „Koszmar powraca” – podsumowują przedstawiciele organizacji.

POLECAMY RÓWNIEŻ:

Barbara Nowacka: Ograniczenie in vitro to ideologiczny absurd. Dostęp do leczenia należy rozszerzyć

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Lubrykant w staraniach o dziecko: pomaga czy przeszkadza?

Zbliżenie na twarz przytulonej pary /Ilustracja do tekstu: Lubrykant w staraniach o dziecko
Fot.: Fotolia.pl

Problem suchości pochwy dotyczy ok. 25% kobiet w wieku reprodukcyjnym. Prawidłowe nawilżenie pomaga utrzymać odpowiednie pH i florę bakteryjną pochwy. Ma to znaczenie dla zdrowia intymnego (częste infekcje), psychicznego (trudne relacje partnerskie, zła samoocena) oraz komfortu kobiety.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Cały ten stres. Przyczyny suchości pochwy

Jedną z przyczyn suchości pochwy jest stres, który jest częstym towarzyszem par starających się o dziecko. Przedłużające się wyczekiwanie, czy tym razem się udało, powoduje, że próby przy kolejnej owulacji stają się mechaniczne i seks nie przynosi przyjemności. Okazuje się, że stres oddziałuje nie tylko na psychikę, ale również na właściwe nawilżenie pochwy. Jak starać się o dziecko, kiedy głowa jest zablokowana, a suchość w pochwie powoduje ból?

Lubrykant w staraniach o dziecko

W tej sytuacji pary starające się o dziecko sięgają po lubrykant. Warto wiedzieć, jaki preparat jest dla nich odpowiedni. Znane są badania, które dowodzą szkodliwego wpływu tego typu środków na nasienie. Tanner przeprowadził badanie w 2009 roku, którego celem było określenie, czy używanie dopochwowych lubrykantów ma negatywny wpływ na płodność.

Ponad ¼ badanych zadeklarowała stosowanie środków nawilżających podczas starań o dziecko, co pokazuje, jak duża jest potrzeba stosowania uzupełnienia nawilżenia w tym czasie. Badanie dowiodło negatywnego wpływu lubrykantów na ruchliwość plemników. Możemy więc powiedzieć, że lubrykanty działają jak spermicydy, czyli środki plemnikobójcze.

CZYTAJ TEŻ: Seks a stres w staraniach o dziecko. Co może wam pomóc?

Czy każdy lubrykant utrudnia zajście w ciążę?

Również w 2009 r. na łamach prestiżowego „Fertility and Sterility” zaprezentowano badanie, które przyniosło bardzo pozytywne wyniki. Badany był preparat Conceive Plus, który został tak skonstruowany, żeby tworzyć przyjazne środowisko dla plemników i wspomagać zapłodnienie. Lubrykant ten, naśladując śluz owulacyjny, posiada odpowiednie pH oraz jest bezpieczny dla nasienia. We wnioskach z badania naukowcy piszą, że ten naukowo zaprojektowany lubrykant zwiększa ruchliwość i żywotność plemników oraz nie szkodzi rozwojowi zarodka.

Preparat został wzbogacony o jony wapnia i magnezu, które naturalnie występują w nasieniu oraz śluzie płodnym szyjki macicy. Jony wapnia są poza tym niezbędne do aktywacji komórki jajowej, odgrywają więc kluczową rolę w procesie zapłodnienia.

Dodatkowo zaprezentowano wnioski z badania uzupełniającego, w którym pokazano, że Conceive Plus naturalnie miesza się z nasieniem, nie powodując typowej dla innych lubrykantów bariery dla przemieszczania się plemników.

Conceive Plus występuje w dwóch typach opakowań: tubka 75 ml lub jednorazowe aplikatory (3 sztuki lub 8 sztuk), co daje wygodę stosowania zarówno dopochwowo, jak i zewnętrznie (na narządy płciowe).

Zachęcamy do odwiedzenia strony www.fertilman.pl i zapoznania się z poradnikiem dotyczącym męskiej niepłodności.

Autor: Maja Radowska

POLECAMY RÓWNIEŻ:

Reaktywne formy tlenu a niepłodność męska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

„Miałem być ojcem…”. Żałoba mężczyzny po poronieniu

Zmartwiony mężczyzna na kanapie. Zakrywa twarz dłonią /Ilustracja do tekstu: Depresja a niepłodność męska /Żałoba mężczyzny po poronieniu
Fot.: Nik Shuliahin /Unsplash.com

Gdy na drodze pary staje poronienie, mężczyzna stara się być silny. Jest podporą dla swojej partnerki, której stan zdrowia i emocje zdają się być w tej chwili najważniejsze. Jednak on też może być w środku zdruzgotany. Tak, on też stracił właśnie swoje marzenia i plany. Przecież za chwilę miał być ojcem.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

„Zarówno moja żona, jak i ja, byliśmy podekscytowani, wchodząc do szpitala na USG w trzecim miesiącu ciąży” – mówi Russell. „Po dwóch latach małżeństwa i dwóch latań starań o pierwsze dziecko, nasze marzenie o byciu rodzicem stawało się rzeczywistością” – dodaje.

Mężczyzna – wciąż będąc w dużych emocjach – pamięta, jak ściskał dłoń żony, gdy oboje wpatrywali się w ziarnisty obraz ukazujący się na ekranie. W chwili, kiedy nagle specjalista przestał mówić i postanowił zawołać lekarza, dezorientacja i przerażenie wyszły na pierwszy plan. Dziecko na ekranie nie poruszało się. Serce Russella znalazło się wtedy gdzieś w okolicach żołądka, ale zachowywał swój strach dla siebie. Żona była wtedy na pierwszym miejscu.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Wzięła wolne, by uporać się z bólem po poronieniu, pracodawca ją zwolnił. Teraz za to zapłaci

Jego świat

„Pojawiły się medyczne przyczyny i teorie, dlaczego nasze dziecko umarło, ale wszystko, na czym mogłem się wtedy skupić, to Sara, która w zupełnie niekontrolowany sposób szlochała. Desperacko chciałem zatrzymać jej ból. W tym momencie jej psychiczne cierpienie było wszystkim, o co się troszczyłem” – opowiada mężczyzna.

I dodaje: „Od początku było dla mnie jasne, […] że moje emocje muszą być oddelegowane na drugi plan. Nikt nie pytał mnie, czy czegoś potrzebuję, i początkowo było to dla mnie jak najbardziej w porządku”.

On też jednak czuł. On też cierpiał. Jego świat także wywrócił się do góry nogami. I chociaż stereotypowo Mężczyzna nie płacze w trudnych chwilach, to wcale nie oznacza, że jego poronienie także nie dotyka. Owszem, często w trosce o najbliższych bierzemy na siebie ich ból, a własne emocje odkładamy na półkę. Wcale jednak nie równa się to temu, że one na tej półce giną. One ciągle są i niezmiennie czekają na swoją kolej do przeżycia.

„Kiedy pocieszałem zrozpaczoną żonę, świadomie zamykałem swoje własne potrzeby bycia pocieszonym i zaopiekowanym. Za stoicką fasadą pękało mi serce. Chociaż rzadko mówi się o żałobie mężczyzny po poronieniu, to jest ona tak samo odczuwalna jak u matki” – Russell opowiada o swoich doświadczeniach bardzo otwarcie.

I ma rację. Jest to właściwie temat, którego nikt nie porusza. On sam z nikim, oprócz żony, o tym nie mówił. Wracając jednak do dbania o nią, nie chciał dodatkowo „obciążać” Sary jeszcze i swoimi przeżyciami. Co jednak ważniejsze, nikt inny z otoczenia nawet nie zapytał go wtedy o to, co się z nim (i w nim) dzieje. Nikt nie pomyślał, że zatroszczyć się trzeba też i o niego. Nic więc dziwnego, że odczuwał ogromną samotność. Zakładał więc maskę i – udając, że wszystko jest w porządku – wychodził do pracy.

CZYTAJ TEŻ: Większość ciąż kończy się poronieniem.”To nie anomalia. To norma”

Zdjąć zbroję bohatera. Żałoba mężczyzny po poronieniu

Można zastanawiać się, co jest powodem tego, że mężczyznom z założenia „nie wolno” w pełni okazywać bólu nawet po tak trudnym doświadczeniu jak poronienie. Czy to wymogi społeczeństwa mówiące o tym, że mężczyzna musi być twardy? Czy to przekazywany z pokolenia na pokolenie wzorzec męskości, w którym przestrzeni na dbanie o swoje zdrowie psychiczne nieraz nie ma?

Czy to blokady wewnętrzne i brak swego rodzaju umiejętności do mówienia o emocjach? Zapewne wszystko się tutaj zazębia i każe, już nawet małym chłopcom, zakładać na siebie zbroję superbohatera. Rzecz jasna, to bardzo ważne, że są oni w późniejszym życiu ogromnym oparciem dla swoich partnerek i owszem, to „odłożenie” emocji na bok w wielu momentach jest bardzo dobrym oraz chroniącym nas mechanizmem. Ważna jest jednak świadomość, co się właściwie dzieje. Russell wiedział, że przeżywa smutek, że potrzebuje wsparcia, że poronienie także i jego zdruzgotało, ale nie znalazł w tej sytuacji miejsca na swoje odczucia. Bo czy to miejsce tam w ogóle było?

Dziś Russell i jego żona są szczęśliwymi rodzicami dwójki dzieci. Nie zmienia to jednak faktu, że lęk, żal, złość, bezradność, które czuli w sobie w czasie, gdy doświadczyli poronień (bo niestety nie było to tylko jedno), ciągle pamiętają. Tak, Russell też. Dzisiaj już jednak świadomie o tych wszystkich emocjach mówi. Rozejrzyjmy się więc dookoła. Może jakiś mężczyzna będzie w stanie zdjąć przy nas maskę twardziela. Bo nikt nie musi zmagać się ze swoim cierpieniem w samotności – nawet największy strongman świata.

Źródło historii: „Daily Mail”, artykuł: “I held my wife as she sobbed at our lost baby. I had to be brave, but inside I crumbled

E-wydanie magazynu „Chcemy Być Rodzicami” kupisz TUTAJ

Tagi:

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Dni płodne – to powinna wiedzieć każda kobieta

Co  tak naprawdę wiesz o dniach płodnych? Czy wiesz ile trwają? Kiedy się pojawiają i dlaczego są tak istotne? Na jedne z podstawowych pytań odpowiedzi udzielił nam dr n.med. Piotr Marianowski,  specjalista położnictwa i ginekologii, endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

CHBR: Panie doktorze, zacznijmy może od tego jaki jest najprostszy, jaki jest też najskuteczniejszy sposób na obliczenie dni płodnych?

Dr n.med. Piotr Marianowski: „Obliczanie dni płodnych” to nie jest zbyt fortunne określenie, ponieważ nie oblicza się dni płodnych, a próbuje się je ustalić czy umiejscowić w czasie. Dni płodne to jest okres w życiu kobiety, kiedy dokonuje się w jej organizmie owulacja. Owulacja to nic innego jak uwolnienie z jajnika komórki jajowej.

Jak zatem możemy ustalić, kiedy występują dni płodne?

Przy założeniu, że bardziej pewny jest czas trwania drugiej fazy cyklu teoretycznie możliwe jest prognozowanie wystąpienia owulacji po dacie miesiączki. Niestety nie znam kobiety, która potrafi teleportować się do przyszłości i przewidzieć na 100 proc. kiedy będzie miała miesiączkę, a co za tym idzie, obliczy sobie wtedy, w którym momencie w danym cyklu przejdzie owulację. Ten sposób jest bardzo dobry, ale tylko u kobiet, które miesiączkują bardzo  regularnie. Co więcej, potrafią z przysłowiowym zegarkiem w ręku wskazać, że miesiączka wystąpi danego dnia o godzinie 16:00.

Chyba jednak nawet najregularniejszy cykl potrafi mieć lekkie przesunięcia?

Owszem. Kiedy pojawiają się czynniki takie jak przeziębienie, stres  czy choroba to mogą one wpłynąć na wydłużenie pierwszej fazy cyklu . Zatem ten sposób rzadko kiedy jest skuteczny w praktyce. 

A co z testami owulacyjnymi?

Tak, one są dobrym sposobem podpowiadającym, kiedy występuje owulacja.

Wynik testu pokazuje nam szczyt wydzielania LH, czyli hormonu luteinizującego. Poprzedza on owulację o 36 godzin i właśnie ten moment jest wychwytywany przez test owulacyjny. Jest to jednak prognozowanie, że owulacja wystąpi, ale nie daje 100 proc. pewności, że tak będzie.

Co ważne, testy owulacyjne są dostępne w aptece, wykonuje się je z moczu – podobnie jak testy ciążowe – są tanie i łatwe do zrobienia. Kiedy wynik testu wyjdzie dodatni, powinno się dzień po wykonaniu testu współżyć, żeby mieć jak największe szanse na zajście w ciążę.

Niektóre kobiety podkreślają też, że czują moment owulacji. Czy rzeczywiście tego typu obserwacje swojego organizmu mogą być wskazówką do określania dni płodnych?

Objaw typu np. ból w jednym z jajników nie zawsze okazuje się  być  rzetelnym źródłem wiedzy. Niestety moje doświadczenie w porównywaniu wyników badań USG z objawami zgłaszanymi przez pacjentki wskazują, że owszem – występuje  ból brzucha po lewej stronie, jednak na ogół wcześniej, niż w momencie owulacji. Gdy zaś występuje owulacja, pacjentka potrafi w ogóle nie czuć dolegliwości bólowych.

 Niektóre kobiety zaś zauważają i czują – pomiędzy pierwszą fazą cyklu a drugą, czyli w okolicach owulacji –  zmianę spoistości śluzu. W drugiej fazie cyklu pod wpływem progesteronu piersi stają się bardziej tkliwe, bolesne i nabrzmiałe. To jest objaw późniejszej fazy po owulacji.

Bywa też, że kobiety mają bardzo niespecyficzne objawy związane z przejściem z jednej fazy cyklu do drugiej. Jest to np. ogólne rozdrażnienie czy napięcie emocjonalne, a im bliżej miesiączki, tym to napięcie jest większe. Dzieje się to jednak w momencie, kiedy już jest bardzo dawno po owulacji.

Dużo słyszy się też o pomiarze temperatury, jako wyznaczniku dni płodnych.

Zgadza się, to także jest jeden ze sposobów. Kiedy rozpoczyna się druga faza cyklu, następuje drastyczna zmiana krzywej temperatury, ponieważ wzrasta ona pod wpływem progesteronu.

Miałem taką pacjentkę, która monitorowała w ten sposób swoją owulację. Przyszła pewnego dnia do mnie i poinformowała, że wydłużył jej się cykl, że to wszystko wygląda beznadziejnie i ona już teraz nie widzi szans na ciążę. Wtedy pokazała mi kartkę ze swoimi skrupulatnymi notatkami pomiarów  temperatury, na której wyraźnie widziałem… że jest w ciąży!  No bo skoro cykl u niej przebiegał prawidłowo i tym razem nie wystąpiła miesiączka, to jedynym wytłumaczeniem tego była ciąża. Zrobiłem więc badanie USG, które tę ciążę potwierdziło.

Zatem metoda pomiaru temperatury ma swoje plusy, ale ma też minusy, ponieważ wymaga ogromnej dyscypliny jeśli chodzi o miejsce, częstotliwość czy pory jej mierzenia.  Co więcej – stres, choroba, zmiana strefy czasowej czy klimatu – potrafią zaburzać wyniki.

Dotąd mówiliśmy o sposobach, które można określić jako „domowe”. Może zatem z pomocą specjalistów jesteśmy w stanie dokładniej obliczyć ten moment cyklu?

Jednym z najprostszych sposobów wskazania dni płodnych i momentu owulacji jest wykonanie badania USG. W klinikach leczenia niepłodności monitoring owulacji jest na porządku dziennym i jest to rutynowe postępowanie. Pacjentki są przyzwyczajone do tego, że po miesiączce muszą przyjść na przezpochwowe badanie ultrasonograficzne. Śledzi się przemiany pęcherzyka w danym jajniku i wzrost endometrium, oceniając czy spełniają  kryteria prawidłowego przebiegu cyklu miesiączkowego. Czeka się wspólnie na moment pęknięcia dorastającego pęcherzyka, albo gdy osiąga on średnicę w przedziale 18 -22 milimetry, uznaje się, że jest to moment około owulacyjny. Co za tym idzie, jest to czas, kiedy para współżyjąc zwiększa szanse na skuteczną prokreację.

Jeżeli zaś chodzi o badania hormonalne, które można wykonać, to jedynym testem potwierdzającym owulację jest badanie pomiaru poziomu progesteronu. Przeprowadza się je w drugiej fazie cyklu. Jest to jednak metoda „post factum”. Jak najbardziej dostajemy dzięki temu potwierdzenie, że owulacja była, ale no właśnie… „była”. W tym momencie jest już dawno po dniach płodnych.

A co z kobietami, które mają różne zaburzenia cyklu – jak u nich możemy wskazać, kiedy wystąpią dni płodne?

Wszelkie zaburzenia cyklu u kobiety prowadzić muszą do zaburzeń regularności krwawień miesiączkowych. Objawia się to brakiem miesiączki przez np. 3 miesiące, a potem jakimś dziwnym krwawieniem dwudniowym, czy też pojawiają się plamienia międzymiesiączkowe. To wszystko związane jest na ogół z zaburzeniem w układzie podwzgórze – przysadka mózgowa – jajnik. Najprawdopodobniej na poziomie tej relacji wystąpiła jakaś blokada.

Może być to blokada wynikająca np. z dużego stresu młodej dziewczyny związanego z trudnym egzaminem, czy sportsmenki stresującej się wynikiem na zawodach. Blokadę taką może powodować też niemądre odchudzanie się i brak tkanki tłuszczowej w organizmie, w efekcie czego organizm jest wyniszczony i osłabiony, a to prowadzi do zaburzeń i braku miesiączki.

Jednakże najczęściej występującym powodem zaburzeń jest zespół policystycznych jajników (PCOS), który związany jest z produkcją nadmiernej ilości androgenów w organizmie kobiecym. W efekcie dochodzi do zablokowania funkcji jajnika w mechanizmie braku jajeczkowania, czyli owulacji, czego efektem są nieregularne miesiączki i problemy z zajściem w ciążę.

Poza tym androgeny dają o sobie znać także na inne sposoby. W niektórych miejscach ciała występuje u kobiety nadmierne owłosienie, np. meszek pod nosem, w okolicach brodawek sutkowych, owłosienie łonowe sięga wysoko aż po pępek. Nie jest to dramatyczne, bo androgeny te nie są tymi samymi androgenami, które dają nam mężczyznom „to coś”, ale mimo wszystko są dla kobiet dość uciążliwe. Pojawiają się też zaburzenia cery – za nie także odpowiada właśnie nadmiar androgenów. Co jednak najważniejsze, nadmiar androgenów powoduje brak owulacji, czyli brak dni płodnych.

Zobacz także: Niepłodność przy PCOS: jak ją leczyć zgodnie z nowymi zaleceniami?

Co zatem dzieje się, gdy cykl jest zbyt długi i zbyt krótki?

Kiedy zdarza się, że pierwsza faza cyklu trwa dłużej i kobieta ma np. 35-dniowy cykl, ale jest regularny i dochodzi do owulacji, to należy to traktować jako cykl prawidłowy. Gorzej ma się sytuacja z krótkimi cyklami, czyli trwającymi np. poniżej 26 dni, ale z występującymi prawidłowo miesiączkami. Często miesiączkę poprzedza plamienie i  bywa, że pacjentka to plamienie także zalicza do miesiączki i stąd uważa, że ma krótki cykl. Tę sytuację należy po prostu wyjaśnić w rozmowie.

Jedną z najczęstszych przyczyn występowania tego typu krwawień w drugiej fazie cyklu jest niewydolność ciałka żółtego, a konkretniej za mała produkcja progesteronu. Wystarczy wtedy prosta suplementacja właśnie tego hormonu.

Jednak pomimo tego, że nie jest to rozwiązanie skomplikowane, to potrafi być ono problematyczne. Dzieje się tak, gdy progesteron przyjmowany jest  bez kontroli przebiegu cyklu i wprowadzony za wcześnie. Odradzam ten sposób postępowania, ponieważ potrafi przynieść więcej szkody niż pożytku. Natomiast w momencie, gdy monitorujemy cykl i wiemy, że owulacja była i występuje druga faza cyklu, która u pacjentki starającej się o dziecko przebiega z plamieniem, to wtedy suplementacja progesteronu ma ogromną szansę rozwiązać tę kwestię.

Podsumujmy zatem najważniejsze informacje.

Dni płodne to okres, w którym w wyniku owulacji znajduje się w ciele kobiety zdolna do zapłodnienia komórka jajowa. Dzień owulacji (jajeczkowania) wypada na 14 dni przed miesiączką. Dni płodne, a zarazem największa szansa na zajście w ciążę, to doba przed i dzień po owulacji. Zatem jeśli nie dochodzi do owulacji, to nie występują też dni płodne. Należy wtedy zwrócić się o pomoc do specjalistów od leczenia niepłodności.

Tu kupisz e-wersję magazynu Chcemy Być Rodzicami

Ekspert

Dr n.med. Piotr Marianowski

Ginekolog-położnik specjalizujący się w diagnostyce i leczeniu niepłodności oraz endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości. Absolwent Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego oraz austriackiej uczelni Danube University of Krems, gdzie uzyskał tytuł embriologa klinicznego. Doświadczenie zawodowe zdobywał w Ośrodku Leczenia Niepłodności Kliniki Położnictwa i Ginekologii WUM. Obecnie w ramach Grupy Parens przyjmuje pacjentów w Warszawie.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.