Przejdź do treści

Rodzicielstwo adopcyjne „plus”

Rodzicielstwo adopcyjne i biologiczne jest takie samo czy zupełnie inne? Idealnie byłoby znaleźć konkretne argumenty i raz na zawsze rozsądzić TAK lub NIE. Ale jak to w życiu, szczególnie w życiu rodzica – nic nie jest białe lub czarne, zawsze jest „pomiędzy”. Usłyszałam niedawno stwierdzenie, że rodzice adopcyjni mają takie same wyzwania co biologiczni i jeszcze dodatkowe. Pomyślałam wtedy, że rodzicielstwo adopcyjne to rodzicielstwo „plus”. Brzmi to bardzo pozytywnie, rodzic adopcyjny ma więcej. A ileż razy matki adopcyjne czują, że mają raczej mniej… mniej ciążowego brzucha… mniej macierzyńskiej pewności siebie… mniej zrozumienia wokół… mniej profesjonalnego wsparcia…

Zaczęłam wśród komentarzy do moich wypowiedzi szukać wskazówek ,co jest źródłem odczuwania jako mniej? Podoba mi się szczególnie jeden komentarz, który widzę jako dobre podsumowanie pojawiających się w opinii publicznej prawidłowości. Jest to wypowiedź matki biologicznej. Otóż to! O adopcji chętniej wypowiadają się rodzice biologiczni! Porównują, udowadniają, argumentują – głównie na podstawie własnych nieadopcyjnych doświadczeń, jakie to rodzicielstwo adopcyjne jest identyczne z biologicznym. Czytam „decydując się na adopcję decyduję się na rodzicielstwo” nie sposób się z tym nie zgodzić, choć już w następnych słowach pada określenie „dziecko własne (w sensie biologicznym)”. A jak nazwać dziecko adoptowane? „cudze” w sensie biologicznym? Matki adopcyjne też mają dzieci własne, o ile o dzieciach w ogóle możemy mówić w kategoriach własności. Różnica jest w rozumieniu tego stwierdzenia przez rodziców adopcyjnych i biologicznych. Nawet nie o to chodzi czy takim stwierdzeniem rani się uczucia adopcyjnych, ale bardziej o to, że adopcyjni momentalnie wyłapią to, na co biologiczny nie zwróci uwagi. A dzieci adoptowane są jeszcze bardziej czułe na tym punkcie, od razu strzelają pytaniem „a ja czyj mamo jestem? Nie jestem twój?”.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Czytam dalej, „dlaczego wiec ludzie decydujący się na adopcje uważają, że to ich adoptowane dziecko będzie „łatwe”? Bedzie ich na starcie kochało?”. Rodzice adopcyjni mają procedurę przygotowawczą i doskonale każdy rodzic adopcyjny wie, że nie będzie łatwo i z miłością od pierwszego wejrzenia. Dowiaduje się o poczuciu odrzucenia wpisanym w każde dziecko jakie przyjmie, każde, nawet 6 tygodniowe niemowlę. To ogromna różnica na starcie rodzicielstwa. Ale jedno to jest wiedzieć z teorii od pani z ośrodka, a czym innym jest w to uwierzyć. Szczególnie, gdy komunikat od rodziców biologicznych mówi „to takie samo rodzicielstwo, w końcu pokochasz i wtedy będzie dobrze”. Komu zaufać, skoro w głębi serca pragnie się tej jednakowości?…

Patrzę na kolejny wątek, że „dzieci rodzą się też bez gwarancji”. Ależ nikt z adopcyjnych nie oczekuje gwarancji. Jeśli oczekuje, to nie zalicza procedury. Tyle, że rodzic adopcyjny jest do tego braku gwarancji przygotowany. To jest wielki „plus”, bo wiem na co się decyduję mówiąc TAK, to moje dziecko.

Mogę tego dokładnie nie rozumieć, mogę nie wiedzieć jak to jest żyć z dzieckiem obciążonym np. FAS, epilepsją, niepełnosprawnością fizyczną, czy traumą porzucenia, bo tego nikt nie zrozumie, zanim nie doświadczy. Ale decyduję się na doświadczenie tego całkowicie świadomie.

A poczęcie dziecka biologicznego nie daje rodzicom takiej szansy świadomego wyboru. To nie jest bohaterstwo adoptować dziecko z wyzwaniami, z chorobą sierocą, to jest świadoma decyzja. Wsparta mentalnym przygotowaniem na wejście w taką rolę. Rodzice adopcyjni bardzo często milczą, bo nie chcą pokazywać się jako bohaterowie, a tak bywa ten obraz zniekształcany. Szkoda, że tak mało jest ich wypowiedzi. To praktycy, którzy swoim doświadczeniem mogą dać ogromne wsparcie innym, a może zwiększać ich otwartość na akceptację inności rodzicielstwa adopcyjnego.

Z radością czytam fragment „mamy czworo dzieci i każde jest inne. Każde ma z czym innym problem, w czym innym jest dobre.” Całkowicie się zgadzam, każde dziecko jest inne, każde ma swoje historie, z którymi żyje. Tyle, że te adoptowane mają dłuższe historie, bo sięgające czasów przed tą rodziną. I to jest ogromna różnica, którą trudno wychwycić, gdy się wychowuje urodzone naturalnie dziecko. W rodzinie adopcyjnej poprzez historię dziecka z jaką przychodzi do tej rodziny zawsze są obecni rodzice biologiczni. Chociaż nie widać ich fizycznie, istnieją mentalnie, a w miarę dorastania dzieci również werbalnie. A potem najczęściej też fizycznie, bo któż nie chciałby znać swoich korzeni i przynajmniej raz zobaczyć matkę, która go urodziła?. To nadaje specyficzny charakter rodzinie adopcyjnej. To też warto zobaczyć jako kolejny „plus”. Moje dziecko ma dwie pary rodziców.

Dziękuję autorce komentarza. Gdyby nie jej szczera wypowiedź, nie zobaczyłabym tak wyraźnie tych różnic, które trzeba pokazywać, nazywać, wyjaśniać, żeby unikać rozczarowań, czy działań… „i ją po prostu oddali”.  Dziękuję, widzę ile jest jeszcze do zrobienia, nie tylko wśród rodzin adopcyjnych, które pod wpływem publicznej presji rodziców biologicznych chcą traktować rodzicielstwo adopcyjne tak samo jak biologiczne. A ono jest przecież rodzicielstwem „plus”.

—————————————————
Magdalena Modlibowska – szefowa działu Adopcja w magazynie Chcemy Być Rodzicami, aktywistka w środowisku adopcyjnym, autorka książki „Odczarować adopcję”, „Księga Adoptowanego Dziecka”, współautorka książki „Jak tu począć”, autorka wielu artykułów adopcyjnych, menadżer, coach zdrowia, prezes Fundacji „Po adopcji”, wiceprezes Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Prywatnie mama trójki dzieci.

Magdalena Modlibowska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

„Moja mama mnie kocha..ła”. Historia 9-latka rozdziera serce – kto pokocha Kubę?

Szukamy domu dla Kuby z domu dziecka
Kuba wierzy, że znajdzie się rodzina, która go pokocha – fot. Pixabay

„Ja nie mam rodziny… Moja rodzina już do mnie nie przyjeżdża. Moja mama mnie kocha..ła”. 9-letni Kuba od dwóch lat przebywa w Domu Dziecka w Orzeszu. Jak każde dziecko pragnie mieć mamę, tatę i ciepły dom. O swoich marzeniach opowiedział w rozmowie z reporterką programu „Uwaga!” TVN.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kuba trafił do domu dziecka po tym, jak porzuciła go matka. Kierownik Wojewódzkiego Ośrodka Adopcyjnego w Sosnowcu Anna Wójcik wyjaśnia, że chłopiec od samego początku bardzo chciał mieć rodzinę i był świadomy swojej sytuacji. Na początku jeszcze wierzył, że jego mama wróci. Później stracił do niej zaufanie. Nadal ma jednak nadzieję, że znajdzie się rodzina, która go pokocha.

Rok temu u Kuby wystąpiły komplikacje po zwykłym przeziębieniu. Chłopiec zachorował na wirusowe zapalenie mózgu, w wyniku którego dostał padaczki, a następnie zapadł w śpiączkę. Po wybudzeniu okazało się, że nie jest już takim dzieckiem, jak wcześniej.

Zobacz też: Aby adoptować Wiktora przejechali ponad 10 tys. km

Szukamy domu dla Kuby z domu dziecka!

Chłopiec jest niepełnosprawny intelektualnie w stopniu umiarkowanym, co znacznie obniża jego szanse na adopcję. Ma padaczkę, problemy z mówieniem, pamięcią i mniej sprawnie się porusza.

Kuba to jednak radosne dziecko. Chłopiec jest kontaktowy, samodzielny, dociekliwy, czyta i pisze. Jest uczniem trzeciej klasy w specjalnym ośrodku.

W poszukiwanie nowej rodziny dla 9-latka zaangażowała się redakcja programu „Uwaga!” TVN.

– Nie chcę być tutaj. Ja chcę mieć rodzinę – mówi reporterce „Uwagi!” Kuba.

Czy znajdzie się rodzina, która pokocha Kubusia?

Tu kupisz e-wersję magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: TVN24

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Martyna Wojciechowska adoptowała kolejną córkę. Długo trzymała ten fakt w tajemnicy

Martyna Wojciechowska adoptowała kolejną córkę
Martyna Wojciechowska i Kabula // fot. Instagram @martyna.world

Martyna Wojciechowska adoptowała Kabulę – chorującą na albinizm dziewczynę z Tanzanii. Podczas wywiadu w „Dzień Dobry TVN” dziennikarka ujawniła, że oprócz Kabuli wzięła pod swoją opiekę jeszcze jedno dziecko.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Martyna spotkała 20-letnią dziś Kabulę podczas kręcenia materiału „Kobieta na krańcu świata”. Historia dziewczyny wstrząsnęła wówczas widzami. Kabula choruje na albinizm, czyli defekt polegający na braku pigmentu w skórze, włosach i tęczówce oka.

W Tanzanii ta choroba często oznacza wyrok śmierci. Osoby dotknięte albinizmem często są prześladowane. Wśród szamanów i uzdrowicieli pokutuje przekonanie, jakoby części ciała chorych posiadały magiczną moc, która przynosi powodzenie nabywcom. Kończyny, skóra, czy włosy albinosów są używane do przyrządzania „magicznych” mikstur i eliksirów. Jednocześnie samych chorych uważa się za przeklętych i przynoszących nieszczęście.

Kabula przekonała się o tym na własnej skórze już w dzieciństwie. Pewnej nocy do jej domu zakradli się rozbójnicy, którzy trzema machnięciami maczety odrąbali dziewczynce rękę.

Zobacz także: Barbie, która inspiruje i przełamuje stereotypy. Wizerunku użyczy jej m.in. Martyna Wojciechowska

Martyna Wojciechowska adoptowała kolejną córkę

We wrześniu Wojciechowska pojawiła się wraz z Kabulą na okładce „Gazety Wyborczej” i udzieliła poruszającego wywiadu. Teraz Martyna ujawniła, że adoptowała jeszcze jedną dziewczynkę z Tanzanii – Tatu.

Jak się okazało, to Kabula poprosiła Wojciechowską o pomoc.

Mogę teraz w końcu przyznać, że od stycznia, czyli od roku Kabula ma taką siostrę. Trzymałyśmy to z Kabulą dla siebie. To była nasza tajemnica. Ma na imię Tatu, ma 15 lat. Są do siebie podobne jak dwie krople wody. Tatu też jest chora na albinizm – powiedziała w „Dzień Dobry TVN” Martyna.

Choć Kabula i Tatu nie mieszkają z Martyną, dziennikarka jest odpowiedzialna za ich utrzymanie.

Zobacz także: Adoptowali dziewczynkę z Ugandy. Kiedy poznali jej historię, odesłali dziecko

Z miłości do dzieci

W Tanzanii populacja albinosów wynosi obecnie ok. 150 tys. osób. Część z nich uciekła do Dar as-Salaam uważając, że duże miasto da im schronienie.

Podróżniczka postanowiła pomóc również innym dzieciom chorującym na albinizm. Z pomocą misjonarzy i wolontariuszy planuje zbudować w Tanzanii miejsce, w którym podopieczni będą się czuli bezpiecznie. Wojciechowska zachęca internautów na Instagramie  do wsparcia inicjatywy.

Martyna Wojciechowska ma jedno biologiczne dziecko. Marysia Błaszczyk jest córką zmarłego w zeszłym roku Jerzego Błaszyka, rekordzisty w nurkowaniu głębinowym. Podróżniczka ma pod swoją opieką jeszcze kilkoro innych dzieci pochodzących z różnych zakątków świata.

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Viva!, Ofemin, Dziennik.pl,

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.