fbpx
Przejdź do treści

Prof. Szamatowicz: In vitro w Polsce będzie nieskuteczne, nieetyczne i niebezpieczne

Prof. Szamatowicz nazywany ojcem polskiego in vitro ostro krytykuje działania polityków. W medycynie rozrodu osiągnął wszystko. Dzisiaj już nic nie musi, mimo to, nie poddaje się i nadal walczy, o prawa kobiet, o prawa człowieka.

Za chwilę kończy się refundacja, najprawdopodobniej będą też zmiany w ustawie in vitro, którą ledwie rok temu przyjął polski parlament.

Prof. Marian Szamatowicz: Leczenie metodą in vitro w Polsce odbywa się już ponad 27 lat. W tej chwili funkcjonuje 39 ośrodków, które świadczą usługi tego typu. W Polsce nie ma problemu z dostępem do leczenia in vitro, natomiast jest bariera finansowa. Wielu osób nie stać na leczenie za pomocą metod wspomaganego rozrodu. W ostatnich trzech latach zaistniał program, który dawał szansę na ciążę dla 15 tys. par.

Przez trzy minione lata finansowane było in vitro, a od około dwóch lat jest również częściowa refundacja leków stosowanych przy tej procedurze.

Niestety, według zapowiedzi, tego typu udogodnienia dla par mają być zniesione. To jest coś okrutnego, skierowanego przede wszystkim, wobec ludzi niezamożnych. Ich pragnienia, ich chęć posiadania dzieci jest podobna, jak u ludzi zamożnych.

Jednak zamożni mogą wędrować do różnych krajów Europy i korzystać z różnych usług. Niestety, nowe restrykcje dotkną osoby niezamożne.

W 1991 roku ministrem zdrowia został Władysław Sidorowicz. W jednym ze swoich rozporządzeń ustalił, że zabiegi kosmetyczne oraz zabiegi in vitro nie są procedurami medycznymi, więc nie mogą być finansowane ze środków publicznych. Taka sytuacja trwała 22 lata. Dopiero w 2013 roku pojawił się program rządowy dający szansę na refundację procedur, a trochę później również na częściową refundację leków.

Koszt jednego zabiegu in vitro w programie refundacyjnym został wyceniony na 7150 zł. Może teraz, jak nie będzie refundacji, kliniki obniżą stawki.
Ceny są dość zróżnicowane. Niższe są w ośrodkach związanych z akademickimi placówkami, a wyższe w ośrodkach prywatnych. Nie ma żadnego przymusu, ani rygoru określającego, jak procedura ma być wyceniania. Jest to umowa między świadczącymi usługi, a zgłaszającymi się pacjentami.

Czyli jest szansa, żeby in vitro kosztowało nie siedem, a dwa tysiące złotych?
Oczywiście, że tak. Z mojego rozeznania wynika, że pacjentki leczące się w białostockim ośrodku miały szanse na leczenie w granicach 8 tys. zł, a w ośrodkach w bogatszych regionach za ok. 12–13 tys. zł.

Czytał Pan projekt nowelizacji ustawy?

Nie czytałem i nie chcę go czytać, ale wiem, że to bardzo zły pomysł. Prawo, które zostało uchwalone w zeszłym roku, nie jest prawem idealnym. Jest prawem dobrym, mającym pewne defekty.

Daleko idące ograniczenia, które chce się w tej chwili wprowadzić, są przedmiotowym i nieludzkim traktowaniem kobiety. Chce się maksymalnie obniżyć skuteczność leczenia, uczynić je nieetycznym, a w niektórych sytuacjach niebezpiecznym.

Chce się zlikwidować u ludzi pragnienie posiadania własnego potomstwa. To jest kwestia podejścia do prawa. Ja stoję na stanowisku, że prawo do posiadania potomstwa jest podstawowym prawem człowieka. Obecnie jest inna wykładnia, teologiczna. Człowiek ma potencjalną możliwość zostać rodzicem poprzez kontakty seksualne, ale te w ponad 50 proc. nie kończą się ciążą.

Ze statystyki wynika, że ok 90 proc. populacji nie ma problemu z rozrodem, ale 10 proc. (w warunkach polskich to jest ok. 2 mln. par) potrzebuje pomocy. Część z nich powinna być leczona za pomocą zapłodnienia pozaustrojowego, bo tylko w ten sposób mają szansę na urodzenie własnego dziecka.

Niepłodność jest dużym problemem?
Światowa Organizacja Zdrowia nie ma wątpliwości, że jest dużym problemem. Poprzez fakt zasięgu, niepłodność nazywa się chorobą społeczną.

Czeka nas katastrofalne widmo włoskich doświadczeń?
Myślę, że tak. Na 3. edycji Międzynarodowej Konferencji Endokrynologii i Rozrodczości pod patronatem Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, były przewodniczący ESHRE, Luca Gianaroli, opowiadał o skutkach ustawy. We Włoszech, w 2004 roku, pod wpływem Kościoła katolickiego wprowadzono restrykcyjne prawo. W efekcie zmniejszyła się skuteczność in vitro i nasiliła turystyka reprodukcyjna. Ostatecznie Sąd Najwyższy zaczął eliminować te zakazy. Były one nieludzkie.

Mamy jeszcze jakieś szanse?

To zależy od obecnych rządzących. Poprzedni parlament uchwalił ustawę regulującą kwestie leczenia i dającą szansę skorzystania z metod rozrodu wspomaganego medycznie. Dodatkowe restrykcje zdecydowanie obniżą skuteczność in vitro. Są zakusy, żeby w ogóle wyeliminować tego typu leczenie, przy okazji przedstawiając jednoznacznie kłamliwą tezę, jakoby naprotechnologia mogła zastąpić in vitro.

                                        Naprotechnologia nigdy nie zastąpi in vitro!

To musi być wyraźnie powiedziane. Dane dotyczące skuteczności leczenia metodą in vitro, sposoby leczenia można znaleźć w literaturze fachowej. Natomiast o zaletach naprotechnologii mamy tylko informacje gazetowe. Są opinie ludzi, którzy tego typu procedurę wykonują i niestety, mimo że oferują nieskuteczne leczenie, to jeszcze za to biorą niemałe pieniądze.

Nie ma przyszłości w naprotechnologii?

Stoję na stanowisku, że człowiek ma prawo wyboru. Jeśli za własne pieniądze chce iść do naprotechnologa, niech idzie do naprotechnologa. Musi mieć jednak świadomość, że w pewnych sytuacjach naprotechnologia nie daje żadnych szans. Nie da szansy, jeśli są nieodwracalnie uszkodzone jajowody, nie da szansy, jeśli jest zaawanasowana endometrioza, nie da szansy, kiedy jest zaawanasowany czynnik męski. Jeśli leczono za pomocą naprotechnologii przez parę lat, i w tym czasie  kobieta się zestarzała, to w ogóle pozbawi się ją szans na posiadanie potomstwa.

Zwodzenie naprotechnologią jest złodziejstwem czasu?
Tak. Mogę się pod tym podpisać.

Odważne.
Dlaczego? Nigdy nie ukrywałem swoich poglądów. Pamiętam swoją pierwszą dyskusję na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, podczas której powołałem się na uniwersalne prawo człowieka – prawo do posiadania potomstwa. Tam się dowiedziałem, że takiego prawa w ogóle nie ma. Jest tylko prawo do odbywania stosunków seksualnych, prawo do prokreacji. Jeśli dziecko się pojawia, trzeba to przyjąć z wdzięcznością, jeśli nie, to z pokorą. To jest kwestia postaw. Ja pod taką postawą się nie podpisuję.

Czyli in vitro się cofnie?
Co roku organizowane są kongresy Europejskiego Towarzystwa Rozrodu Człowieka i Embriologii (ESHRE). Najbliższe spotkanie ma się odbyć w Helsinkach. Według organizatorów przyjedzie na nie 9 tys. osób, przedstawiciele różnych krajów, różnych religii. Postawione zostanie jedno pytanie „w jaki sposób najskuteczniej pomagać niepłodnym parom”. O dziwo, w Polsce dyskutuje się, w jaki sposób pozbawić  skutecznego sposobu leczenia.

Przypomnę, za leczenie metodą in vitro, Robert Edwards dostał nagrodę Nobla. W uzasadnieniu napisano „największe osiągnięcie medycyny klinicznej XX wieku”. A my co?


Jedyną możliwością, żeby powstrzymać epidemię niepłodności jest in vitro?
Nie. Niepłodność jest zjawiskiem stałym. W skali świata ponad 58 milionów par ma problemy z rozrodem i tym parom medycyna chce i powinna pomagać, nie można w tej kwestii stawiać żadnych zakazów. Jeśli politycy chcą ingerować w procedurę in vitro, to tylko dlatego, że traktują kobiety jak rzecz, narzucając im cały szereg niestosownych rozwiązań.

Zajmuje się pan in vitro od 27 lat, jest pan autorytetem w dziedzinie medycyny rozrodu.
To za duże słowa. W tej chwili są młodzi ludzie, ja mam już swoje miejsce. Rzeczywiście, wraz ze swoim zespołem w 1983 roku zainicjowałem przygotowania do in vitro, a w 1987 roku dzięki temu urodziło się pierwsze dziecko. Jego matka wcześniej była operowana i leczona według standardów naprotechnologicznych. Nie miała żadnej szansy, poza in vitro, na urodzenie własnego dziecka. Zgodziła się na procedurę i urodziła Magdę. Dziś Magda jest szczęśliwą kobietą, ma dwójkę dzieci.

Nie jest panu po prostu przykro, że pańskie starania mogą pójść na marne, że in vitro w Polsce przestanie się rozwijać?

Miałem w życiu kilka największych marzeń. Żeby wystąpić razem z orkiestrą symfoniczną w Białymstoku śpiewając Arię Skołuby. Spełniło się. I aby wreszcie refundacja stała się ciałem. A kiedy wreszcie refundacja zaistniała nowy rząd chce wszystko zablokować.

Opadają ręce?

Nie poddaję się. Ja spełniłem się już w zakresie rozrodu. Mam własne dzieci, pasierbicę i stado wnuków. Mnie to wszystko bardzo cieszy.

Jeśli w ogóle występuję publicznie, to tylko w interesie nieszczęśliwych kobiet.

Mam z tymi kobietami kontakt. Kiedyś zgłosiła się do mnie para, której jedyną szansą na dziecko było, tylko i wyłącznie, zapłodnienie pozaustrojowe, powiedziałem im to. Oni oświadczyli, że są katolikami i nie chcą skorzystać z in vitro. Wrócili do mnie po trzech latach, zmienili zdanie. Dziś mają dwójkę dzieci. Takie sytuacje  utwierdzają mnie przekonaniu, że nadal trzeba działać, a kwestia rozstrzygnięć i osądów jest poza moim zasięgiem.

Pan jest wierzący?

Jestem agnostykiem. Jestem ochrzczony, wierzę, że istnieje siła wyższa i twierdzę, że Kościół katolicki z tą siłą nie ma nic wspólnego.

NAJNOWSZY NUMER MAGAZYNU CHCEMY BYĆ RODZICAMI DO KUPIENIA TUTAJ!

Magda Dubrawska

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.