Przejdź do treści

Prof. Chazan: Nie boję się

prof. Chazan in vitro

Prof. Bogdan Chazan – lekarz legenda. Budzi wielki kontrowersje, ma swoich zwolenników i przeciwników, a nawet wrogów. Bez wątpienia nikomu nie pozostaje obojętny. Nigdy nie ugiął się pod krytyką, nie boi się przyznać do błędu, nie boi się konfrontacji.

Profesor Bohdan Chazan to kontrowersyjna postać, chętnie wypowiada się w mediach i słynie z radykalnych poglądów „pro-life”. Nam prof. Chazan opowiedział o in vitro, jak dbać o płodność i jakie są czynniki, mogące skutkować niepłodnością.

Magda Dubrawska:

Zna Pan Annę Krawczak?

prof. Chazan:

Nie.

Jest byłą przewodniczącą Stowarzyszenia Nasz Bocian i autorką książki „In vitro. Bez strachu, bez ideologii”, w której opublikowała swój list wygłoszony niegdyś w Sejmie podczas wysłuchania obywatelskiego. Przeczytam Panu jego fragment. „Mam 28 lat i jestem w siódmym tygodniu ciąży uzyskanej drogą in vitro. Zdaniem profesora Chazana, dyrektora Szpitala im. Świętej Rodziny w Warszawie, za niepłodność odpowiada wczesny wiek inicjacji seksualnej, duża liczba partnerów seksualnych i opóźnianie decyzji o ciąży. Wbrew tym twierdzeniom nigdy nie poddałam się aborcji, nie prowadziłam rozwiązłego seksualnie życia, nie zachorowałam na żadną z chorób wenerycznych, zaś antykoncepcję hormonalną stosowałam przez rok przed urodzeniem swojego ośmioletniego dziś syna. Moja niepłodność nie jest konsekwencją rozwiązłości. Nie jest, jak sugeruje Chazan, karą za grzechy. Jest pechem. Oto znalazłam się w niewłaściwym szeregu statystycznym. Obok mnie stoją trzy miliony Polaków”.

Pani redaktor, której nazwiska zapomniałem…

Krawczak…

…jest niesprawiedliwa i kłamliwie przedstawia moje poglądy. Nie powiedziałem, że wszystkie przypadki niepłodności pochodzą z rozwiązłego trybu życia. Powiedziałem, że są to czynniki sprzyjające niepłodności. Analogicznie można powiedzieć, że ten, kto pali papierosy, może zachorować na raka płuc. Odezwie się wtedy jakiś człowiek i powie: „Przepraszam, nigdy w życiu nie paliłem, a zachorowałem na nowotwór płuc”. Argumentacja tego typu jest prostacka i „poniżej pasa”. Podkreślam – są to czynniki ryzyka niepłodności, co nie znaczy, że każdy przypadek wczesnej inicjacji seksualnej prowadzi do niepłodności, i nie znaczy, że każda niepłodność jest powodowana wczesną inicjacją seksualną.

Niepłodność jest „karą za grzechy”?

Pani mnie traktuje poważnie?

Nie ja. To Pani Anna Krawczak.

Nie wiem, jaką wizję miała Pani Anna Krawczak, kiedy to pisała. Niepłodność dotyczy pewnego odsetka osób, a niektóre zachowania sprzyjają niepłodności. Oprócz czynników, o których wspomniałem – wczesna inicjacja seksualna, duża liczba partnerów seksualnych, długotrwałe stosowanie antykoncepcji doustnej – największym czynnikiem ryzyka niepłodności jest odkładanie planów prokreacyjnych na późne lata życia. Nie ma nic złego w tym, że każdy z nas układa sobie życie rodzinne, przyszłość, rozwój osobowy, karierę… Jednak wiele osób popełnia zasadniczy błąd. W ślepej wierze we wszechwładną moc medycyny aż do przesady opóźniają czas założenia rodziny. Wpadają w pułapkę zaawansowanego wieku. Kolejne pokolenia Polek jakby nie zauważały tego faktu…

Niepłodność może być również konsekwencją raka szyjki macicy. Bardzo często występuje on u kobiet, które wcześnie rozpoczęły współżycie, miały dużą liczbę partnerów seksualnych i często występowało u nich zapalenie pochwy. Nie znaczy to jednak, że rak szyjki macicy jest karą za grzechy, po prostu u tych kobiet częściej pojawia się ten rodzaj nowotworu.

O ludziach, którzy z pewną rezerwą patrzą na in vitro, mówi się, że mają ideologiczne podejście. To właśnie pani redaktor Krawczak ma czysto ideologiczne podejście.

Za odkładanie macierzyństwa na później w dużej mierze odpowiadają czynniki ekonomiczne.

Nie tylko. Są to również czynniki psychologiczne, system wartości czy po prostu chęć ułożenia sobie wygodnego życia. Oczywiście, dobrze, kiedy dziecko, które przychodzi na świat, ma własny pokój i rodziców, którzy mogą mu kupić wszystko, co trzeba.

Jeden z etyków powiedział kiedyś, że dziecko jest jak deszcz – wiadomo, że przyjdzie, ale nie wiadomo kiedy. Teraz chcemy naturę regulować.

Powiedział Pan, że za brak dziecka odpowiada system wartości.

Najpierw miesiączka witana jest z radością, a ciąża jest traktowana jak choroba przenoszona drogą płciową. Później zmieniamy poglądy o 180 stopni – każda miesiączka jest wrogiem. Perfekcjonizm każe nam czekać – „ja i mój mąż będziemy mieli dziecko wtedy, gdy będziemy gotowi”. Czy to będzie 30-tka czy 40-tka – mniejsza o to. Potem ludzie są zdziwieni, że dotyczy ich niepłodność. Owszem, słyszeli, że niepłodność gdzieś krąży, ale nie przypuszczali, że może dotyczyć również ich. Przebudzenie często przychodzi za późno. Dziecka nie rodzi się na zawołanie.

Nie można przez lata włączać i wyłączać płodności, jak światła w pokoju. Zgubne jest myślenie, że układ rozrodczy jest odporny na nasz styl życia – palenie papierosów, choroby przenoszone drogą płciową, niedosypianie. Czasem nie wytrzymuje tego naporu. Potrzebna jest troska o płodność, a nie traktowanie jej jak zbędnego balastu.

Czym jest troska o płodność?

Wynika ze świadomości, że płodność nie jest z żelaza. Mechanizmy, które rządzą ludzką płodnością, są bardzo skomplikowane i podatne na działanie różnych czynników zewnętrznych. Trzeba o płodność dbać i ją szanować. Nie wolno z nią walczyć. Często ta walka może trwale upośledzić płodność. Potem jest płacz i zgrzytanie zębów. 35-letnia kobieta, która natrafia na problem niepłodności, jest świetnym klientem dla różnego rodzaju naganiaczy, w których wyposażona jest każda placówka in vitro.

Kim są naganiacze?

Każda placówka służby zdrowia stara się ściągnąć do siebie pacjentów z tzw. terenu, aby móc realizować kontrakt z NFZ i zapewnić sobie przetrwanie. W przypadku placówek in vitro również istnieje sieć zaprzyjaźnionych lekarzy w danym rejonie, którzy przysyłają klientów. Nie wiem, czy dostają za to jakieś wynagrodzenie, czy nie. In vitro to wielki biznes. Służba zdrowia powinna być społeczna i nie tracić z pola widzenia potrzeb społeczeństwa. Jeśli jednak nasze działania są nakierowane wyłącznie na biznes, dochodzi do wynaturzeń w zakresie naszego posłannictwa jako lekarzy.

Wielu lekarzy wykonujących in vitro uważa, że pomaga pacjentom.

Poruszamy się w bardzo intymnym obszarze. Nasyconym emocjami, pragnieniami, marzeniami, płaczem, zawodem, poczuciem straty, nieudanego życia. To wszystko dotyczy niepłodności.

Pokazując zdjęcie dzieciątka z lekarzem, który wykonywał in vitro, dokonujemy pewnego rodzaju manipulacji uczuciami. Jednak nie każdy cel uświęca środki.

Jakie są czynniki zewnętrzne poza rozwiązłym stylem życia?

Proszę wykreślić rozwiązły tryb życia. Nie o to chodzi. We wczesnym okresie życia, zarówno u chłopców, jak i u dziewcząt organizm jest bardzo podatny na czynniki zewnętrzne. Bakteria chlamydia, która nie wyrządzi większej szkody kobiecie dojrzałej, u młodej dziewczyny spowoduje zapalenie szyjki macicy, potem macicy, a na końcu jajowodów. Organizmy młodych dziewcząt nie są całkowicie kompetentne immunologicznie, co sprawia, że młode osoby są bardziej wrażliwe na czynniki zewnętrzne, takie jak choroby przenoszone drogą płciową, nieuregulowany tryb życia, alkohol, narkotyki, zaburzenia wagi ciała. W ramach troski o płodność należy dbać o te czynniki i unikać zagrożeń.

Są jakieś granice, których para nie powinna przekraczać podczas starań o dziecko?

Wiele zależy od lekarza, który opiekuje się małżeństwem.

Niepłodność jest stanem, który dotyka naszego systemu wartości, spraw intymnych, głęboko rani poczucie własnej wartości, pragnienia, wpływa na całe nasze życie. Zdarza się, że lekarze to wykorzystują, wiążąc ze sobą pacjentki na kilka lat, uzależniając je psychicznie od siebie, lecząc bez przerwy w ten sam sposób.

Przykładowo placówki in vitro nie akceptują badań z laboratoriów zewnętrznych. Naciskają, żeby nawet zwykłe badanie moczu było robione u nich. Dlaczego? Bo tam to badanie kosztuje kilka razy więcej. Wyciąga się pieniądze od tych biednych małżeństw. Tak nie wolno.

A więc jaka jest granica starań?

To bardzo obszerny temat. Przede wszystkim diagnostyka i samo leczenie niepłodności powinno być przeprowadzane w sposób usystematyzowany i pełny. Powinno dotyczyć wszystkich możliwych przyczyn niepłodności. Jeśli po kilku latach – dwóch, trzech, czterech – starania nie dają efektów, to w zależności od przyczyn lekarz powinien powiedzieć: „Przykro mi, nic nie mogę zrobić” i odesłać do kolegi czy koleżanki, którzy będą potrafili pomóc. Być może trzeba też pomyśleć o adopcji.

Poleciłby Pan innego lekarza, który np. wykonuje in vitro?

Nie jestem miłośnikiem in vitro. Nie szedłbym w tym kierunku. Niemniej jednak instytucja konsylium (narada lekarzy nad jednym przypadkiem) jest zbyt rzadko stosowana.

Jest Pan przeciwnikiem in vitro?

In vitro, podobnie jak wiele metod stosowanych w medycynie, powstało z eksperymentów na zwierzętach. Wiele metod leczenia jest badanych najpierw w laboratoriach, a później w badaniach doświadczalnych na zwierzętach. Jednak w moim przekonaniu in vitro powinno skończyć się na badaniach i zastosowaniu na zwierzętach.

Dlaczego?

Z wielu powodów. In vitro nie szanuje człowieczeństwa przyszłych rodziców, nie szanuje godności dziecka poczętego, selekcjonuje dzieci na lepsze i gorsze.

Życie ludzkie jest wartością, której nie można sztucznie tworzyć, abortować, selekcjonować, nie może być podporządkowane pragnieniom ludzkim.

Art. 87 ustawy o leczeniu niepłodności pokazuje, jak ludzie, którzy stworzyli tę ustawę, traktują człowieka. Dla nich zarodek, płód, a więc osoba ludzka przed urodzeniem, nie jest jeszcze człowiekiem.

Człowiek jest człowiekiem od momentu, kiedy staje się zarodkiem?

Tak myślę. Nie ma w dalszym rozwoju człowieka żadnego momentu, który byłby tak przełomowy jak jego powstanie. Nitka na kłębku zaczyna się na początku, a nie w połowie kłębka.

Po kolei – dlaczego nie szanuje człowieczeństwa przyszłych rodziców?

Sami rodzice mówią, że sytuacja, kiedy do poczęcia dziecka dochodzi w wyniku pobrania nasienia drogą masturbacji i po nakłuciu jajników na fotelu ginekologicznym, a następnie połączenie ich przez technika na szkle, niewiele ma wspólnego z człowieczeństwem.

Dlaczego nie szanuje godności dziecka?

In vitro brutalnie obchodzi się z dzieckiem – wystawia je na szkodliwe działanie warunków na szkle, a następnie selekcjonuje je. W przeciwieństwie do zarodków poczętych naturalnie, zarodki ludzkie poczęte w programie in vitro nie są szanowane.

Według Kodeksu karnego, art. 157 § 1. „kto [umyślnie] powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. Jeżeli więc mamy do czynienia z ciałem dziecka poczętego na szkle, to dlaczego tych dzieci jest aż sześcioro, a nie jedno, nie dwoje, jakbyśmy chcieli? Dlatego, że wiemy o tym, że duża część dzieci umiera, nie wytrzymując tych trudnych warunków na szkle lub w macicy. A więc w programie in vitro dochodzi do rozstroju zdrowia dziecka poczętego zagrażającego życiu. Jednak praktyka sądów nie jest stosowana w odniesieniu do ochrony życia dzieci poczętych drogą in vitro.

Dzieci z in vitro są bardziej narażone na wady?

W wyniku procedury in vitro zarodki obumierają na szkle, a potem często w macicy, co oznacza, że częstotliwość nieprawidłowości rozwojowych jest większa.

Kobiety, które mają dzieci z in vitro, zazwyczaj nie mówią o tym fakcie lekarzom pediatrom, dlatego w Polsce nie ma możliwości przeprowadzenia badań nad relacją „in vitro a choroby u dziecka”.

Czy ciąże powstałe w wyniku in vitro często przerywane są drogą aborcji?

Według piśmiennictwa, na co wskazuje również moja osobista praktyka, związana choćby z dzieckiem poczętym z in vitro, które było pośrednio przyczyną zwolnienia mnie z pracy czy też sprawa dziecka, które zostało poczęte w Policach w wyniku pomylenia komórek rozrodczych żeńskich i kobieta urodziła nieswoje chore dziecko – widać, że częstotliwość chorób u dzieci z in vitro jest większa. Praktyka pokazuje także, że kobiety, które mają dzieci narodzone w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego częściej poddają się diagnostyce prenatalnej.

Jakie są konsekwencje in vitro dla zdrowia kobiety?

U niektórych kobiet występuje spustoszenie w systemie emocjonalnym. Po kilku stymulacjach często następuje wcześniejsze wyczerpanie rezerwy jajnikowej, większa częstotliwość występowania raka jajnika [badania wykazały, że nie jest to prawda – przyp .red.], która zależy od tego, ile razy otoczka jajnika zostanie uszkodzona – im więcej było owulacji w życiu kobiety, im więcej było indukcji owulacji, nakłuć igłą, tym większe jest ryzyko raka.

W wyniku poprawy technologii in vitro coraz rzadziej występuje zespół hiperstymulacji. Kliniki in vitro, choć to przesadna nazwa, zwykle są to dwa pokoje, nie poczuwają się do żadnej odpowiedzialności za jakość dzieci, które produkują. Jeśli dojdzie do ciąży, nie interesują ich ewentualne choroby dziecka czy kobiety. Placówki in vitro nie zajmują się leczeniem zespołu hiperstymulacji, robi to Narodowy Fundusz Zdrowia. Moim zdaniem powinny uczestniczyć w leczeniu i odpowiadać za swój produkt.

Niegdyś mężczyzna, który miał słabe plemniki, nie mógł zapłodnić komórki jajowej. Teraz możemy wtłoczyć je na siłę. Jeżeli tych procedur będzie dużo, może dojść do trwałej zmiany w ludzkim genomie. Mogą zacząć rodzić się zupełnie inni ludzie niż do tej pory.

Używa Pan słowa „produkt”, a uważa Pan, że godności dzieci z in vitro trzeba bronić.

Sama procedura produkcji dzieci jest naganna. Jednak utworzone dziecko jest tak samo cenne i wymaga takiej samej opieki i szacunku, jak dziecko poczęte w naturalny sposób.

Jak powinna wyglądać ustawa o in vitro? Powinno być zakazane?

Nie sądzę, że powinno być zakazane. Ale nie uważam też, że powinno być preferowane. Widzę dużą niesprawiedliwość, że pary, które chcą radzić sobie z problemem niepłodności przy pomocy in vitro, dostają dofinansowanie od państwa, a pary, które chcą faktycznie leczyć niepłodność, takiego wsparcia nie otrzymują.

Sam fakt, że prawo zajmuje się jakimś zagadnieniem, sprawia, że jest ono dobre. Obecna ustawa w pewien sposób dodaje wartości procedurze in vitro. Jednak ona nie jest poświęcona leczeniu niepłodności, ale samemu in vitro.

Może jedni i drudzy powinni dostawać dofinansowanie?

Być może.

Pamiętam, że w szpitalu św. Rodziny, w którym pracowałem, stosowaliśmy wysoko zawansowane technologicznie metody leczenia endometriozy, częstej przyczyny niepłodności. Stosowaliśmy technikę laserową i środki ograniczające powstawanie zrostów. Jednak koszty tej procedury były na tyle duże, że musieliśmy do niej dopłacać. Musieliśmy zrezygnować z tej metody.

Wspomagając diagnostykę i wysoko zaawansowane leczenie, jak np. laserowe wycinanie zrostów endometriozy, przypadków niepłodności byłoby mniej?

Przypadków niepłodności byłoby o wiele mniej, gdyby wdrożyć w Polsce program profilaktyki niepłodności oparty na trosce o płodność.

Młody człowiek ma naturalne tendencje do podejmowania zachowań ryzykownych, nie tylko w sferze płciowej. Właśnie im warto przekazać podstawowe informacje o cyklu miesiączkowym, kiedy dziewczyna może zostać matką. Program przygotowania do życia w rodzinie nie powinien budzić w młodzieży strachu przed ciążą. W takim układzie nie powinniśmy się dziwić, że dotyka nas kryzys demograficzny. Dzieci i młodzież należy wychowywać w szacunku do życia.

Być może in vitro mogłoby być dostępne. Jednak najpierw powinniśmy myśleć o zapobieganiu niepłodności poprzez odpowiednią edukację młodych ludzi, a także nieco starszych Polek, żeby nie odkładały macierzyństwa na później. Musimy również pamiętać, że istnieją metody diagnostyki i leczenia niepłodności.

W 2003 r. ukazał się standard postępowania określony przez ekspertów Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, według którego, ni mniej ni więcej, szkoda czasu na badanie przyczyn niepłodności i od razu trzeba stosować in vitro. Praktyka to potwierdzała. Obecna ustawa ma to zmienić, zgodnie z nią kobieta, aby poddać się in vitro, musi mieć za sobą minimum rok leczenia niepłodności innymi sposobami. W medycznym podręczniku ginekologii dział niepłodności zwykle składa się z trzech podrozdziałów. Po pierwsze, diagnostyka niepłodności, ewentualnie jej zapobieganie. Po drugie, leczenie niepłodności, a po trzecie, rozród wspomagany. Tymczasem u nas w praktyce zrezygnowano z diagnostyki, leczenie niepłodności również nie było i nadal nie jest w modzie, tylko od razu, jednym skokiem, przechodziło się do rozrodu wspomaganego. Nie przywiązywało się wagi do przyczyn niepłodności i chorób kobiety. Zapewniano dzieciątko, a choroby zostawiano na boku.

Wielu specjalistów zapewnia, że diagnostyka zarówno w przypadku in vitro, jak i naprotechnologii jest taka sama, z tą różnicą, że klinika in vitro daje wybór – albo in vitro albo adopcja.

Kliniki in vitro nie dają żadnego wyboru. Nie prowadzi się tam w wystarczający sposób diagnostyki, a idzie się od razu w kierunku sztucznego zapłodnienia. W myśl zasady – im para młodsza, tym wyniki lepsze. Etap leczenia niepłodności w ogóle nie jest brany pod uwagę. W tej chwili w Polsce nie ma chirurgów ginekologów, którzy potrafiliby leczyć niepłodność pochodzenia jajowodowego. Jeden z moich kolegów leczy pacjentkę, która ma trudności z drożnością jajowodów. Kobieta nie chce się poddać in vitro z powodów etycznych, dlatego wyjechała na Dominikanę, ponieważ tam jeszcze stosuje się takie metody leczenia. Owszem, kiedyś w Szczecinie był taki ośrodek, dziś nie ma żadnego. W wyniku nachalnej, bezwzględnej, biznesowej propagandy in vitro te metody zostały uznane za nieskuteczne i nadmiernie kosztowne. A więc – kto żyw, do in vitro. Wszyscy płacimy podatki na służbę zdrowia, a duża część naszego społeczeństwa nie chce rozwiązywać swoich problemów prokreacyjnych drogą in vitro ze względów etycznych. Jednak dominacja biznesu in vitro jest tak duża, że zaniechano wielu metod przyczynowego leczenia niepłodności. Pary borykające się z niepłodnością, które nie popierają metod wspomaganego rozrodu, nie mają wyjścia, choć też płacą podatki. To niesprawiedliwe. Jest to przykład nierównego dostępu do zdrowia.

Na początku odmówił mi Pan wywiadu. Często pojawia się Pan w stricte prawicowych mediach, jednak tam już wszystko zostało powiedziane.

Owszem miałem obawy przed tym spotkaniem, ma pani rację.

Przyjemnie jest mówić, kiedy wszyscy dookoła mają podobne zdanie. Wtedy utwierdzamy się w przekonaniu, że jesteśmy piękni, porządni i szczęśliwi. Trudniej jest wyjść do środowiska nieakceptującego, nieprzyjaznego. Jednak jeżeli chcemy przekazać coś ważnego, powinniśmy podjąć ten trud i wysiłek.

Niegdyś byłem zaproszony do radia TOK FM. Razem ze mną była tam nieżyjąca już pani Anna Laszuk. Rozmowa dotyczyła antykoncepcji. Powiedziałem wówczas, że pewne środki antykoncepcyjne są refundowane, pani Laszuk zaprzeczyła. Odpowiedziałem, że nie mogę teraz udowodnić swoich słów, ale zrobię to później. Po audycji poszedłem apteki obok. Spytałem panią magister czy niektóre środki antykoncepcyjne, powiedziała, że tak. Wziąłem listę tych środków i wróciłem z nią do pani Laszuk. Jednak nie chciała ze mną już rozmawiać.

Wywiad został opublikowany w nr 14 magazynu Chcemy Być Rodzicami.

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Magda Dubrawska

dziennikarka Chcemy Być Rodzicami, doktorantka socjologii.

Najnowsze artykuły