Przejdź do treści

Poznaj perspektywę dorosłego już mężczyzny, który był adoptowany: „Adopcja jest darem”

Dorosły, który był adoptowany

Rozmawiając o adopcji często skupiamy się głównie na perspektywie dziecka. Zapominamy przy tym, że za kilka-kilkanaście lat będzie to już dorosły człowiek, który wejdzie w życie z ogromnym bagażem doświadczeń. Kamil jest jedną z takich osób – w rozmowie z nami mówi otwarcie o swoich przeżyciach i dzieli się tym, co widzi jako dorosły już mężczyzna.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Wywiadów z osobami, które były adoptowane, nie uda nam się raczej znaleźć w popularnych programach rozrywkowych. Rzadko są one tematem z okładek, nie stanowią płaszczyzny debaty społecznej. Znacznie częściej tego typu dyskusje, wspomnienia, wparcie znajdziemy w internecie. Tak też poznaliśmy Kamila Jankowskiego, który na jednym z for dzieli się swoim doświadczeniem. Jaki jest jego punkt widzenia, czego obecnie poszukuje i co myśli o niektórych kwestiach związanych z adopcją? Oto rozmowa o trudnościach i darach, na które warto spojrzeć z tej perspektywy.

„Urodziłem się jako Marek przed dwudziestoma dwoma laty. Jestem jednym z jedenaściorga porzuconych dzieci. W sumie było nas jednak trzynaścioro, ale najstarsza, przyrodnia siostra, pozostała ze swoją matką, a najmłodszy z braci zmarł. Uporałem się już w dużej mierze z odkrywaniem swojej tożsamości i jestem po pierwszej rozmowie z biologiczną matką. Poznałem także większość rodzeństwa. Mówmy o adopcji! Rozmowa daje najwięcej!” – fragment jednego z wpisów Kamila.

To co widać w pana wypowiedziach, to mocne zaangażowanie. Zastanawiam się, czy taka potrzeba była w panu od zawsze, czy może jest to jakiś etap, który się dopiero pojawił?

Kamil Jankowski: Zaangażowanie wynika zawsze z tego, co akurat dzieje się w moim życiu prywatnym. Nawiązałem teraz kontakt z matką biologiczną, co spowodowało wejście na fora internetowe o podobnej tematyce. Dzielę się tam informacjami, które uważam za ważne. Może w jakiś sposób uda mi się pomóc matkom adopcyjnym, może coś z mojego punktu widzenia okaże się przydatne. Wiadomo – dzieci odbierają różne sytuacje inaczej, inaczej widzą je rodzice. Nie wiem czy umiem cokolwiek podpowiedzieć, ale parę pań napisało do mnie wiadomości prywatne.

Myślę, że perspektywa osoby dorosłej, która przeżyła doświadczenie adopcji, jest niezwykle cenna. Co jest zatem według pana najważniejszą kwestią, którą chciałby pan takim rodzicom przekazać?

Przede wszystkim, że warto. Warto zdecydować  się na adopcję, bo jak ja to nazywam – jest ona darem. Nie każde dziecko ma taką szansę, wiele z nich zostaje w domach dziecka. Jeden z moich braci też został, nigdy nie był adoptowany i rodziny nie ma w ogóle. Zainteresowanie dzieckiem jest ogromnym darem.

Myślę też, że ważne są późniejsze rozmowy. Najgorszym okresem na dowiedzenie się o adopcji jest okres dojrzewania. Zachodzą wtedy zmiany w organizmie i psychice.  Ja o swojej adopcji wiem od zawsze. Już kiedy byłem małym dzieckiem mama zaczynała ze mną rozmawiać na ten temat. Kiedy pytałem jej, jak to robiła, odpowiadała: „Po prostu mówiłam. Nie wiedziałam nawet na początku czy to do ciebie dociera, ale od zawsze ten temat był”.

Czyli szczerość od najmłodszych lat?

Tak, szczerość. Trzeba rozmawiać, nie można tego zataić. To jest najgorsze. Dziecko czuje się wtedy oszukane, że musiało żyć w niewiedzy. Pomaga to też uniknąć wielu nieprzyjemnych sytuacji społecznych, czy szkolnych. U mnie był problem, gdy jedna ze znajomych „wygadała się”. Gdyby nie to, że wiedziałem o adopcji, mogłoby to być niezwykle trudne doświadczenie.

Domyślam się, że adopcja jest doświadczeniem, które na różnych etapach życia jest inaczej odbierane. Jakie zmagania pojawiają się teraz, już w pana dorosłym życiu?

Dzisiaj, kiedy sam jestem przed założeniem rodziny, myślę na przykład o tym, czy powinienem powiedzieć o adopcji swoim dzieciom. Może powinienem to zachować dla siebie? Jestem bardzo zżyty z rodziną adopcyjną i nie wiem, jak moje dzieci mogłyby na nich reagować. Wiem, że dużo zależy od tego, jak ja je wychowam, ale czy na przykład nie odrzucą dziadków adopcyjnych? Czy nie podejdą do tego na zasadzie: tata był adoptowany, więc to nie jest nasza rodzina? Bardzo nie chciałbym żeby tak to wyszło.

Wciąż zmagam się też z pewną niewiedzą i staram się to powoli odkrywać. Myślę jednak, że nigdy nie dowiem się wszystkiego.

Potrzeba „szukania siebie” jest naturalna u każdego człowieka, chociaż rzeczywiście w sytuacji adopcyjnej może być mocno utrudniona.

Mój ojciec biologiczny nie żyje, a matka jest po dwóch udarach. Rozmawiając z nią widziałem, jak wiele rzeczy pozapominała. Nie może już wielu sytuacji połączyć w logiczną całość, co jest zapewne skutkiem choroby. Naprawdę mnóstwa rzeczy nie mogę się dowiedzieć… Staram się urzędowo, ale to też jest utrudnione. Nasze prawo jest dziwne. Jako osoba adoptowana nie mogę dowiadywać się o korzeniach, bo prawnie jestem osobą obcą dla swojej rodziny biologicznej.

Pojawił się pomysł, że jeżeli dzieci nie idą do jednej rodziny adopcyjnej, to rodzice mają obowiązek utrzymywać kontakt między sobą. Nie wiem w sumie, czy takie decyzje zapadną, ale myślę, że to jest bardzo dobre. U nas rodziny takiego kontaktu nie utrzymywały, nie wiedziały co działo się z każdym z dzieci. Moja mama mówiła, że było nas siedmioro, a okazało się być więcej. Nawet tego nie wiedziała…

Rozumiem, że pojawiła się w panu potrzeba poznania swojej genezy.

Pojawiła się mniej więcej około 16-tego roku życia. Sam zdecydowałam jednak, że ruszę to dopiero po maturze. Często działam przy tym impulsywnie. Gdybym za bardzo rozmyślał, to może bym się na tego typu kroki nie zdobywał. Z dani na dzień decyduję się na takie działania, jak chociażby telefon do matki, który dostałem od urzędnika. To był impuls. Wciąż jednak jest to trudne, chociaż obecnie odbieram to już bardziej jako historię właśnie. Mniej już w tym wszystkim emocji.

Niewątpliwie są to jednak doświadczenia mocno wpływające na budowanie własnej tożsamości.

Wiadomo, że ta tożsamość gdzieś się po drodze zagubiła. Człowiek nie wie tak naprawdę kim jest. Niby jest wychowywany w rodzinie adopcyjnej i to właśnie z nimi się identyfikuje. Nie do końca wiadomo jednak co było wcześniej, skąd pochodzi, kim jest. Ludzi interesują też na przykład takie sprawy, jak skłonności do chorób. Kiedyś poszedłem do lekarza i zapytano mnie, czy w mojej rodzinie był nowotwór, a ja nic przecież nie wiem. Nie umiem nic na ten temat powiedzieć.

Są to być może ciekawostki, ale kiedy po wielu latach poznałem rodzeństwo, widzę u nas chociażby podobne zainteresowania. Wszystko się tu ze sobą łączy, dlatego warto jest się dowiadywać. Inaczej bardzo to człowieka męczy. Zająłem się tym teraz i może uda mi się ułożyć pewne sprawy przed założeniem rodziny.

A czy rozumie pan ludzi, którzy nie chcą wchodzić w tego typu poszukiwania i wracać do swojej przeszłości?

Myślę, że tak. Jest to chyba jednak kwestia nastawienia. Jeden z moich braci, w okresie dojrzewania, nie mógł pogodzić się z całą sytuacją i w końcu rodzice adopcyjni musieli zawieźć go do matki biologicznej. Niestety został przez nią źle potraktowany. Od tamtego czasu, ani nie chce rozmawiać na ten temat, ani mieć kontaktu z rodzeństwem. Wyparł to ze swojego życia.

Myślę też, że wiele zależy od podejścia rodziców adopcyjnych i tego, co dziecko od nich słyszy. Jeśli słyszało negatywne rzeczy, to nie chce do tego wracać i odsuwa się. Moja mama nigdy nie mówiła źle. Mówiła raczej, że nic nie wie. Myślę jednak, że niechęć do tego typu poszukiwań zawsze ma jakieś podłoże.

Czy z pana perspektywy warto byłoby więcej mówić publicznie o różnych aspektach adopcji, czy może jest to według pana temat wystarczająco obecny w świadomości społecznej?

Wydaje mi się, że zawsze warto rozmawiać. Odczuwam, że adopcja nadal jest w społeczeństwie niezrozumiana. Nadal niektórzy mówią: „O, to jest obce dziecko”. Osobiście nigdy czegoś takiego nie usłyszałem w rodzinie, ale wiem, że takie sytuacje się zdarzają.

Myślę, że te rozmowy są potrzebne między innymi w szkołach. Podczas mojej edukacji w ogóle się z takim tematem nie spotkałem. Uważam, że warto byłoby mówić chociażby ze względu na zwiększenie otwartości wśród dzieci. Być może one też w przyszłości chciałyby pomóc i zainteresować się adopcją.

Mówił pan o tym, że relacja z pana rodzicami adopcyjnymi jest pozytywna. Zastanawiam się, co jest jej największą siłą? Co może dać ona dorosłemu już człowiekowi?

Co jest siłą? Siłą naszej relacji jest głównie szczerość i więź, która wywiązała się bardzo szybko. Jest między nami uczucie, naprawdę jesteśmy związani. I to nie tylko rodzice, ale cała moja rodzina – dziadkowie, ciotki. Nikt nigdy o tym nie mówił, ale wszyscy odbierali adopcję bardzo naturalnie. A co może to dać na przyszłość? Przede wszystkim buduje wartość człowieka. Dziecko, pomimo tego, że zostało kiedyś odrzucone, niechciane, to jednak jest dla kogoś ważne. Na pewno pomaga to budować poczucie własnej wartości.

Powiedział pan też, że jest przed momentem założenia swojej rodziny. Czy doświadczenie adopcji może w jakiś sposób wpłynąć na pana wizję rodziny?

To, o czym myślałem, to wspomniany już temat ewentualnej rozmowy z moimi dziećmi. Dochodzę jednak do wniosku, że chyba warto by było. Na moim przykładzie dzieci będą mogły też lepiej zrozumieć innych ludzi. Myślę jednak, że adopcja sama w sobie w żaden sposób nie wpłynie na moje relacje rodzinne.

Jest to jeden z dylematów, który nie pojawia się u dzieci wychowywanych przez biologicznych rodziców. Czy widzi pan jeszcze jakieś różnice?

Uważam, że początkowo dziecko rzeczywiście może mieć poczucie, że jest w pewnym sensie gorsze. W chwili obecnej już żadnych różnic nie zauważam, nawet gdy myślę o kuzynostwie, które jest biologiczne – nasz wspólny rozwój wyglądał tak samo.

Jestem ciekawa pana planów. Czy chciałby pan rozwijać swoje zaangażowanie w sprawy adopcji właśnie chociażby w kierunku pomocowym?

Chciałem kiedyś studiować psychologię, czy resocjalizację. Mógłbym być wtedy  bliżej ośrodków adopcyjnych i domów dziecka. Pojawiła się jednak we mnie wątpliwość, czy warto.  Zawsze wracałbym do własnej sytuacji, a nie wiem czy nie lepiej byłoby się od tego oderwać. Chociaż i tak się człowiek nie oderwie już do końca życia… Jeśli jednak mogę z kimś o tym porozmawiać i cokolwiek podpowiedzieć, chętnie to robię.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Dzieci premiera Morawieckiego na okładce „SE” i wiadomość o tym, że są adoptowane – kto aż tak przekroczył granice?!

Fot. Flickr Kancelaria Premiera, Public domain / okładka "Super Expressu" || * Twarze dzieci zamazała redakcja.

W ostatnich dniach przetoczyła się przez media dyskusja, czy okładka „Super Expressu” przedstawiająca premiera Morawieckiego z rodziną, była przekroczeniem granic przez gazetę, czy jednak „ustawką”. Co najbardziej uderzające, okładka pokazała małych bohaterów tej historii bez ukrytych twarzy i z wielkim napisem: „Morawiecki adoptował dwoje dzieci”.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Po publikacji zawrzało. Początkowo niemalże wszyscy dziennikarze, niezależnie od swoich upodobań politycznych, stanęli po stronie premiera. „SE” został solidnie skrytykowany, jako prasa wchodząca w zbyt intymne szczegóły życia polityka oraz co najważniejsze, potencjalnie szkodliwa dla jego dzieci. Pojawiały się nawet głosy, że do tej pory nie wiedziały one o tym, iż są adoptowane. Na szczęście szybko wątpliwości w tej sprawie zostały rozwiane – dzieci miały tego świadomość.

Wielki, trudny znak zapytania

Szybko jednak pojawiły się wątpliwości, czy oby na pewno nie była to tzw. ustawka z tabloidem. Czy w okresie przedwyborczym nie zostało to wykorzystane do kreowania wizerunku człowieka rodzinnego, dobrego, tworzącego dom potrzebującym dzieciom. Co więcej, czy nie jest to też forma zdyskredytowania książki, która ma ukazać się pod koniec maja i będzie opisywała wiele, zapewne niełatwych dla premiera kwestii – „Delfin. Mateusz Morawiecki” Piotra Gajdzińskiego i Jakuba N. Gajdzińskiego (swoją drogą, ona także budzi wiele wątpliwości w zakresie etyki, bowiem pierwszy z wymienionych tu autorów był kiedyś podwładnym premiera).

Wielu dziennikarzy głośno mówi, iż prawdopodobnie fakt adopcji stał się jedną z politycznych zagrywek. Wskazywać może na to chociażby dość „lekkie” przyjęcie sprawy przez szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Michała Dworczyka. Początkowo okazywał on oburzenie, a później sam udzielił wywiadu „SE”. Czy gdyby rzeczywiście tak rażące wkroczenie w prywatność premiera było zaskoczeniem dla jego otoczenia politycznego, to nie skończyłoby się to po prostu sądem i rozmowami za pośrednictwem prawników?

Co więcej, jak wskazuje dziennikarka z wieloletnim doświadczeniem (robi to anonimowo), redakcja raczej nie narażałaby się w kwestii publikacji twarzy dzieci, gdyby nie była spokojna o dalszy ciąg sprawy: „Są tu dwie możliwości: albo w redakcji pracują same tumany, w co osobiście nie wierzę, albo redakcja dobrze wiedziała, że nie musi obawiać się pozwu na grube pieniądze” – mówi w rozmowie z naTemat.

Opinie dziennikarzy, źródło – Twitter:

* Twarze dzieci zamazała redakcja, nie będziemy pokazywać ich na naszym portalu.

Koniec końców

Wątpliwości jest w tej sprawie znacznie więcej. Co jednak budzi największe oburzenie – niezależnie już od faktu, kto stał za publikacją zdjęć – to niewątpliwie wykorzystanie dzieci. Zarówno w przypadku, gdyby było to niezależnie działanie „SE”, jak i zupełnie pozbawiona wyobraźni emocjonalnej ustawka, to niestety podjęli się jej dorośli ludzie. Ludzie, którzy przynajmniej teoretycznie powinni móc przewidzieć konsekwencje. Sęk w tym, że owe ewentualne konsekwencje poniosą przede wszystkim dzieci.

Czy naprawdę tak trudno jest wyobrazić sobie, jak ogromny wpływ ma na życie człowieka fakt, iż jest adoptowany? Z iloma traumami może się to wiązać? Z iloma relacjami do przepracowania? Że może jest to coś, czym dzieci nie chciałyby się nigdy dzielić, a teraz de facto nie mają już szansy o tym zdecydować?

Być może w tym przypadku okaże się, że nie odbije się to negatywnie na najmłodszych bohaterach tej historii – oby. Decydując się jednak na takie publikacje, lepiej chyba założyć „najgorsze” i prewencyjnie powstrzymać się przed tymi kilkoma zdjęciami i słowami. Znakomicie sprawdza się tu zdanie Tocqueville’a: „Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka” – wolność dzieci niewątpliwie została w tym wypadku naruszona.

Zobacz też: „Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – mocne słowa, które zderzają wyobrażenie z rzeczywistością

Źródła: wirtualnemedia / naTemat

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Gdy marzenie o dziecku staje się rzeczywistością. „Wymarzony” w polskich kinach!

Już 24 maja 2019 r. w polskich kinach odbędzie się premiera filmu „Wymarzony”. To przejmująca opowieść o miłości, poszukiwaniu szczęścia i bezgranicznym pragnieniu rodzicielstwa.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

„Wymarzony” to dramat z dużą dawką humoru, wyreżyserowany przez francuską artystkę Jeanne Herry. W obsadzie filmu znajdziemy plejadę znakomitych aktorów, m.in. nagrodzoną w 1998 r. Złotą Palmą Élodie Bouchez czy kilkukrotnie nominowanego do Cezarów Gilles Lellouche.

Zobacz też: 10 filmów o niepłodności. Musisz je zobaczyć!

„Wymarzony” – film dla osób starających się o dziecko

Głównym bohaterem „Wymarzonego” jest maleńki Theo, który zaraz po narodzinach zostaje oddany przez swoją biologiczną matkę do adopcji. Tymczasowym opiekunem noworodka zostaje Jean, a między mężczyzną a chłopcem tworzy się wyjątkowa więź. Jean ze zdumieniem odkrywa, jak dużo Theo rozumie ze swojej sytuacji i jak wiele potrzebuje uczucia.

W dramacie pojawia się też postać Alice, która od wielu lat marzy o dziecku. Wie też, że nigdy nie będzie mogła urodzić własnego. Opieka społeczna wytypowała właśnie Alice jako idealną kandydatkę na matkę dla malucha. Jak potoczy się pierwsze spotkanie Alice i Theo? Czy kobieta okaże się dobrą matką? Jak chłopiec zniesie rozłąkę z Jeanem?

Zobacz też: Książki o in vitro. Poznaj listę najważniejszych pozycji

Premiera w polskich kinach

Polscy widzowie odpowiedzi na te pytania poznają 24 maja. Na co mogą liczyć? Z pewnością na ogromną dawkę emocji, wzruszeń, ale i wiele zabawnych momentów. Ten film może się okazać szczególnie ważny i poruszający dla osób walczących z niepłodnością i osób marzących o dziecku.

Film otrzymał już siedem nominacji do Cezara, prestiżowej, francuskiej nagrody filmowej przyznawanej przez Akademię Sztuk i Techniki Filmowej. RTL określiło film jako „największe wzruszenie tego roku”, natomiast magazyn ELLE zwięźle podsumował dzieło francuskiej reżyser jako „poruszające”.

Tu kupisz e-magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: www.filweb.pl

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

„Dlaczego nie chcecie mieć dziecka?” – powieść, która działa terapeutycznie

dlaczego nie chcecie mieć dziecka?

Anita Miller w książce “Dlaczego nie chcecie mieć dziecka” opisuje trudną drogę do rodzicielstwa Ani i Jacka. Zaczęli od zakochania, pełni szczęścia i pewności, że chcą założyć rodzinę. Później pojawiła się diagnoza, klinika leczenia niepłodności, depresja Ani, dni przeleżane w łóżku i przepłakane noce. Był gabinet psychiatryczny, “dobre rady” bliskich, nietaktowne pytania dalszych, ból, strach i samotność. Swoje szczęście znaleźli zupełnie gdzie indziej, niż się spodziewali. Zagościło w ich życiu po telefonie z ośrodka adopcyjnego.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zobacz też: Gdy wygrała walkę z niepłodnością postanowiła zostać… dawczynią macicy!

Opowieść o „staraczce”

Książka Anity Miller to portret kobiety, która zatraciła się w swoim pragnieniu bycia matką. Autorka szczerze i bez przesadnego owijania w bawałnę relacjonuje myśli, emocje i doświadczenia bohaterki, tak bardzo autentyczne, prawdopodobne i powszechne wśród kobiet leczących się z powodu niepłodności.

Ania – staraczka z powieści Miller, to młoda, realizująca się zawodowo kobieta, na którą diagnoza “endometrioza” spada jak grom z jasnego nieba. Niepłodność i słabe rokowania leczenia, cztery nieudane próby zapłodnienia in vitro kończą się depresją, myślami samobójczymi i wycofaniem z życia. W pewnym momencie, powodowana poczuciem winy i bezradnością, Ania chce nawet rozstać się ze swoim partnerem, by nie rujnować jego szans na bycie ojcem i szczęśliwe życie.

Zobacz też: Jak rozmawiać z dzieckiem o in vitro i niepłodności?

Olśnienie

Bohaterka Anity Miller tak silnie skupia się na swoim celu – zajściu w ciążę, że traci z oczu swoje pasje i inne niż macierzyństwo życiowe cele. Na przemian odzyskuje i traci nadzieję, załamuje się i staje do walki, leczenie niepłodności pochłania całą jej energię.

Któregoś dnia przychodzi do niej olśnienie, wyzwalająca myśl: “Ja wcale nie chcę być w ciąży, ja chcę mieć dziecko! Mogę adoptować dziecko!”.  

Zobacz też: Wsparcie po poronieniu – powstały dedykowane kartki okolicznościowe

Literatura terapeutyczna

Dla kobiet leczących niepłodność powieść “Dlaczego nie chcecie mieć dziecka?” może działać teraputycznie. Pozwala obserwować procesy wewnętrzne bohaterki, daje przestrzeń na porównanie ich ze swoimi własnymi przeżyciami, refleksję nad tym, co przeżywamy. Czytanie o podobnych do naszych perypetiach życiowych bohaterki pozwala nam dostrzec, na które doświadczenia mogłybyśmy spojrzeć inaczej, daje możliwość zobaczenia ich niejako z boku.

To może być doskonały punkt wyjścia do pracy nad trudnymi emocjami i pierwszy krok do odzyskania spokoju. I, co bardzo ważne, zobaczenia, że to, co przeżywamy jest też udziałem  innych kobiet, jest całkowicie normalna i adekwatną reakcją na trudną sytuację.

Nie chodzi o to, żeby koniecznie – tak, jak bohaterka – szukać szczęścia w adopcji. Raczej o to, by spokojnie przyjrzeć się jej i swoim własnym przeżyciom i wyciągnąć z tej refleksji wnioski dla siebie.

Dla osób, które nie mają doświadczenia niepłodności, ale mają bliskie osoby, które starają się o dziecko lub pracują z takimi osobami, książka Miller to szansa na lepsze wczucie się w stan umysłowy osoby w tym położeniu. A to może pociągać za sobą lepsze zrozumienie tej osoby oraz efektywniejszą komunikację i wsparcie.

E-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami znajdziesz tutaj. 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.

Gdy najmłodsi odchodzą – rola hospicjum dla dzieci

Fundacja Gajusz udziela wsparcia nieuleczalnie chorym dzieciom i ich rodzinom oraz dzieciom, które zaraz po urodzeniu zostały oddane przez rodziców do okna życia lub pozostawione w szpitalu. Kampania „Zmierzch” informuje o wyjątkowości opieki w hospicjach dziecięcych.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Wsparcie 24/7

Fundacja Gajusz prowadzi hospicjum dla nieuleczalnie chorych dzieci. Lekarze, pielęgniarki i wolontariusze Fundacji towarzyszą dzieciom i ich rodzinom w tym najtrudniejszym dla nich momencie życia, wspierają ich w trakcie choroby i śmierci dziecka.

Hospicjum działa w trzech trybach: domowym, stacjonarnym i perinatalnym. Stan zdrowia części dzieci umożliwia im przebywanie w rodzinnym domu. W takich sytuacjach wystarczajacym rozwiązaniem jest pomoc dochodząca. Lekarze, pielegniarki i wolontariusze Fundacji zjawiają się na telefon w domu malucha, by udzielić mu fachowej pomocy. Jeśli stan dziecka jest ciężki,  mimo to dziecko pozostaje w domu, pracownicy i wolontariusze Fundacji spędzają czas w domu dziecka i wspierają je nieprzerwanie tak długo, jak to konieczne.

W hospicjum stacjonarnym Fundacji Gajusz mieszka kilkanaścioro dzieci. Każde z nich wymaga specjalistycznej opieki medycznej, ale także czułości i bliskości. Dlatego opiekunki, pielęgniarki, lekarze i wolontariusze dbają, by miały wszystko, czego potrzebują. Jak  przyznają same pielegniarki i opiekunki: nigdy nie wiadomo, ile wspólnego czasu im zostało. Ale robią wszystko, by wspólnie z małymi pacjentami przejść przez najtrudniejsze chwile.

Kiedy dzień urodzin to dzień śmierci

Opieka hospicyjna perinatalna zaczyna się, kiedy chory maluch jest jeszcze w brzuchu mamy. Są to przypadki, w których w trakcie ciąży rozpoznano tak zwaną wadę letalną, a matka zdecydowała się donosić ciążę. Kiedy wiadomo, że dziecko nie przeżyje porodu lub umrze niedługo po przyjściu na świat i nie ma możliwości zastosowania skutecznego leczenia, lekarze, pielęgniarki, wolontariusze i psycholodzy towarzyszą rodzicom. Są z nimi od momentu diagnozy do końca ciąży i w trakcie porodu. Jeśli dziecko przeżyje, zostaje objęte całodobową opieką hospicjum domowego lub stacjonarnego.

Do tej grupy wad genetycznych należą na przykład nieprawi­dłowości chromosomowe np. trisomia 13 (zespół Patau), trisomia 18 (zespół Edwardsa), zespoły wad wrodzonych, wady wrodzone poszczególnych na­rządów lub układów, np. agenezja ne­rek, czy bezczaszkowie.

Kampania “Zmierzch” 

Właśnie o dzieciach, które umierają chwilę po urodzeniu opowiada film zrealizowany przez Fundację Gajusz w ramach kampanii. Kampania “Zmierzch” informuje o wyjątkowości opieki w hospicjach dziecięcych. Zaprosiliśmy do udziału w niej niezwykłych ochotników, którzy odczytali poruszający list mamy żegnającej nowo narodzone dziecko – piszą twórcy kampanii. Podkreślają, że skierowanie do hospicjum nie zawsze oznacza, że dzieci szybko nas opuszczą. Niektórzy podopieczni korzystają z pomocy hospicjum przez wiele miesięcy, a nawet lat. Pracownicy hospicjom mówią, że zdarzają się też cuda – niektóre dzieci udaje się wyleczyć i zostają wypisane do domu. Głosem kampanii jest Grzegorz Turnau. Jego utwór pt. „Zmierzch” stał się motywem przewodnim akcji.

Kiedy rodzina dowiaduje się, że ich maleństwo jest nieuleczalnie chore, razem przechodzimy przez zmierzch. By rozproszyć zmrok, trzeba mieć przynajmniej świeczkę. W naszym przypadku to wiedza i doświadczenie oraz profesjonalny ekwipunek, tj. leki oraz sprzęt medyczny. Ciemność będzie bolesna i przerażająca, ale światło pozwoli ją odrobinę rozjaśnić, by ostrożnie stawiać kroki w kierunku poranka   czytamy na stronie kampanii “Zmierzch”.

Pomoc psychoonkologiczna

Fundacja Gajusz zapewnia też pomoc psychologiczną dla dzieci chorujących na nowotwory i ich rodzin. Codziennie zespół psychologów pojawia się na oddziale onkologicznym łódzkiego szpitala dziecięcego, gdzie pomaga dzieciom i ich rodzinom we wszystkich szczególnie trudnych momentach: wspiera lekarzy w trakcie przekazywania diagnozy, spędza czas z rodzicami i pomaga im rozmawiać z dzieckiem o chorobie, udziela wsparcia w trakcie nawrotu choroby lub pogorszenia się stanu zdrowia dziecka.

Tuli Luli

Tuli Luli to ośrodek preadopcyjny Fundacji Gajusz. Trafiają tu niemowlęta, którymi nie mogą lub nie chcą zajmować się ich biologiczni rodzice. Pozostają z pracownikami Fundacji i wolontariuszami do momentu znalezienia rodziny adopcyjnej. Dzieci czują się w Tuli Luli jak w domu – śpią w sypialniach, o których wystrój zadbali projektanci. Żadne dziecko ani przez chwilę nie czuje się samotne, każdy podopieczny Fundacji ma swojego opiekuna i wolontariuszy, chętnych do tulenia, przewijania i zabaw. W razie potrzeby, na przykład w przypadku wcześniaków, dziećmi zajmuje się również fizjoterapeuta i logopeda.

Wychowawców i podopiecznych ośrodka Tuli Luli poznasz oglądając [WIDEO].

By wesprzeć działania Fundacji Gajusz i pomóc dzieciom można: Przekazać 1% podatku na rzecz Fundacji, Wpłacić darowiznę, Zostać wolontariuszką/wolontariuszem Fundacji [klik]

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.