Przejdź do treści

Poznaj perspektywę dorosłego już mężczyzny, który był adoptowany: „Adopcja jest darem”

Dorosły, który był adoptowany

Rozmawiając o adopcji często skupiamy się głównie na perspektywie dziecka. Zapominamy przy tym, że za kilka-kilkanaście lat będzie to już dorosły człowiek, który wejdzie w życie z ogromnym bagażem doświadczeń. Kamil jest jedną z takich osób – w rozmowie z nami mówi otwarcie o swoich przeżyciach i dzieli się tym, co widzi jako dorosły już mężczyzna.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Wywiadów z osobami, które były adoptowane, nie uda nam się raczej znaleźć w popularnych programach rozrywkowych. Rzadko są one tematem z okładek, nie stanowią płaszczyzny debaty społecznej. Znacznie częściej tego typu dyskusje, wspomnienia, wparcie znajdziemy w internecie. Tak też poznaliśmy Kamila Jankowskiego, który na jednym z for dzieli się swoim doświadczeniem. Jaki jest jego punkt widzenia, czego obecnie poszukuje i co myśli o niektórych kwestiach związanych z adopcją? Oto rozmowa o trudnościach i darach, na które warto spojrzeć z tej perspektywy.

„Urodziłem się jako Marek przed dwudziestoma dwoma laty. Jestem jednym z jedenaściorga porzuconych dzieci. W sumie było nas jednak trzynaścioro, ale najstarsza, przyrodnia siostra, pozostała ze swoją matką, a najmłodszy z braci zmarł. Uporałem się już w dużej mierze z odkrywaniem swojej tożsamości i jestem po pierwszej rozmowie z biologiczną matką. Poznałem także większość rodzeństwa. Mówmy o adopcji! Rozmowa daje najwięcej!” – fragment jednego z wpisów Kamila.

To co widać w pana wypowiedziach, to mocne zaangażowanie. Zastanawiam się, czy taka potrzeba była w panu od zawsze, czy może jest to jakiś etap, który się dopiero pojawił?

Kamil Jankowski: Zaangażowanie wynika zawsze z tego, co akurat dzieje się w moim życiu prywatnym. Nawiązałem teraz kontakt z matką biologiczną, co spowodowało wejście na fora internetowe o podobnej tematyce. Dzielę się tam informacjami, które uważam za ważne. Może w jakiś sposób uda mi się pomóc matkom adopcyjnym, może coś z mojego punktu widzenia okaże się przydatne. Wiadomo – dzieci odbierają różne sytuacje inaczej, inaczej widzą je rodzice. Nie wiem czy umiem cokolwiek podpowiedzieć, ale parę pań napisało do mnie wiadomości prywatne.

Myślę, że perspektywa osoby dorosłej, która przeżyła doświadczenie adopcji, jest niezwykle cenna. Co jest zatem według pana najważniejszą kwestią, którą chciałby pan takim rodzicom przekazać?

Przede wszystkim, że warto. Warto zdecydować  się na adopcję, bo jak ja to nazywam – jest ona darem. Nie każde dziecko ma taką szansę, wiele z nich zostaje w domach dziecka. Jeden z moich braci też został, nigdy nie był adoptowany i rodziny nie ma w ogóle. Zainteresowanie dzieckiem jest ogromnym darem.

Myślę też, że ważne są późniejsze rozmowy. Najgorszym okresem na dowiedzenie się o adopcji jest okres dojrzewania. Zachodzą wtedy zmiany w organizmie i psychice.  Ja o swojej adopcji wiem od zawsze. Już kiedy byłem małym dzieckiem mama zaczynała ze mną rozmawiać na ten temat. Kiedy pytałem jej, jak to robiła, odpowiadała: „Po prostu mówiłam. Nie wiedziałam nawet na początku czy to do ciebie dociera, ale od zawsze ten temat był”.

Czyli szczerość od najmłodszych lat?

Tak, szczerość. Trzeba rozmawiać, nie można tego zataić. To jest najgorsze. Dziecko czuje się wtedy oszukane, że musiało żyć w niewiedzy. Pomaga to też uniknąć wielu nieprzyjemnych sytuacji społecznych, czy szkolnych. U mnie był problem, gdy jedna ze znajomych „wygadała się”. Gdyby nie to, że wiedziałem o adopcji, mogłoby to być niezwykle trudne doświadczenie.

Domyślam się, że adopcja jest doświadczeniem, które na różnych etapach życia jest inaczej odbierane. Jakie zmagania pojawiają się teraz, już w pana dorosłym życiu?

Dzisiaj, kiedy sam jestem przed założeniem rodziny, myślę na przykład o tym, czy powinienem powiedzieć o adopcji swoim dzieciom. Może powinienem to zachować dla siebie? Jestem bardzo zżyty z rodziną adopcyjną i nie wiem, jak moje dzieci mogłyby na nich reagować. Wiem, że dużo zależy od tego, jak ja je wychowam, ale czy na przykład nie odrzucą dziadków adopcyjnych? Czy nie podejdą do tego na zasadzie: tata był adoptowany, więc to nie jest nasza rodzina? Bardzo nie chciałbym żeby tak to wyszło.

Wciąż zmagam się też z pewną niewiedzą i staram się to powoli odkrywać. Myślę jednak, że nigdy nie dowiem się wszystkiego.

Potrzeba „szukania siebie” jest naturalna u każdego człowieka, chociaż rzeczywiście w sytuacji adopcyjnej może być mocno utrudniona.

Mój ojciec biologiczny nie żyje, a matka jest po dwóch udarach. Rozmawiając z nią widziałem, jak wiele rzeczy pozapominała. Nie może już wielu sytuacji połączyć w logiczną całość, co jest zapewne skutkiem choroby. Naprawdę mnóstwa rzeczy nie mogę się dowiedzieć… Staram się urzędowo, ale to też jest utrudnione. Nasze prawo jest dziwne. Jako osoba adoptowana nie mogę dowiadywać się o korzeniach, bo prawnie jestem osobą obcą dla swojej rodziny biologicznej.

Pojawił się pomysł, że jeżeli dzieci nie idą do jednej rodziny adopcyjnej, to rodzice mają obowiązek utrzymywać kontakt między sobą. Nie wiem w sumie, czy takie decyzje zapadną, ale myślę, że to jest bardzo dobre. U nas rodziny takiego kontaktu nie utrzymywały, nie wiedziały co działo się z każdym z dzieci. Moja mama mówiła, że było nas siedmioro, a okazało się być więcej. Nawet tego nie wiedziała…

Rozumiem, że pojawiła się w panu potrzeba poznania swojej genezy.

Pojawiła się mniej więcej około 16-tego roku życia. Sam zdecydowałam jednak, że ruszę to dopiero po maturze. Często działam przy tym impulsywnie. Gdybym za bardzo rozmyślał, to może bym się na tego typu kroki nie zdobywał. Z dani na dzień decyduję się na takie działania, jak chociażby telefon do matki, który dostałem od urzędnika. To był impuls. Wciąż jednak jest to trudne, chociaż obecnie odbieram to już bardziej jako historię właśnie. Mniej już w tym wszystkim emocji.

Niewątpliwie są to jednak doświadczenia mocno wpływające na budowanie własnej tożsamości.

Wiadomo, że ta tożsamość gdzieś się po drodze zagubiła. Człowiek nie wie tak naprawdę kim jest. Niby jest wychowywany w rodzinie adopcyjnej i to właśnie z nimi się identyfikuje. Nie do końca wiadomo jednak co było wcześniej, skąd pochodzi, kim jest. Ludzi interesują też na przykład takie sprawy, jak skłonności do chorób. Kiedyś poszedłem do lekarza i zapytano mnie, czy w mojej rodzinie był nowotwór, a ja nic przecież nie wiem. Nie umiem nic na ten temat powiedzieć.

Są to być może ciekawostki, ale kiedy po wielu latach poznałem rodzeństwo, widzę u nas chociażby podobne zainteresowania. Wszystko się tu ze sobą łączy, dlatego warto jest się dowiadywać. Inaczej bardzo to człowieka męczy. Zająłem się tym teraz i może uda mi się ułożyć pewne sprawy przed założeniem rodziny.

A czy rozumie pan ludzi, którzy nie chcą wchodzić w tego typu poszukiwania i wracać do swojej przeszłości?

Myślę, że tak. Jest to chyba jednak kwestia nastawienia. Jeden z moich braci, w okresie dojrzewania, nie mógł pogodzić się z całą sytuacją i w końcu rodzice adopcyjni musieli zawieźć go do matki biologicznej. Niestety został przez nią źle potraktowany. Od tamtego czasu, ani nie chce rozmawiać na ten temat, ani mieć kontaktu z rodzeństwem. Wyparł to ze swojego życia.

Myślę też, że wiele zależy od podejścia rodziców adopcyjnych i tego, co dziecko od nich słyszy. Jeśli słyszało negatywne rzeczy, to nie chce do tego wracać i odsuwa się. Moja mama nigdy nie mówiła źle. Mówiła raczej, że nic nie wie. Myślę jednak, że niechęć do tego typu poszukiwań zawsze ma jakieś podłoże.

Czy z pana perspektywy warto byłoby więcej mówić publicznie o różnych aspektach adopcji, czy może jest to według pana temat wystarczająco obecny w świadomości społecznej?

Wydaje mi się, że zawsze warto rozmawiać. Odczuwam, że adopcja nadal jest w społeczeństwie niezrozumiana. Nadal niektórzy mówią: „O, to jest obce dziecko”. Osobiście nigdy czegoś takiego nie usłyszałem w rodzinie, ale wiem, że takie sytuacje się zdarzają.

Myślę, że te rozmowy są potrzebne między innymi w szkołach. Podczas mojej edukacji w ogóle się z takim tematem nie spotkałem. Uważam, że warto byłoby mówić chociażby ze względu na zwiększenie otwartości wśród dzieci. Być może one też w przyszłości chciałyby pomóc i zainteresować się adopcją.

Mówił pan o tym, że relacja z pana rodzicami adopcyjnymi jest pozytywna. Zastanawiam się, co jest jej największą siłą? Co może dać ona dorosłemu już człowiekowi?

Co jest siłą? Siłą naszej relacji jest głównie szczerość i więź, która wywiązała się bardzo szybko. Jest między nami uczucie, naprawdę jesteśmy związani. I to nie tylko rodzice, ale cała moja rodzina – dziadkowie, ciotki. Nikt nigdy o tym nie mówił, ale wszyscy odbierali adopcję bardzo naturalnie. A co może to dać na przyszłość? Przede wszystkim buduje wartość człowieka. Dziecko, pomimo tego, że zostało kiedyś odrzucone, niechciane, to jednak jest dla kogoś ważne. Na pewno pomaga to budować poczucie własnej wartości.

Powiedział pan też, że jest przed momentem założenia swojej rodziny. Czy doświadczenie adopcji może w jakiś sposób wpłynąć na pana wizję rodziny?

To, o czym myślałem, to wspomniany już temat ewentualnej rozmowy z moimi dziećmi. Dochodzę jednak do wniosku, że chyba warto by było. Na moim przykładzie dzieci będą mogły też lepiej zrozumieć innych ludzi. Myślę jednak, że adopcja sama w sobie w żaden sposób nie wpłynie na moje relacje rodzinne.

Jest to jeden z dylematów, który nie pojawia się u dzieci wychowywanych przez biologicznych rodziców. Czy widzi pan jeszcze jakieś różnice?

Uważam, że początkowo dziecko rzeczywiście może mieć poczucie, że jest w pewnym sensie gorsze. W chwili obecnej już żadnych różnic nie zauważam, nawet gdy myślę o kuzynostwie, które jest biologiczne – nasz wspólny rozwój wyglądał tak samo.

Jestem ciekawa pana planów. Czy chciałby pan rozwijać swoje zaangażowanie w sprawy adopcji właśnie chociażby w kierunku pomocowym?

Chciałem kiedyś studiować psychologię, czy resocjalizację. Mógłbym być wtedy  bliżej ośrodków adopcyjnych i domów dziecka. Pojawiła się jednak we mnie wątpliwość, czy warto.  Zawsze wracałbym do własnej sytuacji, a nie wiem czy nie lepiej byłoby się od tego oderwać. Chociaż i tak się człowiek nie oderwie już do końca życia… Jeśli jednak mogę z kimś o tym porozmawiać i cokolwiek podpowiedzieć, chętnie to robię.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

„To jest jak hazard”. Rozmowa o in vitro, adopcji i macierzyństwie z Izą, autorką „Krótkiego Bloga”

Blog o niepłodności
Iza zaczęła prowadzić bloga w najtrudniejszym dla niej okresie niepłodności – fot. Pixabay

Z Izą, autorką krótkiblog.pl, najbardziej poruszającego bloga o niepłodności, o jej drodze do macierzyństwa, rozmawiała Jolanta Drzewakowska.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Izo, poznałyśmy się osobiście kilka lat temu. Miałam wrażenie, że jesteś zmęczona, zrozpaczona i nierozumiana. Zmieniałaś pracę. Jak się wtedy czułaś, pamiętasz?

Byłam wtedy w samym środku czarnej dziury. Bez skutku robiłam monitoring za monitoringiem, transfer za transferem, całe życie podporządkowałam leczeniu. Co miesiąc wielka nadzieja zmieniała się w wielką rozpacz.

W pracy nikomu nie mówiłam o swoich problemach, ale co chwilę brałam zwolnienie, patrzyli na mnie podejrzanie. Nic się wtedy nie układało dobrze. Byłam chomikiem biegnącym w kole i nie widziałam wyjścia z tego koła. Dziś jestem daleko od tamtego miejsca.

Prowadzisz swój blog anonimowo – dlaczego? Czy w staraniach o dziecko jest coś tak intymnego? Czy dlatego, że można być całkowicie szczerym? Czy chodziło o jeszcze coś innego?

Odwracam drugie pytanie – a co nie jest intymne w staraniach o dziecko? Przecież to się jednak dzieje między rozłożonymi nogami… Nie jestem pruderyjna, ale in vitro zastąpiło nam kolację przy świecach i łóżko. Nasze starania o dziecko działy się na oczach i z pomocą personelu kliniki. To wystarczająco odebrało nam intymność.

Blog zaczęłam prowadzić jako pamiętnik w najtrudniejszym okresie niepłodności, na samym początku, gdy cała się temu sprzeciwiałam. Byłam rozżalona, nie chciałam o blogu powiedzieć nawet mężowi, żeby się nie martwił, w jak złym stanie jestem. Musiał być anonimowy i takim pozostał.

Pytasz, czy można być całkowicie szczerym. A jak piszesz swój pamiętnik, to jesteś w nim nieszczera? Zawsze bez cenzury rozgrzebywałam dobre i złe uczucia, anonimowość mi w tym pomagała, bo tych złych uczuć pod nazwiskiem zwyczajnie się wstydziłam. To było proste, póki nikt bloga nie czytał. Z czasem musiałam wziąć odpowiedzialność za swoje słowa, aby nikogo nie zranić, ale szczerości nie ubyło. Może delikatniej się wyrażałam.

Zobacz też: Blogerki piszące o niepłodności. Dlaczego dzielą się z innymi swoimi doświadczeniami?

Czy ktos kiedyś rozpoznał, że Iza z bloga to Ty?

Pewnie niejedna osoba, bo w pewnym momencie przestałam tak chorobliwie chronić anonimowość i na blogu zostawały drobne ślady, które pozwalały mnie namierzyć. Ale czytelniczki bloga to wyjątkowa społeczność, bardzo lojalna i empatyczna, nikt nigdy nie wykorzystał tego przeciwko mnie.

Raz zdarzyła się dziewczyna, która mnie zidentyfikowała i zaczęła w komentarzach podawać moje dane. Zmieniała co chwilę adres e-mail, nie byłam w stanie założyć filtra, aby system sam usuwał jej wypowiedzi. Wiesz, jak to się skończyło? Dziewczyny ją „zjadły”. Czekała na oklaski za swoje śledztwo, a dostała za swoje wypowiedzi po głowie od innych komentujących. W końcu odpuściła.

Ile lat staraliście się o dziecko?

Od momentu, kiedy padło naiwne hasło „zróbmy sobie dziecko”, do jego pojawienia się w domu minęło osiem lat.

Co było w tych staraniach najtrudniejsze?

Najtrudniejsze było nie samo in vitro, a początek leczenia. Wymówienie słowa „niepłodność” na głos. Decyzja o wizycie w klinice. Pierwsza inseminacja i pierwsza porażka. Byłam wtedy bardzo niepogodzona z moją historią.

Nie lubiłam przez to siebie, nie akceptowałam tego, co się dzieje, kim jestem. Na widok matki z dzieckiem potrafiłam rozpłakać się w autobusie pełnym ludzi. Myślę, że do leczenia trzeba się przygotować nie tylko fizycznie, ale także psychicznie, a na to prawie nikt nie ma pieniędzy i czasu. W tej kolejności właśnie: pieniędzy i czasu.

Bardzo trudne były też straty. Comiesięczna strata nadziei, utrata jednej ciąży, potem drugiej. Ale te utraty nie czekają na każdą niepłodną parę. A początek leczenia czeka na każdą z nich.

Zobacz też: Czy niepłodność może mieć dobre strony? Odpowiadają blogerki

Rozmowa z Tobą ukaże się w walentynkowym numerze magazynu. Muszę więc zapytać o Ciebie i Twojego męża. W jaki sposób przeszliście przez tak długi czas niepłodności, a w końcu bezpłodności?

Właśnie wtedy, gdy działo się to „najtrudniejsze w staraniach”, na początku leczenia, mogło się zdarzyć to najstraszniejsze. Rozżalenie i koncentracja na własnym nieszczęściu – w takich chwilach na próbę wystawione jest małżeństwo.

Mamy za sobą kryzys. Byliśmy o krok od rozstania, ale jedno nie wyobraża sobie życia bez drugiego i za wszelką cenę postanowiliśmy uratować to małżeństwo. Milion godzin rozmów oraz świadomość, że nic nie jest dane raz na zawsze sprawiły, że jesteśmy znacznie silniejsi jako para.

Finalnie lata starań o dziecko bardzo nas do siebie zbliżyły.

Co z jego strony było dla Ciebie najważniejsze, co najbardziej doceniałaś w jego zachowaniu?

Przez cały okres starań byliśmy w tym razem po uszy. Mąż był bardzo aktywnym pacjentem kliniki, choć problem tkwił po mojej stronie i w zasadzie nie musiałby się angażować. Poza tym, przez lata starań, był i nadal pozostał moim najlepszym przyjacielem.

Jak nikt inny rozumiał, co się dzieje, co czuję. Zawsze był tak blisko mnie, że potrafił czuć to samo. Gdy zdarzały nam się te niemieszczące się w sercach straty, nikt nie potrafił znaleźć lepszych słów niż mąż. Nie zastąpiłby go żaden psycholog.

Poza tym nasze życie nie było usłane przecież samymi smutkami. To bardzo pogodny człowiek, który potrafi cieszyć się drobiazgami. Mam dzięki niemu dobre życie, nauczył mnie dostrzegać dobre rzeczy w nawet w trudnych chwilach.

Z tego co pamiętam, nie wszystkim znajomym mówiłaś o swoich staraniach. Czy to później się zmieniło?

O staraniach wiedziało trochę znajomych i rodzina, ale całe środowisko współpracowników, z którym de facto spędzasz najwięcej czasu, nie miało pojęcia o niczym.

To się długo nie zmieniało z prostego względu – ludzie zwykle nie wiedzą, co powiedzieć, kiedy słyszą o in vitro, o poronieniach. Współczują, ale są skrępowani i nie są w stanie tego zrozumieć, jeśli sami przez to nie przeszli.

Nie widziałam powodu, aby o tym rozmawiać, aby być postrzegana przez pryzmat niepłodności i aby zapadała krępująca cisza. Nie chciałam ani współczucia, ani braku zrozumienia. Jednocześnie było to trudne – przez lata starania o dziecko zdominowały moje życie i to był dla mnie najważniejszy temat, w pracy zaczęłam uchodzić za milczka, ponuraka.

Zobacz też: Jak zachować optymizm w staraniach o dziecko? Radzą blogerki piszące o niepłodności

Kiedy zdałaś sobie sprawę: „biologicznego dziecka nie będę miała”?

Nigdy. Niestety taka pełna świadomość nie pojawia się nagle, a może nawet nie pojawia się nigdy. Robisz to in vitro, transfer za transferem, bo w końcu musi się udać, innym się przecież udaje.

Teraz wiem, że to jest jak hazard, grasz do ostatniej monety, a potem na kredyt, grasz póki nie wygrasz. Nie możesz przestać, cały czas dajesz sobie szansę. Gdybyśmy pewnego dnia doznali olśnienia, że nigdy nie będziemy biologicznego dziecka, wszystko byłoby łatwiejsze, a proces adopcyjny na pewno zaczęlibyśmy dużo wcześniej.

Tak się nie stało. Po dziewięciu transferach wcale nie przestaliśmy wierzyć, że kolejnym razem nie zajdę w ciążę. Zaczęliśmy jednak myśleć, że to nie jest nasza droga, tak się nie da żyć, trzeba wysiąść z tego koła dla chomików.

Czy wtedy zaczęliście myśleć o adopcji? Które z Was zaczęło ten temat?

O adopcji myśleliśmy już kilka lat wcześniej. Od zawsze była to dla nas alternatywa tak samo akceptowalna jak in vitro, nikt nie musiał nikogo przekonywać.

Pamiętam Twój tekst, w którym zastanawiałaś się, czy konieczne jest zakończenie leczenia, aby rozpocząć proces adopcyjny. Wydawało Ci się wtedy, że adopcja nie musi wykluczać leczenia. Jak na to patrzysz z obecnej perspektywy?

Wtedy myślałam o sobie i o własnym interesie. Czułam, jak ucieka mi czas i chciałam zwiększyć swoje szanse. Swoje, nie dziecka. Proces adopcyjny całkowicie zmienił moje myślenie.

Podczas wielu godzin rozmów z psychologami z ośrodka adopcyjnego zrozumiałam, że chodzi o dobro tego małego człowieka, a nie o własne szanse.

Dziś nie napisałabym takiego tekstu. Rozumiem jednak pary, które startują do ośrodków adopcyjnych, nie mając uregulowanych spraw z leczeniem. Na szczęście zwykle ich nieprzepracowana żałoba wychodzi podczas rozmów i są odpowiednio prowadzeni przez adopcyjnych psychologów.

Zobacz też: Jak przygotować się do leczenia niepłodności? Zobacz porady blogerek!

Czym zaskoczył Was proces adopcyjny? Przygotowania, formalności, czas trwania? Czy jeszcze coś innego?

Formalności oczywiście trochę było. W tym ciekawe, np. pierwszy raz w życiu siedziałam na kozetce u psychiatry, aby zdobyć zaświadczenie o braku przeciwwskazań do adopcji. Dla mnie problemem było także zdobycie opinii do adopcji od pracodawcy, bo nie znał on moich planów i nie zamierzałam się nimi dzielić.

W ośrodku adopcyjnym jednak pracują normalni ludzie i udało się to jakoś obejść. Poza tym papiery załatwiasz w biegu przez kilka tygodni i nie budzi to większych emocji. Po krótkim czasie już nie pamiętasz o takich drobiazgach.

Dla mnie największym i najmilszym zaskoczeniem było to, ile przyjemności sprawia mi ten proces. Myślałam, że do ośrodka trzeba (!) chodzić, a tymczasem do ośrodka chciałam (!) chodzić. W naszym ośrodku panuje wspaniała atmosfera. Między nami a prowadzącymi było dużo zaufania i życzliwości. Lubiłam te spotkania.

Jak emocjonalnie przechodzi się przez proces: już się nie leczę – adoptuję?

Duża ulga. Okazało się – sama byłam zaskoczona – że całkowicie odnajduję się w procesie adopcyjnym, mocno wczuwam w ten temat.

W trakcie przygotowań do adopcji przeżyłam wiele pięknych emocji, wiele razy popłakałam się ze wzruszenia. O ile idąc do ośrodka nie do końca wierzyłam w siebie jako matkę adopcyjną, o tyle proces adopcyjny obudził we mnie adopcyjną lwicę. 

I nagle styczeń 2018 roku, bardzo krótki wpis: „3-1miesięczny. Zdrowy. Piękny. Mamy synka. To już”. Jaki on jest? Ten syn. Długo czekaliście na ten telefon?

Od momentu pierwszego spotkania w ośrodku adopcyjnym – 3,5 roku. Od ukończenia szkolenia i zdobycia kwalifikacji – rok. Minęło jak z bicza strzelił.

Nasz syn jest – proszę inne mamy o wybaczenie – najwspanialszym chłopcem na świecie. Wyzwolił w nas uczucia, których nie znaliśmy. Jest bystrym i bardzo czułym maluszkiem. Zastanawiam się, co Ci powiedzieć, żeby nie spłycić tej laurki. To nie my go uczymy miłości, a on nas.

Zobacz też: „Dzięki temu, że jestem tak uparta i nie odpuszczam, mam synka”. Blog o niepłodności „Matka mimo wszystko”

Jak rodzina i znajomi przyjęli decyzję o adopcji (reakcje na blogu widziałam, więc nie pytam:)? Kiedy im powiedzieliście?

Rodzina i bliscy znajomi należą do grona osób, które na bieżąco wiedziały o wszystkim, znali naszą decyzję chwilę po tym, jak podjęliśmy ją między sobą.

Dostaliśmy duże wsparcie, pełną akceptację. Zwłaszcza wsparcie rodziców jest ważne w procesie adopcyjnym, bo ich akceptacja to aprobata dziecka przez dziadków. My mamy to szczęście, że wnuk został powitany z olbrzymim entuzjazmem. Był długo oczekiwany. Wszyscy nasi bliscy podeszli do synka bez najmniejszych uprzedzeń.

Jak Ci jest z macierzyństwem? Czy spodziewałaś się właśnie tego, co się dzieje? Co jest najpiękniejsze?

Szczerze mówiąc, dawniej wyobrażałam sobie, że jak już będę miała ten rok macierzyńskiego, to nauczę się porządnie angielskiego i przeczytam stertę zaległych książek.

Na początku byłam znacznie bardziej nieporadna niż moje 3-miesięczne dziecko. Potrzebowałam trochę czasu, żeby poczuć się pewniej jako matka i co chwilę nie sprawdzać w Internecie rozmaitych głupot, np. „dlaczego dziecko ściąga kapcie?”. W końcu zaufałam swojej intuicji, i synkowi też, od tego momentu zaczęłam tak naprawdę cieszyć się tym macierzyństwem, a nie stresować wszystkim naokoło.

Co jest najpiękniejsze? Ile masz dla mnie miejsca w gazecie? Zmieszczą się te wielkie mokre pocałunki synka w mój wielki nos? Zmieszczą się jego paluszki zaciśnięte na moim palcu podczas zasypiania? Zmieści się maluch wtulający się z całych sił w ramiona? Jego bezgraniczne zaufanie, gdy zsuwa się z parapetu, bo wie, że go złapię? Jego całkowicie niewinna i bezinteresowna miłość?

A za co teraz cenisz swojego męża, już ojca?

Mojego męża poznałam z nowej strony. Ma genialny kontakt z synem, mimo że wraca późno z pracy i mają dla siebie mało czasu. Jeszcze nie zdąży zdjąć kurtki, a już bawi się z dzieckiem. Obaj lgną do siebie bardzo.

Mąż kompletnie oszalał na punkcie syna. To jest fascynujące, jak dorosły facet łatwo wchodzi w świat małego chłopca, jak sam zamienia się w małego chłopca. Cenię go bardzo za to, jaką bliskość potrafił stworzyć z dzieckiem.

Zobacz też: Mamo, poczytaj mi o tym skąd się wzięłam – jak rozmawiać z dziećmi o adopcji?

Jak przebiegły pierwsze święta z dzieckiem? Przyszedł przed Wielkanocą, ale czy odczułaś Boże Narodzenie z dzieckiem jako bardziej magiczne? Jeśli tak, to na czym ta magia polega?

Synek trafił do nas przed Wielkanocą. Mieszkamy daleko od rodziny i to właśnie na Wielkanoc pierwszy raz spotkaliśmy się wszyscy razem. Przeżyliśmy to wszyscy z dużym wzruszeniem. Wbrew moim obawom, w tłumnej rodzinie szybko odnalazło się też dziecko.

Do rodziny staramy się wyjeżdżać jak najczęściej, mały świetnie zna dziadków i przyjazd na Boże Narodzenie nie był już tak niezwykły jak ten na Wielkanoc.

Co do Bożego Narodzenia powinnam teraz powiedzieć, że to były najbardziej magiczne święta w moim życiu, ale kusi mnie, żeby powiedzieć prawdę. Synek był chory, do tego ząbkował i całe magiczne święta przepłakał nam na rękach…

Jak patrzysz na to z perspektywy kilku lat, to co Ci dało pisanie bloga?

Blog to jedna z najlepszych rzeczy, jaką dała mi niepłodność. Na początku miał być dla mnie wyłącznie autoterapią, ale nagle stał się miejscem spotkań świetnych ludzi, których może dużo dzieli, ale łączy wspólnota doświadczeń. Dzięki blogowi zrozumiałam, że nie jestem sama na świecie ze swoim cierpieniem i problemami. Potem dołączały kolejne kobiety, które dotąd także nie miały gdzie podzielić się swoją historią.

Kiedy tego najbardziej potrzebowałam, dostałam olbrzymie wsparcie od kobiet podobnych do mnie. Możliwe, że blog uchronił mnie przed depresją, a na pewno pomógł mi podnieść się z kolan, otrzepać z kurzu, wypiąć pierś do przodu i iść dalej. Co więcej, ta rzesza kobiet w ten sam sposób wspierała się nawzajem. Setki osób pocieszało tutaj setki innych osób, kibicowało, troszczyło się, trzymało kciuki za starania.

Już dawno przestałam cierpieć z powodu niepłodności, ale blog, mój nałóg, był jak regularne spotkania z gronem bliskich znajomych. Wiesz, co zrobiły dziewczyny z bloga? Jeszcze zanim zadzwonił ten telefon z ośrodka adopcyjnego, skrzyknęły się w sekrecie przede mną, zorganizowały wyprawkę i prezenty dla dziecka, jakich sama nigdy bym nie wymyśliła. Dostałam od nich rzeczy dla dziecka, jeszcze zanim ono się pojawiło. Popłakałam się wtedy, stałam nad kartonem z książeczkami, zabawkami, ubrankami i płakałam ze wzruszenia. Podobnie zachowały się, kiedy pojawił się w domu syn.

Dziewczyny z bloga są bardzo obecne w moim życiu każdego dnia, chociaż większości z nich nigdy nie spotkałam. Nigdy wystarczająco nie zdołałam im za to podziękować.

A co Ci daje teraz?

Na macierzyństwie blog ucierpiał chyba najbardziej, bo najzwyczajniej w świecie brakuje mi czasu, żeby z podobnym impetem pisać i uczestniczyć w życiu dziewczyn. Żałuję tego bardzo. Piszę mniej, raczej czytam rozmowy czytelniczek tuż przed zaśnięciem.

Ale spotkałam tam wspaniałe kobiety i znalazłam kilka bezcennych przyjaźni. Widujemy się, dzwonimy do siebie, planujemy razem wakacyjny urlop. Wirtualny blog niepostrzeżenie stał się realną częścią mojego życia.

Blog Izy znajdziesz TUTAJ

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawniczka i coach. Matka dwójki dzieci.

Mamo, poczytaj mi o tym skąd się wzięłam – jak rozmawiać z dziećmi o adopcji?

Mamo, poczytaj mi o tym skąd się wzięłam - jak rozmawiać z dziećmi o adopcji?
Na polskim rynku wydawniczym pojawiło się w ostatnich latach sporo publikacji skierowanych do dzieci żyjących w rodzinach adopcyjnych. – fot.Fotolia

“A co jej powiemy kiedy zacznie pytać dlaczego nie mieszka ze swoją prawdziwą rodziną?” – wszyscy adopcyjni rodzice w którymś momencie stają przed tym problemem. Jeśli dziecko w dniu adopcji jest zbyt małe, by pamiętać biologicznych rodziców lub dom dziecka, niektórzy rodzice odkładają rozmowę do czasu, aż dziecko będzie dorosłe. Czy słusznie? Nie nam to osądzać, są różne dzieci i różne rodziny. Wiemy jednak, że wiele dzieci ma wspomnienia z domu dziecka lub rodzinnego domu, choć nie do końca rozumie, co się z nimi działo. Wiemy też, że dzieci zadają masę pytań i czują silną potrzebę zrozumienia swojej relacji z adopcyjnymi rodzicami.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Adopcja w książkach dla dzieci

Na polskim rynku wydawniczym pojawiło się w ostatnich latach sporo publikacji skierowanych do dzieci żyjących w rodzinach adopcyjnych. Pozycje te w empatyczny i dostosowany do wieku sposób pomagają dzieciom zrozumieć zjawisko adopcji i pobudki, jakimi kierowali się adopcyjni rodzice decydując się na zabranie ich do siebie. Historia opisana w książce może stać się wstępem do rozmowy o własnej historii dziecka. Większość książek skierowanych do dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym ma piękne, działające na wyobraźnię i emocje ilustracje, które ułatwiają dziecku utożsamienie się z bohaterem lub bohaterką historii.

Adoptowany kolega w klasie

Książki podejmujące temat adopcji to także wartościowy materiał edukacyjny dla dzieci żyjących w swoich biologicznych rodzinach. Adoptowane dzieci w pierwszych klasach szkoły, czy jeszcze w przedszkolu bywają wytykane palcami, traktowane jako “inne”. Starając się dojść do przyczyn takiego zachowania, często odkrywamy, że wynika ono z tego, że o adopcji z dziećmi się nie rozmawia. Słysząc, że ktoś jest adoptowany, dzieci nie wiedzą z czym mają do czynienia, nie potrafią zrozumieć sytuacji, w jakiej znajduje się ich koleżanka lub kolega. Czytając dziecku książki o adopcji, albo zachęcając starsze dziecko do ich samodzielnego czytania, sprawiamy, że dziecko dowiaduje się czegoś ważnego o świecie, staje się bardziej otwarte na innych i empatyczne.  

Zobacz też: Adopcja po polsku – raport NIK

Co czytać dziecku o adopcji?

W przypadku młodszych dzieci najlepiej sprawdzają się książki, które dają rodzicom możliwość tworzenia własnej narracji, dostosowanej do poziomu rozwoju emocjonalnego i osobowości dziecka. Duże, sugestywne ilustracje i niewielka ilość tekstu pozwalają na rozmowę z dzieckiem na temat sytuacji, które widzi na obrazkach. Dziecko uczy się w ten sposób odczytywać emocje bohaterów historii i zaczyna tworzyć opowieść o swoim doświadczeniu. Takie możliwości daje Rebecca Elliott w książeczce “Dziewczynka z ZOO”.

Książeczka Agnieszki Frączek “Jeśli Bocian nie przyleci, czyli skąd się biorą dzieci” to wesoła, wzruszająca historia pisana wierszem. Opowiada o poszukiwaniu upragnionego malucha, wielkiej radości ze spotkania z dzieckiem i pełnej miłości rodzinie adopcyjnej. Zresztą, zobaczcie fragment i oceńcie sami:

„Wreszcie tata rzekł: – Kochanie….

Jest też inne rozwiązanie.

Nie mogliśmy sprawić sami,

by maluszek był tu z nami,

ale go kochamy przecież!

Może on już jest na świecie?

Tak jak w bajkach – hen, daleko

za górami i za rzeką..?

Trzeba tylko go odnaleźć”.

Dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym odpowiednia będzie książka Katarzyny Kotowskiej “Jeż”. Opowiada historię chłopca z domu dziecka, który zostaje adoptowany przez parę od dawna planującą powiększenie rodziny. “Jeż” to opowieść o przełamywaniu nieufności i strachu, budowaniu zaufania i miłości.

Zobacz też: Czy rozumiesz swoje adoptowane dziecko?

Książki o adopcji dla rodziców

Rodzicom adopcyjnym, również tym, którzy dopiero zastanawiają się nad adopcją, krążą po głowie setki pytań i obaw, o których nie koniecznie chcą i potrafią rozmawiać. Pomocne w przełamywaniu lęku i otwieraniu się na rozmowę na temat własnych przeżyć może okazać się poznanie historii ludzi, którzy zdecydowali się wychowywać adoptowane dziecko.  

Ciekawą pozycją jest “Będziesz moim wszystkim” Hanny Barełkowskiej i Aleksandry Pilimon. Autorki nie lukrują tematu, szczerze piszą o trudnościach, które spotykają adopcyjne rodziny, opowiadają o zderzeniu marzeń z rzeczywistością.

Katarzyna Kolska w “Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcji”  przytacza prawdziwe historie rodziców adopcyjnych oraz adoptowanych dzieci. Pełne emocji relacje dotyczące trudności, szczęśliwych zakończeń i dramatycznych zwrotów akcji mogą pomóc rodzicom adopcyjnym w zrozumieniu własnych uczuć i podsunąć im rozwiązania na przyszłość. Książka sprawdzi się też jako lektura dla nastolatków.

E-wydanie Magazynu Chcemy Być Rodzicami kupisz tutaj. 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.

Transkrypcja aktu urodzenia dziecka – jakie jest postępowanie w przypadku surogacji?

Transkrypcja aktu urodzenia dziecka - jakie jest postępowanie w przypadku surogacji?
Surogatka - czyli matka zastępcza, zawiera umowę z parą i godzi się na zapłodnienie in vitro oraz urodzenie dziecka tej pary. – Fot.Pixabay

Francuski sąd kasacyjny wystąpił  do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z prośbą o opinię na temat transkrypcji aktu urodzenia dzieci urodzonych przez surogatki w krajach, w których jest to legalne. Helsińska Fundacja Praw Człowieka złożyła swoją opinię prawną na ten temat, ponieważ sprawa potencjalnie dotyczy także Polski.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Co to jest surogacja?

Surogatka – czyli matka zastępcza, zawiera umowę z parą i godzi się na zapłodnienie in vitro oraz urodzenie dziecka tej pary. W zamian otrzymuje określone świadczenia finansowe w przypadku surogacji komercyjnej, albo bez wynagrodzenia, jedynie za środki na utrzymanie w przypadku surogacji altruistycznej. Najwięcej kontrowersji rodzi surogacja komercyjna, stąd też wiele krajów na świecie jej zakazuje i utożsamia prawnie “matkę” z “osobą, która urodziła dziecko”. Tak właśnie wygląda prawo we Francji i w Polsce.

Wątpliwości kogo nazwać matką dziecka pojawiają się, kiedy rodzice przyjmujący dziecko chcą dokonać transkrypcji aktu urodzenia dziecka w kraju, którego są obywatelami. Założenie jest takie, że dziecko zostało urodzone przez surogatkę w kraju, w którym jest to legalne, umowa podpisana przez rodziców przyjmujących i matkę zastępczą jest wiążąca prawnie a matka zastępcza przyjęła za noszenie ciąży wynagrodzenie.

Zobacz też: Zabieg AH na zarodkach: wskazania, skuteczność, ryzyko

Francuski Sąd Kasacyjny prosi o opinię ETPC

Zapytanie do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka to pierwszy przypadek skorzystania z protokołu 16 wprowadzonego do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka 1 sierpnia 2018 roku, który umożliwia Państwom – członkom wspólnoty zasięgnięcie opinii na temat interpretacji i wprowadzenia w życie praw i wolności określonych w Konwencji. Opinie mogą dotyczyć konkretnych spraw, które zawisły przed sądami i trybunałami państw ratyfikujących Konwencję.

Francuski sąd nie miał jasności, czy może odmówić transkrypcji aktu urodzenia i zdecydować się na wpisanie do aktu urodzenia jedynie nazwiska ojca przyjmującego dziecko, który jest jednocześnie dawcą nasienia, czyli biologicznym rodzicem. Nie jest jasne, czy ma znaczenie pochodzenie komórki jajowej, z której rozwinęło się dziecko – prawo opisuje matkę jako osobę, która dziecko urodziła, nie wspominając o DNA komórki jajowej.

Jeśli chodzi o komórkę jajową w surogacji, możliwości są trzy: w zapłodnieniu in vitro surogatki mogła być użyta jej własna komórka jajowa, komórka jajowa matki przyjmującej, albo komórka anonimowej dawczyni. Francuscy prawnicy zastanawiali się, czy matce przyjmującej należy udzielić prawa do adopcji dziecka, jeśli nie może zostać wpisana w akt urodzenia jako matka.

Wprowadzenie rozróżnienia na ciążę powstałą z wykorzystaniem komórki jajowej surogatki i komórki matki przyjmującej, oraz nadawanie  na tej podstawie praw rodzicielskich właścicielce komórki jest niebezpieczne. Potencjalnie daje możliwość ubiegania się o prawa rodzicielskie trzeciej kobiecie, która jako anonimowa dawczyni wsparła starającą się o dziecko parę i noszącą ciążę surogatkę własnym materiałem genetycznym.

Zobacz też: Bliźnięta poczęte dzięki in vitro mają dwóch ojców. Niesamowita historia niezwykłego rodzeństwa

Opinia Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka

Z opinii Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka na temat Polski, która wydana została po zgłoszeniu Francji do ETPC, dowiadujemy się, że:

  • Dziecko ma swoje prawa, nie może być traktowane przedmiotowo i karane za to, że jego rodzice podjęli taką, a nie inną decyzję dotyczącą sposobu wydania go na świat. Pytanie o legalność surogacji należy zdecydowanie oddzielić od problemu statusu dziecka, która przyszła na świat w takich okolicznościach. Prawne i etyczne wątpliwości odnośnie surogacji nie mogą szkodzić interesom dziecka.
  • Należy doprecyzować w polskim prawie kwestię surogacji, ponieważ nie jest ona nigdzie omówiona wprost, a jedynie wynika z interpretacji prawnej definicji “matki”.
  • W kwestii transkrypcji zagranicznych aktów urodzenia dzieci, które wydała na świat matka zastępcza, należy odwoływać się do precedensowego wyroku NSA, który zapadł ostatnio w Warszawie*.
  • Implementacja orzeczenia NSA jest niejasna w stosunku wszystkich par, a w szczególności w przypadku par jednopłciowych, które skorzystały z surogacji. W świetle polskiego prawa jedyną możliwą drogą jest rejestracja w akcie urodzenia ojca – dawcy nasienia, jako jedynego rodzica. Nie wiadomo jak miałaby przebiegać ta procedura w przypadku dwóch kobiet, z których żadna nie urodziła dziecka, natomiast jedna była dawczynią komórki jajowej.
  • Częściowa transkrypcja aktu urodzenia (kiedy tylko ojciec jest rodzicem, a przyjmująca matka uwzględniona w umowie z surogatką nie figuruje w akcie urodzenia) pozbawia dziecko części jego/ jej tożsamości i nie realizuje prawa dziecka do ochrony więzi rodzinnych i życia rodzinnego. Takie rozwiązanie stawia dziecko w gorszej pozycji w obliczu prawa cywilnego (dziedziczenie po matce przyjmującej) i publicznego (np. Nabycie obywatelstwa) . HFPC zwraca uwagę na to, że matka przyjmująca dziecko jest jedyną, które to dziecko pozna i w jego/jej ocenie będzie jedyną, prawdziwą matką, z którą będzie połączone silną więzią emocjonalną. Zdaniem Fundacji w Polsce potrzebne jest rozszerzenie pojęcia rodziny w taki sposób, by nie ograniczało się do biologicznego pokrewieństwa.

Zobacz też: Techniki wspomagania rozrodu na świecie – jak wygląda Polska na tle innych państw?

Precedensowy wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego – transkrypcja aktu urodzenia*

Sądy niższych instancji nie wyraziły zgody na transkrypcję hinduskiego aktu urodzenia dziecka, który zawierał dane tylko polskiego ojca. Matką biologiczną dziecka jest surogatka, która po urodzeniu dziecka, zgodnie z zawartą umową, zrzekła się do niego praw. Podstawą odmowy, w opinii sądów, było to, że akt urodzenia dziecka bez nazwiska matki nie jest zgodny z polskim prawem. Wyroki zostały uchylone przez Naczelny Sąd Administracyjny, który uzasadnił wyrok odwołując się do konwencji o prawach dziecka i konwencji o prawach człowieka. Według NSA naczelną zasadą polskiego prawa rodzinnego jest ochrona dobra dziecka oraz, że przepisy kodeksu rodzinnego i opiekuńczego w Polsce regulują zarówno stan prawny dziecka, które posiada jedno z rodziców jak i dziecka, które pochodzi ze wspomaganej prokreacji.

Zobacz opinię Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Nowy numer e-magazynu Chcemy Być Rodzicami kupisz tutaj.

 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.

Nie mogła zajść w kolejną ciążę… dziś ma SIEDMIORO dzieci!

historia adopcyjna

Amy, 36-letnia pielęgniarka, dorastała jako jedynaczka i jak wiele dzieci niemających rodzeństwa, zawsze chciała mieć dużą rodzinę. Obecnie ma… siedmioro dzieci, a sposób, w jaki stawała się ich mamą, jest wręcz historią na kilka sezonów dobrego serialu!

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Amy i jej mąż Damian przez lata starali się o kolejne dziecko. Ich bliźniaki pojawiły się na świecie niedługo po ślubie, kiedy jednak 5 lat później chcieli powiększyć rodzinę, wciąż i wciąż im się nie udawało. Zaczęli rozważać wtedy zagraniczną adopcję, oboje pracowali jednak w szpitalu i na co dzień widzieli wiele potrzebujących maluchów.

Stąd też pojawił im się pomysł zostania rodziną zastępczą, by w przyszłości mieć też nadzieję na adopcję. Kiedy w 2016 roku małżeństwo stało się licencjonowanymi rodzicami zastępczymi, ich bliźniaki miały już 12 lat, a Damian był także ojcem 20-letniego Gabriela.  

Zobacz też: Rodzina adopcyjna a rodzina zastępcza. Jakie są podobieństwa i różnice?

Nowa droga

TEN telefon otrzymali zaledwie tydzień po zakończeniu programu szkoleniowego, a w Sylwestra trafiła do nich mała Julianna. „To było jak przyniesienie do domu naszego własnego dziecka. Było to najlepsze uczucie. Tyle radości. To było tak, jak byśmy rozpoczynali nowe życie” – słowa Amy cytuje „people.com”.

Już wtedy czuli, że będą chcieli adoptować dziewczynę i w kwietniu 2017 roku tak też się stało. Co ciekawe, w tym samym miesiącu urodził się chłopiec, który nieco później także dołączył do rodziny.

Pomimo, że Amy i Damian planowali wziąć pod swoje skrzydła tylko jednego maluszka, kiedy dostali kolejny telefon, nie wahali się. Co więcej, w maju 2018 okazało się, że najmłodsze z ich dzieci będzie miało nowego braciszka.

Rodzice i tak licznej już gromadki dostali więc pytanie, czy nie zostaliby opiekunami nieurodzonego jeszcze chłopca, a wszystko po to, aby rodzeństwo miało szansę wychowywać się razem. „Potrzebowaliśmy jednego dnia, by przemyśleć zaaranżowanie przestrzeni w domu i powiedzieliśmy „tak” – opowiada Amy. Kiedy trwali więc w oczekiwaniu… znów dostali telefon!

Mała dziewczynka trafiła do ich domu w październiku, a nowo narodzony chłopczyk zaledwie 10 dni po niej. Julianna ma więc obecnie około 2 lat, jeden z chłopców jest o 4 miesiące młodszy, dziewczynka ma około 3 miesięcy, a najmłodsze z dzieci zaledwie dwa tygodnie mniej. Miała to być sytuacja tymczasowa, tymczasem teraz rodzina ma nadzieję, że już zawsze właśnie tak to będzie wyglądało! Julianna jest już oficjalnie córką Amy i Damiana, procesy adopcyjne pozostałej trójki są w toku.

Zdecydowanie bycie rodziną adopcyjną stanowi wyzwanie, w przypadku Amy i Damiana pojawiają się jeszcze dodatkowe, trudne sytuacje zewnętrzne. Dzieci różnią się kolorem skóry, co niestety nie dla wszystkich jest zrozumiałe i zdarza się, że pojawiają się niełatwe komentarze.

Amy jednak podkreśla, że kocha adopcyjne dzieciaki tak samo, jak te, które urodziła. I owszem, chciała mieć dużą rodzinę, ale nie spodziewała się, że aż tak!

Zobacz też: Poznaj Kalani i Jarani – siostry bliźniaczki o różnych… kolorach skóry!

Historia adopcyjna z happy endem

Jest to jedna z tych historii, które dają nadzieję zarówno rodzicom chcącym stworzyć rodzinę adopcyjną, jak i maluchom oczekującym na to, że ktoś zapewni im prawdziwy dom. Każdy kraj ma oczywiście inne procedury, wymagania, ograniczenia, ale podobne historie dzieją się na całym świecie – także u nas.

Na pewno jedną z nich jest doświadczenie małego Wiktora, który urodził się z zespołem Downa. Jego nowi rodzice, aby móc poznać chłopca, przejechali 2,5 tysiąca km! Marina i Erik z Kalifornii wzięli pod swoje skrzydła podopiecznego fundacji „Dom w Łodzi”. Co więcej, ich historia przypomina opisaną tu rodzinę Amy i Damiana – nowi rodzice Wiktora już przed nim mieli bowiem ośmioro dziec! [przeczytaj więcej: KLIK]! Śmiało można więc opisać to jako „happy end”.

Zobacz też: „Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – mocne słowa, które zderzają wyobrażenie z rzeczywistością

Tutaj kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło:People.com

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.