Przejdź do treści

Aaaby poznać swoje korzenie… Jak w Polsce wyglądają poszukiwania biologicznej rodziny?

Skrzynka z rodzinnymi zdjęciami /Ilustracja do tekstu: Jak w Polsce wyglądają poszukiwania biologicznych krewnych
Fot.: Roman Kraft /Unsplash.com

Jedni chcą poznać biologiczną rodzinę, by odkryć własne korzenie i zlepić swoją historię w całość. Innych popycha ku temu realna potrzeba odnowienia zerwanych więzów lub zadania pytania: „Dlaczego?”, jeszcze inni są do tego zmuszeni przez dramatyczne okoliczności. Niezależnie od powodów, które kierują poszukującymi, proces prowadzący do odkrycia własnej tożsamości jest trudny i wiąże się z niepewnością finału. Dla większości jest jednak niezbędny, by wypełnić luki swojej życiowej układanki.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zgodnie ze zniesionymi w 2013 r. zastrzeżeniami do przyjętej przez Polskę Konwencji o prawach dziecka, adoptowane dzieci mają obecnie prawo do wiedzy o swoim pochodzeniu. Mimo to uzyskanie tych danych nie jest proste: dokumenty i rejestry dotyczące adopcji są tajne. Osiągnąwszy pełnoletność, adoptowane dziecko może jednak zażądać udostępnienia podstawowych danych o swoich biologicznych rodzicach. Z badań wynika, że decydują się na to setki tysięcy osób w Polsce. Jak wyglądają ich poszukiwania utraconej tożsamości?

Zacznij od urzędu

Choć wiele osób adoptowanych deklaruje silną więź z rodziną adopcyjną, potrzeba poznania swoich korzeni prędzej czy później daje o sobie znać. Jednym wystarczy informacja udzielona przez rodziców adopcyjnych, inni zechcą pójść o krok dalej i skonfrontować się z biologicznymi krewnymi. Rzadko na początku tej drogi wiedzą, gdzie się udać. Dane otrzymane od bliskich są zwykle niepełne, co uniemożliwia poszukującym skuteczny kontakt.

Gdzie zatem skierować pierwsze kroki? Szereg poradników radzi, by udać się do właściwego urzędu stanu cywilnego. Tam pełnoletnia osoba adoptowana, uiściwszy opłatę skarbową (33 zł), powinna wystąpić o wydanie tzw. zupełnego aktu urodzenia. Podstawę prawną do uzyskania tego dokumentu daje § 15 ust. 5. rozporządzenia w sprawie szczegółowych zasad sporządzania aktów stanu cywilnego:

„Na żądanie sądu lub prokuratora albo na wniosek osoby, która wykaże interes prawny, kierownik urzędu stanu cywilnego wydaje z akt zbiorowych zaświadczenie, odpis lub potwierdzoną kserokopię dokumentów znajdujących się w tych aktach. Na wydanym odpisie lub kserokopii dokumentu zamieszcza się adnotację o celu jego wydania”.

Aby sporządzić ten dokument, urząd, w którym poszukujący biologicznych krewnych jest obecnie zarejestrowany, musi uzyskać dane znajdujące się w akcie pierwotnym (sprzed adopcji). To dzięki niemu można poznać m.in. personalia biologicznych rodziców (wraz z dawnym adresem), dane ośrodka adopcyjnego, datę i sygnaturę sprawy o przysposobienie oraz informację, w którym toczyła się ona sądzie. Sąd ten jest ważnym miejscem dla dalszych działań – właśnie w nim często kryje się ostatni ślad przedadopcyjnej historii poszukującego.

Bez obietnicy szczęśliwego zakończenia

Dysponując sygnaturą sprawy, poszukujący swojej biologicznej rodziny ma szanse uzyskać wgląd w akta procesu regulującego jego adopcję (zazwyczaj wystarczy do tego dowód osobisty i poświadczenie przysposobienia). Może w ten sposób poznać przyczyny, które stały za oddaniem go do adopcji, oraz dowiedzieć się, czy ma starsze lub równe wiekiem rodzeństwo. Jeśli zdobyte w ten sposób informacje nie będą wystarczające, można spróbować je uzupełnić, udając się do ośrodka adopcyjnego lub domu dziecka.

Musimy mieć jednak świadomość, że odnalezienie bliskich na podstawie danych uzyskanych tą drogą nie będzie wcale łatwe – w wielu przypadkach rodzice nie będą mieszkać już pod adresem wskazanym w akcie pierwotnym lub w dokumentach ośrodka adopcyjnego. Niejednokrotnie na przestrzeni lat zmienią też stan cywilny, a co za tym często idzie – nazwiska. Dalsze poszukiwania mogą wymagać kontaktu z innymi instytucjami, np. okolicznymi parafiami czy urzędami gminy. Wiele z tego, co usłyszymy, zależy od dobrej woli ich przedstawicieli.

Gdy proces ten przebiegnie bez większych komplikacji, odnalezienie biologicznych bliskich może być momentem niezwykle trudnym – zarówno dla tożsamości poszukującego, kształtowanej na podstawie doświadczeń poadopcyjnych, jak i jego kondycji psychicznej. Wiele z nas buduje w głowie przewidywany scenariusz takiego spotkania, ale rzadko ma on pokrycie w rzeczywistości. Często rodzic czy rodzeństwo okazują się osobami zupełnie różnymi od naszych wyobrażeń. Na taki scenariusz mało kto jest w stanie przygotować się samodzielnie. Przed konfrontacją warto skonsultować się z psychologiem lub osobą bliską, a ostateczne spotkanie odbyć w towarzystwie mediatora.

Jak kamień w wodę

Na trudności możemy napotkać też z powodu realnego braku jakichkolwiek śladów dawnej historii. Dzieje się tak np. w sytuacji, gdy przed laty doszło do nielegalnej adopcji – kiedy rodzice dziecka przekazali je rodzicom adopcyjnym bez pośrednictwa sądu i instytucji publicznych lub dziecko było przedmiotem handlu – wewnątrz szpitala, w którym przyszło na świat, lub poza krajem.

– Z urzędu stanu cywilnego otrzymałam zupełny akt urodzenia, ale nie ma w nim wzmianki o rodzicach biologicznych ani danych o sprawie adopcyjnej. W szpitalnym dokumencie, do którego dotarłam, widnieją zaś dane matki adopcyjnej, nie biologicznej. W tym momencie jestem w martwym punkcie, bo nie wiem gdzie i kogo szukać – pisze p. Monika*.

Dalsze samodzielne poszukiwania mogą być na tym etapie bardzo trudne i wiązać się z wielokrotnym odbijaniem się od drzwi kolejnych instytucji. Niejednokrotnie nawet największe zaangażowanie nie wystarczy, by odnaleźć biologiczną rodzinę. W patowej sytuacji są też osoby poszukujące rodzeństwa, które – podobnie jak oni sami – zostało oddane do adopcji. Przysposobione dzieci otrzymują bowiem nową tożsamość, a polskie prawo (w przeciwieństwie do tego w krajach zachodnich) nie daje możliwości ubiegania się o ich nowe dane.

Natrafiwszy na instytucjonalny mur nie do przebicia, poszukujący często postanawiają ujawnić swoją historię w mediach lub internecie. Na portalach społecznościowych, forach i w lokalnych grupach każdego miesiąca pojawiają się dziesiątki nowych wpisów, a wraz z nimi – dziesiątki nowych historii, próśb o kontakt i związanych z nimi nadziei. Zagadek jest jednak znacznie więcej niż rozwiązań.

Pomoc w poszukiwaniu biologicznej rodziny: Fundacja Zerwane Więzi

Z myślą o tym, by zmienić te proporcje i podać poszukującym pomocną dłoń, przed pięcioma laty powołano Fundację Zerwane Więzi. Prowadzi ją Bożena Łojko, którą do tego typu działalności skłoniła własna niełatwa historia poszukiwań biologicznej rodziny.

Dzięki kompleksowym działaniom, które prowadzi Fundacja, poszukujący mogą skorzystać z pomocy w dotarciu do niezbędnych danych, a także pomocy prawnej (m.in. w pisaniu wniosków do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o udostępnienie informacji z ewidencji PESEL, do domów dziecka i ośrodków adopcyjnych) i psychologicznej.

– Pomagamy w odszukaniu bliskich i ułożeniu swoich emocji – przed odnalezieniem i po odnalezieniu. Pomagamy też w zrozumieniu sytuacji, w jakiej się znalazły się osoby poszukujące – mówi Bożena Łojko.

Z takich form wsparcia skorzystało już 28 tys. osób, a 4,6 tys. z nich odnalazło poszukiwanych bliskich. Kto i kogo zazwyczaj szuka?

– Najczęściej zgłaszają się dorosłe osoby po adopcjach, osoby po domach dziecka czy rodzinach zastępczych. Zgłasza się też druga, biologiczna strona – gdy np. jedno dziecko lub kilkoro rodzeństwa pozostało przy matce – wyjaśnia Bożena Łojko.

Białe plamy w historii

Zdarza się, że powodem poszukiwań jest chęć poznania ewentualnych obciążeń genetycznych lub upewnienia się, że osoba, z którą planujemy się związać, nie jest spokrewniona z poszukującym. Takie obawy pojawiają się często pod wpływem filmów i seriali, w których nie brakuje podobnych wątków. Prezes Fundacji Zerwane Więzi przyznaje, że o pomoc proszą też biologiczni rodzice. Nie zawsze bowiem sami chcieli oddać dziecko – czasem odbierano je w sposób budzący wątpliwości (np. gdy matka była  nieletnia i nie miała zaplecza rodzinnego).

WIĘCEJ NA TEN TEMAT: Przerwane objęcia. Gdy macierzyństwo wyliczane jest w symbolicznych dawkach

Niezależnie jednak od impulsów, które stoją za rozpoczęciem poszukiwań, i strony, która je inicjuje, poznanie własnej historii jest często jak brakujący puzzel w układance. Pozwala odnaleźć cząstkę siebie w drugiej osobie, ale też poznać swoje pochodzenie i tożsamość. Taką potrzebę wyraża większość dorosłych adoptowanych osób. Pragnienia te przypominają o sobie najsilniej w święta – w czasie, który najmocniej kojarzy się z rodziną.

– Okresy świąteczne są znacznie bardziej intensywne w zgłoszenia – przyznaje Bożena Łojko.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Rozdzielanie rodzeństw – gdzie są granice adopcji?

Pomoc w poszukiwaniach biologicznej rodziny: prywatny detektyw

Osoby, które podczas swoich poszukiwań biologicznej rodziny natrafiły na szczególnie wiele niewiadomych, zgłaszają się też do prywatnego detektywa. Nie jest to jednak rozwiązanie dla każdego: wiąże się bowiem z wysokimi kosztami (całościowe działania to przeważnie wydatek w wysokości od kilku do kilkunastu tysięcy złotych) i nie zawsze gwarantuje wyczucie – wymagane ze względu na delikatny charakter sprawy.

– Dla detektywów jest to wyłącznie zlecenie klienta do odnalezienia osoby. Nie biorą odpowiedzialności za dalszy ciąg. Niestety, ten dalszy ciąg jest najistotniejszy z punktu widzenia rozwoju i przeżyć osoby poszukującej i odnalezionej – podkreśla Bożena Łojko.

Mimo to chętnych nie brakuje. Jednym z decydujących czynników są bogate kontakty prywatnych detektywów (m.in. z uwagi na przynależność do Światowego Stowarzyszenia Detektywów), co szczególnie istotne w przypadku poszukiwań rodzeństwa z adopcji zagranicznej. Nie bez znaczenia jest też fakt, że coraz więcej agencji detektywistycznych specjalizuje się właśnie w poszukiwaniach utraconych krewnych. Dlatego to w nich pokładają nadzieje ci, którzy przez długie lata bez skutku usiłują odnaleźć biologiczną rodzinę lub – ze względu na szczególne okoliczności – są zmuszeni do pilnych działań.

ZOBACZ TEŻ: Zorganizowała poszukiwania przyrodniego rodzeństwa. Odnalazła kilkadziesiąt osób!

Po nitce do kłębka

Zenon Zalewski z Biura Detektywistycznego INTER SECURUS przyznaje, że wiele razy był dla swoich klientów ostatnią deską ratunku. Niektóre ze spraw, które prowadził, przypominały wręcz scenariusz filmu sensacyjnego.

– Szczęśliwie zakończyłem poszukiwania biologicznego ojca, który miał stać się dawcą szpiku dla ciężko chorej biologicznej córki, którą oddano do adopcji zaraz po urodzeniu. Zdążyłem – operacja się udała. Satysfakcja ogromna – mówi Zenon Zalewski.

Wykorzystując swoje doświadczenie, wielokrotnie zdołał też odszukać biologicznych rodziców i krewnych swoich klientów, a nawet połączyć drogi rodzeństwa, które przez lata szukało wzajemnie swoich śladów. Co każdego z nich czekało na mecie poszukiwań? Wielu odnalazło ukojenie, zrozumiawszy, skąd pochodzą i jak wyglądał brakujący fragment ich życiorysu. Dla innych spotkanie po latach było tylko wprowadzeniem do dalszego pogłębiania nawiązanej więzi.

Szczęśliwy finał znalazła m.in. historia jednej z kobiet, która z pomocą agencji poznała po latach biologiczną siostrę.

– Były łzy, radość i uściski. Do dzisiaj mają bardzo bliski, prawdziwie rodzinny kontakt i chcą, żeby to trwało wiecznie. Tego im życzę – podkreśla detektyw.

POLECAMY TAKŻE: Pokochaj w dziecku jego korzenie. Adopcja a rodzice biologiczni

Gdy niewiedza jest błogosławieństwem

Ale nie wszystkie poszukiwania biologicznej rodziny kończą się happy endem.

– Doceniając determinację pewnego młodego mężczyzny w poszukiwaniach biologicznej matki, wydatnie mu pomogłem. Spotkanie odbyło się w moim biurze i zakończyło się, niestety, rozczarowaniem. Kobieta wyraziła zainteresowanie jedynie pomocą materialną ze strony syna. Nigdy nie poznała nawet jego aktualnych danych. Nie widziała potrzeby… – mówi detektyw.

Zdarza się jednak, że to właśnie druga strona inicjuje poszukiwania za pomocą prywatnego detektywa. Zenon Zalewski przyznaje, że te sprawy należą do szczególnie trudnych.

– W takich przypadkach najpierw staram się nawiązać kontakt (poprzez ośrodki adopcyjne) z rodzicami, którzy przysposobili dziecko. To konieczne, żeby przekonać się, czy poszukiwana osoba w ogóle wie o swojej adopcji. W podobnych przypadkach, poprzez nieroztropność i brak taktu w postępowaniu, można wyrządzić dziecku i jego adopcyjnym rodzicomwielką, często nieodwracalną krzywdę. A przecież nie o to chodzi – podkreśla Zenon Zalewski.

I zaznacza, że osób małoletnich – które są pod szczególną ochroną prawną – nie poszukuje.

Dojrzeć do poszukiwań

Ale choć sami detektywi zwykle nie podejmują się niezgodnych z prawem poszukiwań, miejscem promującym takie praktyki są ogólnodostępne fora i grupy internetowe. Bez trudu można na nich znaleźć ogłoszenia osób, które prezentują szczegółowe wskazówki poszukiwań nieletnich krewnych, a nawet podpowiadają, jak stosować szantaż i manipulacje wobec ich adopcyjnych bliskich.

Działania te mają na celu wymuszenie spotkania z małoletnim bratem lub siostrą – niezależnie od tego, czy są oni na ten kontakt emocjonalnie gotowi. A takie nadużycia mogą burzyć poczucie bezpieczeństwa dziecka i godzić w jego rozwój psychospołeczny.

– Szukanie dzieci jest postępowaniem wbrew ich woli, dobru i bezpieczeństwu. A jest jeszcze reszta rodziny (adopcyjnej), która także zasługuje na spokój i szacunek. Przecież my, rodzice adopcyjni, zdajemy sobie sprawę , że nasze dziecko będzie być może chciało odnaleźć biologiczną rodzinę. Ale niech zdecyduje o tym wtedy, kiedy do takich poszukiwań będzie gotowe – zaznacza jedna z naszych czytelniczek**.

I dodaje:

– Mój syn ma prawo dojrzeć do gotowości poszukiwań, ma prawo zdecydować: chcę odnaleźć biologiczną rodzinę. Ale ma też prawo zdecydować: nie chcę jej szukać, nie potrzebuję, jest mi dobrze tak, jak żyję. To musi być jego decyzja. I jaka ona nie będzie, otrzyma wsparcie moje i mojego męża.


*Dane osób zostały zmienione.

** Dane do wiadomości redakcji

Źródło: inf. własna, ngo.pl, polityka.pl

POLECAMY RÓWNIEŻ: Adopcja w 7 krokach. Jesteś zdecydowany? Poznaj szczegóły

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

„Moja mama mnie kocha..ła”. Historia 9-latka rozdziera serce – kto pokocha Kubę?

Szukamy domu dla Kuby z domu dziecka
Kuba wierzy, że znajdzie się rodzina, która go pokocha – fot. Pixabay

„Ja nie mam rodziny… Moja rodzina już do mnie nie przyjeżdża. Moja mama mnie kocha..ła”. 9-letni Kuba od dwóch lat przebywa w Domu Dziecka w Orzeszu. Jak każde dziecko pragnie mieć mamę, tatę i ciepły dom. O swoich marzeniach opowiedział w rozmowie z reporterką programu „Uwaga!” TVN.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kuba trafił do domu dziecka po tym, jak porzuciła go matka. Kierownik Wojewódzkiego Ośrodka Adopcyjnego w Sosnowcu Anna Wójcik wyjaśnia, że chłopiec od samego początku bardzo chciał mieć rodzinę i był świadomy swojej sytuacji. Na początku jeszcze wierzył, że jego mama wróci. Później stracił do niej zaufanie. Nadal ma jednak nadzieję, że znajdzie się rodzina, która go pokocha.

Rok temu u Kuby wystąpiły komplikacje po zwykłym przeziębieniu. Chłopiec zachorował na wirusowe zapalenie mózgu, w wyniku którego dostał padaczki, a następnie zapadł w śpiączkę. Po wybudzeniu okazało się, że nie jest już takim dzieckiem, jak wcześniej.

Zobacz też: Aby adoptować Wiktora przejechali ponad 10 tys. km

Szukamy domu dla Kuby z domu dziecka!

Chłopiec jest niepełnosprawny intelektualnie w stopniu umiarkowanym, co znacznie obniża jego szanse na adopcję. Ma padaczkę, problemy z mówieniem, pamięcią i mniej sprawnie się porusza.

Kuba to jednak radosne dziecko. Chłopiec jest kontaktowy, samodzielny, dociekliwy, czyta i pisze. Jest uczniem trzeciej klasy w specjalnym ośrodku.

W poszukiwanie nowej rodziny dla 9-latka zaangażowała się redakcja programu „Uwaga!” TVN.

– Nie chcę być tutaj. Ja chcę mieć rodzinę – mówi reporterce „Uwagi!” Kuba.

Czy znajdzie się rodzina, która pokocha Kubusia?

Tu kupisz e-wersję magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: TVN24

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Martyna Wojciechowska adoptowała kolejną córkę. Długo trzymała ten fakt w tajemnicy

Martyna Wojciechowska adoptowała kolejną córkę
Martyna Wojciechowska i Kabula // fot. Instagram @martyna.world

Martyna Wojciechowska adoptowała Kabulę – chorującą na albinizm dziewczynę z Tanzanii. Podczas wywiadu w „Dzień Dobry TVN” dziennikarka ujawniła, że oprócz Kabuli wzięła pod swoją opiekę jeszcze jedno dziecko.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Martyna spotkała 20-letnią dziś Kabulę podczas kręcenia materiału „Kobieta na krańcu świata”. Historia dziewczyny wstrząsnęła wówczas widzami. Kabula choruje na albinizm, czyli defekt polegający na braku pigmentu w skórze, włosach i tęczówce oka.

W Tanzanii ta choroba często oznacza wyrok śmierci. Osoby dotknięte albinizmem często są prześladowane. Wśród szamanów i uzdrowicieli pokutuje przekonanie, jakoby części ciała chorych posiadały magiczną moc, która przynosi powodzenie nabywcom. Kończyny, skóra, czy włosy albinosów są używane do przyrządzania „magicznych” mikstur i eliksirów. Jednocześnie samych chorych uważa się za przeklętych i przynoszących nieszczęście.

Kabula przekonała się o tym na własnej skórze już w dzieciństwie. Pewnej nocy do jej domu zakradli się rozbójnicy, którzy trzema machnięciami maczety odrąbali dziewczynce rękę.

Zobacz także: Barbie, która inspiruje i przełamuje stereotypy. Wizerunku użyczy jej m.in. Martyna Wojciechowska

Martyna Wojciechowska adoptowała kolejną córkę

We wrześniu Wojciechowska pojawiła się wraz z Kabulą na okładce „Gazety Wyborczej” i udzieliła poruszającego wywiadu. Teraz Martyna ujawniła, że adoptowała jeszcze jedną dziewczynkę z Tanzanii – Tatu.

Jak się okazało, to Kabula poprosiła Wojciechowską o pomoc.

Mogę teraz w końcu przyznać, że od stycznia, czyli od roku Kabula ma taką siostrę. Trzymałyśmy to z Kabulą dla siebie. To była nasza tajemnica. Ma na imię Tatu, ma 15 lat. Są do siebie podobne jak dwie krople wody. Tatu też jest chora na albinizm – powiedziała w „Dzień Dobry TVN” Martyna.

Choć Kabula i Tatu nie mieszkają z Martyną, dziennikarka jest odpowiedzialna za ich utrzymanie.

Zobacz także: Adoptowali dziewczynkę z Ugandy. Kiedy poznali jej historię, odesłali dziecko

Z miłości do dzieci

W Tanzanii populacja albinosów wynosi obecnie ok. 150 tys. osób. Część z nich uciekła do Dar as-Salaam uważając, że duże miasto da im schronienie.

Podróżniczka postanowiła pomóc również innym dzieciom chorującym na albinizm. Z pomocą misjonarzy i wolontariuszy planuje zbudować w Tanzanii miejsce, w którym podopieczni będą się czuli bezpiecznie. Wojciechowska zachęca internautów na Instagramie  do wsparcia inicjatywy.

Martyna Wojciechowska ma jedno biologiczne dziecko. Marysia Błaszczyk jest córką zmarłego w zeszłym roku Jerzego Błaszyka, rekordzisty w nurkowaniu głębinowym. Podróżniczka ma pod swoją opieką jeszcze kilkoro innych dzieci pochodzących z różnych zakątków świata.

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Viva!, Ofemin, Dziennik.pl,

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.