fbpx
Przejdź do treści

„Poród w niemieckim szpitalu to jak pobyt w SPA” – prawda czy fałsz? Opowieści z pierwszej ręki

Poród w niemieckim szpitalu
Fot. archiwum prywatne

Ona Polka, on Francuz, mieszkają w Niemczech, rozmawiają ze sobą po angielsku. Teraz proszę wstrząsnąć, wymieszać i dodać do tego dwójkę dzieci. Czy to przepis na rodzicielski sukces? O ciąży, porodzie, wychowaniu dzieci za zachodnią granicą opowiada – prosto z Berlina – Aleksandra Królak.

Alina Windyga-Łapińska: Jak to się stało, że zamieszkałaś w Berlinie? Dlaczego zdecydowałaś się osiedlić akurat tam?

Aleksandra Królak: Decyzję o wyjeździe podjęłam dość spontanicznie – dostałam ofertę praktyk we francuskim studiu fotograficznym Studio Chérie. Mimo że lata studenckie miałam już dawno za sobą i pracowałam na pełen etat Warszawie, to średnio płatna – ale bardzo ciekawa praca w międzynarodowym (i trochę szalonym) towarzystwie – wydawała mi się fajnym pomysłem na przeżycie przygody i zdobycie doświadczenia w branży kreatywnej. Planowałam wrócić po trzech miesiącach, ale Berlin mnie wciągnął i rozkochał w sobie. Poczułam się od razu bardzo swobodnie, otoczona mnóstwem kreatywnych młodych ludzi – mimo że nie znałam języka, to udało mi się zdobyć kilka ciekawych projektów i tak decyzja o powrocie była cały czas odsuwana. W tym roku minie 9 lat od kiedy tu jestem.

Zapewne miłość również miała wpływ na Twoją decyzję o pozostaniu… Teraz macie już dwójkę dzieci. W jakim języku z nimi rozmawiacie?

Czasem bywa bardzo wesoło, bo każde z nas mówi do dzieci wyłącznie w swoim języku ojczystym. Oprócz tego ja i Niko (mój partner) rozmawiamy między sobą po angielsku. Mimo że każde z nas rozumie się nawzajem to staramy się pilnować zasady OPOL (ang. one parent one language), czyli jeden rodzic jeden język – nie ma zmiłuj. Niekiedy młoda ma dość, bo lawirowanie między czterema językami czasem ją męczy, np. jeśli nie zna konkretnego słowa. Nie odpuszczamy, bo wiemy, że płynna znajomość 3 języków obcych jako ojczystych to niesamowity prezent od losu na przyszłość. Niemiecki również cały czas zakrada się do słownika córki ze względu na niemieckojęzyczne przedszkole waldorfskie, do którego chodzi.

Córka bardzo płynnie przechodzi od jednego języka do drugiego, często w trakcie tego samego zdania, w zależności od tego, na kogo akurat patrzy. To naprawdę niesamowite. Mieliśmy nadzieję, że angielski zostanie naszym tajnym językiem do wymiany zdań między rodzicami, ale okazało się, że mimo pasywnego słuchania, córka rozumie praktycznie 100% naszych rozmów i wtrąca się, odpowiadając po polsku albo po francusku.

Fot. archiwum prywatne

Czy coś zaskoczyło Cię po przyjeździe do Niemiec w kwestii podejścia do rodzicielstwa? Widzisz jakieś szczególne różnice pomiędzy Polakami a Niemcami?

Mogę się wypowiadać jedynie o Berlinie. Oddzieliłabym moje obserwacje od generalizowania na temat całych Niemiec, ponieważ różnice w wychowaniu i podejściu do spraw rodzicielskich są bardzo różne w poszczególnych landach. W katolickim, bogatym Monachium jest kompletnie inaczej niż w protestanckim, artystowskim (i biedniejszym) Berlinie. To tak jak Warszawa nie reprezentuje całej Polski, a na podstawie Nowego Jorku nie sposób opisać Stanów Zjednoczonych.

Różnic można odnaleźć naprawdę sporo, choć kulturowo jesteśmy do siebie dość podobni. Na pewno jedną z pierwszych rzeczy, jakie rzuciły mi się tu w oczy, jest dość skromna oferta zajęć dodatkowych. Odzwierciedla to o wiele mniejszą presję, którą nakłada się na dzieci. Ze świecą można szukać kursu języka angielskiego dla przedszkolaków, bo normą jest rozpoczęcie nauki w 3 klasie szkoły podstawowej. Rodzice starają się nie przelewać wygórowanych ambicji na maluchy i nie biegają z nimi od zajęć do zajęć. Dzieci są utrzymywane raczej w beztroskim świecie fantazji i dużej ilości wolnego czasu.

W szkole podstawowej – w klasach 1-3 – nie ma ocen, a dzieci z tych klas mają wszystkie zajęcia wspólnie, aby nauczyć się współpracy i odpowiedzialności za młodszych.

Z bardziej przyziemnych spraw, dość rzucającą się w oczy różnicą jest sposób ubierania dzieci. Dzieci ubrane w logotypy albo modne ciuchy z sieciówki to rzadkość, która nie świadczy o poziomie społecznym. Na placach zabaw królują wełniane wdzianka w naturalnych kolorach, skórzane miękkie butki, ubrania z drugiej ręki. Moja mama kiedyś się śmiała, że połowa dzieci tutaj wygląda jak z ochronki albo jakby się teleportowały prosto z lat 60-tych. Coś w tym jest, bo to obrazuje podejście berlińskich rodziców do kwestii konsumpcji – lubią ekologiczne, naturalne, wysokiej jakości produkty i wolą wydać więcej na używane niż mniej na nowe. Berlin jest dość “zielony” (nie tylko politycznie) i oprócz oldschoolowego podejścia do ubrań właściwie wszystkie dzieciaki jeżdżą na rowerkach za rodzicami. Moja córka wsiadła na rowerek biegowy w wieku 16 miesięcy, a na 3 urodziny pojechała już na dwóch kółkach. Od tego czasu rower to nasz podstawowy środek lokomocji.

Czego boją się mamy w Niemczech?

Szukania miejsca w przedszkolu… To trochę żart, choć na pewno spędza sen z powiek wielu rodzicom, bo od lat mówi się o niedoborze przedszkoli i kadry pedagogicznej w Berlinie. W czasie koronawirusa chyba wszyscy boimy się o to samo – czy powrót do normalności będzie możliwy w najbliższym czasie. Szkoły i przedszkola są zamknięte, możliwości spędzania czasu jest bardzo mało, więc każdy martwi się o to, jaki będzie to miało wpływ na rozwój dzieciaków.

Czytałam opinie, że poród w niemieckim szpitalu to jak pobyt w SPA w porównaniu do polskich warunków. Czy potwierdzasz?

Nie mam porównania, bo nie rodziłam w polskim szpitalu. Mój pobyt w szpitalu Martina Lutra w Charlottenburgu wspominam dobrze, ale na pewno nie przypominał SPA. Byłam w 3-osobowym pokoju z łazienką, na miejscu był dostęp do wszystkich najpotrzebniejszych rzeczy podczas pierwszych dni życia dziecka – były nawet ubranka. W Niemczech wszystkie szpitale są prywatne, więc muszą być zarządzane sprawnie i utrzymywać poziom, aby kobiety chciały tam rodzić. Konkurencja jest spora, co działa tylko na korzyść rodzących, bo szpitale prześcigają się w dekorowaniu sal, sprowadzaniu specjalistycznego sprzętu i udogodnień.

W najnowszym numerze magazynu Chcemy Być Rodzicami przeczytasz relację Aleksandry z jej dwóch porodów – w szpitalu oraz w domu. Warto przeczytać! KLIK

Jak Twój partner z Francji postrzega rodzicielstwo? Czy jest coś, co was szczególnie różni?

Mówi się, że związek z obcokrajowcem jest super do momentu, jak pojawią się dzieci – wtedy wychodzą wszystkie różnice kulturowe i zaczynają się problemy. My przechodzimy to na szczęście bezobjawowo. Jedynym tematem, z którym do teraz nie możemy się uporać, są pory posiłków. Wszystko inne rozstrzygamy wieczorami przy kuchennym stole – dzielimy te same fundamentalne wartości i oprócz miłości po prostu bardzo się lubimy, co ułatwia komunikację. Wracając do jedzenia – tutaj się okopaliśmy i żadne z nas nie chce ustąpić. Nico jest z południa Francji, gdzie jada się mikroskopijne śniadanie na słodko, dwudaniowy lunch w południe, słodki podwieczorek o 16 i dużą kolację na ciepło po godzinie 20. Często więc bywa tak, po słodkim croissancie robimy jajecznicę z 6 jaj, między lunchem a podwieczorkiem wciągamy rosół, a po spaghetti na kolację dorabiamy jeszcze kanapkę – tak, żeby wszyscy byli szczęśliwi.

Czy spotkałaś się z problemem niepłodności w Niemczech? Czy mówi się o tym otwarcie, czy jest to temat tabu? Jak postrzegane są w Niemczech osoby, które np. leczą się metodą in vitro?

Temat niepłodności pojawiał się już kilkukrotnie wśród moich znajomych i traktowany jest bardzo otwarcie. In vitro jest traktowane zupełnie zwyczajnie – jak zdobycz współczesnej medycyny. Nie słyszałam żadnych negatywnych komentarzy na ten temat czy wartościowania tej lub innej metody. Niektóre z publicznych kas chorych pokrywają nawet 100% kosztów. Zresztą do tematu in vitro podchodzi się podobnie jak do innych – Niemcy nie mają problemu z rozmową o aborcji czy pieniądzach. Chętnie powiedzą, ile zarabiają lub ile kosztuje ich wynajem mieszkania. Tutaj w ogóle tematy tabu nie mają podatnego gruntu, bo Berlin jest z natury bardzo otwarty i mało spraw ludzi szokuje, gorszy czy peszy.

Ciąg dalszy wywiadu przeczytasz w najnowszym numerze magazynu Chcemy Być Rodzicami.

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Alina Windyga-Łapińska

Redaktorka portalu Chcemy Być Rodzicami. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Kilka lat przepracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, podczas urlopu macierzyńskiego rozpoczęła przygodę z dziennikarstwem i social mediami.