fbpx
Przejdź do treści

Poród, połóg, antykoncepcja i aborcja w Turcji – dr Kıyak: „Różnice mogą nie mieścić się Polkom w głowach!”

Turcja - dr Kiyak - kobieta w Turcji

Życie kobiet w Turcji w niektórych kwestiach diametralnie różni się od tego, do którego przyzwyczajone są Polki. Niezależnie jednak, jak owe różnice ocenimy, na pewno poznanie ich jest szalenie ciekawe i warte refleksji. O opiece nad świeżo upieczoną mamą, noworodkiem i generalnym podejściu do zdrowia kobiecego opowiada dr Joanna M. Kıyak, psychiatrka dziecięca i psychoterapeutka, a prywatnie mama dwóch chłopców, która od 10 lat mieszka w Izmirze.

Katarzyna Miłkowska: Jest Pani mamą dwóch synów, którzy urodzili się w Turcji – wie zatem Pani z autopsji, jak wygląda w tym kraju opieka okołoporodowa, jakie są zwyczaje związane z pojawieniem się na świecie dziecka etc.

Dr Joanna M. Kıyak: Zdecydowanie, mogę wiele na ten temat powiedzieć i myślę, że warto, ponieważ różnic rzeczywiście jest sporo, a niektóre z nich mogą wręcz nie mieścić się Polkom w głowach. Przykładowo po porodzie, czy jest to cięcie cesarskie, czy poród siłami natury, kobiety na ogół są w salach jednoosobowych. Chyba, że ich sytuacja materialna jest słaba, wtedy znajdują się na salach grupowych, które są maksymalnie 2-3 osobowe. Co jest jednak clue wspomnianych przeze mnie różnic w tym kontekście – na tych salach zbiera się cała rodzina… czasami jest to nawet 20-30 osób! Kiedy więc mama przyjeżdża z maluszkiem z porodu, pokój jest już przyozdobiony balonami, dekoracjami z imieniem dziecka, a stoły są pełne – wygląda to jak swego rodzaju bankiet.


Co więcej, nowi rodzice często sami oczekują, że jeszcze w szpitalu odwiedzą ich znajomi, sąsiedzi, piąta woda po kisielu… Doświadczyłam kilku takich sytuacji, w których nie odwiedziłam świeżo upieczonych rodziców. Nauczona polskim zwyczajem, że taka wizyta byłaby dla nowej mamy mecząca, nie wspominając już o ryzyku infekcji, omijam takie wydarzenia szerokim lukiem. Niestety, przytrafiło mi się parę razy, że ktoś się na mnie za to obraził. Co ciekawe, wcale nie były to bliskie mi osoby.

Przez ten pokój poporodowy jest więc przemarsz ludu – wszyscy oglądają dzidziusia, a mama musi wyglądać wtedy pięknie. Ubrana jest zwykle w specjalny strój, który wygląda prawie jak suknia ślubna. Na ogół są to białe koronkowe koszule z wycięciem na piersi – żeby można było łatwiej i dyskretniej karmić noworodka. Mama zakłada też specjalne kapcie bogato udekorowane (na ogół kamieniami i sztucznymi kwiatami). Ma też na głowie opaskę bądź wianek z tym samem motywem, który jest na kapciach. Do tego jest również pełen makijaż i fryzura. Często w prywatnych szpitalach, w których rodzą kobiety, dostępne są nawet usługi fryzjera i makijażysty w pakiecie – tak, żeby mama od razu wjeżdżając po cięciu cesarskim wyglądała jak milion dolarów. Po porodzie siłami natury rzadziej makijaż i fryzura robione są jeszcze przed wjazdem do pokoju. Natomiast kiedy zaczynają pojawiać się już goście, cały entourage jest gotowy.


I tak przez wszystkie dni od porodu?!

Dni to może za dużo powiedziane, ponieważ sam pobyt w szpitalu trwa po porodzie krótko, maksymalnie do dwóch dni. Po urodzeniu moich dzieci nie byłam nawet 24 godzin na oddziale poporodowym – wypisują od razu do domu, niezależnie od tego, czy to był poród siłami natury, czy „cesarka”. Oczywiście, jeśli są jakieś powikłania, zostaje się dłużej. Standardowo jednak, jeżeli z noworodkiem i mamą nie ma żadnych problemów, wypis jest bardzo szybki. Tłumaczy się to tym, że nie należy narażać dziecka i matki na szczepy różnego rodzaju patogenów, jakie znajdują się w szpitalu.

To ciekawe w kontekście opisanych wcześniej odwiedzin tabunów gości…

Prawda? Jednak to nie wszystko, ponieważ ten swoisty przemarsz ludu przenosi się później do domu. Kto nie mógł, kto nie był, kto się później dowiedział o porodzie, koniecznie odwiedza noworodka i matkę w domu. Co ważne, nie odwiedza się ich z pustymi rękami. W związku z tym, że urodziło się dziecko, dostaje się tu duże prezenty i przeważnie jest to złoto, a konkretniej – złote monety. Najmniejsza z nich ma wartość około 300-400 zł. Są to więc duże kwoty, a takie dają raczej znajomi. Bliższa rodzina przekazuje złote monety o większej wartości.

Wsparcie dla becikowego?

W Turcji nie ma czegoś takiego jak polskie becikowe. Tzn. dostaje się małą kwotę – powiedzmy takie „à la becikowe” – ale jest to na poziomie około 200 zł. Jest ono jednak przyznawane każdej kobiecie, niezależnie od tego, czy była ona w ciąży pod opieką lekarza, czy nie. W Polsce, jeśli chcemy ubiegać się o becikowe, konieczne jest potwierdzenie, że od co najmniej 10. tygodnia ciąży było się pod opieką specjalisty.

Co też jest ważne i inne niż w Polsce, tutaj po porodzie zawsze przyjeżdża do kobiety ktoś z rodziny – niezależnie od tego, czy jest blisko, czy daleko. Na ogół są to dwie mamy, czyli dwie babcie. To właśnie one starają się przez 40 dni od porodu nie zostawiać świeżo upieczonej mamy samej i mieć na nią oko. Uważa się, że jest to taki okres, kiedy może się coś stać, a kobieta potrzebuje szczególnego wsparcia. Myślę, że ze względu na depresję poporodową dla wielu kobiet nie jest to złe, natomiast mamy tureckie – w ogóle rodziny – są dość intruzywne i często mocno się wtrącają.

Wiele koleżanek zazdrościło mi, że nie miałam w tym czasie nikogo i sami z mężem opiekowaliśmy się pierwszym synem. Faktycznie, przy pierwszym dziecku nie miałam początkowo pomocy, ponieważ uznałam, że na tak wczesnym etapie jest to zbędne. Moja mama przyjechała do mnie po około 3-4 tygodniach. Dla Turków było to niesamowite i niemalże równoznaczne z tym, że mnie zaniedbała. Nawet dostałam od paru osób bardzo szczerą propozycje tego, że się do mnie wprowadzą do czasu, kiedy ona przyleci. Natomiast przy porodzie drugiego dziecka, już pod koniec ciąży, przyjechali do nas rodzice męża, a potem moja mama. Było to konieczne, ponieważ w czasie, kiedy ja miałam rodzić, ktoś musiał zająć się pierwszym synem.

Pamiętajmy też, że w tym czasie trwają wszystkie wizytacje, dlatego też dodatkowa pomoc jest niemalże konieczna. Cóż, to nie jest tak, że ludzie tylko wchodzą, mówią: „Dzień dobry”, gratulują i wychodzą. Nie, wizyty te są nieraz naprawdę długie. Gości trzeba przy tym przyjąć jakimś jedzeniem, a już na pewno kawą czy herbatą – musi więc być ktoś, kto pomoże ich „obsłużyć”.

Wyobrażam sobie kobiety, które są bardziej introwertyczne, a tutaj muszą przechodzić ten niełatwy jednak okres w towarzystwie tłumów…

Na pewno nie jest to fajne, ja tego nie lubiłam. Przy pierwszym dziecku mieliśmy tych wizytacji naprawdę sporo, co zawsze wprowadzało we mnie dużo napięcia – dziecko wisi wtedy bardzo dużo na piersi, potrzebuje mamy, ale… co zrobić, taka jest kultura. Ja i tak idę bardzo pod prąd, ponieważ ani nie miałam szczególnie przystrojonej sali, ani koszuli „à la suknia ślubna”, ani wizytacji w szpitalu po drugim porodzie. Owszem, po pierwszym były, a to dlatego, że urodziłam akurat w szpitalu, w którym pracował mój mąż. Wieści rozniosły się błyskawicznie i wszyscy po paru godzinach byli już u mnie na sali z gratulacjami. Ale i tak miałam szczęście – przynajmniej wjeżdżając na salę zaraz po porodzie, nie witały mnie tabuny ludzi w drzwiach. Nauczona doświadczeniem o drugim porodzie powiedziałam dopiero wtedy, gdy wypisano mnie do domu – wolałam ten czas przeżyć w spokoju. Za to zresztą też parę osób obraziło się na mnie…


A jak jest ze wspomnianym karmieniem piersią? W Polsce stanowi to jeden z tych tematów, które często są głośno komentowane i oceniane.

Myślę, że tutaj podchodzi się do tego tematu bardziej na luzie niż w Polsce. Jeśli np. nie uda się karmić piersią albo mama nie chce, społeczeństwo i rodzina są bardziej wyrozumiałe. Chociaż trzeba zaznaczyć, że mamy tureckie dość mocno mają zakodowane, że muszę karmić piersią. Nie słyszałam ani razu, żeby któraś mama sama z siebie powiedziała, że nie chce tego robić, co w Polsce – owszem – zdarza się i wtedy kobiety dostają np. leki na zatrzymanie laktacji. Nie spotkałam się z tym tutaj, ale też nie spotkałam się z reakcją: „Nie karmisz? Jesteś złą matką!”.

Co ważne w kontekście silnego przekonania o konieczności karmienia, tureckie mamy bardzo biorą sobie do serca rekomendacje tutejszych pediatrów i WHO, bo przecież Światowa Organizacja Zdrowia zaleca, by najlepiej karmić piersią do 2. roku życia. Jeśli zatem mamom uda się przejść pierwsze tygodnie i laktacja się rozkręci, rzadko przestają karmić wcześniej. Mają wręcz wyrzuty sumienia w momencie, kiedy chciałyby przestać. Zdarza się, że mam w gabinecie mamy, które mówią, że „chcą, ale jak tak można, skoro przecież te dwa lata są koniecznością”. Ja przestałam karmić moje dzieci jak miały około roku. Co więcej, pierwszego syna przestałam karmić zimą, a tutaj uważa się, że zimą absolutnie nie można tego robić, ponieważ szaleją wtedy różne choroby, a mleko matki jest wręcz jak naturalny antybiotyk – w ten sposób to tłumaczą.

„Konieczność” karmienia przez 2 lata jest swego rodzaju presją, która też do najłatwiejszych zapewne nie należy…

Tak, faktycznie jest to w jakimś sensie presja. Kiedy jednak dziecko kończy 24. miesiąc, na ogół kończy się też „mleczna droga”. Długie karmienie, takie do 4-5 roku życia dziecka, czy też karmienie dziecka będąc w ciąży, zdarzają się rzadko, ale jeśli już, nie ma w związku z tym żadnego napiętnowania. Przynajmniej ja się z tym nie spotkałam. Mam wrażenie, że ludzie nie wtrącają się za bardzo w temat karmienia, a na pewno nie jest to kwestia do dyskusji na forum publicznym. Dla Turków karmienie piersią jest czynnością bardzo intymną i może dlatego nie ma otwartych dyskusji czy wydawania osadów na temat matki.

Wspomniała Pani wcześniej o „40 dniach, kiedy po porodzie kobieta nie powinna być sama” – czy to jakaś szczególna liczba?

Jest tu coś takiego, co po turecku nazywa się: kırkı çıkartma – oznacza to, że według nich przez pierwsze 40 dni dziecko w ogóle nie powinno wychodzić na zewnątrz, a świeżo upieczona mama nie powinna być przez ten okres sama. Dużo osób rzeczywiście się tego pilnuje. Co więcej, nawet nie weranduje dzieci. Kiedyś zresztą pytałam, skąd wzięło się te „40 dni” – okazało się, że jest to powiązane z połogiem. Co prawda definicja połogu, mówiąca o tym, że trwa on 6 tygodni, powstała później niż kırkı çıkartma, ale na bazie obserwacji założono, że to właśnie taki okres jest szczególnie niebezpieczny zarówno dla matki, jak i noworodka. I jest w tym trochę racji, ponieważ połóg jest trudny – i fizycznie, i psychicznie.

No dobrze, załóżmy zatem, że 40. dzień mija – i?

I cała rodzina wychodzi na dwór! Chodzą wtedy pół lub cały dzień – idą do centrum handlowego czy na zwiedzanie. Wiem, zupełnie nie ma w tym logiki, ale dużo osób, które wydaje się, że nie powinny wierzyć w takie rzeczy, bo są np. lekarzami, też przestrzega zasad związanych z „40 dniami”. Widziałam to u swoich koleżanek lekarek – przebywały przez prawie 6 tygodni w domu z noworodkiem, a kiedy ten czas mijał, od razu zapraszały mnie do knajpy czy na spacer. Z jednej skrajności w drugą.

Wtedy to być może jest kwestia ulgi – w końcu można wyjść z domu, róbmy więc wszystko i wszędzie!

Być może, chociaż przecież na kontrole lekarskie czy szczepionki rodzice zabierają noworodka bez problemu. Żeby jednak wybrać się na normalny spacer, jak dzieje się to w Polsce – nie. Nie kupują nawet wózków z gondolą – takich, w których dziecko leży! Jeśli już, używają fotelików samochodowych, które na czas wyjścia poza dom wpinają w bazę.

Rozumiem, że nawet latem, kiedy jest gorąco, świeżo upieczeni rodzice tego przestrzegają?

Tak, wtedy też na ogół siedzą w domach, lecz… wspomniane wcześniej wizytacje wciąż trwają! Wiem, wydaje się, że wiele kwestii się w tym zakresie wyklucza i brzmi to bardzo dziwnie – sama też na początku nieraz byłam zaskoczona zwyczajami, jakie panują w Turcji. Zresztą nie tylko zwyczajami, ponieważ inne jest też prawo, także to związane z obszarem płodności. Mam na myśli chociażby antykoncepcję, która tutaj może być dobrana i wypisana przez lekarza pierwszego kontaktu. Owszem, wizyta u ginekologa jest zalecana, ale nie konieczna. Jeśli zaś chodzi o antykoncepcję postkoitalną, czyli tzw. „tabletkę po”, może ją kupić każdy, nawet nie mając 18 lat. Dostępna jest bez recepty.

Widziałam, jak opowiadała Pani o tym na swoim Instagramie i przyznaję – byłam zaskoczona. Często mówi się u nas o tym, że Turcja to taki trudny kraj dla kobiet, inna kultura itd. A tymczasem okazuje się, że funkcjonuje tam wiele rozwiązań prokobiecych, których w Polsce nie ma.

Tak, zdecydowanie. Biorąc pod uwagę chociażby tak głośny ostatnio w Polsce temat aborcji –  tutaj nie jest on tabu. Nawet same kobiety opowiadają o tym, że miały usuwane ciąże. Bardzo często słyszę w gabinecie od mam, niezależnie od ich statusu socjoekonomicznego: „Miałam usunąć ciążę, ale przyśnił mi się jakiś sen i nie poszłam, mimo że miałam już umówiony zabieg”. Albo mówią o tym, że wcześniej miały kilka aborcji, później przez to problemy z zajściem w ciążę i dlatego teraz ich dziecko jest takie wychuchane, a one są nadopiekuńcze.

Owszem, mogłoby się wydawać, że z perspektywy gabinetu lekarskiego wygląda to inaczej, bo jednak istotna jest w tym kontekście kwestia zaufania, ale nie – mówi się o tym bardzo otwarcie także poza gabinetami lekarskimi, w sytuacjach koleżeńskich. Mam nawet parę takich znajomych, które mówiły, że są w ciąży, a później gdy pytałam, jak się czują, mówiły, że jednak zdecydowały się usunąć, bo stwierdzili z partnerem, że teraz nie czują się gotowi na dziecko. Absolutnie nie jest to więc tematem tabu – można o tym mówić i nie będzie się napiętnowanym.

Co zresztą ważne, w Turcji można usunąć ciążę na życzenie do 10. tygodnia i jest to refundowane w zakresie publicznych placówek opieki medycznej. Jeśli zaś jest już po 10. tygodniu ciąży, można usunąć ją w trzech przypadkach: jeśli doszło do niej w wyniku czynu zabronionego, ciąża zagraża zdrowiu lub życiu ciężarnej bądź badania wskazały na ciężkie wady płodu. Co ważne, nie są to tylko wady letalne, które związane są ewidentnie ze śmiercią dziecka, lecz także np. Zespół Downa.

Wszystko to zdecydowanie różni się od aktualnej sytuacji w naszym kraju.

To prawda, chociaż jeśli chodzi o aborcję w Turcji, warto zaznaczyć, że jeżeli kobieta jest mężatką, zgodę musi wyrazić również mąż. Jeśli zaś jest osobą poniżej 18. roku życia, zgodę musi wyrazić opiekun prawny, czyli na ogół jest to rodzic. Jeśli jednak dziecko znajduje się pod opieką jakiejś instytucji, bo takimi dziećmi też się w swojej pracy zajmuję, zgodzić się musi właśnie ona – np. dom dziecka czy inny opiekun prawny.

Co więcej, pytałam o to znajomych lekarzy ginekologów-położników i jednoznacznie potwierdzili: w Turcji nie ma czegoś takiego jak klauzula sumienia. Medycyna i wiara są obszarami, które tutaj trzyma się od siebie z daleka.

Więcej o Turcji – tym razem o podejściu do ciężarnych, opiece nad nimi i porodach – dowiesz się z drugiej części wywiadu z dr Joanną M. Kıyak. Znajdziesz go w styczniowym wydaniu naszego e-magazynu „Chcemy Być Rodzicami” >>TUTAJ<<


Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

dr Kiyak Turcja

Ekspert

Dr Joanna Maria Kıyak

Lekarka, specjalistka psychiatrii dzieci i młodzieży oraz certyfikowana psychoterapeutka dzieci i młodzieży w nurcie terapii behawioralno-poznawczej drugiej i trzeciej fali.
Na stałe mieszka w Turcji w Izmirze (antyczna Smyrna), gdzie prowadzi swój własny gabinet, w którym konsultuje pacjentów stacjonarnie oraz online. „Turcja stała się po Polsce moją drugą ojczyzną i wbrew pozorom, pomimo wielu stereotypów na temat tego kraju, żyje się tu całkiem dobrze.”
Prowadzi dwa profile na Instagramie, na których przybliża kwestie związane ze zdrowiem psychicznym dzieci i młodzieży – polski @mamapsychiatradzieciecy i turecki @drjoannamariakiyak – a także stronę internetową www.joannamariakiyak.com/pl.

Autor

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, redaktorka prowadząca e-magazyn oraz portal Chcemy Być Rodzicami, absolwentka UW. Obecnie studentka V roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz była słuchaczka studiów podyplomowych Gender Studies na UW. Współautorka książki "Kobiety bez diety".