fbpx
Przejdź do treści

Pokusa tajemnicy

adopcja pokusa niemówienia
fot. 123rf.com

Przed wami kolejny fragment rozmowy Magdaleny Grycman i Magdaleny Modlibowskiej – pierwszą jej część opublikowaliśmy w 20. numerze CHBR.

Magdalena Modlibowska

Zauważyłam, że bardzo łatwo deklaruje się jawność adopcyjną, gdy jeszcze się nie jest rodzicem. Potem, w miarę dorastania dziecka, rodzą się trudności. Zaczynają pojawiać się wątpliwości, czy to jest potrzebne, przecież wszystko idzie tak gładko… Zwłaszcza gdy adoptuje się niemowlę, wszystko wydaje się idealne. Marzyliśmy o dziecku i oto jest. To moment pełen euforii, tak oczywistej jak wyrzut endorfin tuż po porodzie. Myślę, że to jest ten moment, w którym rodzi się pokusa, żeby jednak tę adopcję ukryć, a przynajmniej żeby o tym nie myśleć, bo przecież jest jeszcze czas. My już wiemy, że mówić trzeba, to nie podlega dyskusji. Ale wiemy też, że taka myśl jest naturalna. Jak ułatwić rozmowy o adopcji?

Magdalena Grycman

Znam przypadki, gdy ludzie wyjeżdżali, by ukryć fakt adopcji nawet przed bliskimi. Pokusa niemówienia jest więc ogromna. Czemu to takie trudne? Przed czym uciekamy?

Pewnego razu moje córki wraz z mężem pojechały na piknik rodzin adopcyjnych. Po powrocie z niego w taki sposób relacjonowały to spotkanie: „Mamusiu, podchodziło do nas wiele osób i pytało, kiedy powiedzieć dziecku, że jest adoptowane? A ja im mówiłam – proszę mówić jak najwcześniej, gdy tylko dziecko zaczynie coś rozumieć”. Pytano je również, jak się czuły z tą informacją? „My nie mamy z tym problemu, bo po pierwsze, przyzwyczaiłyśmy się. Po drugie, mogłyśmy przegadać ten temat. To było dla nas bardzo ważne”. Pamiętam jednak chwile, gdy przychodziły ze szkoły smutne, bo ktoś powiedział głośno, że są adoptowane, lub potraktował je gorzej, np. komentując ten fakt słowami: „Twoja mama nie zna nawet twojego peselu”. Mam również w pamięci długą rozmowę z adoptowanym dorosłym, który dowiedział się prawdy od obcych. I ten dorosły już człowiek rozmawiając o tym, wyraźnie z dużą trudnością, opowiadał, że nie potrafił wybaczyć kłamstwa adopcyjnym rodzicom. To nie daje mu spokoju. Oszustwo w dobrej wierze dla obu stron stało się nie do udźwignięcia pod jednym dachem.

Magdalena Modlibowska

Ja miałam to szczęście, że adoptowałam niemowlę. Słyszałam o jawności w ośrodku, powiedziałam o tym najbliższym, myślałam, że przerobiłam stratę mojego ciążowego brzucha w trakcie procedury i że wszystko sobie poukładałam. Że jestem gotowa na to, aby powiedzieć córce: „Adoptowałam cię”.

A jednak pamiętam momenty, w których ta pokusa ukrycia adopcji była bardzo silna. Pojechałam do rodziców, do rodzinnego małego miasteczka. Córka miała już pół roczku, ale była drobniutka, więc wyglądała na trzy miesiące. Wszyscy znajomi moi i rodziców zaglądali do wózka, gratulowali, stwierdzali nawet, że teraz wiedzą, czemu przez jakiś czas nie przyjeżdżałam do rodzinnego miasteczka, bo pewnie w ciąży nie chciałam się forsować. A tu proszę, przyjechałam z maleństwem po porodzie tak szybko. Zaczęli zgadywać, ile ma miesięcy i kiedy rodziłam, gratulowali figury… czułam się jak… matka, która rodziła, nie kłamałam, nie odzywałam się zbyt wiele, ale półsłówkami, kiwnięciami głową, uśmiechami potwierdziłam dyskretnie ich dywagacje. Uległam pokusie, chociaż czułam już, że nie chcę tak robić, że coś jest nie tak…

Weszłam w adopcję z poczuciem, że mam u stóp cały świat, z wielką miłością do córki, ale czy z wiarą w siebie i adopcję? Nie. Potrzebowałam czasu, żeby to zaakceptować, zanim doszło do jakiejkolwiek rozmowy z córką. Zanim usłyszałam od niej: „Skąd wiesz, że jesteś moją prawdziwą mamą?”. Miała wtedy 4–5 lat i to było niesłychanie ważne pytanie. W tym momencie zostałam pasowana na matkę. Zrobiłyśmy to obie, ona pytaniem, a ja odpowiedzią: „Bo jesteś moją prawdziwą córką!”. To pytanie ułatwiło nam dalsze rozmowy, bo JA czułam się matką, JEJ matką.

Pokusa ukrywania adopcji ma swoje źródło być może w postrzeganiu adopcji jako rodzicielstwa drugiej kategorii. A to ma niesłychanie głębokie korzenie i jest w nas wszystkich zakodowane pokoleniowo. Historycznie adoptowało się, przygarniało pod swój dach sieroty, biedne dziecko dostawało dar od losu w postaci cudownych bohaterów-rodziców. Nie dowiemy się, ile w tym było ukrytej niepłodności. Ale można powiedzieć, że korzenie adopcji wyrastały właśnie z tego altruistycznego i chwalebnego aktu miłosierdzia. Nie ma w tym nic złego, ale nawet teraz najczęściej słyszałam komentarze, jak wspaniała jestem, bo uratowałam te dzieci. Zobaczyłam, że głęboko pod adopcją kryje się wstyd niepłodności, która jest ułomnością, słabością. Że łatwiej jest nam być bohaterami pomagającymi sierocie niż kalekami szukającymi dla siebie ratunku. Niepłodność i bezdzietność mają niską akceptowalność społeczną. Nieujawniona adopcja je ukrywa. Widzę tu problem w traktowaniu adopcji jako protezy rodzicielstwa. Dotyczy to zarówno adoptujących, jak i adoptowanych.

Magdalena Grycman

Myślę, że mamy prawo ulegać niektórym pokusom. Bardzo lubiłam, kiedy ktoś mówił: „Ale podobny do tatusia”. Córki nie są do mnie podobne, więc często słyszałam inne pytania: „Skąd u was taka blondynka?”. Zdarzało się, że odpowiadałam, po dziadku. Mówiłam już wcześniej, że adopcja stanowi dla mnie pewnego rodzaju wyróżnienie. Napawa mnie dumą. Bardzo chciałbym, by dzieci odczuwały ją tak samo. Nie pozwalam sobie na zawód, który często powiązany jest z niespełnionymi marzeniami. Droga, którą mamy przed sobą, stanowi wystarczająco trudne zadanie. Przesuwam więc na dalszy plan wszystkie lęki w mojej głowie. Nie myślę o tym, co będzie, jeśli któreś dziecko nie przejdzie do następnej klasy, nie zastanawiam się, co złego może wydarzyć się za chwilę. Stale poszukuję we własnej głowie pustych przestrzeni, które staram się wypełniać działaniami posuwającymi nas do przodu.

Obie miałyśmy to szczęście, że urodziłyśmy również biologiczne dzieci. Mój syn urodził się, gdy byłam jeszcze niezbyt świadoma siebie, więc miał – upraszczając – mamę gorszej jakości. Moje dzieci adopcyjne przyszły w lepszym momencie mojego życia, a więc miały więcej szczęścia. Jestem outsiderem. Nigdy nie płynęłam w głównym nurcie, trochę się więc do tej roli przyzwyczaiłam, powiem więcej, jestem z nią obeznana. Nie muszę się dopasowywać.

Magdalena Modlibowska

Ja odwrotnie, dziewczynki miałam pierwsze, więc to na nich konstytuowałam swoje macierzyństwo. Po pierwszym dziecku drugie dało więcej lekcji, ale ja czułam się silniejsza, pewniejsza siebie, więc wytrwałam. Przy trzecim dziecku nie zawaham się powiedzieć: „Wszyscy dajcie mi spokój, ja jestem matką i będę robić to, co uważam za właściwe”. Zatem syn miał szczęście, że teraz jestem „lepszą”, bardziej świadomą matką, pływam w tej roli, znam jej meandry i nie boję się zaskakujących sytuacji. Nie boję się być outsiderem, ale dopiero teraz. Za pierwszym razem bardzo chciałam być jak inne matki, być doskonałą-identyczną matką. Przy drugiej córce zauważyłam, że nie mam na to szans, że muszę szukać swojej drogi, bo stanęłam twarzą w twarz z chorobą sierocą i nie miałam wokół siebie identycznych matek. Teraz czuję się matką tak silną, że mogę być bardziej sobą. Rodziłam w domu, mam dzieci w edukacji domowej, pozwalam im mieć swoje zdanie i liczę się z ich opinią. Są sobą, bo najważniejsze jest dla mnie to, żeby uczyły się szanowania granic przez ustanawianie własnych. Mieć dziecko dla niego samego, być przy nim, dawać siebie, ale nie zmieniać go, nie przerabiać na swoją modłę…

Czuję, że wciąż mamy dużą trudność w wyjaśnieniu tych niuansów. Rodzicielstwo adopcyjne i biologiczne, takie samo, ale inne, zwykłe ale wyjątkowe, zniuansowane.

Magdalena Grycman

Ludzie pragną zabezpieczenia w postaci idealnie zdiagnozowanego dziecka, a tu nie ma zabezpieczeń i być nie może. To trochę tak jak z założeniem z gruntu logicznym, ale jednak nie zawsze prawdziwym – jak będziesz się zdrowo odżywiać i gimnastykować, to długo pożyjesz.

Adopcja nie daje żadnych gwarancji. Nie spisuje się tu powszechnej intercyzy. Adoptując, wchodzisz w zaskakującą, często nieprzewidywalną relację z drugim człowiekiem, która – jak to bywa w codziennym życiu – nijak nie pasuje do filmowego love story. To długi, często trudny proces towarzyszenia sobie nawzajem. Bardzo blisko siebie, ale bez gwarancji miłości do grobowej deski. Czasami dziecko będzie zdystansowanym sojusznikiem – uzyskamy tylko tyle albo aż tyle. Piszę o tym, ponieważ lubię poszukiwać sojuszy i zgody. Ponad wszystko, ponad tak często nadużywaną i przereklamowaną miłość. Zawsze być sprzymierzeńcem. Widzieć i dostrzegać to, co stanowi siłę i wartość drugiego człowieka. Byłam i zawsze będę sojusznikiem moich dzieci. Z biegiem lat jestem lepiej przygotowana, bardziej świadoma i gotowa na pokonywanie trudności. Jeżeli dziecko było na początku życia zaniedbywane, a później doświadczało poważnego nadużycia, skrócenie długiego okresu budowy przywiązania jest mało prawdopodobne. W związku z tym ta nieznośna problematyka urazu i związane z nią formy pomocy stają się częścią naszego życia. W pewien sposób BEZ PRZERWY pracujemy razem z dziećmi nad opłakaniem strat, nadrabianiem wielu opóźnień, a także odbudowywaniem poczucia własnej wartości. Jedynie gdy nie będziemy ograniczać własnych horyzontów i poglądów, gdy wyjdziemy poza utarte schematy wychowawczych oddziaływań, wyobrażeń, pomożemy dziecku w stawieniu czoła życiu.

Magdalena Modlibowska

Wrócę do tych pokus. Warto podkreślić, że one same w sobie nie są złe. Ulegam pokusie, gdy zjem czekoladę, będąc na diecie, ale nie wstydzę się do tego przyznać dietetykowi, który mnie odchudza. Sam fakt, że nie trąbiłam wszem wobec o adopcji, gdy ktoś zastanawiał się, do kogo te dzieci są podobne, też nie jest niczym złym. Nie chodzi o to, żeby robić z adopcji sztandar. To także stygmatyzuje. Ale dostrzegam coś pejoratywnego w pokusie UKRYWANIA. Chodzi chyba o samo sformułowanie. Co chcemy w życiu ukryć? Coś niewygodnego, brzydkiego. Albo coś, co jest miła niespodzianką. Wtedy chcemy jednak, żeby niespodzianka w końcu wyszła na jaw. A pokusa ukrywania faktu adopcji zawiera w sobie permanentne ukrywanie. Ukrywam, bo wstydzę się tego, jak urodziłam… a przecież miałam wybór! Mogłam nie wybierać adopcji, mogłam wybrać bezdzietność, wspomaganie medyczne. Trzeba popatrzeć przede wszystkim na dziecko, ono nie miało wyboru, czy zostanie adoptowane. Ono nie ma żadnych podstaw, żeby się tego wstydzić, czuć gorszym. Jedna z moich córek przyszła ze szkoły z płaczem, usłyszała: „Ty jesteś przecież adoptowana”. Poczuła się gorsza. Ta sytuacja bardzo mnie uderzyła, i to tak mocno, że do dzisiaj staram się zrozumieć siłę zakodowanego w dzieciach poczucia niższości. To pokazało mi, jak bardzo nie wierzy ona w „prawdziwość” naszej rodziny…

Magdalena Grycman

Masz rację, rodzicielstwo adopcyjne stanowi znacznie większe wyzwanie. Pokonywanie trudności z moimi dziećmi przemieniło mnie. Potrafię zaakceptować znacznie więcej, więcej rozumiem. Świat stał się bardziej czytelny. Pokonałam wiele własnych lęków, stałam się silniejsza. Miałam momenty zwątpienia i załamania, potrzebowałam pomocy i nauczyłam się o nią prosić.

Artykuł pochodzi z archiwalnego magazynu Chcemy Być Rodzicami (nr 22, styczeń 2017 r.)

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!
Autor

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.