Przejdź do treści

Pan i pani idealni – w pułapce perfekcjonizmu! Niszcząca siła zderzenia z niepłodnością

Ciągle niewystarczająco, za mało, ciągle może być lepiej. I chociaż inni cię doceniają oraz powtarzają, jak fantastyczne rzeczy robisz, ty nieustannie widzisz tylko niedociągnięcia. Świat pod linijkę wcale nie jest dla ciebie prosty. Jeśli do tego dochodzą wciąż i wciąż nieudane próby zajścia w ciążę, perfekcjonistyczne zapędy mogą stać się kamieniem nie do uniesienia. Pan i pani perfekcyjni – jak mają sprostać niepłodności?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Z pozoru wydaje się, że chęć jak najlepszego wykonywania postawionych na naszej drodze zadań, jest czymś bardzo dobrym. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Jednak o ile „jak najlepsze” może być zdrowym mechanizmem, o tyle „perfekcyjne” idzie już o krok za daleko. U perfekcjonistów nie ma miejsca na błędy. Sobie i innym stawiają wygórowane poprzeczki. Sprawy, które otoczeniu mogą wydawać się błahe, dla nich muszą być doprowadzone do końca na „tip-top”. Szczegóły są równie ważne, co końcowy efekt. A owy efekt zawsze może być przecież lepszy…. Droga do celu nigdy nie ma dla perfekcjonistów końca, bo cel staje się niemal zawsze niedościgniony.

Brzmi groźnie, prawda? Dlaczego jednak można odnieść wrażenie, że bycie perfekcjonistą to „stan marzenie”? Perfekcjonizm przynosi bowiem wiele korzyści. Nie ma co się oszukiwać – w szkole perfekcjoniści to często prymusi. Zawodowo jest to zaś genialny sposób na awanse, podwyżki, zbieranie laurów. Prowadzenie domu? Zawsze porządek oraz nienagannie ułożone świeże kwiaty w wazonie. I chociaż jest to tylko mały procent widocznych z zewnątrz objawów perfekcjonizmu i może on się objawiać w bardzo wielu innych sferach życia, to kiedy na drodze osób z takimi właśnie tendencjami staje niepłodność, poziom frustracji szybuje w górę z prędkością światła.

Emocje na szczycie

Dlaczego frustracji? Za perfekcjonizmem kryje się bowiem wiele emocji, które w inny sposób, niż kurczowe złapanie się kontroli, nie mają sposobu ujścia. Nie radząc sobie z bezradnością, ze złością, z żalem, z poczuciem osamotnienia, czy też ogromnym smutkiem, możemy starać się znaleźć własną siłę i poczucie sprawstwa w sferach, które z pozoru wydaje nam się, że możemy w pełni kontrolować. Stąd też perfekcjoniści często nie tolerują błędów. Uderzają one bowiem bezpośrednio w ich poczucie własnej wartości, które to nieraz nie jest niestety zbyt wysokie.

Nic więc dziwnego, że każde kolejne idealnie wypełnione zadanie jest nową nadzieją: „Może jak TO zrobię perfekcyjnie, to w końcu poczuję, że jestem coś warta” – takie właśnie echo moglibyśmy usłyszeć w myślach części osób o cechach perfekcjonistycznych. U pozostałej części są to motywy dużo bardziej ukryte i nieuświadomione. Na wierzch wychodzą wtedy raczej myśli: „Albo coś robię dobrze, albo wcale”, czy też „Jak już się za coś biorę, to robię to na 100 procent. Inaczej nie ma nawet sensu zaczynać” – brzmi znajomo?

Gdyby zaś móc spojrzeć na przytoczone tu zdania z dystansu, w oczy rzuca się ich skrajność. Czarno-białe podejście do rzeczywistości to element perfekcjonizmu. Nie ma tam bowiem miejsca na funkcjonowanie w odcieniach „szarości”. Nie da się wykonać zadania tylko po to, żeby zdążyć na czas, jeśli kosztem jest jego gorsza jakość. Albo oddaję jakiś projekt dopracowany do końca, albo wcale. Albo ćwiczę na siłowni do utraty tchu, albo wcale. Albo spełniam wszystkie zalecenia lekarza, stosuję najzdrowsze diety, sprawdzam parametry ciała kilka razy dziennie, współżyję z partnerem o porze wyznaczonej co do minuty, albo moje starania o dziecko w ogóle nie mają sensu. Całe życie podporządkowanie danemu zadaniu.

Za daleko, za dużo…

„Na pewno osoby z cechami typowymi dla perfekcjonistów, również przy staraniach o dziecko, wkładają zbyt wiele wysiłku w to, by czynności związane bezpośrednio ze staraniami o ciążę były świetnie zaplanowane. Chcą mieć wszystko pod kontrolą” – mówi w rozmowie z nami psycholog i psychoterapeutka Małgorzata Jacobi, która pracuje z ludźmi zmagającymi się z niepłodnością. „Podczas gdy większość kobiet w trakcie starań o dziecko odstawia mocną kawę i zaczyna zdrowiej się odżywiać, perfekcjonistki będą popadać w przesadę z rozpisywaniem diety, układaniem dokładnego planu, nie wspominając już o ściśle zaplanowanych z zegarkiem w ręku terminach współżycia. Starania o dziecko stają się dla nich niemalże kolejnym „projektem”, w którym coraz trudniej odnaleźć czas na prawdziwą intymność, refleksję i spontaniczność. Podporządkowanie życia temu „specjalnemu projektowi” sprawia, że osoba taka zaczyna żyć w ciągłym napięciu i stresie. Ma też dużo mniejszą tolerancję i odporność na wszelkie zakłócenia w jej idealnym grafiku – np. gdy mąż nie zdąży na akt poczęcia, czy lekarz przełoży wizytę. Popada wówczas w przesadne zdenerwowanie, złość i miewa całą masę pretensji do otoczenia, co w rezultacie może mieć też negatywny wpływ i zubożyć jej relacje z ważnymi osobami” – mówi ekspertka.

Jakże zatem złudny może być to stan! Perfekcjoniści chcą przecież dobrze, prawda? Nie widzą często niestety granicy w opisywanych przez terapeutkę „przesadach”. O ile słowa: „Wyluzuj, a uda ci się zajść w ciążę”, powodują zdenerwowanie niemalże u każdej starającej się o dziecko pary, o tyle u osób o cechach perfekcjonistycznych, uderzą one w najgłębsze rejony. Wyluzowanie wydaje im się prawie niemożliwe.

„Jak powszechnie wiadomo, niestety nie sprzyja to pojawieniu się dziecka. To jest właśnie największa pułapka perfekcjonisty – myśli, że ma wszystko pod kontrolą, a tak naprawdę, poprzez nazbyt zadaniowe podejście i popadanie w obsesje, może zmniejszać sobie szanse na poczęcie. Dzieje się to głównie przez silne i ciągłe aktywowanie układu współczulnego, który zazwyczaj uruchamia się głównie w sytuacjach zagrożenia. Zaczyna nam wtedy szybciej bić serce, mamy skrócony oddech itd. Jeśli jednak jest on zbyt często aktywowany, finalnie ma to negatywny wpływ na równowagę hormonalną, a wiadomo, że ta jest podstawą starań o rodzicielstwo” – mówi Małgorzata Jacobi.

Płynne, nieuchwytne, zmienne – granice

Zastanówmy się w takim razie, co może być wyznacznikiem tego, że być może chęć realizacji projektu pt. „Bycie rodzicem” poszła o krok za daleko. Gdzie znajdują się granice, których przekroczenie powinno zapalić nam czerwoną lampkę? „Myślę, że ‘pójście o krok za daleko’ to proces i dzieje się stopniowo, podobnie jak jest to z uzależnieniem. Niby wszystko jest w porządku, a tu nagle okazuje się, że jesteśmy w pułapce, albo coś, lub kogoś, utraciliśmy” – podkreśla psychoterapeutka. „Na pewno pierwszym niepokojącym sygnałem powinien być fakt ciągłego myślenia o ciąży. Myślenia, które czujemy, że jest intruzywne, że nie pozwala nam odetchnąć, że nieustannie prowadzimy wewnętrzny monolog o możliwej ciąży i pretensjach do losu, czemu jeszcze nie mamy „brzuszka” – dodaje. Może powodować to brak skupienia w pracy, utratę relacji ze znajomymi, problemy w odnalezieniu się w towarzystwie innych ludzi. Świat zaczyna się bowiem przenosić tylko i wyłącznie do wnętrza danej osoby. To we własnej głowie odbywa ona najważniejsze rozmowy, to tam dzieją się wszelkie wyobrażenia, które powodują oderwanie od realnej sytuacji i podejmowanie działań, które innym wydają się być owym „krokiem za daleko”.

Starania o dziecko, kiedy nie wszystko idzie po naszej myśli, są bardzo trudnym okresem w życiu kobiety i jej partnera. Naturalną sprawą jest więc wzmożone myślenie wokół tego tematu. Wszystko jest jednak kwestią prawidłowych proporcji. Jeśli w naszym wypadku 80 proc. stanowią myśli związane tylko z tematem starań o dziecko, to jest to już sygnał, że sprawy zaczynają iść za daleko, że tracę kontrolę nad sobą i swoim życiem.”

Małgorzata Jacobi, psychoterapeutka

Wulkany, które wybuchają

Nieustanne życie w tak dużym napięciu oddziałuje na całe otoczenie i warto o tym pamiętać. Szczególnie żyjąc w związku, nie możemy zapominać o partnerze, który jest świadkiem i uczestnikiem „życia pod linijkę”. Staje się on elementem – brzmi to bardzo uprzedmiatawiająco, ale tak to trzeba w pewnym sensie potraktować – skomplikowanej układanki mającej sztywno rozpisane reguły, których nie można przekraczać. „Brak zachowania równowagi w życiu finalnie ma również negatywny wpływ na nasze relacje. Jeśli związek zaczyna przeżywać kryzys, jeśli mamy coraz trudniejszy kontakt z bliskimi, to także są wyraźne znaki, że chyba w naszych staraniach straciliśmy już umiar. Tego typu sygnały powinny nas zatrzymać i skłonić do refleksji. Do głębszej rozmowy z mężem, przyjaciółką a może nawet z terapeutą” – podkreśla psycholog.

Nie bez przyczyny mowa o „realizacji planu”. Wydaje się bowiem być to wtedy metodycznie wypełniany punkt po punkcie, a każdy z nich musi być zrealizowany idealnie i na 100 procent. Może być to bardzo ograniczające i wywołujące całą masę napięcia. Nie da się bowiem uniknąć niepowodzeń, które w zderzeniu z codziennością, siłą rzeczy muszą się pojawiać.

Siła emocji

Jakie emocje może zatem powodować perfekcjonizm? Szczególnie ważny wydaje się być lęk. Poczucie kontroli na pewno pozwala go niwelować. Stąd idealne realizowanie wszelkich zaleceń daje poczucie, że mamy możliwość wpływu na starania o dziecko. I niewątpliwie tak jest. Duża w tym rola przyszłych rodziców, by o siebie zadbać. Z drugiej strony, tak naprawdę niezwykle wiele czynników nie podlega w tej sytuacji naszej kontroli. Czy właśnie to jest najtrudniejsze do przyjęcia i zaakceptowania? „Rzeczywiście. Myślę, że najtrudniejszy dla perfekcjonistów jest fakt, że żeby nie wiadomo ile wkładali starań w zostanie rodzicem – nie wiadomo ile przeznaczali na to czasu, funduszy i rozpisywania planów dnia – i tak istnieje jakiś tajemniczy czynnik, który w rezultacie decyduje o poczęciu dziecka. Co ważne, nie da się go w pełni przewidzieć. To potwornie frustruje osoby, które nauczyły się żyć „pod linijkę”. Starania o ciążę stają się wtedy często pierwszym doświadczeniem, w którym nie mają pełni mocy decydowania o wszystkim. To powoduje wewnętrzną niezgodę, żal, gniew, pretensje do losu. Jest to dość duży zalew negatywnych emocji, które nie mogą być zdrową glebą do zasiania owoców życia” – mówi Małgorzata Jacobi.

Perfekcjonizm niejedno ma imię

Warto przyjrzeć się jednak temu zagadnieniu szerzej. Perfekcjonizm pojawiający się w czasie starań o ciążę często jest cechą, którą możemy w danym człowieku dostrzec także w innych dziedzinach życia. Przeważnie już wcześniej miał on zadaniowe i mało elastyczne podejście do siebie, swojego życia, bliskich. Starania o dziecko mogły jednak perfekcjonizm dodatkowo nasilić. Kiedy bowiem pojawiają się ogromne przeszkody w tak ważnej sferze życia, nasze schematy zaczynają często przejmować nad nami kontrolę. W świetle trudności z zajściem w ciążę perfekcjonizm jest tylko jednym z mechanizmów radzenia sobie z problemami.

Można by jednak zaryzykować stwierdzenie, że jest to swego rodzaju znak naszych czasów. Najpierw musimy być perfekcyjnymi uczniami, bo tylko tacy mogą odnieść „sukces”. Później muszą być idealne studia i fantastyczna praca. W międzyczasie kupno wspaniałego mieszkania i nasze w nim zdjęcia (oczywiście mamy na nich perfekcyjne ciało), które śmiało – z nadzieją na ogrom lajków – można publikować w social mediach. Każdy szczegół wizerunku musi być pod naszą kontrolą. Nie ma tu miejsca na jakiekolwiek rysy. A przecież bycie człowiekiem nierozerwalnie wiąże się z potknięciami i słabościami. Czy chcąc znaleźć w sobie akceptację, powinniśmy konfrontować się właśnie z tymi mniej idealnymi elementami nas samych? Czy pogodzenie się z owymi, nieraz właśnie niezależnymi od nas trudnościami, może pomóc też w walce z perfekcjonistycznym podejściem do siebie i świata.

POLECAMY TAKŻE: Dlaczego nie można mówić „Jesteście młodzi, macie jeszcze czas”? Niepłodność to nie jest problem zegarka!

„Myślę, że kiedyś życie było prostsze, a po ziemi chodziło znacznie mniej perfekcjonistów i pracoholików 🙂 To faktycznie wydaje się być związane z konsumpcyjnym modelem świata oraz z tym, co oferują nam media i wirtualna rzeczywistość. Już od małego uczy się nas, że powinniśmy być wyjątkowo zdolni, utalentowani, o doskonałej wadze i urodzie. Powinniśmy być również bardzo zaradni życiowo, zrobić karierę, kupić dom, musowo każdego roku zaliczyć wakacje (najlepiej na innym kontynencie), żeby było co wstawić na Facebooka. No i też często w biegu i pośpiechu wpasować w to wszystko projekt „dziecko”. U perfekcjonistek projekt ten kłóci się jednak często z kontynuowaniem projektu „kariera” i chęcią niezaniedbywania projektu „perfekcyjna pani domu”. Stąd tak wiele napięcia i frustracji, bo jak to wszystko ze sobą pogodzić skoro doba ma tylko 24 godziny?! Pomimo trudności z zajściem w ciąże osoby te często nie potrafią jednak w swoim życiu zwolnić, zrezygnować z robienia kariery, oddania części domowych obowiązków mężowi. Wiąże się to bowiem z oddaniem chociaż odrobiny kontroli. Staje się to jednak dość przerażające, gdyż jak to już padło wcześniej, kontrola pełni funkcję niwelowania lęku. Pomaga też „zagłuszyć” poczucie niskiej wartości, którego zazwyczaj jest u perfekcjonistów sporo” – podkreśla Małgorzata Jacobi.

Zapętleni

Jak może się to objawiać? Często uderzaniem w samych siebie. Perfekcjonistom zdarza się bowiem odczuwać silne poczucie winy. Coś nie działa? Coś nie idzie po ich myśli? Coś wymknęło się z genialnie przecież ułożonego planu? „To moja wina! Mogłam to zrobić lepiej, więcej, dokładniej…” – stop! Ponownie kłania się tu koncepcja błędnych kół, o której pisaliśmy już w naszym portalu. Nakręcające się negatywne myśli potrafią tylko narastać i prowadzić często do błędnych wniosków, które powodują, że koniec końców znów lądujemy w podobnym momencie. Niestety zmęczenie owymi momentami ma przeważnie tylko tendencję rosnącą. Dopóki, rzecz jasna, nie uda nam się przerwać naszych – w tym kontekście perfekcjonistycznych – błędnych kół.

„Znasz koncepcję błędnego koła? Każdemu z nas zdarza się w nie wpadać, gdy pojawiające się myśli, czy też działania, zaczynają nakręcać kolejne mało konstruktywne sytuacje.”

Zobacz więcej: „Uderz w samą siebie, ukarz się za niepłodność!” – jakże smutne rzeczy potrafimy robić same sobie

Nie bez przyczyny karanie siebie i perfekcjonizm to powiązane ze sobą tematy. Często idą one w parze. Stąd też podobne wydają się być wskazówki, które pozwolą nam bliżej przyjrzeć się wymienionym tu cechom. Co jednak jeszcze może dać wsparcie i pomóc w odpuszczaniu perfekcyjnej kontroli? I czy owo odpuszczenie perfekcjonizmu da też ukojenie w staraniach – może pokaże nowe, nieznane dotąd, rozwiązania i otworzy przestrzeń na ich realizację? „Najważniejsza jest refleksja, zatrzymanie oraz przyjrzenie się sobie, swojemu życiu i swoim relacjom. Jeśli nie umiem sama, to idę do specjalisty. Ważne jest uświadomienie sobie, jakie uczucia zazwyczaj mnie przepełniają. Jeśli są to ciągłe napięcie i lęk, to należy zrozumieć, że nie sprzyjają one staraniom o dziecko i warto byłoby coś zmienić. Jednak aby coś zmienić, musimy najpierw przeanalizować nasze życie. Ile czasu poświęcamy staraniom o dziecko, a ile pracy, czy przyjemnościom? Starania powinny być częścią życia, tak jak i praca, czy dbanie o siebie. We wszystkim powinna być równowaga” – podsumowuje psychoterapeutka.

Jakie zatem pytania mogą pomóc w refleksji na ten temat?

Co zyskuję dzięki kontroli?

Co tracę przez swój perfekcjonizm?

Co najgorszego może się stać jeśli chociaż trochę odpuszczę? Czy naprawdę sobie z tym nie poradzę?

A może mogę coś zyskać – więcej czasu dla siebie, odpoczynek, lepsze relacje z ludźmi?

Czy dostaję sygnały od bliskich, że w pewnych sferach dobrze byłoby znaleźć więcej luzu?

Czy w związku z tym doświadczam z nimi konfliktów?

Jak to nieustanne napięcie może wpływać na moje zdrowie, a co za tym idzie, na starania o dziecko?

Na ile, na ten moment, jestem w stanie odpuścić?

I dlaczego tylko tyle? 😉

Ostatnie pytanie jest oczywiście postawione z wielkim przymrużeniem oka. Liczy się bowiem każdy, nawet najmniejszy krok. Już sam fakt, że zauważymy w sobie cechy perfekcjonizmu, może być ogromnym przełomem i otworzy furtkę do zmian. Nie ma co się jednak za bardzo zapędzać, bowiem nie warto być w przełamywaniu perfekcjonizmu… perfekcyjnym! Daj sobie przestrzeń na zmiany. Najmniejsze kroki mogą bowiem zaprowadzić nas na największą nawet górę. A że ta wędrówka będzie pełna potknięć? No cóż, to tylko oznacza, że idziemy do przodu!

 

Zobacz też:

Karanie siebie – czy naprawdę jest w stanie uśmierzyć ból? [PODCAST]

Umysł kontra ciało. Kiedy do diagnozy potrzeba szerszego spojrzenia

 

Ekspert

Małgorzata Jacobi

Psycholog i psychoterapeutka z Centrum Probalans w Warszawie. Prowadzi zarówno terapię indywidualną, jak i terapię par. Wspiera także osoby zmagające się z niepłodnością. Pracuje w nurcie integratywnym, korzystając z różnych metod i szkół psychoterapeutycznych.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Mamo, poczytaj mi o tym skąd się wzięłam – jak rozmawiać z dziećmi o adopcji?

Mamo, poczytaj mi o tym skąd się wzięłam - jak rozmawiać z dziećmi o adopcji?
Na polskim rynku wydawniczym pojawiło się w ostatnich latach sporo publikacji skierowanych do dzieci żyjących w rodzinach adopcyjnych. – fot.Fotolia

“A co jej powiemy kiedy zacznie pytać dlaczego nie mieszka ze swoją prawdziwą rodziną?” – wszyscy adopcyjni rodzice w którymś momencie stają przed tym problemem. Jeśli dziecko w dniu adopcji jest zbyt małe, by pamiętać biologicznych rodziców lub dom dziecka, niektórzy rodzice odkładają rozmowę do czasu, aż dziecko będzie dorosłe. Czy słusznie? Nie nam to osądzać, są różne dzieci i różne rodziny. Wiemy jednak, że wiele dzieci ma wspomnienia z domu dziecka lub rodzinnego domu, choć nie do końca rozumie, co się z nimi działo. Wiemy też, że dzieci zadają masę pytań i czują silną potrzebę zrozumienia swojej relacji z adopcyjnymi rodzicami.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Adopcja w książkach dla dzieci

Na polskim rynku wydawniczym pojawiło się w ostatnich latach sporo publikacji skierowanych do dzieci żyjących w rodzinach adopcyjnych. Pozycje te w empatyczny i dostosowany do wieku sposób pomagają dzieciom zrozumieć zjawisko adopcji i pobudki, jakimi kierowali się adopcyjni rodzice decydując się na zabranie ich do siebie. Historia opisana w książce może stać się wstępem do rozmowy o własnej historii dziecka. Większość książek skierowanych do dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym ma piękne, działające na wyobraźnię i emocje ilustracje, które ułatwiają dziecku utożsamienie się z bohaterem lub bohaterką historii.

Adoptowany kolega w klasie

Książki podejmujące temat adopcji to także wartościowy materiał edukacyjny dla dzieci żyjących w swoich biologicznych rodzinach. Adoptowane dzieci w pierwszych klasach szkoły, czy jeszcze w przedszkolu bywają wytykane palcami, traktowane jako “inne”. Starając się dojść do przyczyn takiego zachowania, często odkrywamy, że wynika ono z tego, że o adopcji z dziećmi się nie rozmawia. Słysząc, że ktoś jest adoptowany, dzieci nie wiedzą z czym mają do czynienia, nie potrafią zrozumieć sytuacji, w jakiej znajduje się ich koleżanka lub kolega. Czytając dziecku książki o adopcji, albo zachęcając starsze dziecko do ich samodzielnego czytania, sprawiamy, że dziecko dowiaduje się czegoś ważnego o świecie, staje się bardziej otwarte na innych i empatyczne.  

Zobacz też: Adopcja po polsku – raport NIK

Co czytać dziecku o adopcji?

W przypadku młodszych dzieci najlepiej sprawdzają się książki, które dają rodzicom możliwość tworzenia własnej narracji, dostosowanej do poziomu rozwoju emocjonalnego i osobowości dziecka. Duże, sugestywne ilustracje i niewielka ilość tekstu pozwalają na rozmowę z dzieckiem na temat sytuacji, które widzi na obrazkach. Dziecko uczy się w ten sposób odczytywać emocje bohaterów historii i zaczyna tworzyć opowieść o swoim doświadczeniu. Takie możliwości daje Rebecca Elliott w książeczce “Dziewczynka z ZOO”.

Książeczka Agnieszki Frączek “Jeśli Bocian nie przyleci, czyli skąd się biorą dzieci” to wesoła, wzruszająca historia pisana wierszem. Opowiada o poszukiwaniu upragnionego malucha, wielkiej radości ze spotkania z dzieckiem i pełnej miłości rodzinie adopcyjnej. Zresztą, zobaczcie fragment i oceńcie sami:

„Wreszcie tata rzekł: – Kochanie….

Jest też inne rozwiązanie.

Nie mogliśmy sprawić sami,

by maluszek był tu z nami,

ale go kochamy przecież!

Może on już jest na świecie?

Tak jak w bajkach – hen, daleko

za górami i za rzeką..?

Trzeba tylko go odnaleźć”.

Dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym odpowiednia będzie książka Katarzyny Kotowskiej “Jeż”. Opowiada historię chłopca z domu dziecka, który zostaje adoptowany przez parę od dawna planującą powiększenie rodziny. “Jeż” to opowieść o przełamywaniu nieufności i strachu, budowaniu zaufania i miłości.

Zobacz też: Czy rozumiesz swoje adoptowane dziecko?

Książki o adopcji dla rodziców

Rodzicom adopcyjnym, również tym, którzy dopiero zastanawiają się nad adopcją, krążą po głowie setki pytań i obaw, o których nie koniecznie chcą i potrafią rozmawiać. Pomocne w przełamywaniu lęku i otwieraniu się na rozmowę na temat własnych przeżyć może okazać się poznanie historii ludzi, którzy zdecydowali się wychowywać adoptowane dziecko.  

Ciekawą pozycją jest “Będziesz moim wszystkim” Hanny Barełkowskiej i Aleksandry Pilimon. Autorki nie lukrują tematu, szczerze piszą o trudnościach, które spotykają adopcyjne rodziny, opowiadają o zderzeniu marzeń z rzeczywistością.

Katarzyna Kolska w “Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcji”  przytacza prawdziwe historie rodziców adopcyjnych oraz adoptowanych dzieci. Pełne emocji relacje dotyczące trudności, szczęśliwych zakończeń i dramatycznych zwrotów akcji mogą pomóc rodzicom adopcyjnym w zrozumieniu własnych uczuć i podsunąć im rozwiązania na przyszłość. Książka sprawdzi się też jako lektura dla nastolatków.

E-wydanie Magazynu Chcemy Być Rodzicami kupisz tutaj. 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. Zawodowo interesuje się prawami człowieka i etyką medyczną. W czasie wolnym dużo czyta - najchętniej z jednym ze swoich trzech kotów na kolanach, trenuje roller derby i fotografuje.

Jej córeczka nie miała szans. Donosiła ciążę… by organy dziecka mogły uratować życie innych

Foto: Facebook Rylei Arcadia: An Unexpected Journey

Krysta i Derek spodziewali się córeczki. Do 18-ego tygodnia ciąży wszystko było w porządku. Niedługo potem pojawiła się jednak diagnoza – bezmózgowie. Śmiertelna choroba, która wiadomo było, że zabierze im dziecko, zanim jeszcze pojawiło się na świecie. Rodzice postanowili jednak donosić ciążę i zaplanowali Rylei piękne, wartościowe życie. Miała „dać innym dzieciom drugą szansę”.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Bezmózgowie – łac. anencephalia – to rzadka choroba, w skutek której dzieci przychodzą na świat bez, lub ze szczątkowo rozwiniętym mózgowiem. Nieraz rodzą się już martwe, czasami przeżywają kilka godzin, rzadziej kilka dni. Rylei lekarze zwiastowali nie więcej niż pół godziny. „To było niezwykle wstrząsające. Wiedza, że poprzednio poroniliśmy i z tą ciążą też mamy komplikacje, łamała serce. Trudno było to przyjąć” – słowa Krysty cytuje „people.com”.

Jakie pojawiły się rozwiązania? Lekarze widzieli dwa: zakończenie ciąży, albo donoszenie jej do końca i przekazanie organów dziecka do przeszczepu. „Uznaliśmy, że nawet jeśli nie uda nam się zabrać naszej córki do domu, to żadna matka nie będzie musiała przechodzi przez to, co my” – mówi mama Rylei. Tak, postanowiła ją urodzić. Dziewczynka przyszła na świat w Wigilię, gdy Krysta była w ciąży 40 tygodni i 2 dni.

Zobacz też: Żyła tylko 96 minut, ale miała zdążyć pomóc innym dzieciom. Finał tej historii łamie serce

Siła uczuć

Rodzice momentalnie otoczyli swoje dziecko ogromną miłością: „To było najbardziej wypełniające mnie uczucie miłości, jakie kiedykolwiek czułam w życiu” – opowiada mama. Być może to właśnie siła tych emocji pozwoliła dziewczynce być na świecie cały tydzień, co w przypadku jej choroby niemalże się nie zdarza. Malutka umarła w Sylwestra. I o ile przez 7 dni swojego życia w ogóle nie płakała, to w ostatnich momentach, chcąc złapać więcej tlenu, rzeczywiście załkała: “To tak jakby walczyła, by dać nam więcej czasu. To było niesamowite” – opisuje Krysta

Zastawki serca Rylei uratowały życie dwójce innych dzieci, a jej płucami zajęli się badacze. Mama dziewczynki podkreśla, że świadomość tego, iż dzięki jej córeczce żyje dwójka innych dzieci, pomaga jej w tym tragicznym czasie. Pomaga też kontakt i poznawanie historii innych ludzi, którzy byli w podobnej sytuacji.

 

Sprawa życia i śmierci

Niezwykle trudno jest w ogóle wyobrazić sobie, z jakim ciężarem muszą mierzyć się rodzice dowiadujący się, że ich dziecko nie ma przed sobą życia. Decyzje podejmowane w tym czasie są wręcz ponadludzkie, a podobne musieli podjąć rodzice małej Avy-Joy. „U dziecka zdiagnozowano agenezję nerek, która charakteryzuje się brakiem obu nerek. Dodatkowo – z powodu niedostatecznej ilości płynu owodniowego – deformacji uległy płuca kształtującego się płodu. Takie wady prowadzą zwykle do obumarcia płodu w łonie matki lub śmierci dziecka tuż po porodzie” – opisywaliśmy jej historię w naszym portalu.

Malutka żyła 96 minut i chociaż taki był plan, to niestety nie udało się jej pomóc innym dzieciom. Okazało się, że ważyła o 55 gram za mało, by jej narządy mogły być przeznaczone do transplantacji. Jednak historia jej i jej rodziców stała się częścią „kampanii na rzecz poprawy opieki szpitalnej dla rodziców, którzy spodziewają się dziecka z wadą letalną”. To niesamowite jak wiele ważnych rzeczy mogą zrobić tak małe istoty!

Zobacz też: Najmłodszy dawca organów

Źródło historii: „people.com”

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Nieudana inseminacja. Co mogło pójść nie tak?

Nieudana inseminacja
fot. Fotolia

Idealny scenariusz jest taki, że wybrana forma leczenia niepłodności, na przykład inseminacja domaciczna, działa od razu, udaje się Wam zajść w ciążę i po dziewięciu miesiącach zostać rodzicami. Niestety nie zawsze dzieje się tak, jak byśmy chcieli. Przyczyny mogą być różne. Całe szczęście na jednej próbie i formie terapii droga się nie zamyka. Współczesna medycyna oferuje parom starającym się o dziecko cały wachlarz możliwości.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Inseminacja domaciczna to w pełni bezpieczna i bezbolesna procedura polegająca na wprowadzeniu nasienia bezpośrednio do macicy. Nasienie jest wcześniej selekcjonowane oraz odpowiednio przygotowywane w warunkach laboratoryjnych i podawane do macicy przez cienki cewnik.

Zobacz też: Inseminacja: na czym polega krok po kroku. Który zabieg przynosi największą skuteczność?

Dwa rodzaje inseminacji domacicznej

W zależności od tego od kogo pochodzi próbka nasienia, rozróżnia się dwa rodzaje inseminacji domacicznej: IUI — nasienie należy do partnera kobiety oraz AID — nasienie pochodzi od anonimowego dawcy.

Zabieg przeprowadza się w ściśle określonym momencie cyklu — tuż przed owulacją.

Jeśli owulacja nie przebiega prawidłowo, może pojawić się wskazanie do jej wywołania. W takich przypadkach stosuje się stymulację hormonalną, która ma na celu uzyskanie od 1 do 3 pęcherzyków jajnikowych w danym cyklu.

Zobacz też: Projekt: dziecko, czyli jak zajść w ciążę bez partnera. Inseminacja domowa nasieniem dawcy czy zagraniczna klinika?

Kto może skorzystać z procedury?

Inseminacja domaciczna jest sugerowaną metodą zapłodnienia u par, które bezskutecznie starają się o ciążę, mimo dobrych wyników w badaniach płodności.

Wskazania do inseminacji domacicznej to: przeciwciała przeciwplemnikowe, endometrioza, zaburzenia owulacji, brak upłynnienia nasienia, zaburzenia ejakulacji, spodziectwo, niepłodność idiopatyczna.

Zobacz też: Kiedy inseminacja jest wskazana? A jakie czynniki decydują, że nie można jej wykonać u niepłodnych par?

Nieudana inseminacja – jakie mogą być przyczyny?

Sukces inseminacji domacicznej zależy od kilku czynników. Jeśli wszystkie procedury przygotowujące są przeprowadzone prawidłowo, szansa na zapłodnienie w każdym cyklu wynosi od 10 do 25%.

Różnice w skuteczności uzależnione są od indywidualnych predyspozycji pary, na przykład wieku kobiety, powodu niepłodności, jakości użytego nasienia, czy liczby dojrzałych pęcherzyków jajnikowych po stymulacji hormonalnej.

W zależności od rodzaju czynników lub kombinacji czynników utrudniających zapłodnienie, szansa na zajście w ciążę rośnie lub maleje.

Zobacz też: Czy leżenie po inseminacji zwiększa szanse na zajście w ciążę? Mamy najnowsze wyniki badań!

Jakie są ścieżki postępowania po nieudanej inseminacji domacicznej?

Inseminacje domaciczną można wykonywać przez kilka cykli z rzędu zanim okaże się ona skuteczna. Wiele par zachodzi w ciążę dopiero przy którejś z kolei próbie i jest to całkowicie normalne.

Jeśli w procedurach inseminacji wykorzystane zostało nasienie partnera oraz zachodzi podejrzenie, że przeważającym powodem trudności jest jakość nasienia, parom proponuje się ze skorzystania z nasienia anonimowego dawcy.

Sposobem leczenia niepłodności, który proponowany jest parom, u których inseminacja domaciczna nie odniosła oczekiwanych skutków, jest in vitro. Zapłodnienie pozaustrojowe IVF poprzedzone jest kilku lub kilkunastodniową stymulacją hormonalna, by zwiększyć szanse powodzenia procedury.

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. Zawodowo interesuje się prawami człowieka i etyką medyczną. W czasie wolnym dużo czyta - najchętniej z jednym ze swoich trzech kotów na kolanach, trenuje roller derby i fotografuje.

Cesarskie cięcie na żywo

Cesarka na żywo
Pierwsze cesarskie cięcie w telewizji. – Fot. Pixabay

Australijska telewizja wyemitowała relację z cesarskiego cięcia w programie „Operation live”. 11 lutego 2019 roku, tysiące widzów mogło oglądać cud narodzin na żywo.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Szczęśliwa mama Erine Bougasa, przywitała swojego syna na oczach telewizyjnej publiki, w szpitalu w Sydney. Relacja wzbudziła kontrowersje, pojawiły się głosy, że cesarka na żywo jest kolejnym krokiem w stronę voyeryzmu – formy podglądactwa, coraz bardziej popularnej we współczesnym świecie.

Zobacz też: Jak wygląda cesarskie cięcie? Zobacz film.

Cesarka na żywo – co na to lekarze?

Wypowiedzieli się także lekarze, obawiający się o matki, u których po obejrzeniu programu mogły pojawić się szok i lęki.

Jeden ze znanych położników, dr Steven Tan wypowiedział się w Sunday Telegraph – „operacja cesarskiego cięcia na żywo nie została wyemitowana, aby zapewnić bezpieczeństwo mamie i nienarodzonemu dziecku” .

Link do filmu znajdziesz tutaj.

Źródło: Kidspot.com.au

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.