Przejdź do treści

Obywatelki 2. kategorii?

Czarny Piątek okazał się dużym sukcesem organizatorek i społeczeństwa obywatelskiego jako ogółu. Ponad 100 000 osób wyszło na ulice Warszawy i innych miast, by zaprotestować przeciwko łamaniu przez władze RP praw reprodukcyjnych. Choć organizatorki zapewniały o inkluzywności, odniosłam wrażenie, że jedynie kobiety z prawidłowymi narządami rozrodczymi mają moralne prawo protestować, oczywiście tylko przeciwko całkowitemu zakazowi aborcji. A jak poczuły się kobiety walczące z niepłodnością?

Używanie nazw narządów płciowych/rozrodczych jako synonimów słowa „kobieta”, tudzież domniemywanie, że każda kobieta (i tylko kobieta!) ma pochwę, macicę i jajniki jest z medycznego punktu widzenia kłamstwem. Tak, kłamstwem. Kobiety, które urodziły się bez macicy i pochwy (zespół MRKH), bez jajników (dysgenezja gonad), z zespołem niewrażliwości na androgeny (kobiety z żeńskmi narządami płciowymi, jądrami zamiast jajników, bez pochwy i macicy), czy – co zdarza się najczęściej – po chirurgicznym usunięciu macicy (histerektomii), są takimi samymi kobietami i mającymi takie same prawa co posiadczki macicy! Przypomnijmy więc definicję praw reprodukcyjnych (za Światową Organizacją Zdrowia i Komitetem CEDAW):

Podstawą praw reprodukcyjnych jest uznanie podstawowego prawa wszystkich par i jednostek do decydowania swobodnie i odpowiedzialnie o liczbie, odstępach czasowych i momencie sprowadzenia na świat dzieci, prawa do informacji, dostępu do środków które to zapewniają, a także prawa do utrzymania najwyższego standardu zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego. Te prawa implikują również prawo wszystkich do podejmowania decyzji dotyczących ich reprodukcji w sposób wolny od dyskryminacji, przymusu i przemocy.

To właśnie pacjentki z wymienionymi chorobami oraz niepłodnością są w największej potrzebie pełnej realizacji praw reprodukcyjnych i seksualnych (SRHR). W jaki sposób? Wymagają one skomplikowanego leczenia o którym powinny móc same decydować w sposób świadomy i odpowiedzialny, bez narzuconych przez władze, firmę ubezpieczeniową czy presję społeczną ograniczeń, w szczególności są to procedury rozrodu wspomaganego (IVF, często z komórkami dawczyni), operacje korygujące zewnętrzne narządy płciowe czy mające na celu wytworzenie pochwy, a od niedawna możliwy jest również przeszczep macicy.

W podobnej sytuacji znajdują się osoby niebinarne, tj. takie, które identyfikują się z płcią inna niż biologiczna lub z żadną. Jest to niebagatelnie delikatny i złożony temat, który przekracza możliwości tego artykułu, jednak należy podkreślić, że istnieją sytuacje, kiedy osoba identyfikująca się jako kobieta, biologicznie nią nie jest i nie jest to spowodowane chorobą.

Choć jestem za pełną liberalizacją dostępu do opieki w zakresie zdrowia reprodukcyjnego, w tym do legalnej, bezpłatnej aborcji na żądanie do 18. t.c., robi mi się niedobrze, kiedy temat ograniczania praw reprodukcyjnych jest spłycany do aborcji, ostatnio tylko do aborcji ze wskazań medycznych. Identyczne obrzydzenie nachodzi mnie, kiedy nawet podobno liberalni dziennikarze czy politycy mówią o „aborcji eugenicznej” (Serio?! Tutaj odsyłam do Wikipedii jeśli nie pamiętacie ze szkoły co to jest „eugenika”…) czy „traumie po aborcji”. Badania naukowe jasno wykazały, że nie ma czegoś takiego syndrom post-aborcyjny, kiedy terminacja ciąży nastąpiła z przyczyn społecznych, a w przypadku terminacji ciąży ze względów medycznych, to choroba ciężarnej czy wada płodu (oraz presja społeczna i słaba opieka medyczna) są przyczynami stresu pourazowego.

Co 5. kobieta ma problem z zajściem w ciążę i jej donoszeniem, jak również podobny odsetek przejdzie w swoim życiu przynajmniej 1 aborcję. Z metod rozrodu wspomaganego korzystają (nie w Polsce, oczywiście) też singielki i lesbijki, jak również wiele kobiet poddaje się „zachowaniu płodności” z przyczyn zdrowotnych (przed chemio- czy radioterapią w nowotworach, w przedwczesnym wygasaniu czynności jajników i wielu innych sytuacjach klinicznych) bądź osobistych, kiedy odkładają macierzyństwo na późniejszy czas. Niezależnie czy desperacko chcesz mieć dziecko czy poddać się aborcji, jedynie Ty powinnaś o tym decydować!

Prawie każda rodząca w Polsce spotyka się ze zjawiskiem „przemocy położniczej” (ang. obstetric violence) polegającym na okrutnym, odhumanizowanym traktowaniu pacjentki oraz wykonywaniu zabiegów bez jej zgody, często bez wskazań medycznych i bez zastosowania odpowiedniego znieczulenia, w warunkach urągających godności człowieka. Chorobowość oraz śmiertelność matek i noworodków mówią same za siebie: Polsce bliżej do Białorusi czy Kazachstanu niż do Szwecji czy Danii.

Oczywiście wachlarz praw reprodukcyjnych jest znacznie szerszy i chyba nie ma pośród nich takiego, który byłby w Polsce dobrze realizowany… Niestety w Polsce temat został sprowadzony do jednego, choć ważnego, tematu terminacji ciąży ze względu na ciężkie i nieuleczalne wady płodu. Co z tego, że statystycznie masz większą szansę na bycie niepłodną, zachorować na raka szyjki macicy czy doświadczyć przemocy położniczej? #WładcyMacic przecież wiedzą lepiej, co Ci trzeba :-/

Od wejścia w życie ustawy o leczeniu niepłodności, poprzez Czarny Protest w 2016 roku, a skończywszy na niedawnym Czarnym Piątku, czuję się jakoś dziwnie z tym, że wszyscy krzyczą wyłącznie o prawie do aborcji, jakby problem dostępu do leczenia niepłodności był taki nieważny, marginalny, nie warty uwagi… Opozycja walcząc z arogancją władzy wykazuje się nie mniejszą arogancją i ignorancją osób borykających się z niepłodnościa.

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Karina Sasin

Naukowczyni, aktywistka na rzecz praw reprodukcyjnych. Redaktor Naukowa "Chcemy Być Rodzicami". Wielokrotna stypendystka m.in. Organizacji Narodów Zjednoczonych, Rządu USA (NIH) i Krajowego Funduszu Na Rzecz Dzieci. Organizatorka konferencji International Meeting on MRKH Syndrome. Po godzinach miłośniczka cukiernictwa i dalekich podróży ;-)