Przejdź do treści

O tym, jak życie potrafi zaskakiwać

W zeszłym roku mniej więcej o tej samej porze pisałam felieton o tym, jak trudnym czasem są dla mnie i wielu „staraczek” święta i jak trudne jest wysłuchiwanie życzeń, żeby w przyszłym roku było już inaczej. I chociaż było to moim największym marzeniem, nie spodziewałam się, że rzeczywiście tak będzie. Życie bywa bardzo przewrotne – obok mnie w kołysce śpi moje największe szczęście, świąteczno-noworoczny cud – mój synek.

Zaczęło się jak zawsze… ukochany, ślub i czas na… dziecko

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zacznijmy jednak od początku. Zupełnie banalnie poznałam mężczyznę mojego życia i zapragnęliśmy zostać rodzicami. Tę decyzję podjęliśmy jeszcze przed zaplanowaniem ślubu. To była naturalna kolej rzeczy: dwoje ludzi się poznaje, kocha, chcą mieć razem dziecko. Na początku standardowo czekała mnie wizyta u ginekologa, podstawowe badania, kwas foliowy i trochę przyjemności. Ale kolejne miesiące mijały i niewiele się działo. Wtedy jeszcze nie wpadałam we frustrację, dawałam sobie czas. Po mniej więcej pół roku starań trafiłam do pierwszego lekarza ginekologa-endokrynologa,  zaczęły się monitoringi cyklu, podawanie zastrzyków na pęknięcie pęcherzyka i starania na poważnie. Niestety, jedynym ich efektem były torbiele, które zaczęły się pojawiać właściwie co cykl. Jeden z nich niemal wyprawił mnie na tamten świat, bo pękł i dostałam krwotoku wewnętrznego. Powoli zaczęło do mnie docierać, że coś jest nie w porządku. Niektórzy znajomi zaczęli powoli sugerować wizytę w klinice leczenia niepłodności, ale wtedy jeszcze się bardzo przed tym broniłam (bo pewnie będę mi chcieli od razu robić to „straszne in vitro”).

Odważyłam się wejść do kliniki leczenie niepłodności po roku

Dzisiaj wiem, że to był wielki błąd, mogłam zaoszczędzić sobie wiele czasu, nerwów i być może po prostu szybciej zajść w ciąże. Zaczęły pojawiać się kolejne torbiele i po prawie roku spędzonym na nieustannej walce z nimi postanowiłam posłuchać rad koleżanki i odwiedzić klinikę leczenia niepłodności. Koleżanka znała lekarza w Białymstoku, właściciela tamtejszej kliniki, i bardzo go polecała. Pierwsza wizyta o dziwo nie zaczęła się od słów, które wtedy wydawały mi się wyrokiem, czyli in vitro, tylko od laparoskopii i leczenia torbieli. Później mieliśmy startować z inseminacją. I dopiero jeśli nie wyjdzie – wrócić do tematu in vitro. Laparoskopia nie wykazała niczego strasznego: żadnej endometriozy, drożne jajowody, właściwie nie wiadomo, dlaczego nie mogę zajść w ciążę. Potem kilka miesięcy brania hormonów i pożegnałam nawracające torbiele. Już mieliśmy startować z inseminacją, kiedy okazało się, że mam problemy z pęcherzykiem żółciowym i najpierw trzeba go będzie wyciąć, a dopiero potem wrócić do starań. Cała „akcja pęcherzyk” zabrała mi ponad pół roku: najpierw szczepienia, potem przy okazji operacji wycięty guz na wątrobie, czekanie na wyniki, dochodzenie do siebie, dieta itp. W końcu, prawie rok od pierwszej wizyty, mogłam przystąpić do pierwszej inseminacji.  Do tej pory pamiętam, jak cała podekscytowana pędziłam z torbą-lodówką do koleżanki, żeby zrobiła mi pierwszy zastrzyk, bo zrobienie go samodzielnie wydawało mi się niemożliwe. Nie wiedziałam, że zastrzyki staną się moją codziennością na długi czas i będę czasami ich robić nawet po kilka dziennie, sama, niemalże z zamkniętymi oczami. Wtedy pierwszy raz zawitaliśmy na kilka dni do Białegostoku. Było lato, piękna pogoda, wzięliśmy urlop. Pełen relaks – nic, tylko zachodzić w ciążę. Ale niestety nic z tego. Potem próbowaliśmy jeszcze dwa razy, niestety bez powodzenia. Wtedy też zaczęłam aktywnie pojawiać się na forum Nasz Bocian i powoli szykować się do in vitro. Przy pierwszym podejściu byłam jak dziecko we mgle. Gdyby nie koleżanki z forum, nie wiedziałabym nawet, jak to wszystko wygląda, bo lekarz opowiadał o tym bardzo oględnie, a w broszurce, którą dostałam w klinice, brakowało wielu praktycznych informacji.

Pierwsze podejście zaskoczyło mnie fatalnym samopoczuciem i zmianami w moim ciele. Zaczęłam robić się coraz pełniejsza i ze względu na rosnące jajeczka nie byłam w stanie dopiąć spodni, co podczas mroźnej zimy bywało dość uciążliwe. Mąż akurat zaczynał pracę w nowej firmie, dlatego do Białegostoku pojechałam z mamą – to chyba nie była dobra decyzja. Bardzo to wszystko przeżywałam, a on w tym nie uczestniczył. Rozmawialiśmy tylko przez telefon i to krótko, bo nowa praca zaczęła się od ważnego wyjazdu zagranicznego. Miałam wielkie plany na pobyt w Białymstoku: chodzenie do kina, restauracji, spotkania z innymi dziewczynami uczestniczącymi w procedurze, ale przez złe samopoczucie skończyło się tylko na wizytach w klinice i kilku miłych spotkaniach z koleżankami z forum pod gabinetem lekarskim. Decydując się na ivf, nie spodziewałam się, że będą temu towarzyszyć aż tak skrajne emocje: od wielkiej ekscytacji po płacz. Hormony robiły swoje.  Z nerwów na dwa dni przed punkcją dostałam gorączki i trzęsłam się z zimna, śpiąc pod dwiema kołdrami w dresie. Wtedy też pomocne okazało forum, bo już chciałam się leczyć aspiryną, czego absolutnie nie wolno robić przed punkcją. Na szczęście punkcja odbyła się bardzo sprawnie i bez komplikacji. To był tłusty czwartek, z radości prosto ze szpitala pojechałam do kliniki z pączkami dla pielęgniarek. Na transfer jechałam już razem z mężem, niemal na skrzydłach, a euforia osiągnęła apogeum, kiedy po 8 dniach od transferu zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym. Po dwóch kolejnych dniach dostałam plamień, ale ponieważ poziom beta hcg rósł, ze spokojem czekałam na USG. Kiedy ten dzień nadszedł i okazało się, że nie ma nawet pęcherzyka ciążowego, o serduszku nie wspominając, totalnie się załamałam. Płakałam non stop. Przez kilka dni nie mogłam zrozumieć, że zanim jeszcze zdążyłam uwierzyć, że jestem w ciąży, już w niej nie byłam…

Minęło kilka miesięcy. Uporałam się ze swoimi emocjami i nadszedł czas na podejście numer dwa. Tym razem, ze względu na pracę, której nie chciałam zawalać, oraz na kompleksową opiekę, zdecydowałam się na wybór warszawskiej, bardzo renomowanej kliniki. I znowu wielkie nadzieje przeplatane ogromnym stresem. Niestety od początku jakoś nie do końca się układało. Najpierw bardzo dużo badań, potem bardzo długie wyciszanie. W planach było podejście na początku wakacji, ale wszystko tak się przedłużało, że pierwsze zastrzyki stymulacyjne dostałam dopiero w połowie sierpnia, zaraz po infekcji, która później okazała się być cytomegalią i miała konsekwencje w postaci całej serii niepowodzeń. Stymulacja na szczęście szła dosyć szybko. Rano w drodze do pracy robiłam badania krwi, a potem po południu czekała mnie wizyta u lekarza. Punkcja przebiegała bez żadnych problemów, opieka „po” wspaniała i do tego 8 dobrych jajeczek, z których udało się uzyskać 8 zarodków! Transfer został zaplanowany na 3. dzień. Jechaliśmy tacy zadowoleni. To była sobota, więc w planach leżenie i odpoczynek. Niestety na miejscu nie było już tak wesoło – transfer zrobiła inna lekarka, ponieważ mój lekarz nie pracował w sobotę. Nie spodobały jej się wyniki cytomegalii, kazała je powtórzyć (później okazało się, że klinika dopuściła mnie do udziału w programie z aktywną cytomegalią – chyba ktoś nie przeczytał wyników moich i męża). Powtórzyliśmy i na szczęście okazało się, że już jest ok.

Dalszą część tekstu przeczytasz w  7 numerze naszego magazynu

Wysłuchała Joanna Rawik

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.