Przejdź do treści

O tym, jak życie potrafi zaskakiwać

W zeszłym roku mniej więcej o tej samej porze pisałam felieton o tym, jak trudnym czasem są dla mnie i wielu „staraczek” święta i jak trudne jest wysłuchiwanie życzeń, żeby w przyszłym roku było już inaczej. I chociaż było to moim największym marzeniem, nie spodziewałam się, że rzeczywiście tak będzie. Życie bywa bardzo przewrotne – obok mnie w kołysce śpi moje największe szczęście, świąteczno-noworoczny cud – mój synek.

Zaczęło się jak zawsze… ukochany, ślub i czas na… dziecko

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zacznijmy jednak od początku. Zupełnie banalnie poznałam mężczyznę mojego życia i zapragnęliśmy zostać rodzicami. Tę decyzję podjęliśmy jeszcze przed zaplanowaniem ślubu. To była naturalna kolej rzeczy: dwoje ludzi się poznaje, kocha, chcą mieć razem dziecko. Na początku standardowo czekała mnie wizyta u ginekologa, podstawowe badania, kwas foliowy i trochę przyjemności. Ale kolejne miesiące mijały i niewiele się działo. Wtedy jeszcze nie wpadałam we frustrację, dawałam sobie czas. Po mniej więcej pół roku starań trafiłam do pierwszego lekarza ginekologa-endokrynologa,  zaczęły się monitoringi cyklu, podawanie zastrzyków na pęknięcie pęcherzyka i starania na poważnie. Niestety, jedynym ich efektem były torbiele, które zaczęły się pojawiać właściwie co cykl. Jeden z nich niemal wyprawił mnie na tamten świat, bo pękł i dostałam krwotoku wewnętrznego. Powoli zaczęło do mnie docierać, że coś jest nie w porządku. Niektórzy znajomi zaczęli powoli sugerować wizytę w klinice leczenia niepłodności, ale wtedy jeszcze się bardzo przed tym broniłam (bo pewnie będę mi chcieli od razu robić to „straszne in vitro”).

Odważyłam się wejść do kliniki leczenie niepłodności po roku

Dzisiaj wiem, że to był wielki błąd, mogłam zaoszczędzić sobie wiele czasu, nerwów i być może po prostu szybciej zajść w ciąże. Zaczęły pojawiać się kolejne torbiele i po prawie roku spędzonym na nieustannej walce z nimi postanowiłam posłuchać rad koleżanki i odwiedzić klinikę leczenia niepłodności. Koleżanka znała lekarza w Białymstoku, właściciela tamtejszej kliniki, i bardzo go polecała. Pierwsza wizyta o dziwo nie zaczęła się od słów, które wtedy wydawały mi się wyrokiem, czyli in vitro, tylko od laparoskopii i leczenia torbieli. Później mieliśmy startować z inseminacją. I dopiero jeśli nie wyjdzie – wrócić do tematu in vitro. Laparoskopia nie wykazała niczego strasznego: żadnej endometriozy, drożne jajowody, właściwie nie wiadomo, dlaczego nie mogę zajść w ciążę. Potem kilka miesięcy brania hormonów i pożegnałam nawracające torbiele. Już mieliśmy startować z inseminacją, kiedy okazało się, że mam problemy z pęcherzykiem żółciowym i najpierw trzeba go będzie wyciąć, a dopiero potem wrócić do starań. Cała „akcja pęcherzyk” zabrała mi ponad pół roku: najpierw szczepienia, potem przy okazji operacji wycięty guz na wątrobie, czekanie na wyniki, dochodzenie do siebie, dieta itp. W końcu, prawie rok od pierwszej wizyty, mogłam przystąpić do pierwszej inseminacji.  Do tej pory pamiętam, jak cała podekscytowana pędziłam z torbą-lodówką do koleżanki, żeby zrobiła mi pierwszy zastrzyk, bo zrobienie go samodzielnie wydawało mi się niemożliwe. Nie wiedziałam, że zastrzyki staną się moją codziennością na długi czas i będę czasami ich robić nawet po kilka dziennie, sama, niemalże z zamkniętymi oczami. Wtedy pierwszy raz zawitaliśmy na kilka dni do Białegostoku. Było lato, piękna pogoda, wzięliśmy urlop. Pełen relaks – nic, tylko zachodzić w ciążę. Ale niestety nic z tego. Potem próbowaliśmy jeszcze dwa razy, niestety bez powodzenia. Wtedy też zaczęłam aktywnie pojawiać się na forum Nasz Bocian i powoli szykować się do in vitro. Przy pierwszym podejściu byłam jak dziecko we mgle. Gdyby nie koleżanki z forum, nie wiedziałabym nawet, jak to wszystko wygląda, bo lekarz opowiadał o tym bardzo oględnie, a w broszurce, którą dostałam w klinice, brakowało wielu praktycznych informacji.

Pierwsze podejście zaskoczyło mnie fatalnym samopoczuciem i zmianami w moim ciele. Zaczęłam robić się coraz pełniejsza i ze względu na rosnące jajeczka nie byłam w stanie dopiąć spodni, co podczas mroźnej zimy bywało dość uciążliwe. Mąż akurat zaczynał pracę w nowej firmie, dlatego do Białegostoku pojechałam z mamą – to chyba nie była dobra decyzja. Bardzo to wszystko przeżywałam, a on w tym nie uczestniczył. Rozmawialiśmy tylko przez telefon i to krótko, bo nowa praca zaczęła się od ważnego wyjazdu zagranicznego. Miałam wielkie plany na pobyt w Białymstoku: chodzenie do kina, restauracji, spotkania z innymi dziewczynami uczestniczącymi w procedurze, ale przez złe samopoczucie skończyło się tylko na wizytach w klinice i kilku miłych spotkaniach z koleżankami z forum pod gabinetem lekarskim. Decydując się na ivf, nie spodziewałam się, że będą temu towarzyszyć aż tak skrajne emocje: od wielkiej ekscytacji po płacz. Hormony robiły swoje.  Z nerwów na dwa dni przed punkcją dostałam gorączki i trzęsłam się z zimna, śpiąc pod dwiema kołdrami w dresie. Wtedy też pomocne okazało forum, bo już chciałam się leczyć aspiryną, czego absolutnie nie wolno robić przed punkcją. Na szczęście punkcja odbyła się bardzo sprawnie i bez komplikacji. To był tłusty czwartek, z radości prosto ze szpitala pojechałam do kliniki z pączkami dla pielęgniarek. Na transfer jechałam już razem z mężem, niemal na skrzydłach, a euforia osiągnęła apogeum, kiedy po 8 dniach od transferu zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym. Po dwóch kolejnych dniach dostałam plamień, ale ponieważ poziom beta hcg rósł, ze spokojem czekałam na USG. Kiedy ten dzień nadszedł i okazało się, że nie ma nawet pęcherzyka ciążowego, o serduszku nie wspominając, totalnie się załamałam. Płakałam non stop. Przez kilka dni nie mogłam zrozumieć, że zanim jeszcze zdążyłam uwierzyć, że jestem w ciąży, już w niej nie byłam…

Minęło kilka miesięcy. Uporałam się ze swoimi emocjami i nadszedł czas na podejście numer dwa. Tym razem, ze względu na pracę, której nie chciałam zawalać, oraz na kompleksową opiekę, zdecydowałam się na wybór warszawskiej, bardzo renomowanej kliniki. I znowu wielkie nadzieje przeplatane ogromnym stresem. Niestety od początku jakoś nie do końca się układało. Najpierw bardzo dużo badań, potem bardzo długie wyciszanie. W planach było podejście na początku wakacji, ale wszystko tak się przedłużało, że pierwsze zastrzyki stymulacyjne dostałam dopiero w połowie sierpnia, zaraz po infekcji, która później okazała się być cytomegalią i miała konsekwencje w postaci całej serii niepowodzeń. Stymulacja na szczęście szła dosyć szybko. Rano w drodze do pracy robiłam badania krwi, a potem po południu czekała mnie wizyta u lekarza. Punkcja przebiegała bez żadnych problemów, opieka „po” wspaniała i do tego 8 dobrych jajeczek, z których udało się uzyskać 8 zarodków! Transfer został zaplanowany na 3. dzień. Jechaliśmy tacy zadowoleni. To była sobota, więc w planach leżenie i odpoczynek. Niestety na miejscu nie było już tak wesoło – transfer zrobiła inna lekarka, ponieważ mój lekarz nie pracował w sobotę. Nie spodobały jej się wyniki cytomegalii, kazała je powtórzyć (później okazało się, że klinika dopuściła mnie do udziału w programie z aktywną cytomegalią – chyba ktoś nie przeczytał wyników moich i męża). Powtórzyliśmy i na szczęście okazało się, że już jest ok.

Dalszą część tekstu przeczytasz w  7 numerze naszego magazynu

Wysłuchała Joanna Rawik

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

„Lekarz dał do zrozumienia, że nigdy nie zostanę mamą”. Zobacz, jak Anna pokonała endometriozę

ciąża po endometriozie
fot. Pixabay

O tym, że choruję na endometriozę, dowiedziałam się po kilku latach bezowocnych starań o dziecko. Lekarze zbagatelizowali jednak problem i gdyby nie jedno ważne wydarzenie z mojego życia, z pewnością nadal wierzyłabym w to, że już nigdy nie zostanę matką.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Mam na imię Anna, mam 38 lat. Z moim mężem starania o dziecko rozpoczęliśmy około 10 lat temu. Po czterech latach i dziesiątkach negatywnych testów ciążowych zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego wciąż nie udaje mi się zajść w ciążę.

Zaczęliśmy szukać przyczyny problemu, po serii wizyt lekarskich w końcu dowiedzieliśmy się, gdzie leży źródło naszych niepowodzeń. Podeszłam do zabiegu laparoskopii i wówczas lekarz zdiagnozował u mnie endometriozę I stopnia oraz obustronną niedrożność jajowodów. Nie wiedziałam wówczas, czym jest endometrioza. Zaczęłam czytać i szukać informacji na temat tajemniczej choroby, którą u mnie odkryto. Jednak miesiączkowałam w miarę normalnie i nigdy nie męczyłam się z powodu bólu.

Lekarz, który przeprowadził zabieg laparoskopii, nie udrożnił jajowodów. Zaproponował za to leczenie witaminami i dał do zrozumienia, że nigdy nie zostanę mamą. Bardzo to wówczas przeżyłam, a oparcie miałam jedynie w mężu i rodzinie.

Prawie każda osoba, z którą w tym czasie rozmawiałam, radziła mi, żeby „odpuścić, a wtedy na pewno się uda”. Tylko jak miało się udać, skoro moje jajowody były niedrożne?

Zobacz także: „Endometriozie zawdzięczam obecną siebie”. Historia Kasi

Decyzja o in vitro i kolejne rozczarowania

Po czterech latach przerwy w staraniach o dziecko podjęliśmy z mężem decyzję o in vitro. Byłam wówczas pełna nadziei, a lekarz dodatkowo wzniecił nasz entuzjazm mówiąc, że z pewnością zajdę w ciążę. Wyniki badań  również napawały optymizmem.

Oczywiście w klinice leczenia niepłodności opowiedziałam lekarzowi o endometriozę. Usłyszałam jednak, że moja choroba nie jest przeszkodą w zapłodnieniu i że przy takich wynikach badań wszystko z pewnością się uda.

Z sercem przepełnionym nadzieją podeszliśmy zatem do zabiegu. Uzyskaliśmy zarodki dobrej jakości i wszystko szło zgodnie z planem. Niestety, nie udało się uzyskać ciąży. Zdecydowaliśmy się zatem z mężem na drugie podejście, jednak i tym razem wynik testu ciążowego był negatywny.

Mój świat się zawalił. Szczególnie mocno bolało to, że nikt nie rozumiał mojego bólu. Każdy chciał podzielić się mądrą radą, jednak żadna z tych osób nie zdawała sobie sprawy, jak słowa mogą ranić.

Później była następna procedura in vitro, o której tym razem nie powiedzieliśmy nikomu. Pojawiły się dodatkowe badania i kolejne pytania do lekarzy, czy moja endometrioza ma wpływ na implantację zarodka. „Pani endometrioza nie ma z tym nic wspólnego, ma pani dobre wyniki” – słyszałam jak mantrę. Lekarz zasugerował, że gdybym miała endometriozę w macicy, to badanie USG byłoby dla mnie bardzo bolesne, a przecież mnie nic nie bolało!

Zobacz także: Endometrioza utrudnia Agnieszce zajście w ciążę. Po operacji odrodziła się w niej nadzieja

Na forum znalazłam nazwisko pewnego doktora

Kolejne dwie próby zapłodnienia pozaustrojowego ponownie zakończyły się fiaskiem. W międzyczasie przez przypadek trafiłam na Facebooku na grupę „In vitro przed i w trakcie”. To właśnie dziewczyny z forum pomogły mi w tym trudnym okresie. Kiedyś podczas jednej z rozmów padło tam nazwisko doktora Olka – lekarza, „który czyni cuda”. Znajoma z tej grupy podała mi jego prywatny numer. Nie namyślając się długo, zadzwoniłam.

Doktor Jan Olek okazał się być moim aniołem stróżem. Już po pierwszej rozmowie miałam duszę wolną od żalu i złości po nieudanych próbach zajścia w ciążę. Nie liczyłam na to, że lekarz mi pomoże, bo niby jak, skoro moje jajniki, jak mi do tej pory mówiono, do niczego się nie nadawały. Ale doktor Olek dał mi nadzieję! Umówiłam się więc na wizytę.

Był to pierwszy lekarz, który mnie wysłuchał i doradził. Miałam wrażenie, że naprawdę chciał mi pomoc. Wspólnie podjęliśmy decyzję o operacji. Po zabiegu zemdlałam w ubikacji. Leżąc na ziemi i płacząc zastanawiałam się: „Ania, dlaczego ty się tak męczysz? Odpuść sobie, nigdy nie zostaniesz mamą!”

Tego dnia przyszedł do mnie doktor Jan. Na wpół przytomna słuchałam jego diagnozy. Lekarz wytłumaczył, że moja endometrioza II stopnia zajęła całą macicę i zatoce Douglasa. Doktor udrożnił lewy jajowód i oświadczył, że teraz nic nie stoi na przeszkodzie w staraniach o dziecko. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam, setki myśli przewijały się wówczas przez moją głowę.

Zobacz także: „Ginekolodzy mówili, że ma boleć. Uwierzyłam, że nic mi nie jest”. Jak endometrioza zmieniła życie Joanny?

Za namową koleżanki zrobiłam test ciążowy

Po dwóch miesiącach od operacji zauważyłam, że moja miesiączka się spóźnia. Zastanawiałam się, czy powodem mógł być zabieg, który przeszłam w ostatnim czasie.

Za namową koleżanki zrobiłam test ciążowy. Nie spodziewałam się cudu – w końcu doświadczyłam już tylu rozczarowań. Nagle moim oczom ukazały dwie kreski. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę! Natychmiast pobiegłam po kolejne dwa testy i każdy z nich wyszedł pozytywny.

Gdy byłam już pewna, że jestem w ciąży, natychmiast zadzwoniłam do doktora Olka. Podziękowałam mu i powiedziałam, że jest moim aniołem stróżem. To dzięki niemu oczekuję teraz przyjścia na świat małej Sophie.

Nie wiem, czy moja historia komuś pomoże, jednak chciałabym przekazać wam jedno. Zanim kobiety z endometriozą pogodzą się z faktem, nigdy nie będzie im dane zostać matkami, powinny zgłosić się do kliniki Miracolo.

Łatwo jest trafić na niedoświadczonego lekarza, który zbagatelizuje problem. Nie można się jednak poddawać! Warto dopytywać, czytać i szukać innych dróg wyjścia z sytuacji. Pisząc te słowa mam oczy pełne łez. Wciąż pamiętam dzień operacji i słowa doktora Janka, w których przekonywał mnie, że jest dobrej myśli. Bardzo Panu dziękuję!

Leczenie endometriozy w klinice Miracolo. Historia Anny

fot. archiwum prywatne

Leczenie endometriozy w klinice Miracolo. Historia Anny

fot. archiwum prywatne

Leczenie endometriozy w klinice Miracolo. Historia Anny

fot. archiwum prywatne

 

 

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Dzięki Facebookowi zebrali pieniądze na in vitro. „Nie sądziliśmy, że kiedykolwiek nas to spotka”

dzięki internautom uzbierali na in vitro
Internauci zebrali dwa tysiące funtów na zabieg in vitro dla Marishy i Jona – fot. Pixabay

Poznali się w dramatycznych okolicznościach, a z tej znajomości narodziła się miłość. Ciężka choroba sprawiła jednak, że para mogła starać się o dziecko wyłącznie przy pomocy in vitro. Brak funduszy nie zniszczył ich planów. Pomogli… użytkownicy Facebooka!

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Marisha Chaplin i Jon Hibbs z Cotgreve (hrabstwo Nottinghamshire) poznali się, gdy byli nastolatkami. Ich losy połączyła choroba – obydwoje przebywali w tym samym czasie na szpitalnym oddziale onkologicznym. Marisha była w trakcie leczenia nowotworu złośliwego, a Jon miał badania kontrolne.

Nastolatkowie zakochali się w sobie, a ich miłość przetrwała chorobę i próbę czasu. Para zaczęła się starać o dziecko i po siedmiu latach, dzięki zapłodnieniu in vitro, na świecie pojawiła się ich córka – Evie.

Zobacz także: Zbierają pieniądze na in vitro! Dramatyczne apele młodych kobiet

Dzięki internautom uzbierali na in vitro

Po porodzie kobieta dołączyła na Facebooku do grupy „Majowe dzieci 2016”, gdzie podzieliła się z internautkami swoją historią. Zdradziła, że wcześniej skorzystała z adopcji komórek jajowych i marzy, by ponownie zostać mamą. Przeszkodę stanowiły finanse – parę nie było stać na kolejny zabieg in vitro.

Członkowie facebook’owej grupy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i potajemnie zorganizowali zbiórkę na realizację marzenia internetowej koleżanki. Udało im się zebrać dwa tysiące funtów. Następnie na nagraniu przekazali kobiecie radosną nowinę.

Zobacz także: Zdąży z zamrożeniem jajeczek przed chemioterapią dzięki publicznej zbiórce pieniędzy!

Siła internetu i spełnione marzenie

Dzięki inicjatywie internetowej społeczności Marisha i Jon mogli skorzystać z zapłodnienia pozaustrojowego i pod koniec grudnia 2018 roku powitali na świecie drugą córkę – Islę.

To niesamowite. Jest lepiej, niż mogłabym to sobie wymarzyć. Nie sądziliśmy, że kiedykolwiek nas to spotka– cytuje słowa wzruszonej matki magazyn „Independent”.

Zbiórki na leczenie niepłodności stają się coraz popularniejsze, również w Polsce.  Na naszym portalu opisaliśmy historię naszej czytelniczki – Darii. Kobieta zorganizowała zbiórkę pieniędzy, by móc sfinansować zabieg in vitro. Jeżeli chcesz pomóc w realizacji marzenia Darii i jej męża, wejdź TUTAJ i przekaż dowolną kwotę.

Tu kupisz e-magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Independent, Radio ZET

Tagi:

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Straciła pięcioro dzieci. Dziś pani Jolanta chce pomagać innym rodzicom po stracie

Terapia po stracie dziecka
fot. Fotolia

Pani Jolanta długo starała się o dziecko. Trzy razy poroniła, przy czwartej ledwo uszła z życiem. Za piątym razem w końcu się udało. Szczęście trwało osiemnaście lat.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Pani Jolanta od zawsze marzyła o wielopokoleniowej rodzinie, bardzo chciała być mamą, a potem niańczyć gromadkę wnuków. Niestety, marzenie o macierzyństwie okazało się trudne do spełnienia.

Trzy razy poroniła, przy czwartej, pozamacicznej ciąży, ledwo uszła z życiem. Pani Jola w ostatniej chwili trafiła na stół operacyjny, gdzie lekarz zszył pęknięty jajowód. Nigdy nie mówiła, że straciła ciążę czy płód. Ona straciła dziecko. Bo przez ten czas, gdy nosiła pod sercem nowe życie, zdążyła zbudować już wokół niego całą przyszłość.

Zobacz także: Kobiety szczerze o poronieniu. Zobacz kulisy kampanii „Project Benjamin”

Może to moja wina…?

Po każdej stracie czuła się winna. „Może coś zrobiłam nie tak? Może nie odpoczywałam wystarczająco dużo?” zastanawiała się pani Jola. Poczucie winy potęgowały nieprzychylne komentarze ze strony starszych kobiet. Pani Jola słyszała, że gdyby nie była taka miastowa, delikatna i wrażliwa, rodziłaby jak niegdyś nasze matki i babcie.

Wtedy zaszła w piątą ciążę. Była przerażona, że skończy się jak zawsze. Strach wzbudzał każdy najdrobniejszy objaw somatyczny. Lekarz zalecił oszczędny tryb życia, pani Jola postanowiła więc położyć się do łóżka na dziewięć miesięcy. Śmieje się, że zrobiła z siebie inkubator, gdy wstała do porodu, jej ciało było wiotkie. Jednak widok córeczki – Ady wynagrodził pani Joli wszystkie ciężkie chwile.

Cztery wcześniejsze straty sprawiły jednak, że kobiecie już na zawsze towarzyszyło poczucie strachu.

I pewnie dlatego byłam matką nadopiekuńczą, roztoczyłam nad Adą parasol ochronny. Rano piekłam jej ciepłe ciasteczka na śniadanie… Dla mnie pachniała małym dzieckiem, nawet gdy miała naście lat. Starałam się być rozsądną matką, nie trzymać jej w klatce, puszczałam ją na osiemnastki wszystkich przyjaciół. Sama kupowałam jej szampana na nie. Ale to mnie wiele kosztowało. Zawsze czułam lęk, że ją stracę. Po czterech wcześniejszych stratach, ten lęk mi już zawsze towarzyszył – cytuje słowa pani Joli „Gazeta Wyborcza”.

Zobacz także: Tęczowi ojcowie: „Bycie rodzicem po stracie to obciążenie, zwłaszcza jeśli temat został zduszony i ukryty”

Najgorszy dzień w życiu rodzica

Rok 2012 na zawsze pozostanie w pamięci pani Joli, jako najgorszy rok w jej życiu. Ada właśnie skończyła 18 lat, wyjechała na obóz do Hiszpanii. Bardzo cieszyła się na tę wycieczkę. Po przyjeździe źle się poczuła. Okazało się, że to sepsa meningokokowa. Zachorowała we wtorek a zmarła w czwartek.

Ciężko opisać słowami to, co czuła pani Jola. Pierwszych trzech dni po śmierci córki nie pamięta. Wie, że koleżanki zabrały ją do szpitala, dostała leki, załatwiła formalności. Zna to jednak tylko z opowieści, niewiele pamięta z tragicznego okresu.

Z perspektywy czasu pani Jolanta uważa, że żadne słowa nie mogą przynieść otuchy w takiej chwili. Liczy się natomiast obecność drugiego człowieka i świadomość, że można razem przejść przez koszmar.

Zobacz także: Poronienie – one też to przeżyły! Dziś ich zdjęcia dają siłę i nadzieję [FOTO]

Terapia po stracie dziecka

Po śmierci Ady pani Jolanta rzuciła się w wir pracy. Jest terapeutką, pomaga ludziom. Wie, jak bardzo samotny czuje się rodzic po stracie dziecka.

Po kilku latach w jej głowie zrodziła się myśl, by z bólu i cierpienia zrobić jakiś pożytek. Pani Jola chce stworzyć grupę wsparcia dla rodziców, którzy tak jak ona, stracili dziecko.

Byłoby to miejsce dla wszystkich, którzy potrzebują pomocy: dla kobiet, dla mężczyzn, rodziców, których dzieci urodziły się martwe i tych, których dzieci umarły jako dorośli ludzie. Spotkania odbywałyby się raz lub dwa razy w miesiącu. Gdyby z tej grupy wyłoniły się osoby potrzebujące terapii, pani Jola mogłaby się nimi zaopiekować profesjonalnie.

Na takiej grupie można przeżywać. Podzielić się emocjami. Wszystkim, co w rodzicu jest. Jeśli będą na różnych etapach żałoby, można się zainspirować. Zobaczyć, że czas, w którym się jest, zmieni się wkrótce w inny czas. Gdy na Facebooku zdradziłam się z pomysłem utworzenia grupy, odezwało się do mnie kilka osób. Wiem, że jest taka potrzeba. Czekam na kolejne zgłoszenia. Ludzie, którzy doświadczają takiej straty, czują się samotni. Często latami. Wcześniej straciłam czwórkę innych dzieci, wiem, o czym mówię – mówi pani Jolanta w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

———————————————————————————————————————————–

Mgr Jolanta Garbaczewska – terapeuta, logopeda

Specjalistka z ponad 30-letnim doświadczeniem. Pracuje w Klinice Psychiatrii w Bydgoszczy na Oddziale Zaburzeń Lękowych i Afektywnych oraz na Oddziale Rehabilitacji Neurologicznej w Smukale.

Jeżeli jesteś zainteresowana/y dołączeniem do grupy wsparcia dla rodzin, które straciły dziecko, napisz: garbaczewskajolanta@poczta.onet.pl

Tu kupisz e-wersję magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: „Gazeta Wyborcza”, Znany Lekarz

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.