Przejdź do treści

Niepłodność i stres – co tak naprawdę znaczy: odstresować się?

Każda osoba długo starająca się o dziecko, która usłyszała, że powinna „wyluzować, odstresować się”, doskonale wie, jak irytujące są tego typu rady. Bo przecież wiadomo, że nadmierny stres przynosi negatywne skutki w zasadzie w każdej dziedzinie życia. Nikt też mnie chce obniżać swoich szans na dziecko z powodu nadmiernego stresu.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

No tak, tylko co to znaczy: odstresować się? Gdzie wiedza popularna znajduje odzwierciedlenie w badaniach i nauce? Czy i w jaki sposób stres wpływa na płodność?

Hasło „stres” jest jak pojemny worek, do którego wrzucamy popularne martwienie się, ale też depresję, lęk, niepokój. To wszystko zaczyna się na długo, zanim ze zwykłego Kowalskiego staniemy się pacjentem kliniki leczenia niepłodności. Starania o dziecko, jeśli nie przynoszą upragnionego efektu w ciągu kilku miesięcy, stają się coraz bardziej dokuczliwym i stresującym doświadczeniem. Dla kobiet chroniczny stres może oznaczać utrudnioną, nieregularną owulację. Z kolei u mężczyzn długotrwały stres może skutkować obniżonymi parametrami nasienia oraz wpływać na wynik testosteronu.

Oczywiście, przedłużający się stres może też znacząco wpłynąć na inne aspekty płodności, takie jak implantacja lub samo zapłodnienie. Kolejne badania pokazują, że również podczas leczenia przewlekły stres i napięcie mogą mieć wpływ na przykład na ilość pobranych komórek jajowych. Interesujące izraelskie badanie pokazały, że kobiety które podczas leczenie niepłodności były zabawiane przez clowna miały większe szanse na poczęcie niż te, które śmiechu nie doświadczyły.

Czy niepłodność jest źródłem stresu?

To jest trochę pytanie o to, co było najpierw – stres czy niepłodność? Bardzo trudno dojść pewnej odpowiedzi, ale wystarczy, żeby u wielu pacjentów wywołać poczucie winy. Rzeczywiście, badania japońskie pokazały, że nawet 40% kobiet odczuwa niepokój lub cierpi z powodu depresji jeszcze zanim przystąpi do leczenia niepłodności. Można się, oczywiście, zastanawiać, czy jest to związane z nieudanymi naturalnymi staraniami, innymi życiowymi trudnościami pacjentki czy też jej pewnymi cechami jej osobowości.

Niestety, nie pomaga wiedza, co jest źródłem niepłodności. Nawet jeśli okazuje, że jest to przyczyna fizyczna, którą można leczyć. Kolejne miesiące niepowodzeń nieuchronnie zwiększają stres i jego konsekwencje. Błędne koło stres-trudności w zajściu- więcej stresu rusza w ruch.

Najpopularniejsze źródła stresu

Stres jest częścią życia. Nie da się go uniknąć, motywuję do działania, pomaga się rozwijać, wzrastać. Doświadczamy go głównie w pracy oraz w rodzinie. To nie jest zaskakujące. Jeśli praca jest mniej lub bardziej stresująca, ważne żeby umieć rozładowywać napięcie po powrocie do domu. Jeśli to z kolei życie rodzinne jest źródłem przewlekłego stresu, warto szukać źródeł i często również szukać profesjonalnej pomocy.

Badania pokazują, że ponieważ stres jest tak powszechny (i często korzystny), przyzwyczajamy się do niego. Nie odczuwamy jego poważniejszych skutków, takich jak zaburzenia snu, łaknienia, bóle różnych części ciała. To, co na pewno jest dewastujące to nagły i ostry stres, taki jak śmierć bliskiej osoby, nieplanowana przeprowadzka, utrata pracy.

Warto jednak pamiętać, że fakt, że nie widzimy skutków stresu nie znaczy, że ich nie ma. Rzeczywiście, może być tak, że  jesteśmy tak wytrzymali na skutek różnych życiowych okoliczności, że nawet nie zauważamy, że przestaliśmy o siebie dbać. Albo że nigdy się tego nie nauczyliśmy.

Jak ograniczyć stres związany z niepłodnością?

Mówiąc najkrócej: w każdy możliwy sposób, odpowiedni dla naszego temperamentu, potrzeb i możliwości.

  • Joga – ma wielu zwolenników, zwłaszcza ta jej odmiana, która koncentruje się na oddychaniu i ruchach, niekoniecznie medytacji. Wiele wskazuje na to, że jest to skuteczny sposób na wyciszenie oraz w konsekwencji redukcję stresu. Zwolenników ma również akupunktura. Niektóre kliniki leczenia niepłodności nawet oferują tego typu zabiegi.
  • Sen – ma znaczenie nie tylko w utrzymaniu dobrego samopoczucia, ale również w przebiegu owulacji. Przeszło 80% kobiet ma owulację pomiędzy północą a 8 rano, dlatego brak snu lub zaburzenia w obrębie rytmu dobowego mogą wpływać również na owulację. Sen pomaga się zregenerować, zrelaksować, zresetować umysł i ciało.
  • Ćwiczenia fizyczne i ruch – osoby uprawiające rekreacyjnie sport często zauważają, że po wykonaniu serii ćwiczeń lepiej się czują. Nic dziwnego, podczas wysiłku fizycznego uwalniają się endorfiny, znane również jako hormony szczęścia. Aktywność fizyczna pomaga również zadbać o prawidłową wagę, a to z kolei zwiększa szanse na poczęcie.
  • Seks – ale niekoniecznie ten związany z prokreacją. Seks rozumiany jako bliskość, wzajemna wymiana. Warto do niego wrócić po miesiącach lub latach współżycia z kalendarzem w ręku.
  • Ludzie – tak po prostu. Jest ogromna ilość badań potwierdzających, że wsparcie ze strony bliskich osób jest niezwykle ważne w radzeniu sobie ze wszystkimi życiowymi kryzysami. Nie ma powodu niepłodności traktować inaczej. Warto się otworzyć, szukać ludzi o podobnych doświadczeniach (co nie powinno być trudne) lub na tyle empatycznych, że będą w stanie zrozumieć sytuację osoby niepłodnej.

Cokolwiek jest pierwotne – niepłodność czy stres – trzeba pamiętać, że jedno wpływa na drugie. Trzeba o siebie dbać zwłaszcza wówczas, kiedy jesteśmy w trudnej sytuacji.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

„Emocje i myśli – co z tym wszystkim zrobić?” – warsztaty psychologiczne dla kobiet

Czas starań o dziecko, szczególnie jeśli zdaje się wciąż i wciąż przedłużać, może być bardzo trudnym momentem. Pojawiać się mogą emocje i myśli utrudniające codzienność. Wpływają one też na relacje ze światem i bliskimi zabierając przy tym niezwykle wiele energii, która mogłaby być wykorzystana w o wiele bardziej zdrowy i konstruktywny dla ciebie sposób. O czym wtedy warto pamiętać? Masz na to ogromny wpływ!

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Sposób naszego myślenia, objęcie konkretnych perspektyw, niedopuszczanie do siebie (lub odwrotnie – dopuszczanie ze zbyt wielką siłą) opinii innych osób. Wszystko to wpływa na nasze samopoczucie, a co za tym idzie na nasze związki z innymi oraz siłę, jaką w sobie mamy. Nawet jeśli czujesz w tym momencie, że takowej zupełnie ci brak.

Niezwykle ważna jest wtedy wiedza i świadomość siebie, ale też sposoby na znalezienie nowej perspektywy. Na zmianę myślenia, lub przynajmniej próby (a to już jest bardzo dużo!). Idą za tym zmiany także w odczuwanych przez nas emocjach. Nagle okazuje się też, że nasze zachowania potrafią się zmieniać, odkrywamy również zupełnie nowe szanse na działania, które być może dotąd wydawały się być niedostrzegalne.

 

ZAPISZ SIĘ NA WARSZTATY:

 

Co nas czeka podczas wspólnej pracy?
  • Chciałabym, abyś zobaczyła w sobie siłę, którą masz i poznała techniki, dzięki którym łatwiej będzie ci poradzić sobie z trudnymi myślami.
  • Chcę żebyś zobaczyła też, na jak wiele sfer wpływa sposób naszego myślenia i przekonania, jakie się za tym kryją. Chcę dać ci wiedzę, która pozwoli ci być może spojrzeć na wiele przytrafiających się w codziennym życiu sytuacji z dystansu.
  • Chciałabym abyśmy zastanowiły się wspólnie nad odczuwanymi emocjami, które idą niemalże ramię w ramię ze sposobem naszego myślenia. Co możemy odczuwać? Czy umiesz nazwać pojawiające się w tobie emocje? Czy wiesz jak wielki może to być wachlarz i jak dużo może dać sama umiejętność ich nazwania?
  • Pamiętaj, że jeśli nie będziesz czuła się na siłach, by dzielić się przykładami ze swojego życia, nikt nie będzie przekraczał twoich granic. Chcę dać ci przestrzeń, w której bezpiecznie będziesz mogła przyjrzeć się trudnym emocjom, zdobyć wiedzę z zakresu psychologii oraz poznać narzędzia przydatne w pracy nad sobą.

 

Czy te warsztaty są dla ciebie?

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o pojawiających się w tobie emocjach – TAK

Jeśli chcesz poznać, na jakie sfery życia wpływa sposób twojego myślenia – TAK

Jeśli chcesz przyjrzeć się swojemu myśleniu i jak jego skutki wpływają na ciebie oraz innych  – TAK

Jeśli na konkretnych przykładach chcesz spróbować znaleźć inną perspektywę – TAK

Jeśli chcesz poznać pomocne w tym techniki – TAK

 

Czym ten warsztat nie będzie?

Nie będzie to grupa terapeutyczna. Chcę dać ci przede wszystkim narzędzia i wiedzę, które pozwolą ci w trudnych momentach pomóc samej sobie i być może dadzą ci szansę na lepsze poznanie siebie. Wspólnie te narzędzia przećwiczymy, a jeśli pojawią się w tobie pytanie, postaramy się znaleźć na nie odpowiedź.

Jeśli zaś czujesz, że potrzebujesz wsparcia, które będzie znacznie głębszą formą pomocy lub masz poczucie, że znalazłaś się w kryzysowej sytuacji, zachęcam cię do poszukania pomocy właśnie pod skrzydłami terapeutów.

Przyjdź, podziel się swoim doświadczeniem lub posłuchaj i po prostu przyjmij ten warsztat, jako dobrą wróżbę – wróżbę, która de facto nie ma nic wspólnego z magią. Wszystko opierać się będzie bowiem na sprawdzonej, rzetelnej wiedzy psychologicznej.

Data warsztatów: sobota, 15 września 2018 r.

Godzina: 10:00

Czas trwania: 3 h

Miejce: redakcja magazynu i portalu „Chcemy Być Rodzicami”

 

ZAPISZ SIĘ NA WARSZTATY:

 

Prowadzenie: Katarzyna Miłkowska

Jestem dziennikarką i studentką V roku psychologii klinicznej. Od niemal dwóch lat związana jestem z magazynem i portalem „Chcemy Być Rodzicami”, gdzie opisuję problemy związane z płodnością. Zajmuję się nią zarówno od strony somatycznej, jak i psychologicznej. Przeprowadziłam w tym czasie wiele rozmów związanych z tematyką niepłodności zarówno z lekarzami, psychologami, jak i ludźmi, którzy wiele w tej sferze doświadczyli.

Przez prawie dwa lata przyglądałam się też pracy z problemem uzależnienia od narkotyków – terapii osób uzależnionych oraz ich bliskich. Brałam również udział w wielu warsztatach m.in. z rozmowy psychologicznej, czy też związanych z problemem wirtualnej przemocy. W związku ze swoimi zainteresowaniami ukończyłam także kurs psychodietetyki. W swojej pracy magisterskiej zgłębiam jednak właśnie problem niepłodności – jak niektóre jej aspekty mogą wpływać na samouprzedmiotowienie kobiet mających problemy z zajściem w ciążę oraz sprawdzić, jakie strategie mogą być pomocne w radzeniu sobie z tym jakże trudnym postrzeganiem siebie.

 

Przestrzeń na Ciebie – poznajmy się:

Bo to nie zawsze siniaki i krzyki – bierna agresja. Czy jest obecna w twoim życiu? – PODCAST psychologiczny

„Nigdy nie będę taka jak ona…” – czy porównywanie się naprawdę ma sens?  – PODCAST psychologiczny

Świat pod linijkę – gdy perfekcjonizm zderza się z niepłodnością  – PODCAST psychologiczny

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

In vitro i depresja poporodowa – dr Maja Herman opowiada o jej leczeniu

Tak bardzo pragniesz dziecka. Tak wiele czasu, emocji, pieniędzy poświęcasz na starania o ciążę. Jest to twoje największe marzenie. I gdy udaje się zostać matką, a zamiast czuć przepełniające szczęście popadasz w depresję, świat okazuje się stawać na głowie. O depresji poporodowej, także tej po udanym in vitro, z psychiatrą i psychoterapeutką, dr Mają Herman, rozmawiała Katarzyna Miłkowska.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zastanawiam się, co wciąż jest większym tabu – depresja poporodowa, czy może jednak in vitro?

Dr Maja Herman: Myślę, że tabu jest w tym wypadku całością obu tych zjawisk. Po pierwsze, dzieje się tak m.in. ze względu na to, że żyjemy w państwie, w którym znaczącą rolę odgrywa kościół, a aspekt etyczny in vitro jest zawsze brany pod uwagę jako pierwszy i najważniejszy. Chociaż moim zdaniem, powinno być to pozostawione indywidualnej ocenie pary.

Drugim zaś tabu są z kolei choroby, zaburzenia psychiczne –  wciąż bardzo spieramy się o nomenklaturę. Czy depresja jest chorobą, czy może jednak zaburzeniem? Prawda jest taka, że depresja powoduje zaburzenia funkcjonowania i tak naprawdę jest to choroba dotycząca sposobu myślenia. Co za tym idzie, już z samej definicji staje się dla kobiety tematem tabu. W depresji myśli ona, że jest beznadziejna, do niczego się nie nadaje, nic się jej nie uda, to już jest koniec, nikt nie będzie w stanie jej pomóc i wszystko jest jej winą.

Powiązanym z tym, trzecim aspektem, jest obawa przed byciem wytkniętym palcami oraz lęk osób z otoczenia chorego. Należy pamiętać, że nie jest to nic wstydliwego, a w większości wypadków lęk wynika z niewiedzy. Tak też zatacza się pewne koło – niewiedza o tym, czym jest depresja, skutkuje narastającym wokół niej tabu. Jednak niezależnie od tego, czy jest to depresja poporodowa po udanym in vitro, czy też depresja po prostu, to jest to choroba uleczalna. Nie zmienia ona człowieka. Pacjent lub pacjentka dostaje leki i po przyjęciu odpowiedniej dawki, po odpowiednim okresie czasu – bo niestety leki psychiatryczne nie działają od razu, trzeba dać im około 4-6 tygodni –  człowiek wraca do siebie i mówi wtedy: „Jak ja w ogóle mogłam myśleć o sobie coś takiego?!”.

Biorąc jednak pod uwagę niewiedzę i lęk, na pewno mogą budzić je właśnie leki. Często słyszy pani pytanie: „Co one ze mnie zrobią?”

Zdecydowanie! Najczęściej słyszę zastanowienie, czy leki zrobią ze mnie zombie. Jaki jest jednak ich wpływ? Oddziałują na neuroprzekaźnictwo. W przeważającej większości nie uzależniają, są bezpieczne, praktycznie nie wchodzą w interakcje z innym lekami, można je bez trudu odstawić. Są jednak pewne warunki, które muszą być spełnione by włączyć je do leczenia. Stąd potrzeba oceny lekarskiej.

Leki psychiatryczne są dość bezpieczne i niewątpliwie potrzebne w leczeniu, ale czy kolejnym argumentem budzącym niepokój świeżo upieczonych matek nie jest np. lęk o dziecko, które często karmią w tym czasie piersią?

Problem z karmieniem piersią i braniem leków psychiatrycznych jest trochę bardziej złożony. Przede wszystkim należy zaznaczyć, że absolutnie nie może ono dotyczyć matek, które urodziły wcześniaki, dzieci obarczone chorobami, czy dzieci z wadami genetycznymi. I tak, farmakoterapia jest rzeczywiście dość bezpieczna, chociaż nie ma badań na dużych grupach pacjentek. Nikt nie podejmie się bowiem zbadania kobiet karmiących. Jest to w tym wypadku dodatkowe narażanie dziecka. Skoro więc nie ma dużych badań, a dane pochodzą z tzw. opisów przypadków, to jaką mamy pewność, że ten lek faktycznie nie wpływa negatywnie na dziecko?

Przypominam, że nie ma badań pokazujących ewentualne odległe skutki włączenia leków przeciwdepresyjnych u matek dzieci karmionych piersią. I jeszcze jedno, nie tak dawno, bo około 10 lat temu, mówiono, że bezpieczna jest paroksetyna w leczeniu u matek karmiących. Dziś już paroksetyny z nami nie ma i nie jest zalecana. Powodowała jednak skutki uboczne u dzieci, co okazało się kilka lat później, przy zebraniu większej ilości danych. Dylemat ten, czy stosować farmakoterapię czy nie pojawia się zawsze, nawet przy najbezpieczniejszym leku jaki istnieje, czyli sertralinie (SSRI, czyli inhibitor zwrotny wychwytu serotoniny). Nawet podczas jego przyjmowania zdarzały się potencjalnie śmiertelne powikłania. Są to oczywiście przypadki niezwykle rzadkie, ale która matka chciałaby być tą jedną jedyną mającą niepożądane reakcje?

Dla mnie osobiście najważniejsza jest jednak odpowiedzialność lekarska. Pacjentka ze zdiagnozowaną depresją może być uznana przez biegłych psychiatrów za czasowo niepoczytalną. Ja zaś rozpoznając u niej chorobę psychiczną, pytam czy zgadza się przyjmować leki. Jej odpowiedź nie musi być zatem uznana za wiążącą. W takim wypadku nie chcę brać na siebie tego typu odpowiedzialności.

Zatem wiele kolejnych stresorów pojawia się wtedy w życiu kobiety.

Tak, ale na szczęście znalazłam w swojej praktyce rozwiązanie. Wysyłam matkę na wizytę w poradni laktacyjnej oraz proponuję odstawienie karmienia piersią na czas brania leków. Idziemy wtedy na układ – przez kilka tygodni bierze ona leki i chociaż dziecka nie karmi, to utrzymuje przy tym cały czas laktację. Zazwyczaj umawiamy się po 6-8 tygodniach i pomimo, że wiem, że depresja nie będzie wyleczona, to jednak matka będzie na tyle stabilna emocjonalnie, że będzie w stanie z powrotem stanąć na nogi i jakiś czas funkcjonować bez farmakoterapii. Owszem niewyleczona, ale podleczona na tyle by np. móc spełnić swoje największe marzenie, czyli karmić dziecko piersią i podjąć psychoterapię.  Nie można tego matkom zabierać. Co prawda wszystkie pacjentki, które u mnie były, utrzymały laktację, ale żadna nie zdecydowała się zostawić leków.

Może właśnie zatem psychoterapia byłaby w takim momencie wskazaną formą leczenia?

Tak, oczywiście. W przypadku epizodów łagodnych spokojnie można wejść tylko z psychoterapią, ale niestety depresje poporodowe mają tak burzliwy i dramatyczny przebieg, że trudno jest to opanować bez wsparcia psychiatrycznego.

Wynika to m.in. z hormonów. Jeśli dodatkowo dotyczy to ciąży, do której doszło dzięki procedurze in vitro, a dziecko poczęte jest bezpośrednio po stymulacji, a nie z zamrożonych embrionów, to jest to tym większa ingerencja hormonalna. Hormony te podbijają ciężkość ewentualnego epizodu depresyjnego. Wszystko jest bowiem ze sobą związane – hormony płciowe, hormony tarczycy i neuroprzekaźniki. Pochodzą one z jednej osi – oś przysadka-podwzgórze-nadnercza. Jakie to ma znaczenie? Wszystko wpływa na wszystko i gdy jeden element jest zaburzony, to kaskadowo zaczyna psuć się całościowo.

Idąc tropem kaskady, chociaż trochę w innym znaczeniu, czy kobieta po doświadczeniu in vitro, już na starcie jest bardziej obarczona ryzykiem depresji? Sama walka z niepłodnością to już są przecież szalenie trudne emocje, później ciąża i nieraz związany z nią silny lęk, a finalnie pojawienie się dziecka, co też jest ogromną zmianą.

Faktycznie, u kobiet leczących się z niepłodności okres przeżywanego stresu jest o wiele dłuższy. A co robi nam stres? Powoduje złe funkcjonowanie właśnie wspomnianej już wcześniej osi.

Jeżeli mamy kobietę A, która zachodzi w ciążę za drugim cyklem, to owszem, martwi się o dziecko – czy uda się jej utrzymać ciążę, czy dziecko będzie zdrowe? Jednak jej zamartwianie to „tylko” 10-11 miesięcy. Weźmy teraz dla porównania kobietę B, która stara się o dziecko przez 3 lata. Jest to zatem 36 miesięcy stresu. Stresu destrukcyjnego, wyniszczającego przyjaźnie, relacje rodzinne, relacje w parze. Wszystko to dodatkowo powoduje myślenie o sobie, jako o osobie niepłodnej, czyli człowieku „gorszego sortu”, co tym bardziej obniża nastrój. Mamy wtedy już 36 miesięcy stresu starań i 9 miesięcy ciąży. Dość łatwo jest wywnioskować, która z kobiet już na starcie ma trudniej.

Należy się tu jednak zastanowić nad jeszcze jedną rzeczą – jakie kobiety, jakie pary decydują się na tak długie walki? Są to ludzie zdeterminowani, skoncentrowani na działaniu i tacy, którzy mimo wszystko wyjściowo lepiej radzą sobie ze stresem ze względu na predyspozycje związane z cechami charakteru.

Bilans jest więc tutaj dodatnio-ujemny. Z jednej strony poczucie słabości, z drugiej twarda, niepoddająca się osobowość.

Boję się, czy ta „twardość” nie jest mieczem obosiecznym. Psychologowie wskazują, że osoby cechujące się wysokim optymizmem, gdy przychodzą te trudne konfrontacje, często nie są przygotowane na porażkę. Nie mają przemyślanych innych opcji działania, bo przecież miało być dobrze! W takim momencie może być naprawdę ciężko pogodzić się kobiecie z myślą, że przecież tak bardzo starała się o to dziecko, tak bardzo go pragnęła, a teraz depresja i płacz.

Najczęściej wynika to właśnie z braku planu B. Jest tylko skoncentrowanie się na celu, który trzeba osiągnąć, a później pustka. Nazywa się to depresją szczytu i jest bardzo częste. Jest to też bardzo charakterystyczne np. przy przeróżnych egzaminach, czy innych wyzwaniach.

Maksymalna mobilizacja.

Tak, wszystkie siły są wtedy skoncentrowane na konkretnym działaniu. Taki też właśnie błąd robią niepłodnie pary. Trudno oczywiści, żeby nie skupiały się na swoim celu, ale nie może być tak, że nie ma nic poza tym. Kiedy później pojawia się na świecie dziecko, to wraz z nim przychodzi też właśnie poczucie pustki. Jest to jedna z najczęściej powtarzanych przeze mnie rzeczy – trzeba pamiętać, że dziecko powie nam w końcu „adios” i tyle będziemy go widzieć. Ono będzie oczywiście nas kochać, ale nie będzie już nas potrzebować.

No tak, trzeba mieć zatem coś „swojego”.

I co się „swojego” ma? Najczęściej to właśnie kobiety popadają w fiksację na tym, że chcą zrobić dla swojego dziecka wszystko. Nieraz słyszę wtedy w gabinecie w trakcie terapii rodzinnej, matkę mówiącą do nastolatków: „Tyle dla was tyle poświęciłam!”. Oni zaś odpowiadają: „Moment, moment, my cię nigdy o to nie prosiliśmy. Nie do nas miej zarzuty, tylko do siebie samej”. Trudno to przyznać, ale po części mają rację.

Wtedy może pojawić się poczucie winy.

Ono jest wpisane w chorobę.

I mam wrażenie, że często idzie za tym potrzeba wytłumaczenia się przed światem z owej depresji.

No bo kobiety są wtedy złymi matkami! Jeśli źle się czujesz, jesteś złą matką. Jeżeli nie karmisz, jesteś złą matką. Jeżeli nie przewijasz w określony sposób, jesteś złą matką. To są najczęstsze argumenty społeczeństwa. Cokolwiek się z tobą dzieje, rzutuje to na to, jak fatalną jesteś matką. Nic zatem dziwnego, że dochodzi myśl, że okazałam się słaba, bo się rozchorowałam.

A trzeba pamiętać, że depresja to nie jest słabość.

 

Depresja to zaburzenie neuroprzekaźnikowe wpływające na sposób myślenia – koniec kropka. Prosto? Brzmi zupełnie jak zawał serca, a nikt nie mówi do osoby, która przeszła zawał serca: „Jakim ty jesteś słabeuszem!”.

Czyli wracamy do tego, jak traktowane są niemal wszystkie choroby psychiczne.

Tak, po raz kolejny – brak wiedzy o nich.

Pojawia mi się w takim razie kolejna rzecz, którą słyszę w wielu rozmowach z osobami doświadczającymi niepłodności. Niezwykle rzadko lekarze zachęcają pary do konsultacji psychologicznej. Taka propozycja niemal nigdy nie pada.

Niestety również często się z tym spotykam, a ludzie nieraz z chęcią by z takiej pomocy skorzystali, prawda? W jednych ze skandynawskich badań zanalizowano proces leczenia wielu tysięcy par zmagających się z niepłodnością. Główny wniosek jasno wskazał, że tylko holistyczne podejście zapewnia sukces. I mam tu na myśli sukces nie tylko zależący od tego, czy leczenie skończy się posiadaniem dziecka, czy też nie. Oczywiście kibicuję wszystkim parom, ale dla mnie sukcesem jest to,  że człowiek po takim leczeniu, które dotyczy niezwykle wielu sfer życia, przetrwa w jednym kawałku.

Tak rozumiany sukces umożliwia waśnie tylko holistyczne podejście. Wielospecjalistyczne, zapewniające właściwie opiekę pary od A do Z. Podkreślam jednak – pary – nie tylko kobiety. Na ten moment, nawet jeśli już tego typu opieka jest oferowana, dotyczy tylko pań. A psychiatra? W prawie żadnej klinice leczenia niepłodności nie ma do niego dostępu. Chociaż rzeczywiście są ośrodku, które odsyłają do „jakiegoś” psychiatry. Trzeba się jednak wtedy zastanowić, czy ten nieraz przypadkowy psychiatra, będzie sobie w stanie poradzić we wsparciu odnoszącym się właśnie do leczenia niepłodności.

No tak, nie każdy lekarz jest specjalistą w tym temacie. Zresztą nie tylko psychiatra, ginekolog również.

Dokładnie, gdy pacjentki odpowiadają swoją ścieżkę leczenia, często się z tym spotykam.

Podkreśla pani, że problem niepłodności zawsze dotyczy obojga partnerów. Podobnie jest z depresją. Ona też wpływa nie tylko na samą osobę chorującą, ale tak naprawdę dotyka całej rodziny. Jakie można dać porady osobie, która jest wtedy blisko?

Wspierać, nie oceniać. Podążać za osobą zmagającą się zarówno z niepłodnością, jak i z depresją. Są ludzie potrzebujący trzymania za rękę, współczucia i mówienia: „Jaka jesteś biedna”. Inni będą potrzebowali zupełnie odmiennego rodzaju bycia z nimi: „Zabierz mnie gdzieś, przestańmy rozmawiać o niepłodności, zróbmy coś!”. Należy zatem przyglądać się potrzebom tej osoby, chociaż szczególnie w przypadku mężczyzn, może być to bardzo trudne. Oni o wiele rzadziej mówią i zamykają się w sobie, czego nieraz pokłosiem jest spychanie ich w klinikach na boczny tor. Nikt się nimi za bardzo nie przejmuje, bo też i sami mężczyźni nie wyciągają ręki po swoje. Nie pokazują, że ich także to wszystko bardzo dotyka.

Mam podobne obserwacje. O ile o stronie medycznej męskiej niepłodności mówi się rzeczywiście coraz więcej, bo to też jest taki stereotypowo męski punkt widzenia – konkrety, o tyle o sferze psyche panuje niemalże całkowita cisza. A są przecież mężczyźni opowiadający, jak jest im trudno, szczególnie w kwestii sprostania społecznym stereotypom. Przecież mężczyzna musi spłodzić syna!

Właśnie o to chodzi, a nie są oni w stanie w tym momencie temu sprostać.

Rozumiem jednak, że w takim wypadku depresja występuje rzadziej, niż u kobiet? Czy może po prostu rzadziej pojawia się w gabinecie?

Tego nie wiemy. Generalnie jest tak, że depresja częściej dotyczy kobiet. Pojawia się jednak pytanie, dlaczego tak właśnie wyglądają statystyki? Na pewno mężczyźni rzadziej zgłaszają się do lekarza, co skutkuje np. śmiercią z powodu powikłań po depresji, takich jak zawał serca, czy udar. Z drugiej strony, spowodowane może być to także różnicami w neurochemicznej budowie mózgu. U mężczyzn stres roznieca cztery razy mniejszą powierzchnię mózgu, niż u kobiet. Co za tym idzie, są w stanie więcej tego stresu skompensować. Inaczej też dystrybuują serotoninę – mają i pod tym względem lepiej.  Pytanie zatem, czy da się w ogóle wyjaśnić, co stoi za takimi statystykami i czy w pełni przekładają się one na rzeczywistość.

Trafiłam ostatnio na badania pokazujące, że problem depresji poporodowej u kobiet i mężczyzn jest właściwie statystycznie bez różnicy. Dane mówiły, iż około 5-ciu proc. kobiet cierpiało na depresję poporodową oraz 4,4 proc. mężczyzn. Na pewno jest to obszar, któremu warto się przyjrzeć, bo tak jak już padło – gdy jedna osoba choruje, to choruje cała rodzina.

Najbliższa jest mi w tym wypadku jednak perspektywa, że jest to kwestia społeczna. O depresji poporodowej kobiet jeszcze się mówi, natomiast męska depresja poporodowa?

Jaka poporodowa?! Oni w ogóle nie urodzili! Nie jest to jednak prawdą. Owszem, fizycznie nie urodzili, ale psychicznie – dziecko im się przecież urodziło.

I także dla nich jest to niewątpliwie ogromna zmiana.

Zdecydowanie, chociaż nie mają oni wahań hormonalnych wynikających z samego porodu, z karmienia piersią etc. Faktycznie pod tym względem mają odrobinę łatwiej, więc mają też mniejsze ryzyko zachorowania. Z drugiej jednak strony, istnieje wiele innych powodów podnoszących zagrożenie wystąpienia u nich depresji poporodowej. Jednym z nich jest np. potrzeba zmierzenia się z tym, że przestają być dla kobiety całym światem. Jest to często powód, dlaczego tak trudno jest im zaakceptować nową sytuację. Cieszą się, że zostali ojcami, kochają maluszka – temu nie zaprzeczajmy – jednak zazdrość o to, że nie są już numerem jeden, może być trudna w przeżyciu. Szczególnie, w relacjach, w których faktycznie byli oni dla kobiety centrum, a teraz owy wszechświat przerzucił się na dziecko.

Właśnie – dziecko. Jak walczyć z depresją poporodową w momencie kiedy to ono wydaje się być czynnikiem wyzwalającym chorobę? Z męskiej strony rzeczywiście mocno to tutaj wybrzmiało, ale mam wrażenie, że u kobiet może być podobnie: „Nie kocham tego dziecko, to ono jest problemem”.

I to jest największe niebezpieczeństwo depresji poporodowej. Istnieje bowiem zjawisko określane samobójstwem rozszerzonym. Oczywiście jego motywy są różne, np. mojemu dziecku będzie lepiej, gdy nie będzie żyło. Potem zabijam się ja. Pojawić się może też inna choroba, która nazywa się psychozą poporodową. Jest to stan, w którym rzeczywistość przestaje być odbierana taką, jaką jest. Zaczyna być zniekształcona również przez neuroprzekaźnictwo. Często kobiety widzą wtedy w maluszku diabła, szatana. Nie widzą w nim właśnie dziecka, przez co zaczynają je zupełnie inaczej postrzegać. Czują, że muszą je wyeliminować, bo to właśnie ono jest zagrożeniem. Z psychoterapeutycznego punktu widzenia jest to zrozumiałe. Biologicznie jednak wciąż są to po prostu zmiany w zakresie neuroprzekaźnictwa w ośrodkowym układzie nerwowym.

Spotkałam się też z badaniami, że depresji poporodowej u kobiet po udanym in vitro jest procentowo więcej, niż u tych, które zaszły w ciążę w naturalny sposób. Czy rzeczywiście?

Faktycznie tak jest. Chociaż co ciekawe, moje osobiste doświadczenie wynikające z perspektywy gabinetu pokazuje, że kobiety po długich staraniach, czy po in vitro, szybciej z tej depresji wychodzą.

Może też szybciej zgłaszają się po pomoc?

Nie… w tym wypadku akurat niestety nie ma różnicy. Wracamy tu jednak do początku naszej rozmowy. Jeżeli bowiem depresja poporodowa jest tabu, to nic dziwnego, że opóźnia to wyciągnięcie ręki po pomoc.

„Przechodzona” depresja.

Tak, jest to jedno z moich ulubionych powiedzeń. Depresja zmienia strukturę mózgu. Są tysiące badań obrazowych wskazujących, jak wpływa ona m.in. na objętość hipokampa, czyli struktury odpowiedzialnej za emocje. Depresja zmniejsza jego objętość.

Są też różne mechanizmy, które mogą destrukcyjnie wpływać na człowieka przy nieleczonej depresji. Mówi się też w o tzw. wyuczonej bezradności. Upraszczając, gdy pojawiają się kłopoty, człowiek wyucza się reagowania na nie obniżonym nastrojem.

Są to jednak zapewne schematy, które pojawiają się już na wcześniejszych etapach życia tych osób.

Oczywiście, że tak. Sama genetyka nie tworzy człowieka, kształtuje go także środowisko. To jak wyglądało jego dzieciństwo, jego relacje, sposoby radzenia sobie, czy miał wsparcie we wczesnym dzieciństwie. Wszystko to składa się na obraz tego, jak później człowiek radzi sobie ze stresem, z emocjami.

Chociaż trzeba też zauważyć, że nawet najsilniejszy człowiek – mówiąc „silny” potocznym językiem – jeśli nie ma kogoś obok, kto wskaże mu drogę, jest w stanie zabłądzić.  Jest w stanie z niej zboczyć i pogubić się w dziejących się w nim emocjach. W niepłodności nie ma siły, żeby w pewnych momentach nie stracić tej drogi z pola widzenia. Dlatego, żeby to wszystko miało ręce i nogi, tak ważne byłoby lepiej rozwinięte wsparcie.

Mówimy tu o przyczynach psychologicznych choroby…

Zaraz, zaraz. Nie możemy tak ograniczać podłoża depresji. Psychologiczne, biologiczne, genetyczne, społeczne – wszystkie czynniki trzeba rozpatrywać razem. Jest bardzo duży wór, do którego trzeba dodać jeszcze np. cechy osobowości. Na pewno też osoby leczące się z powodu jakiejkolwiek choroby przewlekłej, a niepłodność jest chorobą przewlekłą, są ludźmi wyjściowo bardziej narażonymi na zaburzenia nastroju. Dzieje się tak ze względu na opisywany już przez nas stres, który jest nierozerwalnie związany z takimi właśnie chorobami.

Tym bardziej, że w czasie zmagań z niepłodnością bardzo często dochodzi do niezwykle krytycznych sytuacji, jak np. poronienia. Są to zdarzenia traumatyczne, rozumiem więc, że leczenie depresji może wystąpić jeszcze w trakcie starań o ciążę i to też zapewne przekłada się na ewentualne wystąpienie depresji poporodowej.

No właśnie najnowsze badania, które opracowali naukowcy ze Stanów Zjednoczonych, wskazują, że nie jest to takie oczywiste. Były to badania przeglądowe, zawierały więc w sobie analizę wyników leczenia niepłodności u  około 4000 kobiet, w których naukowcy sprawdzali, czy stres istotnie statystycznie obniżał zdolność do poczęcia dziecka. Okazało się… że nie! Dla mnie również jest to zaskoczeniem, bo codzienna praktyka pokazuje coś zupełnie innego.

Rzeczywiście jest to sprzeczne z tym, co wydaje się, że obserwujemy w naszym świecie.

Również wydaje mi się to niemożliwe, by stres nie miał tutaj żadnego wpływu. Dzieje się tak z  bardzo prostej przyczyny. Jeżeli oś przysadka-podwzgórze-nadnercza produkuje w przypadku stresu te same hormony, które są hormonami płciowymi i np. zapewniają możliwość utrzymania ciąży, to jakim sposobem miałoby to nie mieć znaczenia?

Stres często może skutkować też np. problemami ze snem, co siłą  rzeczy wpływa na rozregulowanie organizmu.

Jeżeli pacjentka nie śpi, spada jej odporność. Jeżeli spada jej odporność, jest podatna na infekcje. Jeżeli jest podatna na infekcje, pojawia się możliwość zarażenia jej, czy też płodu, chorobą mogącą go uszkodzić i finalnie doprowadzić do poronienia.  Ten ciąg przyczynowo skutkowy wydaje się być niezwykle prosty, prawda?

Czyli trzeba myśleć krytycznie.

Zdecydowanie. Często sama słyszę pytanie: „Są na to badania?”. Należy jednak pamiętać, że medycyna nie różni się pod tym względem od wszystkich innych dziedzin. Po pierwsze, w niej też panują mody. Po drugie, jest coś takiego jak zdrowy rozsądek i własny osąd sytuacji. To one są najważniejsze, bo to zawsze lekarz ostatecznie podejmuje decyzję. Robi to jednak na postawie sytuacji siedzącego u niego w gabinecie pacjenta, a nie danych pochodzących z badań, czy statystyk. W skrócie – indywidualne, holistyczne podejście z włączonym krytycznym myśleniem. Na tym właśnie pacjentki i ich partnerzy wyjdą najlepiej. Zarówno w leczeniu niepłodności, jak i depresji.

 

Zobacz też:

Pan i pani idealni – w pułapce perfekcjonizmu! Niszcząca siła zderzenia z niepłodnością

Bo to nie zawsze siniaki i krzyki – bierna agresja. Czy jest obecna w twoim życiu? – PODCAST psychologiczny

Choruję na depresję, chcę być matką – jak wygrać obie te walki?

 

Ekspert

Dr Maja Herman

Lekarka specjalistka psychiatrii, psychoterapeutka, asystentka na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, współzałożycielka Instytutu Amici #psychiatriauzyteczna. W swojej pracy zajmuje się właśnie m.in. tematem niepłodności oraz szerzeniem wiedzy użytecznej z zakresu szeroko pojętego zdrowia psychicznego.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Jesienne wewnętrzne ciemności – 5 rzeczy, które pomogą Ci poradzić sobie z jesiennym spadkiem nastroju

Jesień nadeszła. Dzień jest coraz krótszy, światła coraz mniej, robi się coraz zimniej, a garderoba powoli zapełnia się ciepłymi kurtkami. Nieraz z tą nową porą roku przychodzi też poczucie straty sił, smutek, przygnębienie. Znasz ten obrazek z filmów, gdy główna bohaterka patrzy w dal przez zalane kroplami deszczu okno? Z jednej strony piękny kadr, z drugiej zagrażający. Jak sprawić, by jesień kojarzyła nam się jednak z dobrym i spokojnym czasem?

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Idziesz rano do pracy – ciemno. Wracasz – ciemno. Coraz mniej chce ci się wychodzić spod ciepłego koca, a parujący kubek herbaty wydaje się być bardziej kuszącą opcją ogrzania się, niż ciepło innych ludzi. Jeśli czujesz, że w tym momencie właśnie tego potrzebujesz, w porządku. Warto jest uszanować i zaakceptować w sobie tę potrzebę. Chociaż jednocześnie dobrze mieć jest na siebie uważność, czy też przypadkiem jesienne zwolnienie tempa i idące za tym myśli, emocje, nie stają się zbyt przytłaczające. Czy nagle w twojej głowie nie pojawi się zbyt dużo skupienia na trudnych sprawach. Czy nie zaczną one w związku z tym nadmiernie rosnąć w siłę. Być może będzie to przedłużający się czas starań o dziecko. Być może codzienny stres. Być może wzmocnią to opadające podczas psychoterapii zbroje, jeśli w takiej właśnie jesteś. Być może. Warto pamiętać jednak, że ten smutek jest naturalny i wcale nie musi oznaczać nic złego.

Obniżenie nastroju – nie bez przyczyny

Co stoi za jesiennym obniżeniem nastroju? Głównie jest to brak światła i współczesny pęd – jedno wiąże się z drugim. Pory roku od wieków były bowiem swego rodzaju kierunkowskazem dla naszego trybu funkcjonowania. Gdy dzień robił się krótszy, a słońce szybciej zachodziło, ludzie wcześniej kończyli też swoją pracę, zwalniali, odpoczywali. I tak, w nich także pojawiała się wtedy nostalgia. Nie bez przyczyny to właśnie jesienią od wieków obchodzimy przeróżne obrządki związane ze śmiercią – i wcale nie dzieje się to w przerażającym kontekście końca. Raczej chodzi w tym czasie o akceptację naturalnej ludzkiej ścieżki. Jesienią był właśnie czas na takie przemyślenia. Zaciągano hamulec.

Jak jest dzisiaj? Dziś niezależnie od pory roku pędzimy. Nasz organizm stał się narzędziem, które bardzo odbiegło od natury. Wracając do początku: idziemy do pracy – ciemno, wracamy – ciemno. Wieczorem jeszcze aerobik, gotowanie obiadu dla całej rodziny, albo drugi etat, a następnego dnia kołowrotek nakręca się na nowo. A wszystko to dzieje się w większości przy sztucznym świetle, które wprowadza nasz mózg w stan całkowitej dezorientacji. Jak to?! Miała być jesień i czas odpoczynku, a tu ciągle dzień?! Mówiąc wprost – oszukujemy nasz naturalny rytm, także ten dobowy.

Nic zatem dziwnego, że zarówno ciało, jak i głowa mogą zacząć się buntować. Co zwiększa ryzyko jesiennych spadków nastroju? Mogą to być nasze indywidualne predyspozycje, wcześniejsze zmaganie się z problemami związanymi właśnie z nastrojem, czy też dziejące się na bieżąco stresujące wydarzenia. Tym bardziej jeśli trwają już one od dłuższego czasu.

Za daleko… jesienna depresja

Co ważne i na co szczególnie warto skierować swoją uwagę, to nasilenie stanu przygnębienia i idących za tym emocji. Depresja sezonowa nie jest bowiem wcale błahym zagadnieniem, czy też „wytłumaczeniem” dla tzw. jesiennych dołów. Smutek staje się zbyt przytłaczający, zmęczenie utrudnia wstanie z łóżka, być może pojawia się płacz i nie masz ochoty na przyjemności, które wiesz, że w normalnych warunkach poprawiają ci humor. Być może to sen i nadmierne objadanie stają się wtedy sposobem radzenia sobie, a być może jest to unikanie ludzi.

Warto poszukać wtedy pomocy specjalistów. Rozmowa, wsparcie w trudnym czasie, może rozwiązanie czających się w tobie konfliktów, czy też fototerapia wykorzystująca specjalnie przeznaczone do tego lampy, które pomagają organizmowi znaleźć równowagę. Dobrze jest znaleźć sposób dla siebie, bo nie musisz trwać w tym sama.

Czas na odkrycia

Z drugiej strony, jesienna nostalgia może być piękna. Może być czasem, który przeznaczymy właśnie na głębokie przemyślenia przynoszące nam dużo dobra. Co ciekawe,jedne z badań psychologicznychsprawdzały, czy zła pogoda może mieć na nas pozytywny wpływ. Okazało się, że jak najbardziej! Wywołuje ona bowiem w nas poczucie nostalgii, która to jest swego rodzaju pozytywnie nacechowaną tęsknotą za tym, co już było (pierwotnie określenie „nostalgia” używano tylko w odniesieniu do tęsknoty za ojczyzną).

Do badania wykorzystano dźwięk deszczu, wiatru i burzy, druga grupa słuchała zaś odgłosów pustej przestrzeni. Faktycznie, zarówno silny deszcz, wiatr, jak i grzmoty wywoływały w ludziach o wiele silniejsze uczucie nostalgii, niż u pozostałych. Idąc tym tropem i bazując na hipotezach badaczy zakładających, że nostalgia oddziałuje na nas pozytywnie, sprawdzono, czy rzeczywiście tak jest. Wynik wskazuje, że owszem!* Wyższy poziom odczuwanej nostalgii powiązany był też ze wzrostem poczucia własnej wartości, pozytywnym nastrojem, lepszym kontaktem z innymi ludźmi, czy po prostu optymizmem. Czyż nie jest to kolejny argument za tym, że jesień proponująca nam czas zatrzymania oraz przemyśleń jest niezwykle potrzebna i warto się w nią wsłuchać (także dosłownie)?

Co za bzdury! Nie mam na nic sił, starania o dziecko mnie dobijają, partner się odsuwa, a ja mam cieszyć się z jesieni?!” – jasne, możesz właśnie coś takiego sobie pomyśleć. I masz do tego pełne prawo. Jak najbardziej rozumiem, że teoria potrafi odbiegać od tego, co się naprawdę dzieje, o niezliczone kilometry. Na szczęście mamy duży wpływ na to, jak myślimy i co robimy, a emocje są do tego znakomitym drogowskazem. Co zatem warto wprowadzić do swojej jesiennej rzeczywistości, żeby lepiej poradzić sobie z tym „ciemnym” czasem?

1. Zapełnij kalendarz

Jest to jedna ze wskazówek, które być może kłócą się z tak pochwalnie opisywanym przeze mnie „zatrzymaniem”. Jeśli jednak czujemy, że pomoże nam to w danym momencie uporać się ze smutkiem, to także jest metoda jak najbardziej w porządku. Przede wszystkim, obserwuj siebie. Czy tobie to pomaga? Czy duża liczba zajęć i spotkań z innymi, bliskimi ludźmi da ci teraz więcej energii i pozytywne odczucia? Co ważne, taki mechanizm sprawdza się w wielu trudnych momentach, ale jak już pisałam w innym artykule w naszym portalu:

Nie chodzi o to, by unikać przeżywania emocji, które się w tobie pojawią. Sednem jest raczej wsparcie, jakie niosą ze sobą bliscy.

2. Ucieknij

Znów wrócę do „ucieczkowych” klimatów, które na dłuższą metę mogą przynieść nam niestety dużo szkody – wracam tu do unikania przeżywania emocji, które to mają tendencję do narastania… Warto jednak pamiętać, że to elastyczność i różne rodzaje radzenia sobie z trudniejszymi momentami są bazą do zadbania o siebie w zdrowy sposób.Unikanie, ucieczka też są jednymi ze strategii działania i stosowane w zrównoważonych ilościach, mogą nam znakomicie służyć.

Co zatem może być potrzebną ci teraz ucieczką? Może to być zajęcie głowy światem innych ludzi. Także tych z książek i seriali. Pozwoli ci to odłączyć się od rzeczywistości i zanurzyć w przestrzeń, gdzie być może nie ma tylu problemów. Czasami warto dać sobie czas na dojrzenie do gotowości „przepracowania” niełatwych stanów. Nie czujesz się teraz na siłach, by konfrontować się z kolejnym i kolejnym negatywnym testem ciążowym? Wcale nie musisz robić tego od razu. Daj sobie oddech.

3. Napisz to!

Twoich słów nikt nie musi czytać. Nie muszą być składne, nie musisz przestrzegać reguł gramatyki, czy stylu wypowiedzi.Pisz, bo pomoże ci to wyrazić ból, z którym się mierzysz. Zrzucisz z siebie dzięki temu chociaż odrobinę trudu” – to także już na naszym portalu padło [TUTAJ] i wciąż jest niezmiernie aktualne. Jesienny czas przemyśleń daje do tego silną podstawę. Gdy tak wiele myśli się w nas pojawia, gdy tak wiele wspomnień wraca, gdy uruchamia się tak wiele lęków – nazwij to i wyraź słowami.

4. Słowa, słowa, słowa

Idąc tropem nazywania emocji, zdecydowanie warto jest się nad tym pochylić. Już bowiem samo formułowanie tego, co się z nami dzieje i nadanie konkretnych określeń, może pomóc osłabić siłę tychże stanów. Pozwala też złapać szerszą perspektywę i uchwycić kontekst, w którym te wszystkie emocje i przekonania się w nas pojawiają. Ułatwia to zbudowanie ciągu przyczynowo skutkowego, wyciąganie wniosków, ale przede wszystkim poznanie siebie i swoich potrzeb. Jeśli bowiem emocje są dla nas drogowskazem, to np. zauważenie, że „czuję złość” może dać nam do myślenia. Niewykluczone, że właśnie ktoś przekroczył nasze granice, albo nie udało się coś, co tak naprawdę było dla nas super ważne. Nazwanie pomaga szukać, przyglądać się sobie i konstruktywnie rozwiązywać trudne sytuacje.

Nic dziwnego, jest to bowiem znakomita forma regulacji emocji. Powstało wiele badań na ten temat, które wskazują, że werbalizacja (zarówno wypowiadanie, jak i pisanie) dziejących się w nas doświadczeń emocjonalnych zmniejsza szkodliwy stres. Jest to lepsza forma niż np. odwracanie uwagi, czy chociażby nazywanie słowami innych obszarów, które nie są związane właśnie z emocjami.

Co ciekawe, badania mózgu sugerują, że nawet on reaguje na nazywanie emocji! Ma ono zmniejszać pobudzenie ciała migdałowatego, które to odpowiedzialne jest właśnie za emocje. Gdy zdają się one nas zalewać, to dokładnie ono wykonuje wtedy zdecydowanie nadmierną robotę… Z drugiej zaś strony, nazywanie tego, co czujemy, wzmacnia aktywność kory mózgowej odpowiadającej m.in. za świadome reagowanie, także na zmysłowe bodźce zewnętrzne, czy też podejmowanie decyzji. Nadmierne emocje mogą wtedy opaść, a nam łatwiej jest „wrócić na ziemię” i dać się pokierować swojej zdrowej, dorosłej części, którą każdy z nas w sobie ma. *

5. Wdzięczność

Mówi się o niej coraz częściej – i nic dziwnego. Odczuwanie i okazywanie wdzięczności może przynieść nam wiele korzyści. Owszem, nie jest to łatwe. Zdarza się bowiem, że nie potrafimy jej dawać, czasami nie umiem jej przyjmować. Mieści ona jednak w sobie tak wiele wspierających nasz pozytywny nastrój stanów – takich jak np. poczucie szczęścia, ulgę, docenienie, zachwyt, szacunek – że szkoda byłoby przekreślać ją w swoim życiu.

Badania wskazują, że praktykowanie wdzięczności wpływa na lepszą jego jakość [red. życia]. Co ciekawe, nie tylko psychiczną, ale i fizyczną. Jeden z eksperymentów opierał się na tym, że uczestnicy każdego dnia w swoim dzienniku wyrażali wdzięczność do trzech osób lub rzeczy. Okazało się, że wpłynęło to na redukcję odczuwanego przez nich stresu, a także wzrost optymizmu i odczuwanych pozytywnych emocji. Skutkiem była też lepsza jakość snu, a co za tym idzie, organizm zaczął inaczej funkcjonować również na poziomie somatycznym. Obniżyło się m.in. ciśnienie krwi. Jest to znakomity przykład na to, jak silnie myślenie i psychika powiązane są z ciałem. Co więcej, mamy na to ogromny wpływ!

 

ZOBACZ też:  „Chcemy Być Rodzicami”

Może warto zastanowić się nad takim ćwiczeniem w ciemny, jesienny dzień, gdy wydaje nam się, że dookoła panuje samo „zło” i nic dobrego nam się nie zdarza?

Czy spróbujesz ułatwić sobie jesień zwalniając tempo, dając sobie przestrzeń na zastanowienie, czucie także tych trudnych emocji i poszukiwanie bliskości ze sobą oraz innymi? Niech to będzie piękny, nostalgiczny czas – masz na to ogromny wpływ.

 

*Źródło: „Psychology Today”

 

Zobacz też:

Nadzieja – w jakich barwach widzisz swoją przyszłość? – PODCAST psychologiczny

Bo to nie zawsze siniaki i krzyki – bierna agresja. Czy jest obecna w twoim życiu? – PODCAST psychologiczny

Choruję na depresję, chcę być matką – jak wygrać obie te walki?

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Gdy tracimy coś, co buduje nasz świat – STRATA i co dalej? [PODCAST]

Strata boli. Z niektórymi jest nam się łatwo pogodzić, inne przez wiele lat mogą wydawać się nie do przejścia. Niektórzy muszą stratę wypłakać, inni przeżywają ją po cichu. Większość z nas przechodzi jednak różne etapy żałoby – bo tak, niemalże każda strata wiąże się nierozerwalnie z żałobą.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Każdy z nas coś w swoim życiu traci. Tracimy przyjaciół, tracimy rodzinę. Z niektórymi rozchodzą nam się drogi, rozdzielają nas kłótnie, czy też śmierć. Żałobę możemy przeżywać też po końcu pewnych etapów życia, np. po zakończeniu szkoły, studiów, przejściu na emeryturę. Pojawia się wtedy pytanie, co dalej? Na pewno musimy przejść swego rodzaju adaptację do nowych warunków. Jak zatem może wyglądać przeżywanie straty i jak możemy starać się sobie ten proces ułatwić? Bo tak, mamy w sobie taką zdolność.

W walce z niepłodnością tych strat może być bardzo wiele… Jedną z nich niewątpliwie może być poronienie, o którym tak szalenie trudno jest mówić. Często jest to temat tabu, zdarza się, że kobieta woli przeżywać je w samotności lub po porostu mówienie o tym jest zbyt trudne i bolesne. Jeszcze innym powodem może być wstyd i lęk przed oceną. Co będzie jeśli inni uznają, że to moja wina, że jestem słaba, że nie sprostałam? Pamiętaj, strata nie jest wstydem, nie jest słabością i masz pełne prawo czuć, że nie dajesz sobie z tym rady. Nie musisz być w tym jednak sama.

Zastanówmy się wspólnie – posłuchaj PODCASTU

…bo choć bardzo byśmy chcieli, od strat nie uciekniemy.

 

Zobacz też:

Nadzieja – w jakich barwach widzisz swoją przyszłość? – PODCAST psychologiczny

„Nigdy nie będę taka jak ona…” – czy porównywanie się naprawdę ma sens?  – PODCAST psychologiczny

Bo to nie zawsze siniaki i krzyki – bierna agresja. Czy jest obecna w twoim życiu? – PODCAST psychologiczny

 Wszystkie nagrania znajdziesz też na YouTube:

 

„Emocje i myśli – co z tym wszystkim zrobić?” – warsztaty psychologiczne dla kobiet
ZAPISZ SIĘ NA BEZPŁATNE WARSZTATY:

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.