fbpx
Przejdź do treści

Narine Szostak, znana jako MissIsBoss: „Jest jeszcze tyle do zrobienia!”

MissIsBoss

Walka z niepłodnością zmienia często niemalże całe życie – niejako trzeba nauczyć się go na nowo. Warto jednak o tym mówić i zwiększać też świadomość innych, bo jak mówi Narine Szostak, znana w sieci jako MissIsBoss: „Jest w tym temacie jeszcze wiele do zrobienia”. Narine opowiada o swoim leczeniu i obecnych staraniach otwarcie, daje tym samym siłę wielu kobietom i pokazuje, że nie muszą być z tym same!

Niewinne początki

Trudno jest w krótkiej rozmowie streścić całą swoją historię – jest to w końcu niemal dziesięć lat mojego życia. A rozpoczęło się standardowo – większości małżeństw w pewnym momencie przychodzi do głowy pomysł, by mieć wspólnie dziecko. U nas też tak było. Miałam mniej więcej 25-26 lat, byliśmy już z Piotrkiem trochę czasu razem, więc w zasadzie stwierdziliśmy, że czemu nie. U nas generalnie takie życiowe decyzje zapadają dość spontanicznie, tak jak pomysł na ślub – nasze zaręczyny odbyły się na kanapie przed telewizorem i bez pierścionka. Piotrek po prostu zapytał, czy zechcę zostać panią Szostak, a ja powiedziałam: „Czemu nie?!”. Tym właśnie sposobem miesiąc później, w sukience za stówkę z sieciówki i bukiecikiem z osiedlowej kwiaciarni, stawiliśmy się w urzędzie stanu cywilnego. 

Decyzja o dziecku była więc równie spontaniczna, ale życie pokazało, że z realizacją tego planu jest trudniej, niż z załatwianiem obywatelstwa polskiego, o które ubiegałam się w tamtym czasie. 

Pierwszy szok

Odstawiliśmy antykoncepcję i klasycznie wzięliśmy się do roboty. Minęło pół roku, rok, trochę więcej czasu i ciągle nic. W końcu stwierdziłam, że trzeba coś z tym zrobić. Moja ówczesna pani doktor po raz pierwszy powiedziała mi wtedy o czymś takim jak drożność jajowodów (oczywiście nie wiedziałam, że w ogóle mogą być niedrożne) i dodała przy tym pamiętne dla mnie zdanie: „Wiesz, bo na tym etapie starań pary albo się rozstają, albo kupują sobie psa”.

Taki tekst z pogranicza, prawda? Porządnie mnie to uderzyło. Dało przy tym jednak do myślenia, że chyba faktycznie coś jest nie tak i nie idziemy w zbyt dobrym kierunku. W te pędy postanowiłam zapisać się do kliniki leczenia niepłodności – nigdy wcześniej nie miałam jednak kontaktu z lekarzem zajmującym się tego typu problemami. Właściwie nie bardzo wiedziałam od czego zacząć, jakie pytania zadawać, jak wygląda leczenie. W głowie osoby, która pierwszy raz idzie do takiego miejsca, wygląda to mniej więcej tak: pan doktor przypisze jakieś tam lekarstwa, coś tam porobi i za miesiąc wyjdziesz stamtąd w ciąży. Okazuje się, że to wcale tak nie wygląda, a żeby przełknąć tę czarę goryczy i ilość trudnych wiadomości, jakie zaczynają wtedy do ciebie docierać, potrzebny jest długi proces.

Chcę wiedzieć!

Doktor, do którego na początku trafiłam, niemal od razu powiedział: „Zróbmy in vitro”. Ja jednak koniecznie chciałam wiedzieć, co mi dolega – to, że jest opcja in vitro, fantastycznie, ale dlaczego właściwie jestem w tej sytuacji?! Jasno mówiłam, że oczekuję od lekarza zagłębienia się w moje problemy do tego stopnia, że odkryje ich przyczynę. „Tam na lewym jajowodzie jest jakaś torbiel, drożności jajowodów to w ogóle nie musimy robić, bo skoro jest in vitro, to właściwie po co?” – mniej więcej taki był odzew. Poczułam jakby mi ktoś walnął młotkiem w głowę, tym bardziej, że na każdej kolejnej wizycie miałam wrażenie, że doktor mnie zupełnie nie pamięta i od nowa muszę opowiadać swoją historię. Nie odpuściłam jednak i domagałam się, żeby zrobił mi odpowiednie badania – koniec kropka. Dopiero wtedy się zgodził i okazało się – oczywiście – że mam lewy jajowód niedrożny.

Wiele mi to rozjaśniło! Już wiedziałam, dlaczego mam bóle po lewej stronie podczas stosunku, okresu, a nawet od tak sobie. Jednocześnie byłam też wściekła, że lekarz mający takie informacje – że mam torbiel i niedrożny jajowód – nie chce mnie leczyć z tego, co mi dolega, tylko od razu chce zrobić dziecko dzięki IVF i tyle. Nie chciałam się na to zgodzić i dobrze zrobiłam.

Nowy etap – nowe nadzieje

Zadzwoniłam wtedy do mojej siostry w Armenii – stamtąd pochodzę – i powiedziałam, co się dzieje. „Przyjeżdżaj, mamy tu magików” – odpowiedziała. Kiedy zrobiłam rozeznanie na ten temat, okazało się, że faktycznie tak jest. W Armenii usługi in vitro są horrendalnie drogie, a ludzi nie stać na takie leczenie, dlatego też lekarze są bardziej przygotowani na wszelkie inne terapie, które mogą w jakikolwiek inny sposób pomóc zajść w ciążę. Zdecydowałam więc, że zrobię tam udrożnienie jajowodów. Zapisałam się do bardzo dobrego lekarza, pojechałam i okazało się, że zabieg, który miał zająć pól godziny, trwał cztery. Wszystko wtedy wyszło – była asymetria jajników, zrosty takich rozmiarów, że lekarz wprost mi powiedział: „Nie miałaś kompletnie szans z tym, co było w środku, na zajście w ciążę naturalnie”. Z prostego zabiegu wyszła więc poważna operacja, ale na koniec usłyszałam: „Narine, naprawiłem Ci hydraulikę!” – rzeczywiście, ta operacja okazała się być dla mnie zbawienna w skutkach.

Ten lekarz zrobił potężną robotę nie tylko dla mojej płodności, ale całego organizmu.  Nagle wyregulował mi się okres, a jakość życia uległa drastycznej zmianie na lepsze, dzięki czemu poczułam, że jestem już gotowa, żeby podjąć dalsze działania. Nie wyobrażałam sobie bowiem, żeby moje dziecko rozwijało się w chorym organizmie. Nie chciałam do tego dopuścić, dlatego tak bardzo zależało mi na odkryciu, jakie mam dolegliwości. Zrobiłam to, wyleczyłam i dopiero wtedy wiedziałam, że mogę rozpocząć całą procedurę leczenia in vitro.

Leczenie szyte na miarę

Znów poszliśmy do tej kliniki, znów do tego lekarza, znów odniosłam wrażenie, że o niczym nie pamięta. Nie czekałam jednak dłużej i zmieniłam specjalistę. Ten zaś mnie zbadał, otworzył na komputerze obraz z dnia mojej owulacji, porównał z innym i powiedział: „Proszę pani, to jest owulacja zdrowej kobiety, a to jest pani owulacja i co ja mam z panią teraz zrobić?”. Wyszłam załamana z tej wizyty, bo… czy to ja miałam mu powiedzieć, co ma zrobić?! Nie poszłam tam po to, żeby mnie straszono – po raz kolejny stwierdziłam, że to nie jest lekarz dla mnie.

Szukałam, szukałam, aż w końcu trafiłam na mojego obecnego lekarza, u którego leczę się do dziś. Właśnie dzięki naszej cudownej współpracy –  w trójkącie z moim mężem i z nim (śmiech) –  mamy piękną córkę. Jest to doktor idealny dla mnie, ponieważ mówi mi tyle, ile powinnam wiedzieć, żeby nie schizować, a do tego wzbudza moje zaufanie i jestem przekonana, że wie, co robi. Moje dziecko jest tego najlepszym dowodem.

Niepłodność – temat dla odważnych

Od początku mówiłam o swoich zmaganiach z płodnością otwarcie. Rozmawiałam z mamą, ponieważ nasze stosunki są bardzo przyjacielskie i to ona była pierwszą osobą, która się o tym dowiedziała. Kiedy zaś sprawy potoczyły się w kierunku kliniki leczenia niepłodności, wiedziało już znacznie więcej osób, ponieważ w ogóle się tego nie wstydziłam. Zresztą wielokrotnie przekonałam się o tym, że otwarte mówienie łamie wiele barier – nagle okazuje się, że z pięciu dziewczyn na imprezie dwie mają taki sam problem, tylko że boją się o tym mówić. Jeśli jednak zobaczą, że jedna się odważyła, im też jest znacznie łatwiej. Tak też rozumiem swoje działania w social mediach – jeżeli to, co opowiadam, spowoduje, że coraz więcej osób otwarcie opowie także o swoim doświadczeniu niepłodności, będzie to wielki sukces.

Dlaczego uważam, że to takie ważne? Otwarte mówienie o problemach znacznie zwiększa szanse na otrzymanie wsparcia. Może okazać się, że obok jest bardzo życzliwy człowiek, który z pełną akceptacją i szacunkiem przyjmie nasze trudności. Chociaż – owszem – jest też druga strona medalu, co znakomicie zgrywa się z pewnymi moimi przemyśleniami. Mam bowiem wrażenie, że niepłodność jest fantastycznym sitem, przez które można przesiać osoby ważne, pomocne, przydatne od tych, które okazują się być zupełnie po drugiej stronie barykady.

Niepłodność pokazuje, kto jest z Tobą, a kto nie. Kto Cię wspiera, a kto osądza. Która przyjaciółka się odsunie, a która będzie mówić: „Mam pudło chusteczek i ramię. Wpadaj, będę ci wycierać nos, a ty sobie popłaczesz i zrobi ci się lepiej”.

Ja na szczęście jestem otoczona ludźmi, którzy bardzo mnie wspierają. Ich akceptacja i zrozumienie zawsze bardzo mi pomagały, ale nawet pomimo to musiałam poradzić sobie z głęboką, paskudną depresją. Koniec końców to wszystko i tak działo się przecież w mojej głowie. Kiedy więc myślę o tym, jak cholernie trudno musi być dziewczynom, które tego wsparcia nie mają, muszą ukrywać to, z czym walczą, słyszą chamskie odzywki i porady, by na przykład pójść do egzorcysty, mam poczucie, że wiele jest jeszcze w tym temacie do zrobienia – i ja będę to robić.

Wywiad z Narine Szostak przeczytasz w najnowszym – październikowym – wydaniu naszego e-magazynu. Pobierz go: TUTAJ.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Myśli, że niepłodność to tylko brak możliwości posiadania dziecka? Myślisz, że in vitro to dziecko z próbówki? Powiem ci czym jest niepłodność jeśli masz odwagę usłyszeć prawdę. Jestem dzisiaj zła i nie mam ochoty robić dobrej miny do złej gry. Jeśli masz odwagę, obejrzyj i podaj dalej. Jeśli nie, proszę nie pisz do mnie wiadomości w tonie dodawania mi otuchy. Bo nie tego potrzebuje ja i setki tysięcy niepłodnych kobiet, tylko rozpowszechnienia choroby z którą musimy walczyć. Dzisiaj jest mi źle, ale jutro wstanę i będę walczyć dalej. Jeśli coś ominęłam, proszę dopisz w komentarzu i zrobimy wspólnie listę prawdy o życiu z niepłodność i leczeniem in vitro. #pokaztwarznieplodnosci #prawdaonieplodnosci #invitrobaby #staraczki #staraniaodziecko #ivfjourney #ivfwarrior #invitromama #niepłodność #niepłodna #dziecko #ivfsisters #mamainvitro

Post udostępniony przez 𝙈𝙄𝙎𝙎𝙄𝙎𝘽𝙊𝙎𝙎 | 𝑳𝒊𝒇𝒆𝒔𝒕𝒚𝒍𝒆 (@the_missisboss)

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, redaktorka prowadząca e-magazyn oraz portal Chcemy Być Rodzicami, absolwentka UW. Obecnie studentka V roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz była słuchaczka studiów podyplomowych Gender Studies na UW. Współautorka książki "Kobiety bez diety".