Przejdź do treści

Moja historia poronienia. Jak w jednej chwili zawalił się świat

Moja historia poronienia

Dzisiaj minęły dokładnie trzy miesiące. Trzy miesiące odkąd zawalił się mój świat, a marzenia prysły niczym mydlana bańka. Dziś minęły trzy miesiące odkąd poroniłam. Oto moja historia.

Pamiętam ten dzień bardzo dobrze. Niosłam właśnie suknię do krawcowej. To była suknia, w której miałam poczuć się jak najszczęśliwsza kobieta na świecie. Bo niby dlaczego coś miałoby stanąć mi na przeszkodzie? W końcu wychodziłam za mąż za człowieka, którego kocham nad życie, wyprawialiśmy wesele marzeń. Wszystko mieliśmy już dopięte na ostatni guzik, choć do wielkiego wydarzenia zostały jeszcze dwa miesiące. 

Moją głowę zaprzątała wtedy jeszcze jedna myśl. Spóźniała mi się miesiączka. „A może….”? – zaczęłam się zastanawiać, czy to może być ciąża.

„W sumie, nawet bym się ucieszyła. Oboje mamy pracę, za dwa miesiące bierzemy ślub, to dobry czas” – pomyślałam sobie. Wracając od krawcowej wstąpiłam do apteki po test ciążowy. Po powrocie do domu od razu przystąpiłam do badania. Na teście pojawiła się wtedy jedna kreska i muszę przyznać, że choć nie planowaliśmy dziecka, trochę się zawiodłam. Myśl o macierzyństwie zaczęła już na dobre kiełkować w mojej głowie. Po rozmowie z narzeczonym podjęliśmy decyzję: staramy się o bobasa!

Starania czas zacząć

Tak oto przystąpiłam do grona „staraczek”. Zainstalowałam na telefonie aplikację monitorującą cykl, zaczęłam bardziej dbać o dietę i odstawiłam alkohol. Starałam się nie nastawiać zbyt optymistycznie, bo dobrze wiedziałam, że rzadko kiedy udaje się zajść w ciążę za pierwszym podejściem.

Kilka dni przed spodziewaną miesiączką nie wytrzymałam jednak i zrobiłam test ciążowy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam drugą, bladziutką kreskę! Myślałam, że oszaleję z radości! Zaczęłam o siebie dbać, jak nigdy dotąd. Czułam się wyśmienicie, nie przeczuwałam, że może się zdarzyć coś złego. Oczami wyobraźni widziałam już siebie z dzidziusiem na rękach, wymyślałam imiona, projektowałam pokoik. Może to był mój błąd? 

W szóstym tygodniu ciąży udałam się na wizytę do ginekologa. „Widzę pęcherzyk, ale nie ma tu jeszcze zarodka” – usłyszałam od pani doktor. W tej chwili zrobiło mi się ciemno przed oczami. „Być może ciąża jest młodsza, ale może to być również puste jajo płodowe” – poinformowała mnie lekarka. Doskonale wiedziałam, co to oznacza.

Po powrocie do domu przepłakałam całą noc. Było mi tym trudniej, że zostałam w tym momencie sama. Narzeczony pracował akurat na nocną zmianę, nie mogłam się do niego przytulić i wypłakać. Choć lekarka dawała cień nadziei, podświadomie czułam, że już nic z tego nie będzie. Miałam przyjść na kontrolę za dwa tygodnie. Czyli na tydzień przed moim ślubem.

Moja historia poronienia

We wskazanym terminie pojawiłam się w szpitalu. Lekarz zrobił USG i zadał tylko jedno pytanie: „Czy krwawi już pani”? Wszystko stało się jasne. Ginekolog zalecił, abym została na oddziale. Nie byłam na to przygotowana, miałam przecież tylko przyjść na badanie USG. Nie wzięłam ze sobą szczoteczki do zębów, piżamy, kapci, czułam się bezradna niczym dziecko. 

Pani, która przyjmowała mnie na oddział ginekologiczny, zauważyła, w jakim jestem stanie. Zaopiekowała się mną, zaprowadziła do sklepiku i pomogła wybrać najpotrzebniejsze rzeczy. Mało tego, założyła za mnie pieniądze, ponieważ nie miałam przy sobie gotówki, a w szpitalu nie było bankomatu. Nigdy nie zapomnę tego, co dla mnie zrobiła.

Pielęgniarki również były niezwykle miłe. Starałam się z całych sił nie rozpłakać, bo nie lubię okazywać uczuć przy obcych osobach. Kiedy jednak zostałam sama w szpitalnej sali, coś we mnie pękło – nie umiałam już powstrzymać łez. Wtedy weszła pielęgniarka. W jej oczach widziałam autentyczne współczucie. Podeszła do mnie i mnie przytuliła. „Pani i tak jest matką. Matką jest się w sercu” – powiedziała mi wtedy. 

Choć przeżywałam tragedię, otrzymałam od tych kobiet wsparcie, dzięki któremu moje doświadczenie było odrobinę mniej traumatyczne. Byłam też bardzo wdzięczna za to, że leżałam na oddzielnej sali i nie musiałam przebywać wśród ciężarnych i matek z dziećmi.

Poroniłam, tydzień później był ślub

Kiedy trochę ochłonęłam, dostałam pierwszą dawkę tabletek poronnych. Miałam leżeć i czekać. Nie chcę nawet wracać myślami do tego, co wówczas przeżywałam. Niestety, oprócz lekkich skurczy brzucha, nic więcej się nie działo. Po kilku godzinach dostałam więc drugą porcję tabletek. Minął cały dzień i noc i nadal nic się nie wydarzyło. Wtedy zapadła decyzja – łyżeczkowanie macicy. Bardzo się tego bałam, pamiętam, jak drżącą ręką podpisywałam zgodę na zabieg. Potem zapadłam w sen. 

Kiedy się obudziłam, narzeczony już czuwał przy moim łóżku. Czułam ogromny smutek, ale też ulgę. Już nie musiałam na nic czekać, mogłam iść do domu i w spokoju przeżywać swoje emocje.

Dostałam tydzień zwolnienia, podczas którego mogłam przygotować się do ślubu. Nie umiałam się jednak cieszyć. W tym czasie bardzo pomogła mi przyszła teściowa. Zaopiekowała się mną, kiedy narzeczony pracował kilka dni poza domem. Zabrała mnie do kosmetyczki, kiedy po wyrzucie hormonów moją twarz obsypało milion wyprysków, woziła na zakupy, organizowała nam wspólny czas. Robiła wszystko, żebym tylko mogła zająć myśli czymś innym. Dziękuję, Mamo! Będę Ci za to wdzięczna do końca życia.

Ślub i wesele udały się idealnie. Zapomniałam wtedy na chwilę o traumatycznych doświadczeniach, byłam po prostu szczęśliwa. Symbolicznie rozpoczęłam nowy etap w życiu i zaczęłam sobie układać w głowie wszystkie emocje. Stwierdziłam, że nie chcę i nie mogę się poddawać. 

Zgodnie z zaleceniem lekarza, odczekałam jeden cykl, po którym przystąpiliśmy do działań. I znów udało się za pierwszym razem. Dziś jestem w piątym tygodniu ciąży. Bardzo boję się, co przyniesie przyszłość. Mam jednak wiarę, że tym razem się uda. 

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Najnowsze artykuły