Przejdź do treści

Matka adopcyjna i biologiczna. Partnerki czy rywalki?

Życie z rodzicami biologicznymi w tle jest wpisane w życie adopcyjnej rodziny. Trójkąt adopcyjny jest często omawiany na szkoleniach w ośrodkach adopcyjnych. Ale czy w codziennym życiu jest tak samo łatwo jak na tych szkoleniach?

Przyszłych rodziców w ramach procedury adopcyjnej uświadamia się o fakcie współistnienia rodziców biologicznych w ich życiu, a przede wszystkim w życiu ich dziecka. Większość tych wiadomości na etapie przygotowania jest zupełnie oderwana od rzeczywistości i trudna do zrozumienia czy choćby wyobrażenia sobie przez kandydatów. Mimo to w znakomitej większości akceptują oni wejście w ten trójkąt wraz z momentem adopcji. Teoretycznie akceptacja wydaje się być prosta i wydaje się, że wystarczy mieć w sobie świadomość istnienia biologicznych rodziców swojego dziecka. (Szczegółowo o praktycznej stronie życia w trójkącie adopcyjnym przeczytasz tutaj) Tym razem popatrzmy na dwie uczestniczki tego trójkąta. Na matkę, która urodziła i matkę, która adoptowała dziecko. Różni je wiele od poziomu życia, środowiska, wzorców wyniesionych z domu, po wiek i wygląd. Fundamentalna różnica dotyczy ich dziecka, jedna je oddaje, druga przyjmuje.

Czy w takiej sytuacji obie te matki mogą być partnerkami czy raczej stają sie rywalkami? Chciałabym znać odpowiedź na to pytanie. W swoim osobistym doświadczaniu macierzyństwa przeszłam obydwie te fazy. Wielokrotnie i z cała gamą odcieni…

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W procedurze rozmowy o rodzicach biologicznych wydawały mi sie takie dziwne. Oczywiście nie negowałam faktu, ze moje przyszłe dziecko będzie miało matkę biologiczna. To jedyna jak dotąd metoda żeby się pojawić na świecie. Nawet uwagi psychologów co do jawności i rozmów z dzieckiem o jego korzeniach wydawały mi się logiczne. No przecież nie bede kłamać całe życie, że je urodziłam. Zatem muszę tez powiedzieć, że istnieje ta biologiczna matka, która wydała je na świat. Ale nie czułam w żaden sposób ani wagi tej rozmowy ani faktycznego istnienia takiej osoby jak matka biologiczna mojego dziecka.

Pierwszy raz usłyszałam o niej w ośrodku adopcyjnym. Tuż po tym jak zadzwonił wymarzony telefon, pobiegłam tam wysłuchać informacji o moim dziecku. Pamiętam, że pomyślałam z zazdrością, „jest ode mnie dużo młodsza!”. A gdy usłyszałam ile już rodziła dzieci, i w jakim wieku urodziła pierwsze pomyślałam… To nie były miłe myśli, nie jestem z nich dumna i nie chcę do nich wracać. Potem skupiłam sie juz tylko na dziecku.

W sądzie na rozprawie adopcyjnej przypomniałam sobie o istnieniu matki biologicznej, bo usłyszałam jej imię i nazwisko. Przez moment pojawiła się w myślach zdominowanych przez dziecko. 
Poczucie zagrożenia, przyszło na pierwszych spacerach z moim dzidziusiem. Może nie tyle zagrożenia co niższości wobec jej naturalnych praw do bycia mamą. Patrzyłam na inne kobiety z wózkami i czułam się od nich gorsza, czułam się gorsza od matki biologicznej mojego dziecka. Wtedy oceniałam naszą relacje na zasadzie konkurencji. Ja, matka adopcyjna udowodnię, że jestem od Ciebie lepsza. Na szczęście to nie trwało długo. Miłość do dziecka rosnąca z każdym dniem złagodziła moją potrzebę rywalizacji, coraz cześciej ustępując miejsca wdzięczności. Uczyłam się w ośrodku tego jak ważną częścią mojego dziecka jest jego biologiczna matka. Teraz zaczynałam rozumieć, że tak będzie zawsze. A to że mogę doświadczać pierwszego brzmienia słowa „mama”, zawdzięczam właśnie matce biologicznej. Uczulam się etej wdzięczności z miesiąca na miesiąc.

Po kilku latach pojawiło sie drugie dziecko, a wraz z nim druga matka biologiczna. Młodsza, z wieloma błędami na koncie. Łatwiej było mi przyjąć jej istnienie z szacunkiem, bo już się tego nauczyłam.

Nadszedł czas rozmów o niej, o nich. O matkach biologicznych moich dzieci. Powróciła niepewność, poczucie ich wyższości, bo rodziły. Choć rozum wyraźnie mówił o tym jak silną mam więź z moimi dziećmi, to jednak w sercu czułam zazdrość. Dlaczego one są tak ważne, skoro w życiu moich dzieci były zaledwie kilka chwil. To o czym wiedziałam do tej pory teoretycznie zaczynało stawać sie rzeczywistością. W rozmowach, szczególnie ze starym dzieckiem, obecność matki biologicznej była niemal namacalna. Potrzebowałam znów pewnego czasu, aby wróciła wdzięczność i spokój. Znów zobaczyłam, że przecież ja mam wszystkie korzyści i przywileje bycia matką. Ona, one mają życie w tęsknocie za nieobecnymi dziećmi i z biczem pogardy, tak chętnie używanym przez społeczeństwo. Zauważyłam jak jestem uprzywilejowana w tym świecie wszechobecnej oceny. Zaakceptowałam ich obecność w moim życiu, przyjęłam za oczywiste, że je kiedyś poznam podążając za potrzebami moich dzieci. Myślałam że to jest już pełnia spokoju i współdziałania, choćby tylko w myślach.

Tyleż razy musiałam o nich opowiadać moim dzieciom, tyle było ciepła w moim przekazie, że oswoiłam dzięki temu wszystkie te myśli o naszych rolach. Zobaczyłam nas jako partnerki w trosce o jak najlepsze życie dzieci. Moich dzieci? A może naszych dzieci?

Jednak drobne doświadczenie życiowe szybko zweryfikowało mój idylliczny obraz relacji matki adopcyjnej z matką biologiczną. W rozmowie ze znajomą działaczką społeczną, która wspiera nieletnie, często niesprawne intelektualnie dziewczyny rodzące i oddające dzieci do adopcji. Ona mówiła o ich emocjach, o potrzebie kontaktu, poznania matki, która przyjmie ich dziecko i zwiąże się z nim na całe życie. Rozmowa potoczyła się w kierunku otwartych adopcji. Doskonale pamietam jak dyskusja zaczynała nabierać coraz bardziej emocjonalnego charakteru aż napłynęły łzy do moich oczu. Poczułam sie znów słabsza, gorsza, poczułam jakbym miała całe życie funkcjonować w porównywaniu nas, w rywalizacji. Jak to? ona, biologiczna będzie mnie znać, widzieć? A może oceniać czy jestem wystarczająco dobra dla jej dziecka? Natknęłam się na kilka historii, jak to matki biologiczne zdobywają adres rodziny adopcyjnej i nachodzą wymuszając korzyści finansowe najczęściej.  Jak dobrze, że poszłam o krok dalej i sprawdziłam dokładnie jak to jest z otwarta adopcją (więcej przeczytasz tutaj). Ta wiedza w połączeniu z rosnącym u moich dzieci zainteresowaniem swoją tożsamością, pozwoliła mi odzyskać spokój i zobaczyć w matce biologicznej partnerkę w wychowywaniu. Ona jest fizycznie nieobecna, ale dzięki temu, że w ogóle jest, ja jestem matką. A to jak ją traktuję zależy tylko ode mnie. Dla moich dzieci teraz mogę zrobić tylko tyle, żeby o niej rozmawiać. A to w jaki sposób będę to robić, pokaże im jak bardzo są kochane w tej rodzinie i bezwarunkowo przyjęte ze swoimi biologicznymi historiami. Nauczy je jak zaakceptować swoje życie z dwiem matkami.

Cieszę się, że teraz jestem znowu w fazie bycia partnerką a nie konkurentką z matką biologiczną. Każda z nas ma ważny wkład w życie dla dziecka. Żadna z nas nie jest bardziej czy mniej ważna.
Mogę być spokojna o moją relacje z dzieckiem, bo ona zależy ode mnie. A fakty są takie, że adoptowane dzieci, nawet gdy odnajdą swoje biologiczne mamy, nawet gdy się z nimi spotkają, to do nich nie odchodzą. Dorosłe dzieci odchodzą do swojego życia. Bez względu na to czy sie je rodziło czy adoptowało. 

E-wersja magazynu Chcemy Być Rodzicami do kupienia tutaj!

————————————-
Magdalena Modlibowska – szefowa działu Adopcja w magazynie Chcemy Być Rodzicami, aktywistka w środowisku adopcyjnym, autorka książki „Odczarować adopcję”, „Księga Adoptowanego Dziecka”, współautorka książki „Jak tu począć”, autorka wielu artykułów adopcyjnych, menadżer, coach zdrowia, prezes Fundacji „Po adopcji”, wiceprezes Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Prywatnie mama trójki dzieci.

Magdalena Modlibowska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.