Przejdź do treści

In vitro i depresja poporodowa – dr Maja Herman opowiada o jej leczeniu

Tak bardzo pragniesz dziecka. Tak wiele czasu, emocji, pieniędzy poświęcasz na starania o ciążę. Jest to twoje największe marzenie. I gdy udaje się zostać matką, a zamiast czuć przepełniające szczęście popadasz w depresję, świat okazuje się stawać na głowie. O depresji poporodowej, także tej po udanym in vitro, z psychiatrą i psychoterapeutką, dr Mają Herman, rozmawiała Katarzyna Miłkowska.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zastanawiam się, co wciąż jest większym tabu – depresja poporodowa, czy może jednak in vitro?

Dr Maja Herman: Myślę, że tabu jest w tym wypadku całością obu tych zjawisk. Po pierwsze, dzieje się tak m.in. ze względu na to, że żyjemy w państwie, w którym znaczącą rolę odgrywa kościół, a aspekt etyczny in vitro jest zawsze brany pod uwagę jako pierwszy i najważniejszy. Chociaż moim zdaniem, powinno być to pozostawione indywidualnej ocenie pary.

Drugim zaś tabu są z kolei choroby, zaburzenia psychiczne –  wciąż bardzo spieramy się o nomenklaturę. Czy depresja jest chorobą, czy może jednak zaburzeniem? Prawda jest taka, że depresja powoduje zaburzenia funkcjonowania i tak naprawdę jest to choroba dotycząca sposobu myślenia. Co za tym idzie, już z samej definicji staje się dla kobiety tematem tabu. W depresji myśli ona, że jest beznadziejna, do niczego się nie nadaje, nic się jej nie uda, to już jest koniec, nikt nie będzie w stanie jej pomóc i wszystko jest jej winą.

Powiązanym z tym, trzecim aspektem, jest obawa przed byciem wytkniętym palcami oraz lęk osób z otoczenia chorego. Należy pamiętać, że nie jest to nic wstydliwego, a w większości wypadków lęk wynika z niewiedzy. Tak też zatacza się pewne koło – niewiedza o tym, czym jest depresja, skutkuje narastającym wokół niej tabu. Jednak niezależnie od tego, czy jest to depresja poporodowa po udanym in vitro, czy też depresja po prostu, to jest to choroba uleczalna. Nie zmienia ona człowieka. Pacjent lub pacjentka dostaje leki i po przyjęciu odpowiedniej dawki, po odpowiednim okresie czasu – bo niestety leki psychiatryczne nie działają od razu, trzeba dać im około 4-6 tygodni –  człowiek wraca do siebie i mówi wtedy: „Jak ja w ogóle mogłam myśleć o sobie coś takiego?!”.

Biorąc jednak pod uwagę niewiedzę i lęk, na pewno mogą budzić je właśnie leki. Często słyszy pani pytanie: „Co one ze mnie zrobią?”

Zdecydowanie! Najczęściej słyszę zastanowienie, czy leki zrobią ze mnie zombie. Jaki jest jednak ich wpływ? Oddziałują na neuroprzekaźnictwo. W przeważającej większości nie uzależniają, są bezpieczne, praktycznie nie wchodzą w interakcje z innym lekami, można je bez trudu odstawić. Są jednak pewne warunki, które muszą być spełnione by włączyć je do leczenia. Stąd potrzeba oceny lekarskiej.

Leki psychiatryczne są dość bezpieczne i niewątpliwie potrzebne w leczeniu, ale czy kolejnym argumentem budzącym niepokój świeżo upieczonych matek nie jest np. lęk o dziecko, które często karmią w tym czasie piersią?

Problem z karmieniem piersią i braniem leków psychiatrycznych jest trochę bardziej złożony. Przede wszystkim należy zaznaczyć, że absolutnie nie może ono dotyczyć matek, które urodziły wcześniaki, dzieci obarczone chorobami, czy dzieci z wadami genetycznymi. I tak, farmakoterapia jest rzeczywiście dość bezpieczna, chociaż nie ma badań na dużych grupach pacjentek. Nikt nie podejmie się bowiem zbadania kobiet karmiących. Jest to w tym wypadku dodatkowe narażanie dziecka. Skoro więc nie ma dużych badań, a dane pochodzą z tzw. opisów przypadków, to jaką mamy pewność, że ten lek faktycznie nie wpływa negatywnie na dziecko?

Przypominam, że nie ma badań pokazujących ewentualne odległe skutki włączenia leków przeciwdepresyjnych u matek dzieci karmionych piersią. I jeszcze jedno, nie tak dawno, bo około 10 lat temu, mówiono, że bezpieczna jest paroksetyna w leczeniu u matek karmiących. Dziś już paroksetyny z nami nie ma i nie jest zalecana. Powodowała jednak skutki uboczne u dzieci, co okazało się kilka lat później, przy zebraniu większej ilości danych. Dylemat ten, czy stosować farmakoterapię czy nie pojawia się zawsze, nawet przy najbezpieczniejszym leku jaki istnieje, czyli sertralinie (SSRI, czyli inhibitor zwrotny wychwytu serotoniny). Nawet podczas jego przyjmowania zdarzały się potencjalnie śmiertelne powikłania. Są to oczywiście przypadki niezwykle rzadkie, ale która matka chciałaby być tą jedną jedyną mającą niepożądane reakcje?

Dla mnie osobiście najważniejsza jest jednak odpowiedzialność lekarska. Pacjentka ze zdiagnozowaną depresją może być uznana przez biegłych psychiatrów za czasowo niepoczytalną. Ja zaś rozpoznając u niej chorobę psychiczną, pytam czy zgadza się przyjmować leki. Jej odpowiedź nie musi być zatem uznana za wiążącą. W takim wypadku nie chcę brać na siebie tego typu odpowiedzialności.

Zatem wiele kolejnych stresorów pojawia się wtedy w życiu kobiety.

Tak, ale na szczęście znalazłam w swojej praktyce rozwiązanie. Wysyłam matkę na wizytę w poradni laktacyjnej oraz proponuję odstawienie karmienia piersią na czas brania leków. Idziemy wtedy na układ – przez kilka tygodni bierze ona leki i chociaż dziecka nie karmi, to utrzymuje przy tym cały czas laktację. Zazwyczaj umawiamy się po 6-8 tygodniach i pomimo, że wiem, że depresja nie będzie wyleczona, to jednak matka będzie na tyle stabilna emocjonalnie, że będzie w stanie z powrotem stanąć na nogi i jakiś czas funkcjonować bez farmakoterapii. Owszem niewyleczona, ale podleczona na tyle by np. móc spełnić swoje największe marzenie, czyli karmić dziecko piersią i podjąć psychoterapię.  Nie można tego matkom zabierać. Co prawda wszystkie pacjentki, które u mnie były, utrzymały laktację, ale żadna nie zdecydowała się zostawić leków.

Może właśnie zatem psychoterapia byłaby w takim momencie wskazaną formą leczenia?

Tak, oczywiście. W przypadku epizodów łagodnych spokojnie można wejść tylko z psychoterapią, ale niestety depresje poporodowe mają tak burzliwy i dramatyczny przebieg, że trudno jest to opanować bez wsparcia psychiatrycznego.

Wynika to m.in. z hormonów. Jeśli dodatkowo dotyczy to ciąży, do której doszło dzięki procedurze in vitro, a dziecko poczęte jest bezpośrednio po stymulacji, a nie z zamrożonych embrionów, to jest to tym większa ingerencja hormonalna. Hormony te podbijają ciężkość ewentualnego epizodu depresyjnego. Wszystko jest bowiem ze sobą związane – hormony płciowe, hormony tarczycy i neuroprzekaźniki. Pochodzą one z jednej osi – oś przysadka-podwzgórze-nadnercza. Jakie to ma znaczenie? Wszystko wpływa na wszystko i gdy jeden element jest zaburzony, to kaskadowo zaczyna psuć się całościowo.

Idąc tropem kaskady, chociaż trochę w innym znaczeniu, czy kobieta po doświadczeniu in vitro, już na starcie jest bardziej obarczona ryzykiem depresji? Sama walka z niepłodnością to już są przecież szalenie trudne emocje, później ciąża i nieraz związany z nią silny lęk, a finalnie pojawienie się dziecka, co też jest ogromną zmianą.

Faktycznie, u kobiet leczących się z niepłodności okres przeżywanego stresu jest o wiele dłuższy. A co robi nam stres? Powoduje złe funkcjonowanie właśnie wspomnianej już wcześniej osi.

Jeżeli mamy kobietę A, która zachodzi w ciążę za drugim cyklem, to owszem, martwi się o dziecko – czy uda się jej utrzymać ciążę, czy dziecko będzie zdrowe? Jednak jej zamartwianie to „tylko” 10-11 miesięcy. Weźmy teraz dla porównania kobietę B, która stara się o dziecko przez 3 lata. Jest to zatem 36 miesięcy stresu. Stresu destrukcyjnego, wyniszczającego przyjaźnie, relacje rodzinne, relacje w parze. Wszystko to dodatkowo powoduje myślenie o sobie, jako o osobie niepłodnej, czyli człowieku „gorszego sortu”, co tym bardziej obniża nastrój. Mamy wtedy już 36 miesięcy stresu starań i 9 miesięcy ciąży. Dość łatwo jest wywnioskować, która z kobiet już na starcie ma trudniej.

Należy się tu jednak zastanowić nad jeszcze jedną rzeczą – jakie kobiety, jakie pary decydują się na tak długie walki? Są to ludzie zdeterminowani, skoncentrowani na działaniu i tacy, którzy mimo wszystko wyjściowo lepiej radzą sobie ze stresem ze względu na predyspozycje związane z cechami charakteru.

Bilans jest więc tutaj dodatnio-ujemny. Z jednej strony poczucie słabości, z drugiej twarda, niepoddająca się osobowość.

Boję się, czy ta „twardość” nie jest mieczem obosiecznym. Psychologowie wskazują, że osoby cechujące się wysokim optymizmem, gdy przychodzą te trudne konfrontacje, często nie są przygotowane na porażkę. Nie mają przemyślanych innych opcji działania, bo przecież miało być dobrze! W takim momencie może być naprawdę ciężko pogodzić się kobiecie z myślą, że przecież tak bardzo starała się o to dziecko, tak bardzo go pragnęła, a teraz depresja i płacz.

Najczęściej wynika to właśnie z braku planu B. Jest tylko skoncentrowanie się na celu, który trzeba osiągnąć, a później pustka. Nazywa się to depresją szczytu i jest bardzo częste. Jest to też bardzo charakterystyczne np. przy przeróżnych egzaminach, czy innych wyzwaniach.

Maksymalna mobilizacja.

Tak, wszystkie siły są wtedy skoncentrowane na konkretnym działaniu. Taki też właśnie błąd robią niepłodnie pary. Trudno oczywiści, żeby nie skupiały się na swoim celu, ale nie może być tak, że nie ma nic poza tym. Kiedy później pojawia się na świecie dziecko, to wraz z nim przychodzi też właśnie poczucie pustki. Jest to jedna z najczęściej powtarzanych przeze mnie rzeczy – trzeba pamiętać, że dziecko powie nam w końcu „adios” i tyle będziemy go widzieć. Ono będzie oczywiście nas kochać, ale nie będzie już nas potrzebować.

No tak, trzeba mieć zatem coś „swojego”.

I co się „swojego” ma? Najczęściej to właśnie kobiety popadają w fiksację na tym, że chcą zrobić dla swojego dziecka wszystko. Nieraz słyszę wtedy w gabinecie w trakcie terapii rodzinnej, matkę mówiącą do nastolatków: „Tyle dla was tyle poświęciłam!”. Oni zaś odpowiadają: „Moment, moment, my cię nigdy o to nie prosiliśmy. Nie do nas miej zarzuty, tylko do siebie samej”. Trudno to przyznać, ale po części mają rację.

Wtedy może pojawić się poczucie winy.

Ono jest wpisane w chorobę.

I mam wrażenie, że często idzie za tym potrzeba wytłumaczenia się przed światem z owej depresji.

No bo kobiety są wtedy złymi matkami! Jeśli źle się czujesz, jesteś złą matką. Jeżeli nie karmisz, jesteś złą matką. Jeżeli nie przewijasz w określony sposób, jesteś złą matką. To są najczęstsze argumenty społeczeństwa. Cokolwiek się z tobą dzieje, rzutuje to na to, jak fatalną jesteś matką. Nic zatem dziwnego, że dochodzi myśl, że okazałam się słaba, bo się rozchorowałam.

A trzeba pamiętać, że depresja to nie jest słabość.

 

Depresja to zaburzenie neuroprzekaźnikowe wpływające na sposób myślenia – koniec kropka. Prosto? Brzmi zupełnie jak zawał serca, a nikt nie mówi do osoby, która przeszła zawał serca: „Jakim ty jesteś słabeuszem!”.

Czyli wracamy do tego, jak traktowane są niemal wszystkie choroby psychiczne.

Tak, po raz kolejny – brak wiedzy o nich.

Pojawia mi się w takim razie kolejna rzecz, którą słyszę w wielu rozmowach z osobami doświadczającymi niepłodności. Niezwykle rzadko lekarze zachęcają pary do konsultacji psychologicznej. Taka propozycja niemal nigdy nie pada.

Niestety również często się z tym spotykam, a ludzie nieraz z chęcią by z takiej pomocy skorzystali, prawda? W jednych ze skandynawskich badań zanalizowano proces leczenia wielu tysięcy par zmagających się z niepłodnością. Główny wniosek jasno wskazał, że tylko holistyczne podejście zapewnia sukces. I mam tu na myśli sukces nie tylko zależący od tego, czy leczenie skończy się posiadaniem dziecka, czy też nie. Oczywiście kibicuję wszystkim parom, ale dla mnie sukcesem jest to,  że człowiek po takim leczeniu, które dotyczy niezwykle wielu sfer życia, przetrwa w jednym kawałku.

Tak rozumiany sukces umożliwia waśnie tylko holistyczne podejście. Wielospecjalistyczne, zapewniające właściwie opiekę pary od A do Z. Podkreślam jednak – pary – nie tylko kobiety. Na ten moment, nawet jeśli już tego typu opieka jest oferowana, dotyczy tylko pań. A psychiatra? W prawie żadnej klinice leczenia niepłodności nie ma do niego dostępu. Chociaż rzeczywiście są ośrodku, które odsyłają do „jakiegoś” psychiatry. Trzeba się jednak wtedy zastanowić, czy ten nieraz przypadkowy psychiatra, będzie sobie w stanie poradzić we wsparciu odnoszącym się właśnie do leczenia niepłodności.

No tak, nie każdy lekarz jest specjalistą w tym temacie. Zresztą nie tylko psychiatra, ginekolog również.

Dokładnie, gdy pacjentki odpowiadają swoją ścieżkę leczenia, często się z tym spotykam.

Podkreśla pani, że problem niepłodności zawsze dotyczy obojga partnerów. Podobnie jest z depresją. Ona też wpływa nie tylko na samą osobę chorującą, ale tak naprawdę dotyka całej rodziny. Jakie można dać porady osobie, która jest wtedy blisko?

Wspierać, nie oceniać. Podążać za osobą zmagającą się zarówno z niepłodnością, jak i z depresją. Są ludzie potrzebujący trzymania za rękę, współczucia i mówienia: „Jaka jesteś biedna”. Inni będą potrzebowali zupełnie odmiennego rodzaju bycia z nimi: „Zabierz mnie gdzieś, przestańmy rozmawiać o niepłodności, zróbmy coś!”. Należy zatem przyglądać się potrzebom tej osoby, chociaż szczególnie w przypadku mężczyzn, może być to bardzo trudne. Oni o wiele rzadziej mówią i zamykają się w sobie, czego nieraz pokłosiem jest spychanie ich w klinikach na boczny tor. Nikt się nimi za bardzo nie przejmuje, bo też i sami mężczyźni nie wyciągają ręki po swoje. Nie pokazują, że ich także to wszystko bardzo dotyka.

Mam podobne obserwacje. O ile o stronie medycznej męskiej niepłodności mówi się rzeczywiście coraz więcej, bo to też jest taki stereotypowo męski punkt widzenia – konkrety, o tyle o sferze psyche panuje niemalże całkowita cisza. A są przecież mężczyźni opowiadający, jak jest im trudno, szczególnie w kwestii sprostania społecznym stereotypom. Przecież mężczyzna musi spłodzić syna!

Właśnie o to chodzi, a nie są oni w stanie w tym momencie temu sprostać.

Rozumiem jednak, że w takim wypadku depresja występuje rzadziej, niż u kobiet? Czy może po prostu rzadziej pojawia się w gabinecie?

Tego nie wiemy. Generalnie jest tak, że depresja częściej dotyczy kobiet. Pojawia się jednak pytanie, dlaczego tak właśnie wyglądają statystyki? Na pewno mężczyźni rzadziej zgłaszają się do lekarza, co skutkuje np. śmiercią z powodu powikłań po depresji, takich jak zawał serca, czy udar. Z drugiej strony, spowodowane może być to także różnicami w neurochemicznej budowie mózgu. U mężczyzn stres roznieca cztery razy mniejszą powierzchnię mózgu, niż u kobiet. Co za tym idzie, są w stanie więcej tego stresu skompensować. Inaczej też dystrybuują serotoninę – mają i pod tym względem lepiej.  Pytanie zatem, czy da się w ogóle wyjaśnić, co stoi za takimi statystykami i czy w pełni przekładają się one na rzeczywistość.

Trafiłam ostatnio na badania pokazujące, że problem depresji poporodowej u kobiet i mężczyzn jest właściwie statystycznie bez różnicy. Dane mówiły, iż około 5-ciu proc. kobiet cierpiało na depresję poporodową oraz 4,4 proc. mężczyzn. Na pewno jest to obszar, któremu warto się przyjrzeć, bo tak jak już padło – gdy jedna osoba choruje, to choruje cała rodzina.

Najbliższa jest mi w tym wypadku jednak perspektywa, że jest to kwestia społeczna. O depresji poporodowej kobiet jeszcze się mówi, natomiast męska depresja poporodowa?

Jaka poporodowa?! Oni w ogóle nie urodzili! Nie jest to jednak prawdą. Owszem, fizycznie nie urodzili, ale psychicznie – dziecko im się przecież urodziło.

I także dla nich jest to niewątpliwie ogromna zmiana.

Zdecydowanie, chociaż nie mają oni wahań hormonalnych wynikających z samego porodu, z karmienia piersią etc. Faktycznie pod tym względem mają odrobinę łatwiej, więc mają też mniejsze ryzyko zachorowania. Z drugiej jednak strony, istnieje wiele innych powodów podnoszących zagrożenie wystąpienia u nich depresji poporodowej. Jednym z nich jest np. potrzeba zmierzenia się z tym, że przestają być dla kobiety całym światem. Jest to często powód, dlaczego tak trudno jest im zaakceptować nową sytuację. Cieszą się, że zostali ojcami, kochają maluszka – temu nie zaprzeczajmy – jednak zazdrość o to, że nie są już numerem jeden, może być trudna w przeżyciu. Szczególnie, w relacjach, w których faktycznie byli oni dla kobiety centrum, a teraz owy wszechświat przerzucił się na dziecko.

Właśnie – dziecko. Jak walczyć z depresją poporodową w momencie kiedy to ono wydaje się być czynnikiem wyzwalającym chorobę? Z męskiej strony rzeczywiście mocno to tutaj wybrzmiało, ale mam wrażenie, że u kobiet może być podobnie: „Nie kocham tego dziecko, to ono jest problemem”.

I to jest największe niebezpieczeństwo depresji poporodowej. Istnieje bowiem zjawisko określane samobójstwem rozszerzonym. Oczywiście jego motywy są różne, np. mojemu dziecku będzie lepiej, gdy nie będzie żyło. Potem zabijam się ja. Pojawić się może też inna choroba, która nazywa się psychozą poporodową. Jest to stan, w którym rzeczywistość przestaje być odbierana taką, jaką jest. Zaczyna być zniekształcona również przez neuroprzekaźnictwo. Często kobiety widzą wtedy w maluszku diabła, szatana. Nie widzą w nim właśnie dziecka, przez co zaczynają je zupełnie inaczej postrzegać. Czują, że muszą je wyeliminować, bo to właśnie ono jest zagrożeniem. Z psychoterapeutycznego punktu widzenia jest to zrozumiałe. Biologicznie jednak wciąż są to po prostu zmiany w zakresie neuroprzekaźnictwa w ośrodkowym układzie nerwowym.

Spotkałam się też z badaniami, że depresji poporodowej u kobiet po udanym in vitro jest procentowo więcej, niż u tych, które zaszły w ciążę w naturalny sposób. Czy rzeczywiście?

Faktycznie tak jest. Chociaż co ciekawe, moje osobiste doświadczenie wynikające z perspektywy gabinetu pokazuje, że kobiety po długich staraniach, czy po in vitro, szybciej z tej depresji wychodzą.

Może też szybciej zgłaszają się po pomoc?

Nie… w tym wypadku akurat niestety nie ma różnicy. Wracamy tu jednak do początku naszej rozmowy. Jeżeli bowiem depresja poporodowa jest tabu, to nic dziwnego, że opóźnia to wyciągnięcie ręki po pomoc.

„Przechodzona” depresja.

Tak, jest to jedno z moich ulubionych powiedzeń. Depresja zmienia strukturę mózgu. Są tysiące badań obrazowych wskazujących, jak wpływa ona m.in. na objętość hipokampa, czyli struktury odpowiedzialnej za emocje. Depresja zmniejsza jego objętość.

Są też różne mechanizmy, które mogą destrukcyjnie wpływać na człowieka przy nieleczonej depresji. Mówi się też w o tzw. wyuczonej bezradności. Upraszczając, gdy pojawiają się kłopoty, człowiek wyucza się reagowania na nie obniżonym nastrojem.

Są to jednak zapewne schematy, które pojawiają się już na wcześniejszych etapach życia tych osób.

Oczywiście, że tak. Sama genetyka nie tworzy człowieka, kształtuje go także środowisko. To jak wyglądało jego dzieciństwo, jego relacje, sposoby radzenia sobie, czy miał wsparcie we wczesnym dzieciństwie. Wszystko to składa się na obraz tego, jak później człowiek radzi sobie ze stresem, z emocjami.

Chociaż trzeba też zauważyć, że nawet najsilniejszy człowiek – mówiąc „silny” potocznym językiem – jeśli nie ma kogoś obok, kto wskaże mu drogę, jest w stanie zabłądzić.  Jest w stanie z niej zboczyć i pogubić się w dziejących się w nim emocjach. W niepłodności nie ma siły, żeby w pewnych momentach nie stracić tej drogi z pola widzenia. Dlatego, żeby to wszystko miało ręce i nogi, tak ważne byłoby lepiej rozwinięte wsparcie.

Mówimy tu o przyczynach psychologicznych choroby…

Zaraz, zaraz. Nie możemy tak ograniczać podłoża depresji. Psychologiczne, biologiczne, genetyczne, społeczne – wszystkie czynniki trzeba rozpatrywać razem. Jest bardzo duży wór, do którego trzeba dodać jeszcze np. cechy osobowości. Na pewno też osoby leczące się z powodu jakiejkolwiek choroby przewlekłej, a niepłodność jest chorobą przewlekłą, są ludźmi wyjściowo bardziej narażonymi na zaburzenia nastroju. Dzieje się tak ze względu na opisywany już przez nas stres, który jest nierozerwalnie związany z takimi właśnie chorobami.

Tym bardziej, że w czasie zmagań z niepłodnością bardzo często dochodzi do niezwykle krytycznych sytuacji, jak np. poronienia. Są to zdarzenia traumatyczne, rozumiem więc, że leczenie depresji może wystąpić jeszcze w trakcie starań o ciążę i to też zapewne przekłada się na ewentualne wystąpienie depresji poporodowej.

No właśnie najnowsze badania, które opracowali naukowcy ze Stanów Zjednoczonych, wskazują, że nie jest to takie oczywiste. Były to badania przeglądowe, zawierały więc w sobie analizę wyników leczenia niepłodności u  około 4000 kobiet, w których naukowcy sprawdzali, czy stres istotnie statystycznie obniżał zdolność do poczęcia dziecka. Okazało się… że nie! Dla mnie również jest to zaskoczeniem, bo codzienna praktyka pokazuje coś zupełnie innego.

Rzeczywiście jest to sprzeczne z tym, co wydaje się, że obserwujemy w naszym świecie.

Również wydaje mi się to niemożliwe, by stres nie miał tutaj żadnego wpływu. Dzieje się tak z  bardzo prostej przyczyny. Jeżeli oś przysadka-podwzgórze-nadnercza produkuje w przypadku stresu te same hormony, które są hormonami płciowymi i np. zapewniają możliwość utrzymania ciąży, to jakim sposobem miałoby to nie mieć znaczenia?

Stres często może skutkować też np. problemami ze snem, co siłą  rzeczy wpływa na rozregulowanie organizmu.

Jeżeli pacjentka nie śpi, spada jej odporność. Jeżeli spada jej odporność, jest podatna na infekcje. Jeżeli jest podatna na infekcje, pojawia się możliwość zarażenia jej, czy też płodu, chorobą mogącą go uszkodzić i finalnie doprowadzić do poronienia.  Ten ciąg przyczynowo skutkowy wydaje się być niezwykle prosty, prawda?

Czyli trzeba myśleć krytycznie.

Zdecydowanie. Często sama słyszę pytanie: „Są na to badania?”. Należy jednak pamiętać, że medycyna nie różni się pod tym względem od wszystkich innych dziedzin. Po pierwsze, w niej też panują mody. Po drugie, jest coś takiego jak zdrowy rozsądek i własny osąd sytuacji. To one są najważniejsze, bo to zawsze lekarz ostatecznie podejmuje decyzję. Robi to jednak na postawie sytuacji siedzącego u niego w gabinecie pacjenta, a nie danych pochodzących z badań, czy statystyk. W skrócie – indywidualne, holistyczne podejście z włączonym krytycznym myśleniem. Na tym właśnie pacjentki i ich partnerzy wyjdą najlepiej. Zarówno w leczeniu niepłodności, jak i depresji.

 

Zobacz też:

Pan i pani idealni – w pułapce perfekcjonizmu! Niszcząca siła zderzenia z niepłodnością

Bo to nie zawsze siniaki i krzyki – bierna agresja. Czy jest obecna w twoim życiu? – PODCAST psychologiczny

Choruję na depresję, chcę być matką – jak wygrać obie te walki?

 

Ekspert

Dr Maja Herman

Lekarka specjalistka psychiatrii, psychoterapeutka, asystentka na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, współzałożycielka Instytutu Amici #psychiatriauzyteczna. W swojej pracy zajmuje się właśnie m.in. tematem niepłodności oraz szerzeniem wiedzy użytecznej z zakresu szeroko pojętego zdrowia psychicznego.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Lubrykant w staraniach o dziecko: pomaga czy przeszkadza?

Zbliżenie na twarz przytulonej pary /Ilustracja do tekstu: Lubrykant w staraniach o dziecko
Fot.: Fotolia.pl

Problem suchości pochwy dotyczy ok. 25% kobiet w wieku reprodukcyjnym. Prawidłowe nawilżenie pomaga utrzymać odpowiednie pH i florę bakteryjną pochwy. Ma to znaczenie dla zdrowia intymnego (częste infekcje), psychicznego (trudne relacje partnerskie, zła samoocena) oraz komfortu kobiety.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Cały ten stres. Przyczyny suchości pochwy

Jedną z przyczyn suchości pochwy jest stres, który jest częstym towarzyszem par starających się o dziecko. Przedłużające się wyczekiwanie, czy tym razem się udało, powoduje, że próby przy kolejnej owulacji stają się mechaniczne i seks nie przynosi przyjemności. Okazuje się, że stres oddziałuje nie tylko na psychikę, ale również na właściwe nawilżenie pochwy. Jak starać się o dziecko, kiedy głowa jest zablokowana, a suchość w pochwie powoduje ból?

Lubrykant w staraniach o dziecko

W tej sytuacji pary starające się o dziecko sięgają po lubrykant. Warto wiedzieć, jaki preparat jest dla nich odpowiedni. Znane są badania, które dowodzą szkodliwego wpływu tego typu środków na nasienie. Tanner przeprowadził badanie w 2009 roku, którego celem było określenie, czy używanie dopochwowych lubrykantów ma negatywny wpływ na płodność.

Ponad ¼ badanych zadeklarowała stosowanie środków nawilżających podczas starań o dziecko, co pokazuje, jak duża jest potrzeba stosowania uzupełnienia nawilżenia w tym czasie. Badanie dowiodło negatywnego wpływu lubrykantów na ruchliwość plemników. Możemy więc powiedzieć, że lubrykanty działają jak spermicydy, czyli środki plemnikobójcze.

CZYTAJ TEŻ: Seks a stres w staraniach o dziecko. Co może wam pomóc?

Czy każdy lubrykant utrudnia zajście w ciążę?

Również w 2009 r. na łamach prestiżowego „Fertility and Sterility” zaprezentowano badanie, które przyniosło bardzo pozytywne wyniki. Badany był preparat Conceive Plus, który został tak skonstruowany, żeby tworzyć przyjazne środowisko dla plemników i wspomagać zapłodnienie. Lubrykant ten, naśladując śluz owulacyjny, posiada odpowiednie pH oraz jest bezpieczny dla nasienia. We wnioskach z badania naukowcy piszą, że ten naukowo zaprojektowany lubrykant zwiększa ruchliwość i żywotność plemników oraz nie szkodzi rozwojowi zarodka.

Preparat został wzbogacony o jony wapnia i magnezu, które naturalnie występują w nasieniu oraz śluzie płodnym szyjki macicy. Jony wapnia są poza tym niezbędne do aktywacji komórki jajowej, odgrywają więc kluczową rolę w procesie zapłodnienia.

Dodatkowo zaprezentowano wnioski z badania uzupełniającego, w którym pokazano, że Conceive Plus naturalnie miesza się z nasieniem, nie powodując typowej dla innych lubrykantów bariery dla przemieszczania się plemników.

Conceive Plus występuje w dwóch typach opakowań: tubka 75 ml lub jednorazowe aplikatory (3 sztuki lub 8 sztuk), co daje wygodę stosowania zarówno dopochwowo, jak i zewnętrznie (na narządy płciowe).

Zachęcamy do odwiedzenia strony www.fertilman.pl i zapoznania się z poradnikiem dotyczącym męskiej niepłodności.

Autor: Maja Radowska

POLECAMY RÓWNIEŻ:

Reaktywne formy tlenu a niepłodność męska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Michelle Obama o poronieniu, in vitro i niepłodności. Poruszające wyznanie pierwszej damy

Michelle Obama - zdjecie z okładki książki "Becoming". Ilustracja do tekstu: Michelle Obama o poronieniu i in vitro
mat. promujące książkę "Becoming"

Okazuje się, że nawet dwie najbardziej przebojowe i energiczne osoby, z głęboką miłością i solidnym etosem pracy, mogą mieć problemy z poczęciem dziecka pisze szczerze Michelle Obama, była pierwsza dama USA, w swojej biografii „Becoming”. Choć od lat aktywnie wspiera prawa reprodukcyjne kobiet, dopiero teraz zdecydowała się podzielić najbardziej prywatną, głęboko skrywaną sferą swojego życia. Michelle Obama o poronieniu, in vitro i niepłodności.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W ekskluzywnym wywiadzie dla stacji ABC News, promującym autobiografię „Becoming” [z ang.: „Stając się”], Michelle Obama opowiedziała o nieznanych dotąd faktach ze swojej przeszłości oraz o blaskach i cieniach rodzinnego życia. W szczerej rozmowie z dziennikarką Robin Roberts była pierwsza dama USA wyjawiła, że macierzyństwo nie przyszło jej łatwo.

Michelle Obama o poronieniu, in vitro i niepłodności

Zanim na świecie pojawiła się pierwsza jej córka, Malia, prezydencka para przez długi czas bez skutku starała się o dziecko. Po długich miesiącach powtarzania testów ciążowych Michelle, wówczas 34-letnia, ujrzała w końcu wyczekane dwie kreski. Ale radość nie trwała długo; wkrótce przyszedł bowiem kolejny cios – poronienie. Tym potężniejszy, że doświadczamy w milczeniu i skrytości – strata ciąży nie była bowiem (i wciąż nie jest) tematem poruszanym publicznie.

Czułam się zagubiona, samotna; czułam, że zawiodłam. Nie wiedziałam wtedy, jak częste są poronienia, ponieważ nie mówimy o nich głośno – opowiedziała o doświadczeniu sprzed 20 lat. – Pogrążamy się w bólu, czując, że jesteśmy w pewnym sensie popsute. Właśnie dlatego tak ważne jest, by rozmawiać z młodymi matkami, że poronienia się zdarzają, a zegar biologiczny naprawdę tyka – mówiła Obama.

Z udostępnionych fragmentów autobiografii „Becoming”, której wczesną kopię otrzymała agencja prasowa Associated Press, wynika, że w obliczu powtarzających się niepowodzeń Michelle i Barack Obamowie zdecydowali się na leczenie w specjalistycznej klinice. Rozwiązaniem, które zarekomendowali im specjaliści, okazała się procedura in vitro. To właśnie dzięki niej przyszły na świat córki Obamów: Malia i Sasha.

Z książki dowiadujemy się także o cierpieniu i samotności, z którą musiała zmierzyć się Michelle Obama podczas przygotowań do in vitro. Jej mąż, sprawujący wówczas ważne funkcje państwowe, nie mógł towarzyszyć jej w przeważającej części procedury,

pozostawiając [ją] w dużej mierze samą w okresie manipulowania systemem reprodukcyjnym na rzecz jego szczytowej efektywności” pisze.

„Becoming”. Historia według własnego scenariusza

Tak odważne i głębokie wyznanie tylko pozornie odbiega od tego, do czego przyzwyczaiła nas Michelle Obama.

Pierwsza dama, choć ciepła, serdeczna i otwarta na drugiego człowieka, zawsze chroniła prywatność swoją i swojej rodziny. W mediach społecznościowych i wywiadach skrupulatnie dobiera słowa – znając ich siłę, wartość i znaczenie. Dzięki temu, mimo ogromnej popularności, do dziś nie utraciła kontroli nad historią, którą opowiada jej życie. I właśnie taki przekaz kieruje dziś do czytelników swojej książki.

– Wasza opowieść to coś, co należy i będzie należało tylko do was. To coś, co powinniście mieć na własność – pisze w zapowiedzi książki.

Autobiografia Michelle Obamy „Becoming” ukaże się na amerykańskim rynku księgarskim 13 listopada br. Choć nie jest jeszcze fizycznie dostępna dla czytelników, w przedsprzedaży na Amazon.com zdążyła już wspiąć się na szczytowe pozycje bestsellerów. Książka zostanie przetłumaczona na 45 języków, w tym polski.

Źródło: BBC, ABC News

POLECAMY RÓWNIEŻ:

Młoda artystka o poronieniu. 22-letnia Halsey: Chciałam być mamą bardziej niż gwiazdą pop

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Wąs, który przypomni o profilaktyce raka prostaty i jąder. Ta akcja może uratować życie

Mężczyzna z brodą i wąsem / Movember Polska: profilaktyka raka
Fot.: Unsplash.com

Rak prostaty od lat utrzymuje się w niechlubnej czołówce najczęściej występujących nowotworów złośliwych wśród polskich mężczyzn. Liczba zachorowań stale rośnie – od lat 80. zwiększyła się blisko czterokrotnie. Co roku na tę chorobę onkologiczną zapada ponad 9 tys. polskich mężczyzn, a 4 tys. umiera. Wzrasta również zachorowalność na raka jądra – co roku atakuje on ok. 1 tys. Polaków. Oba nowotwory mogą być uleczalne – niezbędna do tego jest jednak wczesna diagnoza. O wadze badań profilaktycznych, które mogą uratować naszą płodność i życie, przypomina listopadowa kampania „Movember Polska”.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Eksperci podkreślają, że rak prostaty nie musi być wyrokiem. Dziś możemy go skutecznie leczyć, jeśli tylko choroba zostanie odpowiednio wcześnie wykryta. Niestety, zdecydowana większość mężczyzn zgłasza się do lekarza zbyt późno. To efekt niskiej świadomości zagrożenia i unikania badań profilaktycznych. Zgodnie z szacunkami, tylko co czwarty mężczyzna wykonuje regularne badania pod kątem nowotworów prostaty czy jąder. Tę niepokojącą sytuację ma zmienić kampania „Movember Polska”.

Bezpłatne badania i zniżki na konsultacje urologiczne w klinikach leczenia niepłodności i przychodniach

Tegoroczna kampania „Movember Polska” to czwarta już rodzima edycja międzynarodowej akcji, w ramach której przez cały listopad mężczyźni zapuszczają wąsy, by stać się żywym sztandarem troski o męskie zdrowie.

– Tak jak kobiety mają w kampaniach różową wstążkę, która przypomina o tym, jak ważne jest samobadanie piersi, tak mężczyźni mają symbolicznego czarnego wąsa, który przypomina o tym, że warto się badać – mówi Marta Pokutycka-Mądrala, dyrektor komunikacji korporacyjnej oraz PR w firmie Nationale-Nederlanden, która wspiera kampanię „Movember Polska”.

Poza zwiększaniem świadomości społecznej akcja umożliwia panom zdobycie szerokiej wiedzy na temat profilaktyki męskich nowotworów oraz wykonanie bezpłatnych badań. W zależności od wieku jest to: USG jąder (przed 40. rokiem życia) lub PSA, czyli testu krwi pod kątem zmian w prostacie (po 40. roku życia). Dodatkowo wiele specjalistycznych placówek (w tym kliniki leczenia niepłodności) oferuje pacjentom listopadowe zniżki na pakiety badań i konsultacje urologiczne.

– W kampanii chodzi o to, żeby edukować facetów na całym świecie o tym, że ich też mogą dopaść różne choroby. Nie chcemy straszyć nowotworami, tylko pokazać, że łatwo jest z tymi męskimi nowotworami wygrać: pod warunkiem, że są one odpowiednio wcześnie wykryte – dodaje z kolei Jakub Kajdaniuk, prezes zarządu Fundacji Kapitan Światełko, organizatora kampanii.

CZYTAJ TEŻ: Brak plemników w nasieniu? Ta metoda da mężczyznom większą szansę na ojcostwo

„Movember Polska”: z wąsem po męskie zdrowie

Organizatorzy podkreślają, że kampania jest coraz popularniejsza. Do tej pory w jej ramach przebadano ponad 3 tys. mężczyzn; wykryto przy tym aż 40 przypadków zmian nowotworowych.

– Poznajemy nowych ludzi. Mówią: „Wiem, o co chodzi, to badania z wąsem”. Mamy też mnóstwo pozytywnych historii. Mężczyźni do nas piszą, dzwonią albo spotykają się z nami w trakcie eventów i mówią: „2-3 lata temu zbadałem się u was, uratowaliście mi życie, dzięki, że jesteście” – mówi Jakub Kajdaniuk.

Ambasadorami kampanii zostali w tym roku znani youtuberzy: Cyber Marian i Chwytak oraz kierowcy rajdowi Kamil Winnicki i Filip Nivette. Wspólnie promują „Movember Polska” w teledysku do nowej wersji piosenki „Wąs! Wąs! Wąs!”, która w niebanalny sposób podkreśla znaczenie profilaktyki nowotworowej u mężczyzn.

– Z chęcią wziąłem udział w kampanii „Movember Polska”, ponieważ sam zmagałem się z nowotworem 7 lat, więc temat ten jest mi bardzo bliski. Mam dużą publiczność i jestem w stanie dotrzeć do szerokiego grona – mówi Cyber Marian.

Więcej na temat kampanii na stronie www.movember.org.pl.

Źródło: movember.org.pl, newseria.pl

POLECAMY RÓWNIEŻ: Biopsja jąder. Kiedy ją wykonać i na czym polega?

 

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Badanie drożności jajowodów: jak wygląda krok po kroku i czy zwiększa szanse na ciążę? [WIDEO]

Badanie drożności jajowodów jest jednym z pierwszych i najważniejszych badań, które należy wykonać w ramach diagnostyki niepłodności u pary. Pozwala ono wykryć ewentualne nieprawidłowości w obrębie narządu rodnego i uzyskać wiedzę na temat przyczyn trudności z zajściem w ciążę. Wokół badania narosło jednak wiele mitów, które nasilają lęk pacjentek. Ile w nich prawdy, co warto wiedzieć przed przystąpieniem do badania i jak wygląda ono krok po kroku? Wyjaśnia dr n. med. Wojciech Dziadecki, ginekolog-położnik, androlog z kliniki FertiMedica.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Wskazaniem do sprawdzenia drożności jajowodów jest zarówno niepłodność pierwotna, jak i niepłodność wtórna. Nim przystąpimy do badania, niezbędne jest wykonanie diagnostyki wstępnej:

  • badania cytologicznego,
  • badania stopnia czystości pochwy lub posiewu z kanału szyjki macicy,
  • badanie w kierunku chlamydii trachomatis metodą PCR.

Jeżeli wyniki tych analiz okażą się prawidłowe, lekarz zakwalifikuje pacjentkę do badania drożności jajowodów. Bardzo istotne jest jednak, by badanie to wykonać do 12. dnia cyklu miesiączkowego.

Czy badanie drożności jajowodów jest bolesne? Badanie HyCoSy – krok po kroku

Współcześnie badanie drożności jajowodów wykonywane jest w oparciu o metodę HyCoSy. Jest ono stosunkowo proste i mało inwazyjne, co znacznie ogranicza dyskomfort pacjentki.

– W porównaniu do starszego badania, HSG, w których wykorzystywano promieniowanie rentgenowskie, to badanie jest bardzo mało traumatyczne. Ten starszy rodzaj badania był drastyczny – przyznaje lekarz.

Początek procedury nie różni się znacząco od badania ginekologicznego.

– Zaczynamy od założenia wziernika do pochwy – tak jak przy standardowym pobraniu cytologii. Następnie do szyjki macicy zakładamy bardzo cienki plastikowy cewnik i pompujemy balonik – wyjaśnia dr n. med. Wojciech Dziadecki, ginekolog-położnik, androlog z kliniki FertiMedica.

Jak dodaje, na tym etapie badania część pacjentek odczuwa dyskomfort porównywalny z dolegliwościami towarzyszącymi miesiączce.

– Większość pacjentek w tym momencie nie czuje jednak nic.

Następnie pacjentce podawany jest kontrast, który umożliwia określenie drożności jajowodów.

– Za pomocą aparatu USG obserwujemy, jak kontrast wypełnia jamę macicy, czy wpływa do jajowodów i czy wylewa się z nich, otaczając jajnik.

Badanie drożności jajowodów jest bezpieczne i w większości przypadków nie wiąże się z dużym bólem. Można je wykonać w znieczuleniu ogólnym, jednak – jak wyjaśnia ekspert FertiMedica – u większości pacjentek nie ma takich wskazań.

– Wystarczy przed badaniem przyjąć dowolne leki przeciwbólowe, leki rozkurczowe – mówi dr Wojciech Dziadecki.

CZYTAJ TEŻ: Niepłodność przy PCOS: jak ją leczyć zgodnie z nowymi zaleceniami? Wyjaśnia lekarz

Czy podczas badania drożności jajowodów można uszkodzić macicę?

Wokół kwestii związanych z badaniem drożności jajowodów narosło wiele mitów. Pacjentki obawiają się, że podczas procedury może dojść do niebezpiecznych powikłań, które poważnie zagrażają płodności i zdrowiu. Ile w nich prawdy? Czy badanie drożności jajowodów może wywołać uszkodzenie macicy lub schorzenia w obrębie miednicy mniejszej, jak sugerują pozanaukowe źródła?

– Ja osobiście w całej swojej karierze lekarskiej nie spotkałem się jeszcze z takimi powikłaniami. Często po badaniu występuje niewielkie plamienie, natomiast nigdy nie widziałem pacjentki, u której po badaniu rozwinęłoby się zapalenie miednicy mniejszej czy zapalenie otrzewnej. Nie spotkałem się również z przebiciem macicy cewnikiem. Cewnik jest plastikowy i na tyle giętki, że zrobienie tego byłoby naprawdę trudne. Poza tym umieszcza się go w szyjce macicy; nie trzeba go wkładać głębiej, czyli do jamy macicy – zaznacza lekarz.

Czy badanie drożności jajowodów zwiększa szanse na ciążę?

Ekspert FertiMedica podkreśla, że choć badanie drożności jajowodów owiane jest złą sławą, z praktyki lekarskiej wynika, że może on istotnie zwiększyć on szanse na ciążę.

– Jeśli badanie było robione w cyklu diagnostycznym, ja najczęściej polecam swoim pacjentkom 3-4 cykle starań naturalnych. Dużo pacjentek w tym czasie zachodzi w ciążę – mówi dr Dziadecki.

Pacjentkom, którym nie udaje się zajść w ciążę naturalnie w założonym czasie, rekomenduje się wykonanie zabiegu inseminacji domacicznej. Jeśli badanie drożności jajowodów przeprowadzane jest właśnie w przygotowaniach do IUI, zabieg ten można wykonać wkrótce po badania. Warto jednak wiedzieć, że jeśli przyczyna niepłodności jasno kwalifikuje do zapłodnienia pozaustrojowego, badanie drożności jajowodów jest bezcelowe.

POLECAMY RÓWNIEŻ:

PCOS a ciąża. Właściwe leczenie zwiększa skuteczność starań

 


Logo FertiMedica

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.