Przejdź do treści

Małgorzata Halber: Częścią doświadczenia ludzkiego jest to, że częściej ci smutno niż wesoło

Na zdjęciu: Małgorztaa Halber /Ilustracja do tekstu: Małgorzata Halber o depresji
Małgorzata Halber, fot.:: mat.prasowe Viva Polska

Rozmowa z dziennikarką, autorką facebookowego komiksu o depresji – Bohatera i pisarką, która wkrótce wydaje pierwszą książkę pt. „Najgorszy człowiek na świecie”.

Czy osobom dobrze wychowanym jest trudniej na świecie?

Obawiam się, że tak. Kojarzysz taką piosenkarkę, która nazywa się Azealia Banks? W zeszłym roku, kiedy dopadł mnie kolejny dół, stwierdziłam: Jak ja bym chciała robić wszystko tak, jak Azealia Banks. Ona nie jest dobrze wychowana. Jest bezczelna, pyskata, nie zastanawia się, czy to, co mówi, jest głupie. Ja jej zazdroszczę. Wiesz, to są takie proste przykłady. Jeżeli starasz się toczyć z kimś jakąś dyskusję i ten ktoś obraża cię albo uderza poniżej pasa. Nie wiem, kto jest autorem tej anegdoty, ale chyba Kałużyński – właśnie chciał podyskutować na poziomie z jakimś kolegą na uniwersytecie, kiedy ten mu odpowiedział: Tak? A tobie śmierdzi z gęby! To jest właśnie ten problem, który ma w tym momencie osoba dobrze wychowana, bo z takim argumentem nie będzie w stanie polemizować. To jeszcze pogrąża ją w oczach obserwujących.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W takim razie, w jaki sposób przekaz dotyczący osiągania sukcesów wpływa na odczuwanie trudności – nie tylko przez dobrze wychowanych?

W stu procentach! Spalmy wszystkie książki, mówiące, jak osiągnąć sukces! Stefan Chwin w wywiadzie – to jedna z najmądrzejszych rzeczy, jakie czytałam – powiedział: Czego my uczymy te dzieci w szkole? Że musisz być pierwszy. W klasie jest 31 osób. Pierwsza będzie jedna. Co z pozostałymi trzydziestoma? Oni nie będą pierwsi, to jest niemożliwe.

Czytałam też fajny felieton Macieja Sieńczyka na „Dwutygodniku” – on napisał o tym, jak mu się przez tydzień wydawało, że dostaje nagrodę Nike. Był tym bardzo przejęty i pisze szczerze, obnażająco. Pomyślałam, jaki to jest supertemat dla popkultury: co się dzieje z ludźmi, którzy zajmują czwarte miejsce.

Ich jest więcej! Jeżeli więc miałabym odpowiedzieć krótko na twoje pytanie, dotyczące propagandy sukcesu: Spalić! Polecam zestawy interaktywnych ćwiczeń Keri Smith: Zniszcz ten dziennik, Brud, To nie jest książka. Smith na Flickerze umieściła coś, co się nazywa Manifestem Buntownika. On ma dwanaście punktów, w tym: „Trać czas”, „Dużo się włócz”, „Pamiętaj, że zrobienie czegokolwiek jest potwornie trudne”. Tym powinny być zastąpione wszystkie historie, mówiące o sukcesie.

Ty z kolei powiedziałaś, że największy sukces osiągnęłaś w najgorszym roku życia.

To był rzeczywiście najgorszy rok: nie mogłam znaleźć pracy, imałam się różnych zajęć. Chciałam podejść do sprawy ambitnie, chciałam pisać i okazało się, że albo piszę za mądrze albo z kolei, że za głupio. Jakieś pomysły na programy nie wypalały. I tak się ciągnęło 12 miesięcy, jeszcze mnie chłopak zostawił.

W pewnym momencie przestałam wstawać z łóżka. Najgorsze było myślenie: Kurde, tak się staram i się nie udaje, więc muszę być beznadziejna. Tak strasznie nie wiedziałam już, co mam zrobić, i nagle zaczęłam rysować Bohatera.

Jego uważam za swój największy sukces. Zdarza mi się coraz częściej, że ktoś do mnie podchodzi i mówi mi „Cześć, bo ja cię znam” i już nie z telewizji.  Okazuje się, że z doła i siedzenia na fejsie może też wyjść jakaś nowa jakość. Wszystkie te obrazki są szczere, tak dokładnie się czuję i wiem, że to pomaga, kiedy okazuje się, że nie tylko ty tak masz.

Czy po tym roku doszłaś do jakiegoś poziomu równowagi?

(Śmiech) Absolutnie nie. Chodzę na terapię, jestem na lekach. Napisałam książkę, udało mi się spełnić marzenie mojego życia, zaraz wyjdzie w superwydawnictwie. Dostaję informację, że jestem spoko. Mam bardzo fajnego narzeczonego, który mam nadzieję, będzie moim mężem. Mam swoje mieszkanie. Ale nie!

Każdego dnia coś takiego wymyślę, że przed dwie godziny siedzę przerażona, że czegoś nie zrobiłam, popełniłam jakiś błąd i tylko jeszcze się nie zorientowałam, jaki to błąd, ale na pewno zaraz się okaże. Staram się jednak pracować nad jakimś remedium, ponieważ niedługo będę miała 36 lat i np. chciałabym mieć dziecko. Do tego czuję, że potrzebne jest załatwienie pewnych problemów.

Wiesz, jak kuracja lekowa wpływa na zachodzenie w ciążę i na jej przebieg?

Nie. Nie interesowałam się tym, chociaż z tego, co wiem antydepresanty nie wpływają na ciążę. Nawet wiem bardzo dobrze, bo moja znajoma spodziewa się trzeciego dziecka i pomiędzy ciążami brała leki.  A ja dojrzałam do takiego momentu w swoim życiu, że chcę mieć dziecko. Nie dlatego, że należy je mieć. Myślę, że oprócz posiadania tytułu magistra oraz własnego mieszkania, chyba nie ma takich rzeczy, wobec których czuję, że powinnam je mieć. Wszystko załatwiłam.

Potwornie mnie zachwyca sama biologiczna możliwość tego, że ja, jako osoba żyjąca, mogę mieć w brzuchu inną istotę, która powstaje z niczego, której nie było wcześniej. To jest gigantyczny eksperyment biologiczno-metafizyczny. Potem powstaje zupełnie nowy człowiek. Odrzucając całą wiedzę, to jest absolutnie imponujące i zachwycające. Byłoby słabo, gdybym nie mogła z tego skorzystać. I potem jeszcze z tego, żeby poznać zupełnie nowego człowieka.

Zdaję sobie sprawę, że wychowywanie dziecka jest, delikatnie mówiąc ciężką sprawą, ale żałowałabym, gdyby takiej osoby, która miałaby geny moje i mojego narzeczonego, zabrakło. Z samej ciekawości, co wyniknie z połączenia tych genów. Aspekt wyjściowy jest biologiczny, ale gdyby się nad tym głębiej zastanowić, jest to niesamowite.

A co ci dało doświadczenie depresji?

Nic. Dodaje tylko tyle, że będziesz bała się, że jeszcze raz w to wejdziesz. To nie jest w żaden sposób romantyczne, oczyszczające ani wspaniałe. Mam duży problem z udawaniem silniejszej, niż jestem w rzeczywistości. Jeśli więc czegoś mnie to nauczyło, to tego, żebym trochę zbastowała, była dla siebie bardziej wyrozumiała. Słabo mi to wychodzi. To nauka na całe życie.

Bohater ma depresję i też zwraca uwagę na ten problem.

Mój kolega ze studiów, Tomasz Stawiszyński, napisał na ten temat książkę i sporo artykułów. On ma taką teorię, która mówi, że nam współczesny świat nie pozwala być smutnymi i dopiero potrzebujemy etykietki depresji, żeby móc się usprawiedliwić z tego smutku, który czujemy. A bardzo często zdarzają się nam sytuacje, wymagające okresu żałoby, jeżeli coś stracimy. Na przykład rozstaniemy się z partnerem.

Dobra rada, która się najczęściej pojawia brzmi: „Stary, teraz możesz się wyszaleć! Musisz pójść w tango” albo „Klin klinem”, czy „szkoda życia!”. Co to jest za rada dla kogoś, kto poświęcił cząstkę siebie, wszedł w bliskość emocjonalną i nagle ona się rozpada?

Nie można nad tym przejść do porządku dziennego, no chyba, że to było nieważne, ale jeżeli było ważne, to udawać, że mnie to nie boli, to jest największa zbrodnia, jaką można sobie zrobić. Generalnie wydaje mi się, ze brakuje przyzwolenia, by mówić o trudnościach. Nie musi być to wielki dzwon, że nie wstajesz z łóżka. Ja nie wstawałam z łóżka przez miesiąc, a i tak, gdybyś spytała, czy stwierdziłam, że mam depresję kliniczną – biorę leki, oczywiście – to ja nie wiem. Wiem tylko, że znajdowałam się w stanie, w którym miałam silne autodestrukcyjne myśli. Nie czułam się smutna – smutek jest ok. Ja chciałam siebie zniszczyć, zdetonować się tak, żeby mnie nie było. I to jest groźne tak naprawdę.

Bardzo długo nie wiedziałam, że można o tym mówić. Praca przed kamerą wymaga od ciebie, żebyś była wesoła, fajniejsza niż normalnie. A ja sobie ze wszystkim nie radziłam: ze studiami, rodzicami. Tylko życie polega m.in. na tym, że sobie nie radzisz, zresztą każdy sobie radzi tak, jak umie.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Niepłodność i depresja często idą w parze. Ale ten związek może być inny, niż podejrzewasz

Co sprawiło, że poszłaś do psychiatry?

Byłam strasznie nieszczęśliwa i samotna, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Czułam się bezsilna, nie radziłam sobie, nie wiedziałam, co się dzieje. Chciałam, żeby ktoś mnie posłuchał. I pomogło.

Leki czasem nie wystarczą.

 Osobiście nie wierzę tylko i wyłącznie w terapię farmakologiczną. Nie wierzę w to, że ktoś czuje się gorzej, zacznie brać antydepresanty – będzie super. One powodują, że w ogóle zaczynasz rozmawiać o tym, co ci się dzieje.

Jestem wielką zwolenniczką psychoterapii, przy jednoczesnym bardzo dużym poziomie świadomości osoby, która na nią idzie. Żeby wiedziała, co to jest. Niestety z tym jest trochę słabo, czyli nie wiadomo, że po pierwsze – są różne szkoły, po drugie – masz prawo zapoznać się ze swoim terapeutą, on powinien powiedzieć ci, jak cię będzie leczył i jaki ma plan na ciebie. Musisz się z nim ułożyć. To osoba, z którą będziesz bardzo blisko i której będziesz się zwierzać, którą – czy tego chcesz czy nie – będziesz traktować jako autorytet albo jak przyjaciela, to zresztą będzie w ramach samego procesu ulegało zmianie.

Dobra psychoterapia pokazuje ci, że w ogóle istnieje inny punkt widzenia niż twój i – moim zdaniem – że  nie ma czegoś takiego, jak dobre lub złe zachowanie; jest tylko zbieranie doświadczeń. I uczy czuć, rozpoznawać, co się z tobą dzieje i że to, co czujesz, jest w porządku. Każdemu by się to przydało, bo każdy jest zwichrowany, dotknięty.

Moim zdaniem, to pomaga mądrzej żyć i być dla siebie bardziej wyrozumiałym. Dla innych też. Jestem też zwolenniczką psychoterapii grupowej. Przeszłam to i napisałam o tym w swojej książce. Uczestniczenie w niej było najmocniejszym doświadczeniem życiowym – zdałam sobie sprawę, że inni mają takie same problemy jak ja.

Co byś im powiedziała?

Po pierwsze, powiedziałabym im, że nie mają się czego wstydzić i nie są same. Częścią doświadczenia ludzkiego jest to, że częściej jest ci smutno niż wesoło. Powiedziałabym, że to w porządku. Jeśli o mnie chodzi, to przez całe życie byłam odludkiem – też dlatego, że pracowałam w telewizji. I nie wiem, jak to się stało, ale po 30-tce poznałam cztery superlaski, o których mogę spokojnie powiedzieć, że są moimi przyjaciółkami. Jedna jest żoną mojego byłego chłopaka, drugą spotkałam na imprezie, trzecią – na koncertach, a czwartą też właściwie przez przypadek. Czasami trzeba po prostu strasznie długo czekać.

Wydajesz się bardzo odważna, mówiąc o tym wszystkim. Czym według Ciebie jest zatem odwaga w życiu publicznym?

To trudne pytanie. Ja po prostu mówię, co myślę. Zawsze byłam buntowniczką, takim punkowcem, rebeliantką. To wynikało też z tego, że byłam przyzwyczajona długo do niezależności, do tego żeby postępować i myśleć po swojemu.  Mama mnie też tego uczyła. Dla mnie było to naturalne, że gdywidzę jakąś jawną bzdurę, np. jest apel i trzeba napisać po nim wypracowanie, więc wszyscy piszą, że było super i tak dalej. A tam naprawdę ktoś się jąkał, był jakiś słaby występ taneczny – to tak właśnie pisałam. Wychowawczyni wezwała moją mamę i powiedziała: Pani Halino, niech pani uważa na córkę, bo mogą być z nią problemy. W ogólniaku natomiast miałam obniżone zachowanie, z czego byłam bardzo dumna. Zatem odwaga w życiu publicznym może jest umiejętnością mówienia tego, co się myśli, i publicznego przyznawania się do błędów.

Polecamy Bohatera na Facebooku oraz książkę „Najgorszy człowiek na świecie”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak

Karolina Błaszkiewicz

dziennikarka. Związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami i z natemat.pl