Przejdź do treści

Naprotechnolog o leczeniu niepłodności. „Nie nie ma metody, która dawałaby pewność posiadania dziecka”

tadeusz wasilewski naprotechnolog

Lek. med. Tadeusz Wasilewskipo 15 latach wykonywania procedur in vitro założył klinikę, w której oferuje leczenie naprotechnologiczne. Jakiego rodzaju wsparcia mogą skorzystać obecnie jego pacjenci i skąd tak radykalna zmiana rodzaju praktyk, wyjaśnia w rozmowie Magdą Dubrawską.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Od jak dawna walczymy z niepłodnością?

lek. med. Tadeusz Wasilewski: Najpierw powstał człowiek. Wraz z biegiem jego życia: urodzeń i umierania poznawaliśmy różne ludzkie choroby i przypadłości, z którymi próbowaliśmy walczyć. Jednym z wielkich cierpień, jakie towarzyszą ludziom od początku istnienia na świecie, jest niemożność doprowadzenia do poczęcia dziecka, czyli niemożność bycia mamą i tatą.

Odkąd ludzie zmagają się z niepłodnością, najpierw babki, później znachorzy, a potem lekarze zaczęli szukać, opisywać, docierać do przyczyn i sposobów, dzięki którym można zostać rodzicem. W ten sposób wytwarza się gałąź medycyny współcześnie nazywana medycyną rozrodu człowieka. W 1978 roku urodziło się pierwsze dziecko w wyniku zastosowania programu in vitro.  A więc metoda zapłodnienia pozaustrojowego skutecznie zaczyna pokazywać możliwość swojej pomocy od trzydziestu kilku lat. W Polsce pierwsze dziecko z in vitro urodziło się w Białymstoku w 1987 roku. In vitro w historii medycyny jest narzędziem bardzo młodym.

Do tej pory leczenie niepłodności polegało na badaniach nasienia, a jeśli jego wartość miała obniżone parametry, należało określić przyczyny takiego stanu rzeczy. W przypadku kobiet rozpatrywano m.in. przyczyny endokrynologiczne, stany zapalne, nieprawidłowości jajeczkowania, nieprawidłowości przebiegu drugiej fazy cyklu. Szukano także rozwiązań w postaci np. leczenia uzdrowiskowego. Nagle wchodzi in vitro i cała ta skrupulatnie budowana medycyna, docierająca do przyczyn obniżenia płodności kobiety i mężczyzny, została odsunięta na dalszy plan.

Pierwsze zabiegi IVF (in vitro) były proponowane ludziom, którzy nie mają dzieci z powodu niedrożnych jajowodów, a więc nie ma też możliwości fizycznego kontaktu komórki jajowej z plemnikiem. Dziś in vitro jest proponowane wszystkim niezależnie od przyczyny. Wystarczy, że jesteśmy dwa lata małżeństwem, nie posiadamy dzieci, mamy po 37 lat, czas prokreacyjny nas goni – rozwiązaniem ma być in vitro, bo przyspiesza możliwość poczęcia dziecka. Niektórzy zapominają, że w ciągu ostatnich 35 lat medycyna prokreacyjna poszła mocno do przodu.

W jaki sposób zmieniła się ta gałąź medycyny?

Zacznijmy od końca, od bardziej inwazyjnych działań: mikrochirurgia. 40 lat temu nie potrafiliśmy wykonywać tak precyzyjnych operacji mikrochirurgicznych, np. w ośrodkowym układzie nerwowym. Podobnie jest z narządem rodnym – można zastosować skuteczne techniki mikrochirurgii, podczas których będziemy działali antyzrostowo. W konsekwencji nie będziemy doprowadzać do nieprawidłowości, które mogą być powikłaniem po naszym chirurgicznym działaniu, a tym samym stać się przyczyną niepłodności.

Oprócz technik chirurgicznych rozwinęły się także endokrynologia, alergologia czy gastrologia – terapia w ramach tych specjalizacji może mieć niezwykłe znaczenie w przypadku braku dziecka. 35-letni dorobek różnych gałęzi medycyny może być świetnie wykorzystany w tzw. ochronnej medycynie prokreacyjnej, której jednym  z elementów jest naprotechnologia.

A więc czym jest naprotechnologia?

Naprotechnologia to medycyna korzystająca z wszystkich działów. Jej elementy służą do przeprowadzenia wnikliwej diagnostyki organizmu kobiety i organizmu mężczyzny, do nazwania potencjalnych chorób, które ich dotykają, próby postawienia bariery dla istnienia tych chorób i wyeliminowaniu ich przy użyciu  dostępnych metod.

Jakie metody się wykorzystuje w naprotechnologii?

Mowa o farmakologii, dietetyce, zmianie stylu życia czy wspomnianych działaniach chirurgicznych. Celem jest umożliwienie małżeństwu powrotu do naturalnego prawdopodobieństwa płodności (ok. 20% w jednym cyklu), ale z możliwością poczęcia dziecka we własnym łóżku, bez zastosowania in vitro czy inseminacji.

Naprotechnologia to medycyna, która próbuje diagnozować istniejące choroby.

Nic się nie dzieje bez przyczyny. Jeżeli u pacjenta mamy obniżone wartości nasienia pod względem liczby lub ruchu plemników czy morfologii, to bardzo często jesteśmy w stanie powiedzieć, co doprowadziło do tej sytuacji i jak ją wyeliminować.

Analogicznie działamy w przypadku organizmu kobiety: szukamy przyczyn. Nawet chore zęby mogą mieć wpływ na trudności z poczęciem. Gdy są w nich np. ogniska zapalne, to bakterie, które się w nich znajdują, co pewien czas wyrzucają toksyny, a to sprawia, że stan naszego zdrowia jest coraz gorszy i przekłada się to również na naszą płodność.

CZYTAJ TEŻ: Czy naprotechnologia będzie finansowana ze środków publicznych?

Wpływ diety jest równie silny?

Obecnie duży nacisk kładzie się na wpływ czynników środowiska na naszą płodność. Jesteśmy na nie narażeni m.in. przez pokarm. Ściana przewodu pokarmowego to pojedyncza warstwa komórek, które oddzielają światło przewodu pokarmowego, czyli świat zewnętrzny, od naszego krwiobiegu. To bardzo delikatna i wrażliwa struktura. Powierzchnia światła jelit wynosi ok. 400 metrów kwadratowych. Kiedy sobie to uzmysłowimy, zaczynamy rozumieć, że pokarm faktycznie może mieć bardzo istotny wpływ na to, co dzieje się w naszym organizmie. Dzisiaj nikt z tym nie dyskutuje.

Jasne jest, że nieprawidłowości związane z dietą przyczyniają się do chorób miejscowych, np. stanów zapalnych, zespołu jelita wrażliwego, zespołu przewlekłego bólu, ale również chorób ogólnoustrojowych, jak ADHD, autyzm czy schizofrenia. Nikt nie kwestionuje, że niepłodność jest również taką przypadłością i może ją powodować właśnie wpływ pokarmu. A to prowadzi np. do reakcji autoimmunologicznych, alergologicznych lub nadwrażliwości. Dieta to także nieprawidłowości dotyczące ilości i jakości, czyli brak witaminy D3, który obecnie jest epidemią w Europie. I to również ma olbrzymi wpływ na naszą płodność. Dieta jest szczególnie istotna przy niektórych chorobach, takich jak otyłość czy zespół policystycznych jajników. A więc jeśli ktoś dzisiaj mówi, że naprotechnologia to średniowiecze, jest złośliwy albo nie wie, czym tak naprawdę jest naprotechnologia.  To cała współczesna medycyna, która przyłożona do naszego chorego organizmu pozwala nam doszukać się chorób zmniejszających płodność. Korzystając z osiągnięć tej medycyny, możemy próbować zlikwidować te choroby. To właśnie jest naprotechnologia, a szerzej – ochronna medycyna prokreacyjna.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Dieta przy endometriozie – sprawdź, co mówi dietetyczka!

Jakie są szanse naturalnego poczęcia dziecka?

Jeżeli mamy do czynienia ze zdrową kobietą i zdrowym mężczyzną, którzy mają 35 lat lub mniej, to w jednym cyklu naturalnym, przy regularnym współżyciu i chęci posiadania dziecka, mamy szansę na poczęcie wynoszącą między 20 a 30%. Jeśli jesteśmy zdrowi, umiemy współżyć i robimy to, nasza szansa w miesięcznym cyklu wynosi ok. 20%, jeżeli dodamy do tego trzeci warunek, a mianowicie znajomość naszej płodności, przebiegu cyklu, okresów płodnych i niepłodnych, szansa rośnie do 30%.

W pierwszej sytuacji, zgodnie z definicją niepłodności, czekamy na dziecko rok. Dopiero po upływie tego czasu prosimy o interwencję lekarską i rozpoznajemy niepłodność. Jeżeli nauczylibyśmy nastoletnią kobietę umiejętności wnikliwej obserwacji cyklu: miesiączki, wzrostu pęcherzyka, jajeczkowania, przebiegu drugiej fazy cyklu, to ona, wzbogacona o tę wiedzę, poprawiłaby swój wskaźnik płodności jednego cyklu do 30%. Wtedy przy niemożności poczęcia dziecka możemy interweniować już po pół roku bezskutecznych starań. Nie widzimy kłopotu od podszewki – brakuje nam wiedzy.

Jest aż tak źle?

Ludzie, którzy mają po 30–35 lat, na temat swojej płodności, owszem, trochę wiedzą, ale są to szczątkowe informacje. Jestem daleki od obrażania czytelników i swoich pacjentów. To nie ich wina, taka jest struktura naszej nauki. Nie próbujemy walczyć o to, aby tę wiedzę móc wprowadzić do szkolnictwa.

Kiedy powinniśmy zacząć się martwić?

Jeżeli przez rok występuje problem z poczęciem, mijają kolejne dwa czy pięć lat, to już wiemy, że prawdopodobieństwo zajścia w ciążę na pewno jest mniejsze niż 20%. Muszą istnieć powody takiej sytuacji, a trzeba ich szukać zarówno po stronie kobiety, jak i mężczyzny.

Na 100 małżeństw u 40 przyczyny choroby będą po stronie kobiety, u kolejnych 40 po stronie mężczyzny, a u 20 przyczyny będą się nakładały. Docieranie do tych przyczyn i ich neutralizacja pozwala obniżonym wektorem wrócić do 20%.

Jeżeli dodatkowo wprowadzimy umiejętność obserwacji cyklu, szansa rośnie do 30%. Ta teoria nie działa na zasadzie „wydaje mi się”, lecz ma absolutnie pełne podwaliny naukowe. Przeciwnicy ochronnej medycyny prokreacyjnej, w tym naprotechnologii, mówią, że to nie jest metoda naukowa, że jest mało publikacji naukowych, a wręcz pojedyncze artykuły. To nieprawda! Tych artykułów jest tysiące!

Artykułów naukowych na temat leczenia naprotechnologicznego?

Tak, dotyczących np. wpływu witaminy D3 na prokreację człowieka, wpływu białka w diecie na płodność, chorób tarczycy… Te artykuły były pisane przez ludzi, którzy często dziś zajmują się zabiegami in vitro. To publikacje naukowe poświęcone wpływowi różnych czynników i chorób na naszą płodność.

Istnieje przekonanie, że leczenie naprotechnologiczne często jest czasochłonne.

Mówią, że ochronna medycyna prokreacyjna to złodziej czasu prokreacyjnego, bo wpędza kobietę w lata. Okazuje się, że niekoniecznie. Jest duża grupa pacjentek, które są po trzech, czterech czy dziewięciu nieudanych zabiegach in vitro. Natomiast nasze działania wraz z diagnostyką przyniosły rozwiązanie – poczęcie i urodzenie dziecka. A więc to nie my z naturalną medycyną prokreacyjną byliśmy złodziejami czasu, ale brak dotychczasowej diagnostyki. Zdaję sobie sprawę, że części pacjentów, którym proponujemy taką medycynę, nie powiedzie się poczęcie dziecka. Ci pacjenci trafią do ośrodków, w których lekarze zaproponują skuteczne in vitro.

Dziś na świecie nie ma metody, która dawałaby 100-procentową pewność posiadania dziecka.

Do końca życia będę pamiętał pacjentów, którzy 18 lat walczyli z niepłodnością. Przeszli wszystko – inseminację i in vitro. Trafili w końcu do mnie. Próbowałem ich nauczyć modelu Craightona, umiejętności obserwacji cyklu, wprowadzić diagnostykę, pogłębiałem kwestie, w których dopatrywałem się możliwości wystąpienia chorób. Przez kolejne dwa lata nie dochodziło do poczęcia. Pacjenci w końcu podjęli decyzję o zakończeniu starań. Doradziłem im, żeby faktycznie tak zrobili, jeśli czują się zmęczeni. Dla mnie i tak byli bohaterami, bo przez wiele lat siedzieli pod różnymi gabinetami lekarskimi prosząc o pomoc. Powiedziałem tylko: „Dopóki pani ma owulację, a pan ma plemniki, jesteście ze sobą i współżyjecie, to nie rezygnujcie z walki o dziecko”. Wrócili do mnie po pół roku z dodatnim testem ciążowym. Dziś mają kilkumiesięczną córkę. To przykład siły medycyny, która nie do końca umie nam pomóc przy obniżonej płodności. Nawet jeśli nazwie przyczyny i próbuje je wyeliminować, nigdy nie zagwarantuje możliwości poczęcia dziecka.

Z mojego kilkudziesięcioletniego doświadczenia w pracy z niepłodnością wynika, że możemy mieć dużą chęć, otwierać się na poczęcie dziecka, leczyć choroby, która nam przeszkadzają w poczęciu, ale ostatnie słowo na pewno nie należy do nas. To jest to ciemne okienko, zarówno w ochronnej medycynie prokreacyjnej, jak i in vitro, gdzie lekarz jest po prostu bezradny.

Z leczenia naprotechnologicznego nie mogą korzystać wszyscy. Są wady, choroby np. niedrożność jajowodów…

Niedrożność jajowodów zdarza się raz na 10 tys. kobiet.

Co z nimi?

Mam wyciągnąć teraz 30 tys. historii kobiet z niedrożnymi jajowodami, które po laparoskopii zachodziły w ciążę? W październiku ubiegłego roku robiliśmy laparoskopię przy niedrożnych jajowodach, kontrast w ogóle nie wydostawał się z jajowodów do jamy brzusznej. Pacjentka po wybudzeniu w ogóle nie rozmawiała z lekarzem. Chciała in vitro, nic więcej. Po kilku miesiącach trafiła do nas. Zastanawiałem się, jak jej pomogę. Nie było przecież drogi między komórką jajową a plemnikiem. Przecież nie będę oszukiwał pacjentki, że mogę coś na to zaradzić. Powiedziałem, że nie umiem tego zrobić i że jest jedna szansa, o której wiem – próba użycia mikrochirurgii, czyli specjalistycznej i wysublimowanej chirurgii (jak w chirurgii naczyniowej). Jednak żeby można było ją zastosować i podejść do próby udrożnienia jajowodów, trzeba wyeliminować potencjalne stany zapalne, które są na terenie miednicy mniejszej narządu rodnego. Jeżeli jest jakikolwiek stan zapalny, to próba udrażniania nie przyniesie w ogóle efektu – dziś udrożnimy, a za dwa dni będzie to samo. Musieliśmy skierować pacjentkę na specjalistyczny, szeroki posiew, który pozwoli nam znaleźć bakterie tlenowe, beztlenowe, chlamydie, ureaplazmy, mykoplazme, drożdżaki, wirusy. Powiedziałem jednak: „Dobrze, robimy posiew, ale uczy się pani Craightona”, czyli umiejętności obserwacji cyklu. Wydzielina, którą będzie obserwowała na co dzień, może nam podać również nieprawidłowość w postaci stanu zapalnego. Na kartce papieru dostajemy jałowy posiew, a klinicznie widzimy, że wydzielina wyraźnie mówi, że zapalenie nadal jest. Pacjentka uczyła się Craightona, zrobiliśmy też podstawowe zabiegi medyczne, aby dowiedzieć się więcej o tym małżeństwie pod względem biologicznym i medycznym. Po dwóch miesiącach ta kobieta zadzwoniła do nas i oznajmiła, że nie będzie dalej prowadziła diagnostyki, bo ma dodatni test ciążowy. W takich sytuacjach zawsze boje się, że sonda włożona do pochwy i wizualizacja narządu rodnego może dać mi obraz ciąży pozamacicznej. Przy niedrożnościach lub subniedrożnościach łatwiej o ryzyko wystąpienia takiej ciąży. Zrobiłem USG i zobaczyłem pęcherzyk ciążowy w jamie macicy. I co teraz powiemy na niedrożność jajowodów?

Często się tak zdarza?

Sam nie zdawałem sobie sprawy, że jest aż tak duży odsetek pacjentek, u których diagnostyka pokazuje niedrożność, a w rzeczywistości okazuje się, że dochodzi do poczęcia dziecka i pęcherzyk ciążowy może rozwijać się w jamie macicy bez interwencji chirurgicznej. Nie wiedziałem o tym, bo u takich pacjentek nie próbowałem doprowadzać do poczęcia inaczej niż przez in vitro. Dzisiaj nie robię już IVF, nie mam możliwości dostępu do tego narzędzia, dlatego sięgam po inne metody. Pacjentek, które naprawdę mają do czynienia z niepłodnością, wcale nie jest tak dużo. Poza tym jeżeli rzeczywiście niedrożność jajowodów jest bezdyskusyjna czy zachodzą nieprawidłowości techniczne w czasie badania, to rzeczywiście ochronna medycyna prokreacyjna ma niewielkie pole do działania. Może ewentualnie zaproponować chirurgię, próbę usunięcia zrostów czy udrażniania jajowodów. Na całym świecie lekarze pokroju Hilgersa wybierają taką medycynę, jest ich sporo i oni także unowocześniają techniki chirurgiczne. A więc u tych pacjentek jest szansa o walkę o poczęcie dziecka inaczej niż przez in vitro.

Jakie jest rozwiązanie dla kobiet, które nie mają macicy?

Jest adopcja. Jest mnóstwo dzieci, które nie mają rodziców, które chcą być w dobrej, prawdziwej i kochającej rodzinie. I dziś to jest moje rozwiązanie, właśnie tak rozmawiam z ludźmi.

Zatem ci, którzy z oczywistych medycznych powodów nie mogą naturalnie począć, powinni pogodzić się, że nigdy nie zostaną biologicznymi rodzicami?

Zdecydowanie. Mogą zostać rodzicami adopcyjnymi. In vitro nie daje gwarancji przeżycia wszystkim istnieniom ludzkim.

Zapewne spodziewał się Pan tego pytania. Skąd u Pana ta zmiana? Przecież przez 15 lat wykonywał Pan zabiegi zapłodnienia in vitro.

Sięgając do biologicznej definicji ludzkiego życia, przeczytamy, że połączenie komórki jajowej z plemnikiem daje zarodek, który dalej się rozwija. Jest to początek ludzkiego życia. Jeżeli my, swoim medycznym postępowaniem, nie gwarantujemy mu przeżycia, to jest to medycznie naganne i nieprawidłowe.

Czyli przez 15 lat Pan… zabijał?

Tak. W sposób niezamierzony, bo żaden lekarz nie chce tego robić. Metoda i narzędzia, którymi posiłkuje się lekarz dokonujący zapłodnień pozaustrojowych, nie dają stuprocentowej ochrony ludzkiego życia od momentu jego poczęcia. Dziś sankcjonujemy to prawnie. Ciekaw jestem, czy obecne prawo byłoby usankcjonowane przez te zarodki, gdyby miały siłę głosu, słyszały i chodziły.

W pewnym momencie dotarło to do mnie tak mocno, że nie byłem w stanie realizować dalej swojej dyscypliny medycznej ani posiłkować się tą metodą.

Nagle?

Tak. W ciągu kilku tygodni powiedziałem: „Dziękuję”. Nie wiedziałem, co dalej będę robił. Było mi wszystko jedno, byleby nie realizować się taką metodą i nie proponować jej ludziom. Miałem mnóstwo telefonów od pacjentek, które pytały i prosiły mnie o pomoc. Dotarło do mnie, że mogę wykorzystać swoją wiedzę na temat opisywania i diagnozowania niepłodności. Nie wiedziałem jak, ale trafiłem na Hilgersa, który opisał naprotechnoogię.

Pracowałem przy in vitro przez 15 lat. Z wielką niepewnością zacząłem pracę w ochronnej medycynie prokreacyjnej, nie wiedząc, co mogę i co będę mógł dać pacjentom, na ile będę skuteczny, na ile będę wiarygodny medycznie. Jestem skuteczny i wiarygodny. Gdy pracowałem przy in vitro, przyjeżdżały do mnie pacjentki z całego świata. Teraz też przyjeżdżają.

I co dalej?

Miałem okazję uczestnictwa w kilkudniowym sympozjum w Rzymie, gdzie ludzie z całego świata, realizujący naprotechnologię na co dzień, spotkali i dzielili się swoim doświadczeniami. Zrozumiałem, że jest to metoda, w której mogę się realizować. Założyłem ośrodek. Nie wiedziałem, czy będą pacjentki, czy tydzień później nadal je będą miał, czy będą poczęcia i ile ich będzie, jak wysoka będzie moja skuteczność. Udało się. Diagnostyka pozwala nam zobaczyć, jakie choroby nam przeszkadzają. Kolejnym krokiem jest ich usunięcie i cierpliwe czekanie na dzieciątko.

Duży nacisk kładę na słowo „cierpliwie”. W każdym cyklu, w 99,9%, z jajnika wydostaje się jedna komórka jajowa. W przypadku in vitro już z założenia walczę, żeby tych zarodków było znacznie więcej, od 6 do 8. Aby tak się stało, należy pobudzić jajniki lekami i wyzwolić tzw. hiperstymulację kontrolowaną, żeby za pierwszym czy drugim razem doszło do wzrostu i dojrzewania kilku czy kilkunastu komórek jajowych. Oznacza to, że w programie in vitro jajnik w jednym podejściu ma dać mi taki sam efekt, jaki otrzymujemy w naturze w ciągu 12 cykli w trakcie roku. Dlatego musimy cierpliwie czekać. Jeśli program in vitro nie wyszedł, pacjentka musi czekać pół roku na następne podejście.

A nie mniej?

Przeważnie robi się pół roku przerwy. Jajniki wracają do normy, organizm musi odpocząć, dopiero wtedy można podejść do kolejnego in vitro.

Dr Hadaś uważa, że wystarczą dwa miesiące.

Może jest tak sprawny i jajniki tak szybko wróciły do normy, że pacjentka może przystąpić jeszcze raz do in vitro. Bardzo chętnie się czegoś od niego nauczę.

Jako lekarz chcę być obiektywny, ale moim pacjentem jest nie tylko kobieta i mężczyzna, lecz także ten mały zarodek. Zacząłem go poważnie traktować, rozpoczynając uprawianie ochronnej medycyny prokreacyjnej. To jest człowiek, on nie krzyczy, nie ucieka, nie umie mówić, ale kiedy patrzę przez mikroskop, to go widzę. Kiedyś też taki byłem.

Gdy wykonywałem in vitro, przychodziły do mnie pacjentki i pytały: „Czy nasze dzieci się rozwijają?”, „Czy nasze dzieci się dzielą?”… Nikt nie mówił inaczej, lekarz odpowiadał: „Tak, pani dzieci się dzielą”.

Czym jest – według Pana – in vitro?

Mówi się, że program in vitro jest pewnego rodzaju eksperymentem na genomie człowieka. To prawda. Większa liczba wad wynika z trzech przyczyn. Mówią o nich genetycy, ale my nie chcemy ich słuchać, tłumaczymy, że to jest nasze życie, nasze statystyki, nasza codzienność, nasz portfel, nasza realizacja wiedzy medycznej i spełnienie pragnień. Gdybyśmy jednak posłuchali genetyków, którzy mówią, że program in vitro to możliwość połączenia komórki jajowej z plemnikiem, w której nie mamy stuprocentowej gwarancji, że ten plemnik czy ta komórka jajowa są do końca genetycznie prawidłowe, wiedzielibyśmy, że w ten sposób możemy przenosić nieprawidłowości genetyczne między pokoleniami.

W naturze te komórki nigdy by się nie połączyły. My wymuszamy to połączenie. To pierwszy aspekt wad. Drugi to przebywanie zarodków poza organizmem mamy przez dwa, trzy, cztery albo pięć dni. Czynniki środowiska mają wpływ na powstanie nowych mutacji genowych.

Czas jest istotny?

Jeżeli transferu zarodka dokonam w piątej dobie od połączenia komórki jajowej z plemnikiem, będzie on na etapie blastocysty i skuteczność takiego transferu liczona urodzeniem dziecka będzie największa, proporcjonalna jednak do ryzyka wad. Natomiast jeśli dokonam transferu w drugiej dobie, to skuteczność w odsetku urodzeń będzie mniejsza, ale liczba ewentualnych wad także się zmniejszy. Im krótsze przebywanie poza organizmem mamy, tym mniejsze prawdopodobieństwo wystąpienia wad rozwojowych. Trzecim czynnikiem wad, o którym mówią genetycy, jest tzw. napiętnowanie rodzicielskie, które występuje w obrębie in vitro. Jest to stymulacja komórek jajowych. To trzy aspekty, które mają wpływ na genom człowieka.

My, dorośli, płaczemy, że nie mamy dziecka, a przecież chcemy. To wielkie ludzkie utrapienie, które rozumiem. Utożsamiam się z tym cierpieniem. Jest mi z tego powodu niezmiernie przykro i próbuję pomóc takim parom w inny sposób. Nie mogę walczyć z cierpieniem wynikającym z braku posiadania potomstwa poprzez skazywanie na śmierć istnień ludzkich na etapie rozwoju zarodkowego. Nasza cywilizacja zapomniała, że człowiek zaczyna się od chwili poczęcia.

A jakie są konsekwencje in vitro dla organizmu kobiety?

Dwukrotnie wyższe ryzyko ciąż pozamacicznych. A takie usadowienie pęcherzyka ciążowego wymaga interwencji chirurgicznej. Znieczulenia, stres, sala operacyjna – to wszystko ma wpływ na organizm kobiety. Ślad pozostaje do końca życia. Chociażby w postaci większego ryzyka wystąpienia nowotworu piersi. 

Dlaczego?

Ponieważ dochodzi do stymulacji jajeczkowania. Używa się dużej dawki leków, która ma pobudzić jajniki. W organizmie jest duża aktywność estrogenów, które wpływają na receptory estrogenowe, m.in. w gruczole piersiowym.

To samo dotyczy zażywania tabletek antykoncepcyjnych. Oczywiście nie zdarza się to nagminnie, jednak myślę, że częściej niż wypadki w lotnictwie.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Co to jest naprotechnologia i czy może zastąpić in vitro?

Czy ma Pan wielu pacjentów?

Mógłbym nie wychodzić z tego gabinetu przez dzień i noc. Mam pacjentów z całego świata. Oni nie przyjeżdżaliby, gdyby nie było efektu. Programu in vitro nie znam z książki – 14 lat, 365 dni w roku, sobota, niedziela, Boże Narodzenie, Wielkanoc – to była moja praca bez żadnych dni wolnych. Nauczyłem się tego, doświadczyłem na sobie i swoich pacjentach, wiem, jak to wygląda. Mam porównanie.

Teraz rozumiem, że gdy pracowałem przy in vitro, byłem źle postrzegany przez ludzi, którzy szanowali te dzieci. Robiłem to codziennie, przychodziłem rano do pracy, przyjmowałem po 20 pacjentów, w międzyczasie odbierałem telefony z podziękowaniami, że po 20 latach wreszcie się udało i moi pacjenci są rodzicami. A później znów wracało do mnie „nie rób tego”, ale tłumaczyłem sobie, że przecież jestem potrzebny, pomagałem ludziom, którzy cierpieli z powodu braku potomstwa.

Faktycznie Pan pomagał?

To złudne! Robiłem to kosztem małych istnień ludzkich. W naprotechnologii tego kosztu nie ma. Owszem, też zginą dzieci, będą poronienia. Nie umiemy nad wszystkim zapanować. Ale te zarodki nie zginą dlatego, że próbuję nimi manipulować w środowisku zupełnie innym, niż stworzyła im ewolucja.

W Warszawie cena za wizytę w klinice naprotechnologicznej to 280 zł. Bardzo dużo.

A jak jest w programie in vitro?

Nie wiem. Wiem tylko, że 280 zł to jest dużo. Jakie są stawki za leczenie naprotechnologiczne?

W tej chwili wizyta kosztuje 160 zł.

Naprotechnologia jest biznesem?

Każdy zawód jest biznesem. Każdy pozwala żyć, jeden pozwala zarobić więcej, a inny mniej. Jeśli chcę mniejszej odpowiedzialności, braku kłopotów (np. z takim wywiadem, po którym niektórzy koledzy się ode mnie odwrócą), to godzę się na pensję dozorcy w Białymstoku za 1 tys. zł. A jeżeli chcę być lekarzem i umieć rzetelnie pomagać pacjentom, muszę spędzić nad książkami 25 lat. Mam prawo żądać za godzinne spotkanie z pacjentami 160 zł. To jest mój wielki wkład pracy, nie tylko ten godzinny, ale również ten wcześniejszy, żeby przez tę godzinę móc merytorycznie rozmawiać. To jest dużo? Gdybym ze swoją pracą i z tymi umiejętnościami, które mam, usiadł teraz w Nowym Jorku, wziąłbym za wizytę 800 dolarów, ale żyjemy w Polsce. Wcale nie chcę z tego rezygnować. Ile kosztuje wizyta w klinice in vitro, nieobjęta refundacją?

Myślę, że ok. 250 zł.

Więc Pani mi się dziwi? Leczenie naprotechnologiczne wymaga dużego wkładu pracy, aby móc zdiagnozować poszczególne elementy, które mogą ewentualnie przeszkadzać w poczęciu. Łatwiej jest przy in vitro, wystarczy zrobić USG, ocenić aktywność estradiolu i powiedzieć „proszę podać dzisiaj cztery ampułki menopouru” i policzmy: wizyta, ultrasonografia, cena estradiolu. A później znowu „proszę przyjść jutro, powtarzamy badania”, wydatek się powtarza. Natomiast ja tutaj, rozmawiając z pacjentami, wykonując badania, za które pacjenci płacą, daję im pewne przesłanie, co mają robić przez miesiąc, dwa lub trzy. Spotykam się z nimi po tym czasie, nie musimy się widywać codziennie. Oczywiście są takie sytuacje, kiedy muszę każdego dnia nadzorować owulację, jeśli mam wątpliwości co do pęknięcia pęcherzyka, jego wartości, jakości stymulacji itd.

Co z tymi, których nie stać na leczenie naprotechnologiczne?

Wielokrotnie przyjmuję pacjentów za darmo. Jeśli powie mi pani dzisiaj, że nie ma pani pieniędzy i potrzebuje pani pomocy, to bez zmrużenia oka Pani pomogę. Jednak nie mogę powiedzieć wszystkim pacjentom, że nie będę od nich pobierał pieniędzy. Muszę utrzymać ten ośrodek, spłacić urządzenia, na które zaciągnąłem kredyt. Jestem lekarzem, przede wszystkim mam pomagać ludziom. Nie muszę robić wszystkiego dla pieniędzy. Oczywiście lubię sobie kupić ładną koszulę czy buty, ale to nie może mi przysłonić możliwości działania na rzecz drugiego człowieka.

Jaki jest przeciętny koszt leczenia naprotechnologią?

Bardzo różnie. Przeciętnie: wizyta, diagnostyka, ultrasonografia, badania hormonów, aktywności nasienia to koszt ok. 900 zł. Jeżeli pacjentka pod okiem instruktorki musi się nauczyć się obserwacji cyklu, to w zależności od liczby spotkań cena waha się między 600 a 900 zł. W sumie to ok. 1500–2 tys. zł. Kolejne kroki, jeśli są konieczne, to wizyta u alergologa, dietetyka i laparoskopia.

Nie można tego zrobić na miejscu?

Nie. Wysyłamy pacjentów tam, gdzie można to zrobić. Nie próbuję być alfą i omegą. Medycyna rozwija się tak szybko, że niemożliwe jest opanowanie wszystkich tajników. Praca zespołowa przy leczeniu niepłodności jest zdecydowania wskazana.

A co można zrobić na miejscu?

Rzetelnie zebrany wywiad daje mi dużo informacji, gdzie powinienem uderzyć z diagnostyką i gdzie mogę spodziewać się nieprawidłowości. Badanie pacjentki, ultrasonografia, badanie nasienia, parametry z krwi, hormony i witaminy – to wszystko robimy na miejscu.

W cenie 160 zł?

Nie. Dodatkowe badania są płatne. Rozliczając się z NFZ, także musimy wskazać jednostkowo każde badanie.

Pierwszy zabieg zapłodnienia pozaustrojowego to 1978 rok. Jak od tego czasu zmieniło się podejście do tej metody?

Pierwsze zabiegi IVF były proponowane ludziom, którzy nie mają dzieci z powodu niedrożnych jajowodów, a więc nie ma też możliwości fizycznego kontaktu komórki jajowej z plemnikiem. Dziś in vitro jest proponowane wszystkim niezależnie od przyczyny. Wystarczy, że jesteśmy dwa lata małżeństwem, nie posiadamy dzieci, mamy po 37 lat, czas prokreacyjny nas goni – rozwiązaniem ma być in vitro, bo przyspiesza możliwość poczęcia dziecka.

In vitro, kiedyś przeznaczone do stosowania z bardzo konkretnym wskazaniem, jest teraz wszechobecne. Medycyna, która szuka nieprawidłowości zarówno po stronie kobiety, jak i mężczyzny, a także ich przyczyn, zeszła na dalszy plan.

Mało tego, nie ma takiego programu in vitro, który byłby w 100% bezpieczny dla wszystkich zarodków, które zostały poczęte w trakcie jego realizacji. Nawet jeśli doprowadzimy do poczęcia jednego zarodka, to w czasie jego tzw. hodowli, kilkudniowej obserwacji w inkubatorze i pod mikroskopem, a potem przy wykonywaniu transferu można przyczynić się do jego śmierci. Część ludzi o tym wiedziała i dlatego in vitro ich nie przekonało, zostali przy medycynie, która była proponowana do tej pory.

Praktycznie i teoretycznie jest możliwe wykonanie programu in vitro w cyklu naturalnym, bez stymulacji jajników, z jedną komórką jajową i milionami plemników. Wybieramy jeden plemnik, łączymy go komórką. U zdrowych ludzi taki cykl niesie za sobą szanse od 20 do 30% na pojawienie się dziecka. W programie in vitro przy takich warunkach szansa ta maleje do 5%.

Dlaczego?

Dlatego, że zarodki giną. Warunki środowiska zewnętrznego nie powinny dotykać dziecka na etapie rozwoju zarodkowego. Musi je chronić organizm mamy. Program in vitro nie może tego zapewnić. Warunki środowiska mają również negatywny wpływ na embrion, czyli istotę ludzką na początku swojego istnienia.

Jeśli Pani wątpi w to, co mówię, proszę się zastanowić, dlaczego przy wprowadzaniu aktualnej ustawy rozrodczej, obowiązującej dzisiaj w Polsce, walczono, żeby nie doprowadzać do poczęcia tylko jednego zarodka? Dlatego, że wtedy tą liczbą nadrabiamy straconą szansę i możemy uzyskać średnią europejską, czyli 20–30% skuteczności liczonej urodzeniem dziecka w programie in vitro. Aby tak było, musimy mieć do dyspozycji 6–8 zarodków, z których wybierzemy dwa i podamy je do jamy macicy. Dzięki temu możemy podać takie statystyki. Średnia europejska to ok. 26%.

Nigdzie nie ma spójnych danych na ten temat…

Ja je pani podam. Pracowałem przy in vitro prawie 15 lat. Amerykanie podają średnią statystyczną IVF ok. 35%, Holendrzy dają 20% szansy, we Włoszech jest ona jeszcze mniejsza. Szansę in vitro liczoną urodzeniem dziecka podnosi się przede wszystkim w zależności od wieku pacjentki – im wyższy wiek, tym szansa mniejsza, a także od liczby zarodków transferowanych do jamy macicy. Dlatego w Stanach Zjednoczonych to prawdopodobieństwo jest wyższe, tam umieszcza się w jamie macicy dwa, trzy, cztery i więcej zarodków, dzięki temu jest większe prawdopodobieństwo zagnieżdżenia i rozwoju ciąży. Ale wskutek tego wzrasta również prawdopodobieństwo jednego z powikłań – ciąży wieloraczej. Za tym idzie większe ryzyko przedwczesnych poronień i urodzeń dzieci niedojrzałych w sensie immunologicznym, a tej grupy dzieci dotyka większy wskaźnik śmiertelności. Dzisiaj wcześniactwo jest ogromnym wyzwaniem dla medycyny, a jego prawdopodobieństwo zwiększa się przy ciążach wieloraczych, które w przypadku naturalnego poczęcia zdarzają się bardzo rzadko.

Kiedy zaczyna się ludzkie życie?

Kiedy komórka jajowa łączy się plemnikiem (jeśli to dotyczy gamet płciowych człowieka). Powstaje nowa osoba, rozwija się, nazywa się embrionem, następnie płodem, po urodzeniu staje się noworodkiem, niemowlakiem, później idzie do przedszkola, szkoły, zaczyna pracować, idzie na emeryturę i umiera. Zarodek lub starzec są skrajnymi etapami naszego życia.

W książkach z zakresu pediatrii, ginekologii czy embriologii człowieka znajdziemy jedną definicję życia – od poczęcia do naturalnej śmierci. Nikt nie mówi, że człowiek zaczyna się od zagnieżdżenia, a to następuje dopiero po ok. 6 dniach od poczęcia. A więc jeżeli ja traktuję tę definicję poważnie, to metoda, która nie daje pełnej gwarancji bezpieczeństwa dla tego małego człowieczka w postaci zarodka, nie powinna istnieć, bo jest barbarzyństwem. Pani była takim zarodkiem i ja też nim byłem.

In vitro nie pomaga ludziom?

Jeśli wiem, że nie mogę mieć dziecka, to program in vitro może, ale nie musi mi pomóc. Jednak czy mam prawo być szczęśliwy kosztem moich dzieci, które zginą podczas procedury? Pisanie o dobrodziejstwie in vitro wynika z głębokiego nierozumienia tej kwestii. Ci, którzy wykonują IVF, doskonale wiedzą, że to, co mówię, jest prawdziwe i starają się uciekać od tego tematu. Potrzeba in vitro pokazywana jest jako potrzeba ludzi cierpiących z powodu braku dziecka. Ich możliwe szczęście dokonuje się jednak potencjalnym kosztem życia zarodków, które zginą. Jeżeli tę metodę powiększyć do skali makro i zastąpić zarodki osobami dorosłymi, nikt nie chciałby nawet rozmawiać o programie in vitro.

Kolejny problem to liczba ewentualnych powikłań – wspominałem o wcześniactwie, poronieniach i ciążach wieloraczych. U dzieci poczętych w wyniku zastosowania in vitro wady wrodzone pojawiają się o 30–40% częściej.

To jest nie tyle konsekwencją samego in vitro, ale połączenia genów rodziców.

Ci, którzy bronią IVF, mówią, że większa częstotliwość wad związana jest z wiekiem pacjentów – im jesteśmy starsi, tym potencjalne wady będą się częściej zdarzały, także w in vitro. Kolejnym powodem wad są przyczyny, które odpowiadają za niepłodność. Zaczęto robić doświadczenia, wzięto pod uwagę młode i sprawne zwierzęta, które mogą w sposób naturalny doprowadzić do poczęcia swojego potomstwa. Jednak naturalne poczęcie próbowano zastąpić wykonaniem zapłodnienia pozaustrojowego. Okazało się, że u potomstwa młodych i zdrowych zwierząt zaobserwowano identyczny wzrost wskaźnika występowania wad. Nie było mowy o wieku i przyczynie niepłodności. To doświadczenie pokazuje nam, że przebieg procedury in vitro nie jest obojętny dla naszego zdrowia. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszyscy ludzie, którzy są poczęci i urodzeni dzięki in vitro, są schorowani, bo większość z nich jest zdrowa i pełna życia. Jednak obciążenie większym wskaźnikiem wad jest dzisiaj niepowtarzalnym zjawiskiem obserwowanym na całym świecie.

Wracając do wskaźnika – jedno in vitro daje 25% szans na narodziny dziecka. Do gabinetu wchodzi 100 pacjentek, po dwóch miesiącach 25 z nich jest szczęśliwymi matkami, ale kolejne 75 nadal musi walczyć. Istnieje pojęcie tzw. kumulacyjnego wskaźnika sukcesu – w ciągu dwóch lat robimy 3 lub 4 podejścia do in vitro, teoretycznie i praktycznie jest to możliwe. Po dwóch latach około 60% pacjentek urodzi dziecko. Jeśli natomiast sięgniemy do wskaźnika kumulacyjnego ochronnej medycyny prokreacyjnej, w ciągu dwóch lat na 100 pacjentek dziecko urodzi 60–80 z nich.

In vitro nie korzysta z wiedzy wykorzystywanej w ramach ochronnej medycyny prokreacyjnej?

A po co? Jeśli uda się wyleczyć tarczycę czy uzupełnić niedobór witaminy D3, należy dać małżeństwu czas, aby mogło doprowadzić do poczęcia. Proszę pójść do ośrodków in vitro i zapytać, czy robią diagnostykę choroby trzewnej. Choroba trzewna to przedstawiciel chorób autoimunoagresywnych, której wyzwolicielem jest gluten w diecie. Mając predyspozycje do tej choroby i spożywając gluten, organizm zaczyna produkować przeciwciała, które niszczą strukturę kostek jelitowych. Zmniejsza się wtedy powierzchnia wchłaniania do naszego przewodu pokarmowego różnych składników odżywczych. Badania niezbicie udowadniają wpływ choroby trzewnej na płodność. Inne mówią, że na 200 osób dwie dotyka choroba trzewna. Zdiagnozowanie tej choroby i leczenie jej poprzez odstawienie glutenu pozwala na powrót płodności. Mam wielu takich pacjentów.

Jak powinna wyglądać ustawa o in vitro?

Zna pani mój stosunek.

In vitro powinno być w Polsce zakazane?

Na świecie. In vitro nie daje gwarancji przeżycia każdemu człowiekowi na etapie rozwoju zarodkowego. Nie mogę tego popierać. Wobec tego mówienie o kształcie ustawy tylko dlatego, że nie mamy dzieci, a to może przybliżyć nam szansę na ich posiadanie, jest dla mnie bezcelowe. Albo jesteśmy czarni, albo biali.

 

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawniczka i coach. Matka dwójki dzieci.