Przejdź do treści

Małżeństwo z Danii kupiło w Polsce noworodka. Sąd wymierzył karę

para z Danii kupiła noworodka w Polsce
fot. Pixabay

Para z Danii trzy lata temu kupiła noworodka w Polsce. Oskarżeni przyznali się przed sądem do popełnienia przestępstwa.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Duńska para przez wiele lat bezowocnie starała się o dziecko. Rozważali również adopcję, jednak po pewnym czasie stwierdzili, że łatwiej będzie…. dziecko kupić. Zamieścili zatem w internecie ogłoszenie, przez które poszukiwali ciężarnej kobiety w trudnej sytuacji finansowej.

Zobacz także: Dwumiesięczny chłopiec znaleziony we wrocławskim oknie życia

Para z Danii kupiła noworodka w Polsce – ile zapłacili?

Chętną znaleźli w Polsce. Początkowo małżeństwo za „adopcję” dziecka miało zapłacić Polce 130 tys. koron (10 tys. euro). Ostatecznie matka chłopczyka zgodziła się na sumę 7,300 koron, czyli 750 euro.

Po narodzinach dziecka duńskie małżeństwo zjawiło się w Polsce. Następnie już z niemowlakiem para udała się do swojej rodziny w Holandii, gdzie wyrobiła dla chłopca akt urodzenia.

Chłopiec ma dziś trzy lata i wciąż przebywa z małżeństwem. Stan dziecka jest bardzo dobry – stwierdził psycholog.

Zobacz także: Oszustwo metodą na „ciążę z in vitro”. Ukradła 10 tysięcy złotych

21 dni więzienia w zawieszeniu

Duńska prokuratura chciała ukarać parę za złamanie przepisów adopcyjnych, jednak ostateczne postawiono im zarzut podania nieprawdziwych informacji na temat dziecka.

Małżeństwo zostało skazane na 21 dni więzienia w zawieszeniu i prace społeczne. Wyrok zapadł w środę w Sonderborg (Dania).

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: norwaytoday.info, wiadomości.wp.pl

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

W Europie śmiertelność raka piersi spada – a w Polsce? Przewidywania nie pozostawiają złudzeń

Nie wiadomo ile byśmy mówili o profilaktyce, ile badań uda nam się wykonać, ile artykułów przeczytać, nowotwory i tak zbierają swoje żniwo. Niestety coraz większe. Taka też jest prognoza na ten rok. Spadek zanotuje jednak śmiertelność raka piersi. Czy to dobra wiadomość? Jak najbardziej. Szkoda tylko, że wśród sześciu największych krajów Europy, to właśnie w Polsce – jako jedynej – liczba zgonów pójdzie w przeciwnym kierunku.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Prognozy wskazują, że w całej Europie w roku 2019 będzie około 5 proc. więcej zgonów z powodu nowotworów, niż miało to miejsce w 2014 roku. Eksperci podkreślają, że wiąże się to m.in. ze zjawiskiem starzenia się społeczeństwa. Nie zmienia to jednak faktu, że są to niepokojące wieści dotykająca zarówno kobiety, jak i mężczyzn w każdym wieku.

Rak piersi na celowniku

Jeśli jednak skupimy się na kobiecych nowotworach, to dane dotyczące raka piersi mogą wprowadzić chociaż odrobinę „optymizmu”. Jego śmiertelność będzie na Starym Kontynencie spadać. We Francji spadek ten wyniesie 10 proc., w Niemczech 9, we Włoszech 7, a w Hiszpanii 5. Jeśli zaś chodzi o Wielką Brytanię, przewidywania mówią, że spadek liczby zgonów z powodu raka piersi sięgnie nawet 13 proc. Jest to tym istotniejsza zmiana, że w roku 2014 był to kraj zajmujący spośród sześciu największych państw Europy ostatnie miejsce tego niechlubnego rankingu – podkreślają to specjaliści cytowani przez „Daily Mail„.

Tym trudniej jest pogodzić się z faktem, że nas te optymistyczne wieści nie dotyczą. W Polsce bowiem wskaźnik ten rośnie. W latach 2010-2014 śmiertelność raka piersi wynosiła w naszym kraju 14.43 na 100.000 osób. W roku 2019 ma zaś wynieść 15.21, co jest wzrostem o 2 proc. w porównaniu do poprzedniego pomiaru.

Zobacz też: 5 nieoczywistych objawów raka piersi – sprawdź to!

Powalczmy o siebie!

Są to niezwykle smutne dane. Zwłaszcza jednak w ich świetle, powinnyśmy zadbać o motywacją do przejęcia inicjatywy – samobadanie, korzystanie z darmowych programów ułatwiających diagnostykę, poszerzanie wiedzy. A z tym też niestety nie jest najlepiej. Jak pisaliśmy w naszym portalu: „Zgodnie z informacjami zawartymi w raporcie ‚Rak piersi nie ma metryki’, u prawie 30 proc. pacjentek diagnoza stawiana jest już w czwartym stadium raka. Jak wynika z danych Ministerstwa Zdrowia, tylko 40 proc. kobiet korzysta z bezpłatnych badań przesiewowych oferowanych paniom w wieku 50-69 lat, a więc należących do grupy największego ryzyka” [więcej: klik].

Drogie Panie, prognozy dla całej Europy wskazują, że rak piersi będzie na drugim miejscu wśród nowotworów, jeśli chodzi o śmiertelność chorujących kobiet. Najwięcej żyć zabierze rak płuc. Zadbajmy o siebie – nie pozwólmy, aby te przewidywania się spełniły!

Zobacz to koniecznie: 12 objawów raka piersi – tę grafikę powinna poznać każda kobieta!

Źródło:DailyMail

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Dream Team w walce z PCOS, czyli jak zapewnić sobie kompleksową pomoc

Dream team w walce z PCOS
fot.Fotolia

Zespół policystycznych jajników jest zaburzeniem złożonym, które dotyka niemal całego organizmu kobiety. W związku z tym warto jest podejść do leczenia holistycznie. Jacy specjaliści mogą pomóc ci w walce z PCOS?

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Ginekolog

Najczęściej to właśnie ginekolog, na podstawie dokładnego wywiadu oraz badania USG, diagnozuje PCOS. Co więcej, nieraz kobiety zmagające się z zespołem policystycznych jajników mają trudności z zajściem w ciążę i to właśnie u tego specjalisty szukają pomocy. Często pojawiają się u nich bowiem zaburzenia owulacji – u niektórych chorych nie występuję, u innych pojawia się bardzo późno. Konieczne są wtedy konsultacje ginekologiczne i  wdrożenie odpowiedniego leczenia

Endokrynolog

Nadmierne owłosienie, przybieranie na wadze, czy też trądzik to tylko niektóre z objawów PCOS wiążących się z rozchwianą gospodarką hormonalną. Szczególnie warto zwrócić wtedy uwagę na ewentualnie podwyższony poziom LH lub obniżone stężenie FSH we krwi. Endokrynolog, po wykonaniu odpowiednich badań, będzie mógł dokładnie przyjrzeć się wynikom i starać się wyrównać poziom hormonów.

Zobacz też: PCOS a gen otyłości. Zobacz, co mają ze sobą wspólnego

Dietetyk

Z PCOS często wiążą się wspomniane już wahania wagi, głównie jej przybieranie. Jest to trudne nie tylko ze względu na zdrowie fizyczne, ale i samopoczucie psychiczne kobiety. Tym bardziej należy zwrócić wtedy uwagę na to, co mamy na talerzu. Nie tylko jednak ze wskazaniem na dietę odchudzającą, ale przede wszystkim taką, która pomoże w łagodzeniu objawów choroby. Dietetyk ma specjalistyczną wiedzę i może pomóc (szczególnie na początku) w ułożeniu odpowiedniego jadłospisu.

Trener

Sport to odpowiedź nie tylko na opisaną wyżej tendencję do tycia, ale przede wszystkim sposób na holistyczne spojrzenie na zdrowie. Ruch jest przy PCOS jak najbardziej wskazany, a trener personalny jest od niego specjalistą. Oczywiście możesz samodzielnie oddać się ulubionym ćwiczeniom, ale jeśli masz taką okazję, środki i chęć, to warto jest skonsultować swój trening z odpowiednią osobą.

Psycholog

Badania wskazują, iż kobiety zmagające się z zespołem policystycznych jajników wykazują większe ryzyko związane z pojawieniem się depresji, stanów lękowych, czy też innych zburzeń psychicznych [zobacz tutaj: KLIK]. Eksperci podkreślają tu znaczenie, jakie odgrywać może brak równowagi hormonalnej. Jeżeli odczuwasz, że potrzebujesz wsparcia, warto jest zasięgnąć porady specjalisty. Może pomóc to nie tylko w poznaniu siebie, lepszym radzeniu sobie z bieżącymi trudnościami, ale i w zbudowaniu korzystnych strategii, które ułatwią ci podejmowanie działań w przyszłości.

Zobacz też: Metformina w ciąży? Według najnowszych badań – TAK
E-wydanie Magazynu Chcemy Być Rodzicami znajdziesz tutaj. 

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Wsparcie psychologa w leczeniu endometriozy

Wsparcie psychologa w leczeniu endometriozy
Specjalista pomaga uporządkować wzajemne relacje, które na tym etapie czasem także się komplikują – fot. Fotolia

Endometrioza to bardzo trudna choroba, która – powodując ból i cierpienie – może też stanąć na drodze pary do rodzicielstwa. Psycholog specjalizujący się w pracy z osobami doświadczającymi niepłodności to osoba, która otacza kobiety cierpiące z powodu choroby szczególnym zrozumieniem i troską.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W przypadku endometriozy pomoc doświadczonego ginekologa, który zaplanuje leczenie, jest nieodzowna i konieczna. Pomoc psychologa? W wielu przypadkach może być równie ważna. Z jakimi trudnościami pomoże się uporać?

Trudna droga do zdiagnozowania endometriozy

Pierwsza trudność, z jaką zmagają się chorujące na endometriozę kobiety, wiąże się z samą diagnozą, która może trwać wiele lat. W tym czasie kobieta odczuwa silne bóle, odwiedza lekarzy, którzy niejednokrotnie bagatelizują jej dolegliwości. Tym samym podają w wątpliwość jej poczucie choroby i prawo do szukania pomocy. 

Kontakt z kimś, kto z uwagą i zrozumieniem wysłucha kobietę i da jej wsparcie, pokazując że jej potrzeba uzyskania pomocy nie musi wynikać z nadwrażliwości, może być niezwykle pomocny. Zrozumienie dodaje sił, zapobiega spadkowi samooceny i przeciwdziała izolacji społecznej pacjentki. Dzięki niemu osoba chora na endometriozę być może nie zrezygnuje z szukania pomocy i wcześniej ją uzyska.

Zobacz też: Jak się wspierać podczas starań o dziecko? Co radzi psycholog

W obliczu ogromnego bólu

Druga trudność, która towarzyszy chorym, to zmaganie się z nieustannym bólem. Niestety mało kto w otoczeniu chorych chce i potrafi okazać im zrozumienie. Ból towarzyszący menstruacji jest bagatelizowany i lekceważony jako „naturalny”, świadomość, że może on świadczyć o chorobie, jest w naszym społeczeństwie niezwykle rzadka. 

Psycholog, dzięki temu, że nauczy ją, jak posługiwać się technikami relaksacyjnymi i oddechowymi, może pomóc jej w lepszym radzeniu sobie z bólem. Przywrócenie poczucia wpływu na siebie i swoje ciało oraz poznanie skutecznych technik radzenia sobie z bólem bywają pierwszymi krokami w kierunku odzyskania wiary w siebie i lepszą przyszłość.

Endometrioza a niepłodność

Trzecia trudność bywa najbardziej bolesna. Gdy kobieta dowiaduje się, że endometrioza może utrudniać jej zajście w ciążę, nie powinna odmawiać sobie wsparcia psychologa. Oprócz dotychczasowych odczuć, kobieta ma prawo przeżywać żal związany z utratą wizji swojej przyszłości, w której bez trudu zachodzi w ciążę i zostaje matką. 

Uspokojenie emocji, poradzenie sobie z niepokojem o przyszłość, w tym także lękiem przed niepłodnością, to duże wzywanie dla chorej. Cierpiąca na endometriozę kobieta może – wspólnie z psychologiem – zająć się swoim lękiem, który być może urósł do zbyt wielkich rozmiarów i blokuje próby działania.

Zobacz też: Czekanie… pewnie znasz to aż za dobrze! Psycholog: „Troska o siebie to możliwość chociaż częściowego odzyskania poczucia kontroli”

Wsparcie psychologa w leczeniu endometriozy

Dodatkowo kobiety często starają się nie obarczać partnerów swoim cierpieniem, co oznacza, że w praktyce borykają się z problemem same. W takich okolicznościach mogą pojawić się stany depresyjne. Na niepłodność cierpi cała para, dlatego w InviMedzie zachęcamy, aby z konsultacji u psychologa korzystać razem. Dzięki temu partner może lepiej zrozumieć, z czym boryka się kobieta i skuteczniej ją wspierać. 

Specjalista pomaga uporządkować wzajemne relacje, które na tym etapie czasem także się komplikują. Podpowie, jak rozmawiać z rodziną i przyjaciółmi, co, kiedy i jak mówić, a czasem – czego mówić nie warto. Dzięki temu świat relacji chorej kobiety może stać się odrobinę bardziej przyjazny i dający wsparcie, jakiego oczekuje.

Logo: InviMed

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

 

Ekspert

Dorota Gawlikowska

Psycholożka i psychoterapeutka par w Klinice Leczenia Niepłodności InviMed w Warszawie. Absolwentka Wydziału Psychologii UW o specjalności psychologia kliniczna zdrowia. W pracy koncentruje się na psychologicznych aspektach leczenia niepłodności. Prowadzi warsztaty psycho-edukacyjne, grupy wsparcia oraz spotkania indywidualne z pacjentami i parami leczącymi się z powodu niepłodności.

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

„Wszystko robiliśmy sami”. Wywiad z założycielem Kriobanku, profesorem Waldemarem Kuczyńskim

wywiad z prof. Waldemarem Kuczyńskim

Kriobank to pierwszy w Polsce prywatny ośrodek leczenia niepłodności. W tym roku klinika obchodzi 30-lecie istnienia. Z założycielem Kriobanku – prof. Waldemarem Kuczyńskim – rozmawialiśmy o historii placówki i pierwszym udanym zabiegu in vitro w Polsce. 

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W tym roku Kriobank obchodzi swoje 30-lecie. Proszę nam nieco przybliżyć historię powstania placówki.

To było w 1989 r., złote czasy dla biznesu. Rynek był nienasycony. Istniały przestrzenie, które nie były zagospodarowane. Wystarczyło mieć pomysł, odnaleźć w nim potrzebę rynku i można było działać. Był dobry klimat międzynarodowy. Po przemianach solidarnościowych wszyscy chcieli pomagać Polakom. Pierwszą firmę wyposażyłem niejako z darów. Wtedy nie było środków unijnych.

Pracowałem na etacie w szpitalu. Firma była tylko dodatkiem. Zresztą wtedy nie miałem jakiejś świadomości biznesowej. Nie przypuszczałem, że to będzie wielki biznes. Przecież zanim powstał Kriobank, to to samo (bank nasienia) chciałem robić na bazie uczelni i szpitala. Miałem nawet potrzebne zgody i pozwolenia. Trzy razy uruchamiałem przedsięwzięcie i za każdym razem się nie udawało. W związku z tym postanowiłem zrobić to w warunkach prywatnych. Tak powstał Kriobank – pierwszy w Polsce prywatny ośrodek leczenia niepłodności oraz bank nasienia.

Dlaczego udało się prywatnie?

Bo nie musiałem korzystać ze wszystkich formalnych ścieżek szpitalno-uczelnianych. Tamte niepowodzenia nie brały się z błędów w procedurach, czy z powodu sprzętu.

To były absolutnie proste sprawy. Ktoś zapomniał zamówić ciekłego azotu, albo była sobota i nikt go nie dolał do zamrażarek. Ja naprawdę miałem świadomość, że potrafię to zrobić, i że byli chętni na tę usługę. Dlatego zacząłem robić to sam.

To był rok 1989. Było już in vitro, ale to w wersji klasycznej, które nie rozwiązuje problemu niepłodności męskiej. A jedną z metod stosowaną w tej terapii jest krioprezerwacja nasienia i udostępnianie nasienia dawców. W tamtych czasach nie było w Polsce żadnych regulacji prawnych na ten temat, nie było żadnych zaleceń.

To skąd Pan czerpał o tym wiedzę?

Będąc we Francji poznałem ludzi, którzy zajmowali się krioprezerwacją (przechowywanie w ujemnej temperaturze – przyp. red.) komórek rozrodczych człowieka. Zdałem sobie sprawę, że w Polsce ta dziedzina jest zupełnie w powijakach, chciałem więc u nas w szpitalu zorganizować bank nasienia.

Problem był o tyle ważki że dotyczył dwóch sfer zagadnień. Pierwsza to wykorzystanie nasienia dawców. Zabiegi takie były przeprowadzane bez żadnej kontroli a co gorsze bez żadnych standardów bezpieczeństwa pacjentek. W porównaniu do standardów francuskich to był po prostu horror.

Drugi problem to zabezpieczenie płodności na przyszłość. Chodziło głównie o młodych pacjentów, leczonych z powodów onkologicznych gdzie terapia przeciwnowotworowa była niezwykle toksyczna dla funkcji jąder.

Zobacz też: Porównania są zbędne – dr Agnieszka Kuczyńska z Kriobanku o fascynacji medycyną rozrodu i o cudzie istnienia

Dlaczego wybrał Pan właśnie taką drogę życiową?

Jak to często w życiu bywa – splot różnych zbiegów okoliczności. Choć nie byłem zbyt pilnym uczniem w liceum ogólnokształcącym z powodu zainteresowań muzycznych i grania blusa w zespole, udało mi się dostać na ówczesną Akademię Medyczną w Białymstoku.

Było „coś”, co pchało mnie do przodu i kazało otworzyć się na szersze horyzonty. Na studiach zacząłem dosyć szybko – bo już na początku drugiego roku – pracować w studenckim kole naukowym. Zainteresowała mnie onkologia i to z nią wiązałem swoją przyszłość.

W ramach pracy w kole studenckim, nieżyjący już prof. Stefan Soszka, powierzył mi funkcję organizowania studenckich obozów naukowych. Jeździliśmy więc z lekarzami w teren (30-40 studentów) – najczęściej do tzw. PGR–ów i małych miejscowości, w których dostęp do lekarzy specjalistów był utrudniony – i zachęcaliśmy kobiety do badań. Dziś nazwalibyśmy to profilaktyką raka narządu rodnego. Dzięki temu zajęciu i współpracy z profesorem Soszką oraz profesor Wandą Kazanowską, zacząłem się ukierunkowywać na ginekologię. Natomiast zupełnie nie spodziewałem się, że ta moja praca w czasie studiów zaowocuje jakimkolwiek kontraktem z kliniką uniwersytecką i szpitalem po ich skończeniu.

Pierwsza udana próba zapłodnienia pozaustrojowego w Polsce miała miejsce w 1987 r. właśnie w Białymstoku. Był Pan współtwórcą tego sukcesu. Czy mógłby Pan opowiedzieć o tym wydarzeniu?

To były specyficzne czasy. Byłem spoza całego układu. Mówiąc żartobliwie nie należałem ani do partii, ani nie miałem znanego nazwiska i koligacji rodzinnych. Nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażałem sobie, że mogę dostać pracę w szpitalnej klinice, więc nawet się o nią nie ubiegałem.

Poszedłem do ówczesnego Wydziału Zdrowia mówiąc, iż kończę studia i szukam pracy. Byłem przeszczęśliwy kiedy okazało się, że zatrudnienie dostałem. Był to przydział do poradni znajdującej się nieopodal ostatniego przystanku linii autobusowej numer 6. Był to wielki przywilej, bo mogłem liczyć na wyższe zarobki z tzw. powiatowej służby zdrowia i na dodatek mogłem dojechać do pracy miejskim autobusem. Kiedy o tej całej sytuacji dowiedział się profesor Soszka, okropnie zmył mi głowę i nakazał  następnego dnia stawić się w pracy w klinice. A co z angażem…?  Się zobaczy… I tak to się zaczęło…

Dostałem się pod opiekę prof. Aleksandra Krawczuka, świetnego operatora i położnika ale również specjalisty andrologii i leczenia niepłodności męskiej. To on właściwie zmusił mnie do zajęcia się czynnikiem męskim w niepłodności. Kiedy profesor Soszka odszedł na emeryturę, jego funkcję objął prof. Marian Szamatowicz, również uczeń prof. Krawczuka i pasjonat leczenia niepłodności. W krótkim czasie skompletował zespół młodych asystentów przed którym rozwinął wizję zapłodnienia pozaustrojowego.

Była to niezwykle nowatorska procedura, którą opanowało zaledwie kilka ośrodków na świecie. Prof. przydzielił mnie do zespołu i określił zakres obowiązków. I tak razem ze Sławkiem Wołczyńskim staliśmy się nagle „embriologami”. Zaczęliśmy intensywne przygotowania i szkolenie połączone z pracą naukową.

Oprócz intensywnej nauki z dostępnych podręczników embriologii i w bardzo ograniczonym zakresie literatury naukowej, nawiązaliśmy liczne kontakty ze specjalistami rozrodu i naukowcami z  branży. Czerpaliśmy z doświadczenia licznych zakładów i katedr embriologii oraz embriologii eksperymentalnej Uniwersytetu Warszawskiego, Instytutu Zootechniki w Balicach i wielu innych ośrodków naukowych Polskiej Akademii Nauk.

Dzięki tej współpracy poznaliśmy niezwykłych ludzi jak profesorowie: Andrzej Tarkowski, Jacek Modliński, Zdzisław Smorąg, Stefan Wierzbowski, aby wymienić tyko niektórych. Zajmowali się oni różnymi aspektami embriologii, kriokonserwacji gamet i zarodków i rozrodu zwierząt, co jak się później okazało, dało nam pewność siebie oraz wsparcie przy rozwiązywaniu problemów klinicznych.

Ale embriologia to nie jedyne wyzwanie, aby skutecznie przeprowadzić zapłodnienie pozaustrojowe.  Kontrolowana hiperstymulacja jajników, pobieranie komórek jajowych, przygotowanie nasienia i izolacja plemników, zapłodnienie in vitro a potem ICSI, wreszcie hodowla zarodków in vitro oraz przeniesienie zarodków do macicy to jedynie zasadnicze elementy leczenia.

Prof. Szamatowicz wyznaczył osoby odpowiedzialne za każdy z tych etapów. I tak do zespołu dołączyli doktorzy Euzebiusz Sola, Marek Kulikowski, Jurek Radwan i Darek Grochowski. Stworzyliśmy zespół– jak potem określono – zespół sześciu wspaniałych, którym udało się doprowadzić do narodzin pierwszego w Polsce dziecka poczętego metodą in vitro.  Jednak zanim zaczęliśmy świętować czekała nas praca.

Jak wiadomo czasy były wtedy ciężkie. W sklepach pusto, na stacjach benzynowych też, dotacji żadnych sprzętu brak a jeżeli już to pożyczony…  Niczego nie można było kupić, więc wszystko robiliśmy sami, np. sami produkowaliśmy wodę.

Wodę?!

Zaczynało się tak, że najpierw badaliśmy studnie w regionie. Potem z wybranych, w 200 l beczkach, przywoziliśmy wodę do laboratorium. Po około 20 tygodniach z jednej beczki uzyskiwaliśmy 100 ml naprawdę czystej wody, w której przygotowywaliśmy odczynniki.

Wszystko robiliśmy sami – nawet igły punkcyjne, zestawy do pobierania komórek jajowych, katetery do transferu zarodków itd… Te właśnie obowiązki m.in. spadły na moje barki, stąd też rozwijałem się jako wynalazca i konstruktor… z bożej łaski! Do dzisiaj w szafach leżą pamiątki moich nieudanych konstrukcji i wynalazków.

Byliśmy jednak silni, ambitni, nie żałowaliśmy siebie, swojego czasu ani sił. Byliśmy też doświadczeni przez liczbę niepowodzeń jakie nas spotykały. Nie zrażaliśmy się nimi, pracowaliśmy dalej. To nie znaczy że nie było napięć, kłótni i walki…

Trzeba wspomnieć że końcowy sukces w tej procedurze w równym stopniu zależy od realizacji każdego elementu. Każdy etap musi być zrealizowany bezbłędnie. Jakikolwiek błąd na jakimkolwiek etapie powoduje zniweczenie wysiłków pozostałych członków zespołu.  Tutaj widzę największą zasługę naszego mentora, prof. Szamatowicza,  który konsekwentnie i z wielką wyrozumiałością podtrzymywał w nas wiarę w sukces, tonując napięcia, konflikty i walki. Tylko dzięki temu, po około dwóch latach wysiłków, udało się nam uzyskać pierwszą ciążę.

Zobacz też: Zapłodnienie in vitro i hodowla zarodka – jak to wygląda? Wyjaśnia embriolog

Liczył Pan ile dzieci przyszło na świat dzięki Kriobankowi?

Niestety, jest to dość trudny rachunek, acz liczba ta jest naszym (jest to praca całego zespołu Kriobanku) wielkim sukcesem. Cieszy mnie to, że ludzie szanują nas za to co osiągnęliśmy.

O ile dokładnie nie pamiętam liczby dzieci, to pamiętam niezwykłe historie zgłaszających się do nas pacjentów. Skupiamy się nad czystymi aspektami medycznymi, obmyślamy plan leczenia – a przecież nie wolno nam zapominać, że to człowiek, jego uczucia, jego los są najważniejsze.

Bywa tak, że ludzie rezygnują z walki o dziecko, a my namawiamy ich na kolejne próby, bo wierzymy, że da się to zrobić. I rzeczywiście się udaje. Leczenie niepłodności jest specyficzne, czasem efekt zaskakuje nawet nas. Wielokrotnie widzimy pacjentki bez szans.  Jednak one wracają do nas po czasie i wtedy leczenie kończy się sukcesem. Takie przypadki powodują, że mamy wielki dystans do swoich umiejętności i do możliwości medycyny. Wbrew temu co można o nas pomyśleć, nie czujemy się panami życia i śmierci. My jesteśmy tylko małymi pomocnikami Pana Boga i współpracownikami Matki Natury. Tam gdzie ona postawiła zbyt wysokie progi dla zwykłych ludzi, niekiedy nam udaje się je przekroczyć.

Leczenie niepłodności niczym nie różni się od leczenia innych chorób. Tam gdzie jest to możliwe staramy się pomóc, ale widzimy też granice tej pomocy. Mnie w pracy zawsze towarzyszy zasada „Primum non nocere” (z łac. po pierwsze nie szkodzić). Czasem zbliżam się niebezpiecznie blisko tej granicy. Jednak to co dziesięć lat temu było tą bliskością, teraz już nią nie jest. Medycyna idzie naprzód, dlatego praca i ciągły rozwój pozwalają mi odnajdywać ją na nowo.

Czy jest Pana następca?

W pracy, oprócz licznego grona wybitnych specjalistów, mocno wspomaga mnie córka – dr Agnieszka Kuczyńska-Okołot. Jest już po specjalizacji, zdecydowała się kontynuować moje zainteresowania. Ma nowe spojrzenie na prowadzenie kliniki a jednocześnie liczne kontakty krajowe i zagraniczne, co daje jej szansę na rozwiązywanie kolejnych problemów niepłodności, z którymi nie możemy sobie jak na razie poradzić.

To fascynujące jak rozwiązywanie problemów uwidacznia następne. Dzięki temu nigdy nie staniemy w miejscu. Każda nowa wiedza uświadamia jedynie stopień komplikacji natury i zmusza do skromności w definiowaniu własnej wielkości.

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.