Przejdź do treści

Krystyna Kofta: Jeżeli jest miłość, można wiele przetrwać

Pisarka, felietonistka,blogerka, feministka. Autorka „Fausty”, „Lewej, Wspomnień prawej”, „Jak zdobyć, utrzymać i porzucić mężczyznę” i „Małej encyklopedii małżeńskiej”. Nam opowiada o różnych odcieniach miłości.

Pierwsza miłość?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Była niespełniona. Zakochałam się w takim chłopaku, który był repatriantem z Francji. Bardzo mi się podobał, inaczej się ubierał, inaczej wyglądał, mówił z innym akcentem, ale nie zwracał na mnie uwagi, bo byłam bardzo chudą dziewczynką, a wtedy za atrakcyjne uważano te biuściaste (śmiech). Kiedy jednak miał odbyć się bal na zakończenie szkoły, to wykorzystałam „metodę na Kopciuszka”. Siostra uczesała mnie w „koronę”, taką jak nosi Julia Tymoszenko, matka uszyła długą niebieską sukienkę z czarnymi tiulowymi bufkami. No i spodobałam się chłopakowi bardzo, poprosił mnie do tańca, ale mi nagle przeszło. Byłam zła, że nie docenił mnie za inteligencję, że liczy się dla niego wygląd! Odkochałam się natychmiast. Miałam zresztą taki głupi okres w życiu, że kiedy któryś chłopak powiedział, że jest zakochany, ma dziewczynę, próbowałam różnych sposobów, żeby go „odbić”. Takie praktyki w liceum były nagminne, może to były ćwiczenia, wprawki, przed większym skokiem? Dość okropne.  

To nie była pani lubiana przez koleżanki.

Miałam wówczas jedną przyjaciółkę, bo generalnie uważam, że przyjaciół powinno się mieć mało. Ogólnie to byłam niezbyt lubiana, bo właśnie tak się zachowywałam i to trwało dość długo. Tym niemniej dziewczyny lubiły moje towarzystwo, bo od czasów  liceum wymyślałyśmy z moją przyjaciółką różne atrakcyjne formy spędzania czasu.

Zmieniła pani spojrzenie na związek i relacje przed poznaniem męża?

Tak. Poznawaliśmy się dwa razy. Trafiłam do szkoły, w której uczył się jego brat Janusz Kofta, później przybrał pseudonim Jonasz. Zaprosił mnie do siebie na prywatkę. Młodszego brata Mirka, wysłał do kina. Minęliśmy się wtedy w korytarzu, ale zapadłam mu w pamięć. Potem się spotykaliśmy, wymienialiśmy książki. On dawał mi ważne pozycje z psychologii, ja polecałam literaturę piękną. To było świetne, bo połączyła nas wspólna baza intelektualna.  Później wyjechałam na studia, zaręczyłam się z pewnym prawnikiem, ale nic z tego nie wyszło. Otóż on przyszedł do moich rodziców, żeby się oświadczyć i powiedział, że „zapewni mi wszystko”, na co moja matka stwierdziła: A pan uważa, że ona nie ma  teraz wszystkiego? Był zamożny, a moi rodzice stracili wszystko, fabrykę itd., było biednie.Jak więc to usłyszałam, pomyślałam, że nie mogę być z kimś takim. Chociaż był porządnym facetem, potem zrobił wielką karierę prawniczą. Miałam szczęście do wykształconych facetów. Dużo zyskiwałam przez kontakty. Może stąd moje zainteresowania prawem, ekonomią?

Powiedziała Pani też jednak, że kobiety tracą waleczną tożsamość, kiedy pojawia się ten mężczyzna. A pani tej waleczności nie straciła. Jaką więc osobą trzeba być, aby w każdych okolicznościach pozostać waleczną?

Nie wiem właściwie, jak na to pytanie odpowiedzieć, bo nie mogę mówić o wszystkich kobietach. Natomiast znam ich wiele, niektóre tę waleczność zachowują do końca życia, a inne jej nie mają  i zawsze się podporządkowują. Dlatego małżeństwo czy związek wygląda tak różnie, u różnych ludzi. Nad własną tożsamością i tym jak radzić sobie w życiu można jednak popracować, można się tego nauczyć, ale też trzeba odkryć coś w sobie. Odkryć to, co gdzieś drzemie. Wiele zależy od wychowania. Ja musiałam z moją matką ciągle walczyć i myślę, że to mnie tak ustawiło na całe życie. Wiedziałam, że jak nie powalczę, to nic ze mnie nie będzie. Gdybym słuchała ojca, byłabym ekonomistką, a jeśli matki – to lekarką.

A kim jest feministka współcześnie?

Myślę, że wiele kobiet – tych, które mówią „ja nie jestem feministką, ale…”, i tu idzie cała litania działań feministycznych – to feministki, które siebie nie definiują tym słowem. Uważam, ze wiele kobiet ma coś co nazywam feminizmem naturalnym. Mam właśnie ten rodzaj. Uważam, że w każdej kobiecie powinien się obudzić, szczególnie kiedy jest krzywdzona, albo widzi, że ktoś krzywdzi inną kobietę. Stąd też moje zaangażowanie społeczne. Robię wiele rzeczy, chociaż wchodzi mi to w paradę, zabiera czas potrzebny na pisanie. Trudno, tak było z profilaktyką raka piersi, tak jest z przemocą w stosunku do kobiet i dzieci.  

Czy jako feministkę boli panią to, że wielu z nas uczucie kojarzy się z teorią o dwóch połówkach jabłka?

Mnie to śmieszy. Oczywiście związek tworzy jakąś całość, nową jakość, ale na pewno nie jest tak, że dzieli się na dwie równe połówki, tworzące jedność absolutną. Dwa ciała splecione w akcie miłosnym, są dwoma odrębnymi ciałami. Jabłuszko często bywa robaczywe. Ostatnio natomiast doszłam do wniosku, że następną książkę zacznę zdaniem: „Nic nie jest takie, jak się wydaje”, które będzie się przewijało przez całą powieść. A w miłości to już pewnik. Dlatego dziwne wydaje mi się, by podjąć decyzję o ślubie i związku „na całe życie”, jeśli nie wypróbuje się człowieka – pod każdym względem. Nie zamieszka z nim pod jednym dachem. Kiedy człowieka przyjmuje się do pracy, to na 3-miesięczny staż, a tutaj od razu niektórzy myślą: Ach, zakochanie, namiętność!

W uzupełnionym wydaniu „Jak zdobyć, utrzymać i porzucić mężczyznę” a także w „Małej encyklopedii małżeńskiej” pisze pani natomiast o „nowych” rodzajach związków – wielokątach, związkach partnerskich, homoseksualnych. Czy te relacje oznaczają też nowe definicje miłości?

Myślę, że wszystko było, tylko w tej chwili o tym się mówi. Wcześniej tego zakazywano, ale  jeśli coś jest zakazane, robi się to po cichu.

Wydaje się jeszcze, że żyjemy w czasach, które sprzyjają „seryjnej monogamii”. Jeśli coś się nie układa albo robi się zbyt poważne, wychodzimy z roli czyjegoś partnera, by za chwilę związać się z kimś innym, nie na dłużej niż 2 – 3 lata. Jakie jest Pani zdanie w tej kwestii?

Jestem przeciw, ale to kwestia gustu. Moje małżeństwo jest monogamiczne, chociaż przeżywa wzloty i upadki. Uważam, że lepsza jest czasem zdrada, niż taka zamiana bohaterów. Wchodząc w związek młodo, nie wiemy, co się wydarzy, to loteria. Nagle okazuje się, że chciałoby się czegoś innego. Z tym, miłość istnieje w różnych postaciach. Zdarza się krótszy lub dłuższy romans. Rozumiem kobiety, które przyjmują z powrotem mężczyzn. Także odwrotnie. Rozumiem, że kobieta też ma prawo do poznania kogoś innego. Jeżeli jest miłość, można wiele przetrwać.

Bukowski napisał: Miłość to forma uprzedzenia. Kochasz to, czego potrzebujesz, kochasz to, co poprawia ci samopoczucie, kochasz to, co jest wygodne. Jak możesz twierdzić, że kochasz jednego człowieka, skoro na świecie jest dziesięć tysięcy ludzi, których kochałabyś bardziej, gdybyś ich kiedyś poznał? Ale nigdy ich nie poznasz. Zgodzi się z nim Pani?

Myślę, ze każdy w tej materii mówi po prostu o sobie. Czego on potrzebuje albo nie potrzebuje, albo jest to uprzedzenie albo nie jest. Ja bym ujęła to inaczej: wiem dokładnie, czym jest miłość. Kocham tych ludzi, o których się boję. Pisałam o tym kiedyś i to sobie przemyślałam – lęk o kogoś innego jest postacią miłości, przynajmniej dla mnie to dowód na miłość. Zawsze się boję o męża, syna, ale też o przyjaciół. Uważam bowiem, że przyjaźń też jest formą miłości, niekiedy trwa dłużej. Bardzo często się też zdarza, że ludzie biorą namiętność za miłość – kiedy ustępuje, związek zaczyna cierpieć i przeważnie się rozpada. Różnych namiętności można mieć wiele i z tym, co mówił Bukowski,  najprawdopodobniej  jest tak,  że chodzi właśnie o namiętności. Miłość wymaga raczej pogłębienia.

A kiedy miłość się kończy?

Nigdy. To znaczy, zmienia oblicze. Miłość jest też tym, co pozwala przetrwać kryzysy. Ja jestem ze swoim mężem przeszło 40 lat  i po prostu wiem, że  bez kryzysów nie może się obejść. Każde z nas dąży do tego, by pokazać własne zdanie, jesteśmy uparci, ale jeśli nie byłoby miłości, ten związek nie mógłby przetrwać. A jeżeli jest, to nie warto tego poświęcać dla jakiegoś odrębnego zdania . Trzeba mieć tez „płaszczyznę nieporozumienia”, żeby można było żyć razem. Trzeba zostawić ten margines i dbać o to, by się nie zranić do końca.

Czy z punktu widzenia mężczyzny zawsze jest ona czymś innym, niż w rozumieniu kobiety?

Sądzę, że tak. My się jednak bardzo różnimy. Mężczyźni tylko w takich krańcowych sytuacjach zdają sobie z tego sprawę. Kiedy zachorowałam, to mój mąż naprawdę zrozumiał, jak mocno jest ze mną  związany.

A co Pani sądzi o wizji miłości rodem z 50 twarzy Greya?

Chyba nie o twarze tu chodzi, nie sądzi Pani? Przepraszam, że odpowiadam pytaniem na pytanie, to nie jest eleganckie, ale nie dało się tego czytać. Zaczęłam z ciekawości, żeby zobaczyć co sprawiło, że taka marna rzecz pojawiła się na szczytach list bestsellerów. Seks, prawie porno, ale jednak nie całkiem porno, to przyciąga kobiety, chcą wiedzieć co robią inne! Zwłaszcza u nas to się liczy, bo króluje pruderia. Łatwiej o porno w Internecie, niż o podręcznik Wychowania Seksualnego. Stąd bierze się taki głód.

W książce ukochany głównej bohaterki przedstawiany jest jako ideał mężczyzny – pomijając już , jak bardzo był oderwany od rzeczywistości, to co złego jest w szukaniu kogoś, kto będzie kimś więcej, niż tylko przystojnym i dobrym człowiekiem?

Jedno z drugim ma niewiele wspólnego. Ideał to ktoś kto nam odpowiada. i tyle. Kobiety „na życie” na ogół nie szukają przystojniaków. Chociaż mamy wrażliwość na wygląd mężczyzny. Są takie, które wiedzą czego chcą. Czegoś innego na jedną noc, na romans, a zupełnie czego innego na całe życie. Jeśli następuje pomieszanie z poplątaniem i „mięśniaka” z romansu bierze się na męża, to może skończyć się katastrofą, ale wcale nie musi, bo przystojniak może okazać się świetnym mężem. Nie ma reguł. Jednak ja jestem skłonna wierzyć, że wspólna baza musi istnieć, ta baza dotyczy poglądów, ideałów, stosunku do wykształcenia, zwłaszcza gdy pojawią się dzieci. Także w seksie trzeba szanować wzajemną wrażliwość, żeby związek był trwały. Znajome małżeństwo rozpadło się, gdy żona, mówiła w dużym towarzystwie, że z mężem już się tylko przyjaźni, nic więcej. Przy nim! gdy to usłyszałam, wiedziałam, że źle się skończy. Inny związek się rozpadł, bo mąż zmuszał żonę do perwersji, których nie znosiła.   

Ta książka nie mówi o nieszczęśliwej miłości, a o nią chcę zapytać. Tak więc, czy można kochać kogoś, kto jest w związku z kimś innym? Czy to jest w porządku?

Nie wiem, pewnie można, bo to się dzieje. W ogóle, w uczuciach trudno powiedzieć, czy coś jest w porządku czy nie. Nie ma silnych i nie ma mądrych, bo człowiek w pewnym sensie nie odpowiada za to. Cała wielka literatura, kinematografia, dobre seriale mówią o tym. 

 

fot. mat. wygraczrakiem.pl

Karolina Błaszkiewicz

dziennikarka. Związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami i z natemat.pl

Jak dieta może pomóc w endometriozie? Opowiada lek.med. Jan Olek

Żywienie w endometriozie
fot.Fotolia

Endometrioza jest jedną z najczęściej występujących chorób ginekologicznych u kobiet w wieku rozrodczym. Jest schorzeniem przewlekłym i postępującym. Powoduje stan zapalny w miednicy mniejszej i wiele dolegliwości bólowych, może prowadzić do niepłodności lub poronień. Może również naciekać na narządy takie jak jelito, pęcherz moczowy, prowadząc do ich uszkodzenia. Można ją skutecznie leczyć operacyjnie i/lub hormonalnie, jednak efekty nierzadko są niezadowalające, zarówno jeśli chodzi o wznowy choroby, jak i jakość życia związaną z poziomem bólu. 

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zobacz też: Jak endometrioza zmienia życie? Opowiadają pacjentki Miracolo

Przyczyny endometriozy

Etiologia choroby nadal nie jest dobrze poznana. Opisywano skłonność genetyczną predysponującą do jej wystąpienia, wpływ hormonów, układu immunologicznego oraz toksyny. Coraz częściej mówi się o wpływie żywienia oraz dysbiozy jelitowej na endometriozę. Z przykrością trzeba stwierdzić, że ten temat nie leży w centrum zainteresowania nauk medycznych. Niemniej jednak istnieje trochę badań przedstawiających wpływ żywienia na gruczolistość zewnętrzną i przedstawię je w poniższym artykule.

Tłuszcz tłuszczowi nierówny

W 1988 r. Covens et al. przedstawił, że dieta bogata w tłuszcz rybny doprowadziła do regresji endometriozy, która została operacyjnie wszczepiona królikom.

Przed kilkoma laty dowiedziono, że zwiększona konsumpcja mięsa czerwonego powiązana jest z częstością choroby stwierdzanej laparoskopowo (iloraz szans[1] 2,0), w przeciwieństwie do spożycia częstego warzyw i owoców, gdzie zaobserwowano ujemną korelację (iloraz szans 0,6). Nie stwierdzono zależności przy spożyciu masła i różnych olei.

Zobacz też: Wykłady lekarzy, opowieści pacjentek i mnóstwo wiedzy! Relacja ze spotkania poświęconego endometriozie

Kwasy Omega-3

W obszernej analizie Nurses Health Study (12 lat prospektywnie zbieranych danych), że kobiety, które częściej spożywały kwasy Omega-3 rzadziej cierpiały na endometriozę, w przeciwieństwie do częstego spożycia kwasów trans (margaryny, chipsy, ciasteczka, wszelkie oleje roślinne poddane obróbce termicznej), które zwiększały ryzyko zachorowania na endometriozę.

Dane te świadczą o tym, że tłuszcze mogą odgrywać rolę w patogenezie endometriozy. Zostało to również potwierdzone w jednym badaniu in vitro, w którym skracała się przeżywalność komórek endometrialnych po dodaniu kwasów Omega-3 w wysokim stężeniu.

Wyniki te zgadzają się z rezultatami badania wykonanego w 1995 r. przez B. Deutch, który dowiódł, że konsumpcja olei rybnych zmniejszała dolegliwości bólowe u kobiet z pierwotnie bolesnymi miesiączkami.

Zobacz też: Co powinnaś wiedzieć o nawrotach endometriozy?

Metale ciężkie a endometrioza

Nie tylko kwasy tłuszczowe były przedmiotem badań. Jedno badanie opisywało wpływ metali ciężkich na endometriozę. Poziom zatrucia kadmem korelował dodatnio z obecnością endometriozy. Kadm zanieczyszczone są często gleby i wody, obecny jest również w plombach zębów (amalgamat).

[1] Stosunek szansy wystąpienia danego zdarzenia w danej grupie do wystąpienia tego samego zdarzenia w innej porównywanej grupie. Określa o ile większa/mniejsza jest szansa wystąpienia zdarzenia (np. choroba, śmierć) w jednej grupie w porównaniu do innej.

Klinika Miracolo

Dr Jan Olek endometrioza

Ekspert

Dr Jan Olek

Ginekolog położnik. Zastępca ordynatora i założyciel certyfikowanego klinicznego centrum endometriozy w St. Josefs-Hospital w Dortmundzie. Założyciel kliniki Miracolo w Polsce.

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Czy alkohol wpływa na możliwość zajścia w ciążę?

Czy alkohol wpływa na zajście w ciążę

Nie ulega wątpliwości, że wszyscy wiedzą o szkodliwości picia alkoholu w ciąży, o jego wpływie na płód, zespole FAS i o tym, że nie ma bezpiecznej dla płodu dawki alkoholu, którą mogłaby wypić matka. Ale czy alkohol wpływa na płodność, możliwość zajścia w ciążę? Czy warto z niego zrezygnować?

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Dlaczego warto ograniczyć lub wyeliminować alkohol starając się o dziecko?

Spożywanie alkoholu w okresie starań o dziecko może mieć niekorzystny wpływ na skuteczność tych starań. Jeżeli do przyszłego macierzyństwa podchodzimy z pełną świadomością, należy bardzo poważnie wziąć pod rozwagę ograniczenie lub całkowite wyeliminowanie alkoholu. Jest to szczególnie ważne u par, u których zdiagnozowano problemy z płodnością. Rezygnując z alkoholu zwiększamy szanse na powodzenie metod leczenia niepłodności.

Badania niejednoznacznie wskakują zależność między jego umiarkowanym spożyciem a zaburzeniami płodności. Badania przeprowadzone na szerokiej grupie kobiet wykazały, że dwukrotnie większe szanse na zapłodnienie w okresie 6 miesięcy miały kobiety, które wypijały poniżej 5 drinków tygodniowo, niż te, które piły więcej.

Należy jednak zauważyć, że mowa jest o umiarkowanym spożyciu, a zatem okazjonalnym i w niewielkich ilościach. Zakłada się, że u osób z zaburzeniami płodności wyeliminowanie którejkolwiek z potencjalnie szkodliwych substancji może zwiększyć szanse na posiadanie potomstwa.

Zobacz też: Od czego zależy płodność kobiety i mężczyzny? Odpowiada ekspert

Czy alkohol wpływa na zajście w ciążę?

Z przeprowadzonych badań najczęściej obserwowanym zaburzeniem u kobiet spożywających alkoholu w okresie starania się o dziecko są nieprawidłowości związane z owulacją oraz zaburzenia metaboliczne.

Alkohol, zwłaszcza piwo, ma wysoki indeks glikemiczny, podobnie też jak słodkie wina i likiery. Zwłaszcza, u kobiet z insulinoopornością ma to wpływ na owulację jak również skuteczność stymulacji jajników. Metabolity alkoholu zakwaszają organizm obniżając pH śluzu pochwowego i jego przepuszczalność dla plemników.

U mężczyzn częste picie alkoholu, jak również choroba alkoholowa, ewidentnie pogarsza parametry nasienia. Nie dość, że plemników jest mniej, to znacznie osłabiona jest też ich ruchliwości. Znacząco spada także odsetek prawidłowo zbudowanych plemników, co widzimy oceniając fragmentację DNA plemnika (DFI).

Należy pamiętać, że spożycie alkoholu należy ograniczyć nie tylko na kilka dni przed owulacją, ale na stałe. Proces spermatogenezy – powstawania nowego plemnika trwa około 3 miesięcy. Dlatego chwilowa abstynencja nie przyniesie spodziewanych rezultatów.

Alkohol a leki

Część leków wchodzi w interakcje z alkoholem wywołując efekty niepożądane. I tak np. leki stosowane w celu leczenia insulinooporności wywołują efekt antabusowy. Zaczerwienie i podrażnienie skóry twarzy i dekoltu. Szybsze upijanie się, drżenia mięśniowe, splątanie, kołatania serca, nadciśnienie.

Alkohol zmienia również metabolizm i wchłanianie zarówno w żołądku jak i jelitach. Lek po spożyciu nawet małej dawki alkoholu może po prostu nie działać lub działać słabiej. I może okazać się, że stymulacja drogimi lekami do in vitro czy inseminacji nie wyjdzie, bo po drodze były imieniny cioci.

Zobacz też: 1,5 mln par ma problem z płodnością, a Ty?

Alkohol a leczenie niepłodności

Pary starające się o dziecko z wykorzystaniem metod wspomaganego rozrodu powyższe informacje powinny potraktować priorytetowo. Osoby, u których zdiagnozowano problemy z płodnością, powinny w każdy możliwy sposób postarać się o zminimalizowanie ryzyka związanego z niepowodzeniem inseminacji bądź procedury in vitro, ponieważ na ich skuteczność wpływa zarówno dieta, jak i stosowane używki.

Pary podejmujące leczenie niepłodności są szczególnie narażone na niekorzystny wpływ czynników zewnętrznych. Odpowiedzialna postawa podczas starania się o dziecko jest kluczem do przyszłego macierzyństwa. Leczenie niepłodności wymaga od pary wielu wyrzeczeń i dyscypliny w stosowaniu się do zaleceń specjalistów.

W tym czasie mogą natrafić na wiele przeszkód, ale warto zastanowić się nad korzyściami, jakie wynikają z prowadzenia zdrowego trybu życia. Ma on wpływ zarówno na kobietę, jak i intelektualny i fizyczny rozwój dziecka w okresie ciąży. Również mężczyzna powinien przygotować się do roli ojca wprowadzając zdrowszy tryb życia w okresie starań o dziecko, jeśli do tej pory funkcjonował inaczej. Ograniczenie alkoholu, umiarkowany wysiłek fizyczny i zdrowa odżywianie są w stanie poprawić ogólne funkcjonowanie organizmu jak i parametry nasienia, co przekłada się bezpośrednio na poprawę płodności pary.

Alkohol a ciąża

Pary, które świadomie planują rodzicielstwo i rezygnują z nadużywania alkoholu w okresie starań o dziecko nie tylko poprawiają płodność, ale i ogólną kondycję organizmu. Rezygnacja z używek jeszcze przed ciążą zwiększa szanse na powodzenie starania się o dziecko.

Ciężarna nie powinna pić alkoholu pod żadną postacią i w żadnej ilości. Wiadomo, że alkohol rozluźnia mięsień macicy i likwiduje skurcze i napięcia. Wiele osób mówi „napiję się lampkę wina dla rozluźniania” i co gorsza, to działa. Jednak należy pamiętać, że nie ma bezpiecznej dawki alkoholu Nigdy nie wiemy, czy ta jedna lampka wina nie wpłynie na ciążę i rozwój dziecka po urodzeniu.

Co rusz słyszymy o pijanej ciężarnej trafiającej na salę porodową i noworodkach mających 2 promille alkoholu we krwi. Myślimy wówczas rodzinach z nizin społecznych i pełnej patologii. Nic bardziej mylnego. Coraz częściej spotykamy dobrze wykształcone i sytuowane kobiety z chorobą alkoholową, które nie wychodzą z nałogu w ciąży. Dziecko dobrze sytuowanej business woman i kobiety z rodziny patologicznej tak samo rozwinie zespół FAS jeśli będą piły w ciąży.

FAS – płodowy zespół alkoholowy. Dotyka nawet 3 na 1000 urodzonych dzieci, a więc statystycznie więcej niż dzieci dotkniętych Zespołem Downa. Szacuje się, że w Polsce co roku rodzi się blisko 900 dzieci z FAS. Nadmierne spożycie napojów alkoholowych może prowadzić również do:

  • zwiększenie ryzyka poronienia
  • zwiększenie ryzyka komplikacji porodowych
  • zaburzeń w rozwoju mózgu i układu nerwowego płodu
  • wolniejszego rozwoju płuc
  • hypotrofii płodu, a po porodzie pełnoobjawowego zespołu FAS
  • zaburzeń mowy
  • zespół nadpobudliwości psychoruchowej
  • upośledzenia umysłowego
  • wad OUN
  • Wad serca
  • Polineuropatiii wielu innych

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Ekspert

Dr n. med. Witold Rogiewicz

Ginekolog położnik, ultrasonolog, Salve Medica R Warszawa.

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

I chociaż jedno z dzieci nie przetrwało… Zobacz wzruszające zdjęcia bliźniaków! [FOTO]

Fot. Jessica Young Photography

Zdarza się, że upływający czas nie pozwala już dłużej czekać. Tak też było w przypadku Heather, która zbliżała się do 36. urodzin, a niestety nie miała partnera u boku. Wiedziała przy tym, że chce być matką i właśnie o to marzenie postanowiła zawalczyć na własną rękę. Jakże długa i trudna była to podróż!

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Pierwsza ciąża Heather zakończyła się poronieniem niemalże na samym początku. Druga to zaś strata bliźniąt, które odeszły w 16. tygodniu ciąży. Jak opowiada, było to dla niej doświadczenie przeżywane wręcz „poza ciałem”, w które w zasadzie nie mogła w ogóle uwierzyć: „Nigdy nie czułam takiego rodzaju bólu, cierpienia i dewastacji” – jej słowa cytuje CafeMom:

Ale nie poddawałam się. Tego samego wieczoru zapytałam, kiedy mogę znów spróbować.

Niestety okazało się to nie być wcale takie proste, lekarze odkryli bowiem, że Heather urodziła się z rzadką wadą macicy – malformacją. Miała tylko połowę narządu, jeden jajnik i jeden jajowód! I chociaż diagnoza brzmiała dla niej przerażająco, specjaliści zapewniali, że pomimo tego, może udać się jej zajść w ciążę. Kobieta walczyła więc dzielnie dalej. Przeszła cztery cykle inseminacji i serię in vitro. Jakaż była radość, gdy znów okazało się, że jest w ciąży… z bliźniakami!

Wcześniejsze przejścia niestety nie pozostały bez echa. Nieraz zdarza się bowiem, że doświadczenie poronienia powoduje w kobiecie jeszcze większy lęk: A co będzie, jeśli teraz znów się nie uda?. Tak też było w przypadku Heather, która mimo wszystko starała się myśleć pozytywnie. Niestety. W 17. tygodniu ciąży okazało się, że serce jej synka – James’a – przestało bić, co było kolejnym niesamowicie bolesnym przeżyciem. Wciąż jednak pozostawała mała Leti, która to dawała jej nadzieję i siłę.Usłyszenie jej płaczu było dla mnie największym uczuciem ulgi, jakiego doznałam w całym swoim życiu” – powiedziała Heather o narodzinach córeczki.

Wciąż tu jest

Dziewczynka ma na czole dwa znamiona, które jak mówi jej mama, przypominają malutkie stópki. „Dla mnie są one pieczątką jej brata, która pokazuje, że nad nią czuwa. Jego małe ślady stóp mówią, że zawsze z nią będzie” – opowiada.

To niesamowite, bowiem właśnie tatuażem przedstawiającym małe stópki, Heather uhonorowała stracone wcześniej bliźnięta. Ślad po James’ie także planuje do nich dodać, chciała jednak zrobić też coś więcej. Coś, co zostanie pamiątką zarówno dla niej, jaki dla małej Leti. Z pomocą przyszła jej fotografka, Jessica Young. To, w jaki sposób pokazała więź pomiędzy dziewczynką i jej bratem bliźniakiem, jest niesamowite. Wzrusza i niewątpliwie dodaje temu nieobecnemu chłopczykowi prawdziwie anielskich skrzydeł!

Fot. Jessica Young Photography

Moc płynąca z trudów

Fotografie potrafią dać ogromną siłę, bowiem obraz nieraz przemawia do nas o wiele mocniej, niż słowa. Jednym z takich projektów niewątpliwie jest sesja zdjęciowa jedenastu kobiet, które przeżyły poronienie. Wciąż jednak miały nadzieję i koniec końców udało im się ponownie zostać mamą: „Sfotografowałam je tworząc tęczę, by uczcić piękno, które może pochodzić z tak dewastującego przeżycia. Wszystkie te kobiety doświadczyły swoich własnych zmagań z płodnością, stratą i trudnościami, ale kończą w tym wszystkim z udaną ciążą i wkrótce poznają swoje tęczowe dzieci” – cytowaliśmy słowa autorki zdjęć, Blair Waite >>ZOBACZ TUTAJ<<.Bo nie zawsze słowa wystarczą.

Zobacz też: Tornado niepłodności! Mocne zdjęcia – czy twoje emocje też tak wyglądają? [FOTO]

Źródło historii: CafeMom

Źródło zdjęć: Jessica Young Photography Facebook

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

„In vitro było najtrudniejszą rzeczą, jaką zrobiłam i zrobię ją jeszcze raz”

In vitro to trudny proces - fizycznie, emocjonalnie, finansowo. Czy zrobiłabyś to po raz kolejny?

Nic nie mogło przygotować mnie na to, jak trudny będzie cały proces in vitro. Żadna ilość rozmów z lekarzem, czy czasu spędzonego online na czytaniu historii innych kobiet, nie były wystarczające, by naprawdę pomóc mi zrozumieć, jak to będzie” – te szczere i mocne słowa pokazują wielu kobietom, że chociaż ich doświadczenia mogą być bardzo podobne, to tak naprawdę każda droga jest zupełnie inna. Czy zdecydowałabyś się przejść swoją jeszcze raz?

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Melissa Willets jest dziś szczęśliwą mamą synka – tak, jej próba in vitro zakończyła się happy endem. Wcale nie oznacza to jednak, że razem z nią zakończyły się też duże emocje. Nie można się jednak temu dziwić, bardzo często to właśnie doświadczenia wymagające od nas najwięcej poświęcenia i wysiłku dostarczają nam najważniejszych lekcji. Dla Melissy był to test zarówno fizyczny, jak i właśnie emocjonalny. „Od pierwszego badania krwi mierzącego poziom moich hormonów, do dnia, w którym zobaczyłam wynik testu ciążowego, byłam na skraju wytrzymałości zarówno mojego umysłu, jak i ciała. A jednak, wiedząc to, co wiem teraz, nadal bym się tego podjęła. Co więcej, chcę zrobić to jeszcze raz” – czytamy poruszający wpis na „popsugar”.

Być sobą, mieć swoje lęki

Nie każda kobieta zapewne będzie miała podobne przemyślenia i odczucia. Każda ma jednak pełne prawo do tego, aby pomimo sukcesu, móc przeżyć i przepracować w sobie ten ciężki czas. Dla Melissy niemalże wszystkie aspekty in vitro były bardzo trudne do przejścia. Nie umie powiedzieć, czy gdyby nie udało jej się zajść w ciążę za pierwszym razem, próbowałaby kolejnego cyklu. Od zawsze bała się strzykawek – in vitro wiąże się z ich niemalże hurtowymi ilościami. Do tego, kilka razy w tygodniu poranny monitoring poziomu hormonów. Wieczorne zastrzyki i nieustanny lęk przed ilością wszystkich przyjmowanych specyfików – czy jest w ogóle sens to robić? A jeśli to nic nie da?!

„Jesteś napompowana hormonami, twoje ciało jest jak poduszka na szpilki, twój umysł jest bałaganem, a to dopiero początek (…) Później jest czekanie. I to jest właśnie najgorsza część ze wszystkich” – podkreśla Melissa.

Czekanie na wyniki badań krwi. Czekanie na wynik, czy twoje jajeczka są w porządku. Czekanie na sprawdzenie, czy mogą zostać stworzone zdrowe zarodki z tych właśnie jajeczek i miejmy nadzieję zdrowego nasienia twojego partnera. Czekanie na informację, czy twoje ciało jest dzięki tym wszystkim hormonom pobudzone do implantacji. Czekanie na wynik testu ciążowego. Tydzień czekania – od momentu implantacji do testu ciążowego – sprawił, że niemalże zwariowałam. Myślę, że płakałam praktycznie nieprzerwanie przez te dziewięć niemożliwie długich dni.

Zobacz też: 5 zdań, których NIGDY nie powinniśmy mówić ludziom przechodzącym przez in vitro

Jesteś ty i twoje decyzje!

Melissa przysięgała, że od kiedy nie musiała już przychodzić na wizyty do lekarza zajmującego się płodnością, nigdy więcej nie przekroczy progu tego miejsca. Później jednak urodził się jej wymarzony syn i wszystkie złe wspomnienia straciły na sile. Zaczęły wydawać się odległe i wcale nie aż tak wyczerpujące. Kobieta ma jednak świadomość, ile przeszła i ile w tym czasie cierpiała. Ma w sobie część mówiącą, że głupotą byłoby z własnej woli znów się temu wszystkiemu poddać. Pomimo tego, pomimo wszelkich kosztów – emocjonalnych, fizycznych, finansowych – chce zrobić to jeszcze raz.

Pretekst, by porozmawiać

Co istotne, nie jest to tylko historia, która pokazuje szczęśliwe zakończenie i tęczę pojawiającą się po doświadczeniach burzy. Jest to też znakomita okazja do głośnego przypomnienia, że każdy człowiek ma prawo do swoich własnych decyzji. Gdyby Melissie jednak nie udało się zajść w ciążę za pierwszą próbą i zrezygnowałaby z kolejnych procesów, byłoby to jak najbardziej w porządku. Gdy ludzie podejmują się trzech, czy siedmiu prób in vitro, to też jest w porządku. Jeśli Melissa jeszcze raz, pomimo kosztów, zdecyduje się przez to przejść, też ma do tego pełne prawo. Nikt nie powinien wypominać jej wtedy: „A przecież mówiłaś, że było tak ciężko… A przecież mówiłaś, że już nigdy więcej… A przecież…” – przecież każdy z nas podejmuje własne wybory.

Sami oceniamy granice swojej wytrzymałości i nikogo też nie powinniśmy pod tym względem szufladkować. Nie ma bowiem żadnego obiektywnego progu, którego przekroczenie daje nam prawo mówienia, co ktoś powinien zrobić.  Jeśli już, to możemy wspierać i powiedzieć: „Pamiętam, jak przy pierwszym in vitro było ci trudno. Jeśli jeszcze raz zdecydujesz się przez to przejść, będę obok i gdybyś czegoś potrzebowała, daj znać. Jeśli zaś dojdziesz do wniosku, że jednak nie dajesz rady, możesz zrezygnować w każdej chwili. Jestem i uszanuję każdą twoją decyzję” – tak po prostu.

Zobacz też: „Są łzy, ciągłe oczekiwanie, pogrzebane często nadzieje”. Niezwykle szczere i bolesne wyznanie o in vitro

Źródło:popsugar

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.