Przejdź do treści

Konkurs „Kobiety Medycyny 2014”

W medycynie wciąż większość najważniejszych, najbardziej znaczących funkcji i stanowisk jest zajmowanych przez mężczyzn. Dlatego, wszelkie sukcesy zawodowe kobiet związanych z medycyną bardzo cieszą nas wszystkich. Aby docenić ich ciężką, lecz wykonywaną z entuzjazmem i pełnym zaangażowaniem, pracę redakcja Portali Medycznych ogłasza pierwszą edycję plebiscytu Kobiety Medycyny.

Redakcja Portali Medycznych wytypowała 30 kandydatek do tytułu KOBIETY MEDYCYNY 2014. Ich sylwetki prezentowane są na stronie internetowej http://kobiety-medycyny.pl/ . Każdy internauta może oddać 3 głosy na jego zdaniem więcej

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

 

Łączenie roli matki, żony i pani domu z pracą zawodową jest w przypadku medycyny wyjątkowo trudne, a jednak tym wyjątkowym kobietom, nominowanym przez redakcję Portali Medycznych do konkursu Kobiety Medycyny, udaje się to bardzo dobrze. I odbywa się to z wielkim pożytkiem dla pacjentów. Dlatego brawa należą się zarówno samym nominowanym kandydatkom, jak i redakcji Portali Medycznych – za ideę promowania osiągnięć kobiet w medycynie. – powiedziała Portalom Medycznym Magdalena Różczka.

redakcja

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Masaż w ciąży – czy jest bezpieczny dla rozwijającego się płodu?

Kobieta w ciąży z małymi bucikami na brzuchu /Ilustracja do tekstu: Arłukowicz pyta o efektu programu prokreacyjnego /Masaż w ciąży
fot. Pixabay

Ciąża to wyjątkowy, ale również trudny czas dla kobiety. Ciało przechodzi wtedy wiele zmian  –  pojawiają się różnego rodzaju dolegliwości, z którymi nie zawsze wiemy, jak sobie poradzić. Jedną z nich jest narastający ból pleców i nóg, na który skutecznym lekarstwem jest często masaż. Ale czy jest on wskazany w czasie ciąży? Kiedy można go stosować i na co zwrócić szczególną uwagę? Podpowiada Arkadiusz Jesiotr, masażysta Sthetic Klinika dr Jagielskiej.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Masaż w ciąży – bezpieczny po pierwszym trymestrze

Choć wiele kobiet obawia się, że masaż może nie być bezpieczny w okresie ciąży, przyszłe mamy przeważnie mogą korzystać z takich form terapii. Masaż przynosi bardzo dobre rezultaty w łagodzeniu dolegliwości ciążowych: takich, jak obrzęki czy bóle kręgosłupa, a także pozwala zrelaksować rozwijający się płód.

Jeśli jednak wcześniej nie poddawałyśmy się regularnie takim zabiegom, warto poczekać z pierwszą wizytą do zakończenia pierwszego trymestru. Po tym czasie, jeśli ciąża prawidłowo się rozwija, fachowo przeprowadzony masaż nie stanowi zagrożenia dla płodu i można go wykonywać aż do ostatniego miesiąca ciąży.

Masaż w czasie ciąży. Wybierz wykwalifikowanego specjalistę i porozmawiaj z lekarzem

Należy pamiętać, że specjalista ma prawo poprosić nas o wyniki ostatnich badań oraz kartę ciąży. Może także zwrócić się z prośbą o to, by lekarz prowadzący ciążę wydał pisemną zgodę na wykonanie masażu.

A jeśli nie ma przeciwwskazań do tego typu zabiegu, jak powinien wyglądać bezpieczny masaż w ciąży? Przede wszystkim warto wiedzieć, że różni się on od masażu tradycyjnego, a jego wykonanie wymaga dodatkowych umiejętności.

– Masażysta wykonujący taki zabieg przede wszystkim musi posiadać odpowiednie kwalifikacje, znajomość specjalistycznych technik oraz wiedzę z dziedziny fizjologii i patologii ciąży – mówi Arkadiusz Jesiotr, masażysta Sthetic Klinika dr Jagielskiej.

Podczas zabiegu kluczowa jest pozycja pacjentki – powinna być siedząca, półleżąca lub leżąca (na plecach lub boku). Podczas masażu z reguły wykorzystuje się kosmetyki, które wygładzają i uelastyczniają skórę i zapobiegają rozstępom. Masaż w ciąży jest też nieco delikatniejszy niż tradycyjny, ale jego rezultaty są podobne.

Masaż w ciąży ma wiele korzyści

Ekspert zaznacza, że specjalny masaż dla kobiet w ciąży to bezpieczna i przyjemna terapia, która poprawia stan fizyczny, ale też psychiczny.

– Może być stosowany jako profilaktyka, ale pomaga też zniwelować już występujące dolegliwości. Pomaga kontrolować masę ciała, przeciwdziała utracie jędrności skóry i pojawianiu się rozstępów, przygotowuje na wysiłek związany z porodem oraz pozytywnie wpływa na szybki powrót do formy po rozwiązaniu – wyjaśnia Arkadiusz Jesiotr.

Potwierdzają to badania przeprowadzone przez grupę naukowców z Research Institute na University of Miami School of Medicine na Florydzie. Zgodnie z nimi, masaże oraz aktywność fizyczna (np. joga) istotnie poprawiają samopoczucie kobiet w ciąży: zmniejszają bóle pleców i nóg, ograniczają lęk, polepszają nastrój, a nawet pozytywnie wpływają na relacje z partnerem. Ponadto okazało się, że korzystanie z masaży w ciąży (po 20 minut tygodniowo przez okres 12 tygodni) wpływało też na lepsze parametry urodzeniowe noworodków.

POLECAMY RÓWNIEŻ: Refleksoterapia: leczniczy masaż stóp

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Blogerka pokazała poruszające zdjęcia ciała po stracie ciąży. „Patrzenie w lustro wciąż boli”

Selfie Jessiki McCoy, na którym widać ciało po stracie ciąży
Fot.: Instagram.com

Problem z zaakceptowaniem ciała po ciąży dotyczy wielu kobiet. Dzięki coraz liczniejszym kampaniom społecznym młode mamy mają szansę wyzwolić się z kompleksów i pokochać swoje ciało na nowo. Ale w przestrzeni publicznej wciąż niewiele mówi się o kobietach, których nowy wygląd zbiega się z dramatem przedwczesnego zakończenia ciąży. Tymczasem pogodzenie się ze stratą, o której przypomina każdy rozstęp i każdy dodatkowy kilogram ciała, jest niezwykle trudne. Aby uwrażliwić społeczeństwo na te niezauważane tragedie, o swoich doświadczeniach zdecydowała się opowiedzieć 27-letnia blogerka.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Jessica McCoy podzieliła się swoim bolesnym doświadczeniem za pośrednictwem Instagrama. Samodzielnie wykonanym zdjęciom ciała po stracie ciąży towarzyszyły pełne emocji i szczerości wpisy. Blogerka opisała w nich uczucia, z którymi zmagała się w tym niezwykle trudnym i wyczerpującym okresie, by dodać otuchy kobietom w podobnej sytuacji. Problem ten, choć powszechny, nie jest bowiem poruszany w sferze publicznej.

Nie spotkałam się z tym, by kobiety opowiadały o swoich zmaganiach z ciałem po stracie ciąży. Wiele osób cierpi z powodu braku akceptacji nowego wizerunku po porodzie, ale gdy nie możesz trzymać w swoich ramionach dziecka, to jest to zupełnie inne uczucie – przyznaje.

I want to talk about my #postpartum body. There is a lot of emotion that goes with gaining weight during pregnancy. I gained 15 lbs in 6 months. And then, after everything, I gained about 5 more. I am 20 lbs heavier and two sizes bigger than I was pre-pregnancy. And I am not okay with my body. I think I would've been okay if Evie was here, although she would've likely still been cooking inside me. The fact that I am bigger than I normally am and don't have my baby makes it harder. I dealt with a postpartum body after Brennan. And I was uncomfortable in my larger body, but it grew my beautiful little man and how could I be upset with it when I looked at him? Every day I get clothes on and they're tight. And every day I'm reminded that I grew my baby for six months and she died. It really is a constant reminder to me. I don't have love for my body. I am angry at it right now. I can't be body positive right now. It's too hard and it hurts too much. I'm working on losing this weight so it isn't one more thing that is a constant reminder. I really think my hormones are making it difficult to do so with my normal routine. That's why I enlisted the help of a friend who is a personal trainer. I'm really hoping it helps me. Because looking in the mirror at my uncovered body hurts. #postpartumbody #grief #loss #motherhood #motherhoodrising #fourthtrimesterbodiesproject #fourthtrimesterbody #takebackpostpartum #evelynlouisemccoy

A post shared by Jessica (Habe) (@habe_mccoy) on

Szczęście przerwane diagnozą

Jessica McCoy, będąca już wówczas biologiczną mamą 6-letniego syna Brennana, zdołała zajść w kolejną ciążę za pierwszym podejściem. Choć nie odczuwała niepokojących dolegliwości, a ciąża wydawała się prawidłowa, intuicja podpowiadała jej, że coś jest nie w porządku.

Złe przeczucia zyskały potwierdzenie w badaniu USG, podczas którego kobieta i jej partner dowiedzieli się, że płód ma prawdopodobnie rozszczep kręgosłupa. Lekarz początkowo uspokoił ich, twierdząc, że wada prawdopodobnie kwalifikuje się do operacji prenatalnej. Ale wykonana w szóstym miesiącu ciąży amniopunkcja nie pozostawiała już złudzeń, że płód ma szansę na prawidłowy rozwój. Okazało się, że poza nieprawidłową budową kręgosłupa cechują go wady chromosomalne i ryzyko poważnych schorzeń układu odpornościowego.

W tej sytuacji rodzice podjęli dramatyczną decyzję o przerwaniu późnej ciąży, by nie zmuszać swojego dziecka do cierpienia i walki z postępującymi i nieuleczalnymi chorobami.

– Byliśmy i nadal jesteśmy zdruzgotani. Ale wiedzieliśmy, że decyzja o terminacji ciąży, by uchronić dziecko przed cierpieniem po urodzeniu, była najlepszym możliwym rozwiązaniem, podyktowanym miłością. Teraz my zmagamy się z tym cierpieniem, żeby nasza córka nie musiała – pisze.

CZYTAJ TEŻ: Wczesna strata ciąży. Rodzaje poronień, objawy i postępowanie

Ciało po stracie ciąży. Zmiany, które boleśnie przypominają o dramacie

Niestety, o tej osobistej tragedii przypominały Jessice nie tylko bolesne, stale powracające wspomnienia, ale również ciało, które wciąż nosiło oznaki przebytej ciąży. Niechciane kilogramy i utrata elastyczności skóry doskwierały jej wówczas znacznie bardziej niż po pierwszym, szczęśliwym porodzie.

– Z przybieraniem na wadze w czasie ciąży wiąże się wiele emocji. Ja przytyłam około siedmiu kilogramów w sześć miesięcy. A potem, po wszystkim, jeszcze ponad dwa. Ważę teraz o dziewięć kilogramów więcej niż przed ciążą i noszę o dwa numery większe ubrania. Nie czuję się dobrze z moim ciałem. Myślę, że byłoby inaczej, gdyby Evie była tutaj ze mną. […] Fakt, że moje ciało jest większe, a nie mam przy sobie oczekiwanego dziecka, sprawia, że sytuacja jest dla mnie znacznie trudniejsza. Po porodzie Brennana również czułam się nieswojo z moim ciałem, ale obok mnie rósł mój piękny mały człowiek. Jak mogłam się denerwować, gdy na niego patrzyłam? – mówi szczerze.

Blogerka podkreśla, że w takiej sytuacji nadwaga pociążowa to nie tylko defekt kosmetyczny, ale tez ogromna przeszkoda w procesie godzenia się ze stratą.

– Każdego dnia zakładam ubrania, które są zbyt ciasne. Każdego dnia przypominam sobie, że nosiłam swoje dziecko przez sześć miesięcy, a ono zmarło. To sprawia, że uczucia stale wracają – czytamy w poruszającym wpisie. – Nie kocham swojego ciała. […] Nie jestem teraz pozytywnie do niego nastawiona. To zbyt trudne i za bardzo boli. Pracuję nad utratą tej wagi […], ale utrudniają to moje hormony. Dlatego zwróciłam się o pomoc do przyjaciela, który jest trenerem personalnym. Naprawdę mam nadzieję, że mi to pomoże. Ponieważ patrzenie w lustro, w którym widzę moje odsłonięte ciało, boli – przyznaje.

Wygrana walka z traumą i tęczowy synek

Choć praca nad emocjami i ciałem po stracie ciąży trwała długo, ostatecznie Jessice udało się pokonać traumę. W zabliźnieniu rany pomogło jej ponowne otwarcie się na nowe życie.

– Nie byłam w stanie odzyskać pełni sił fizycznych, zanim nie poczułam, że nadszedł czas, by znów zajść w ciążę – wyznała na Instagramie, a niedługo później podzieliła się z internautami zdjęciem, na którym widać ciążowy brzuch.

Dziś Jessica McCoy jest mamą zdrowego i pięknego tęczowego synka, Wildera, który przyszedł na świat przed dwoma miesiącami.

Sweet sleeping babe. 🌈 #wilderreedmccoy #rainbowbaby

A post shared by Jessica (Habe) (@habe_mccoy) on

Jej historia i odwaga, by mówić głośno o tym, co bolesne i trudne, daje dziś siłę wielu kobietom, które same przeszły przez piekło straty późnej ciąży.

Źródło: huffingtonpost.com, redbookmag.com

POLECAMY RÓWNIEŻ: Maja Ostaszewska: wierzy w cud in vitro, boi się stygmatyzacji kobiet po poronieniach. „Musimy być solidarne”

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

In vitro i depresja poporodowa – dr Maja Herman opowiada o jej leczeniu

Tak bardzo pragniesz dziecka. Tak wiele czasu, emocji, pieniędzy poświęcasz na starania o ciążę. Jest to twoje największe marzenie. I gdy udaje się zostać matką, a zamiast czuć przepełniające szczęście popadasz w depresję, świat okazuje się stawać na głowie. O depresji poporodowej, także tej po udanym in vitro, z psychiatrą i psychoterapeutką, dr Mają Herman, rozmawiała Katarzyna Miłkowska.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zastanawiam się, co wciąż jest większym tabu – depresja poporodowa, czy może jednak in vitro?

Dr Maja Herman: Myślę, że tabu jest w tym wypadku całością obu tych zjawisk. Po pierwsze, dzieje się tak m.in. ze względu na to, że żyjemy w państwie, w którym znaczącą rolę odgrywa kościół, a aspekt etyczny in vitro jest zawsze brany pod uwagę jako pierwszy i najważniejszy. Chociaż moim zdaniem, powinno być to pozostawione indywidualnej ocenie pary.

Drugim zaś tabu są z kolei choroby, zaburzenia psychiczne –  wciąż bardzo spieramy się o nomenklaturę. Czy depresja jest chorobą, czy może jednak zaburzeniem? Prawda jest taka, że depresja powoduje zaburzenia funkcjonowania i tak naprawdę jest to choroba dotycząca sposobu myślenia. Co za tym idzie, już z samej definicji staje się dla kobiety tematem tabu. W depresji myśli ona, że jest beznadziejna, do niczego się nie nadaje, nic się jej nie uda, to już jest koniec, nikt nie będzie w stanie jej pomóc i wszystko jest jej winą.

Powiązanym z tym, trzecim aspektem, jest obawa przed byciem wytkniętym palcami oraz lęk osób z otoczenia chorego. Należy pamiętać, że nie jest to nic wstydliwego, a w większości wypadków lęk wynika z niewiedzy. Tak też zatacza się pewne koło – niewiedza o tym, czym jest depresja, skutkuje narastającym wokół niej tabu. Jednak niezależnie od tego, czy jest to depresja poporodowa po udanym in vitro, czy też depresja po prostu, to jest to choroba uleczalna. Nie zmienia ona człowieka. Pacjent lub pacjentka dostaje leki i po przyjęciu odpowiedniej dawki, po odpowiednim okresie czasu – bo niestety leki psychiatryczne nie działają od razu, trzeba dać im około 4-6 tygodni –  człowiek wraca do siebie i mówi wtedy: „Jak ja w ogóle mogłam myśleć o sobie coś takiego?!”.

Biorąc jednak pod uwagę niewiedzę i lęk, na pewno mogą budzić je właśnie leki. Często słyszy pani pytanie: „Co one ze mnie zrobią?”

Zdecydowanie! Najczęściej słyszę zastanowienie, czy leki zrobią ze mnie zombie. Jaki jest jednak ich wpływ? Oddziałują na neuroprzekaźnictwo. W przeważającej większości nie uzależniają, są bezpieczne, praktycznie nie wchodzą w interakcje z innym lekami, można je bez trudu odstawić. Są jednak pewne warunki, które muszą być spełnione by włączyć je do leczenia. Stąd potrzeba oceny lekarskiej.

Leki psychiatryczne są dość bezpieczne i niewątpliwie potrzebne w leczeniu, ale czy kolejnym argumentem budzącym niepokój świeżo upieczonych matek nie jest np. lęk o dziecko, które często karmią w tym czasie piersią?

Problem z karmieniem piersią i braniem leków psychiatrycznych jest trochę bardziej złożony. Przede wszystkim należy zaznaczyć, że absolutnie nie może ono dotyczyć matek, które urodziły wcześniaki, dzieci obarczone chorobami, czy dzieci z wadami genetycznymi. I tak, farmakoterapia jest rzeczywiście dość bezpieczna, chociaż nie ma badań na dużych grupach pacjentek. Nikt nie podejmie się bowiem zbadania kobiet karmiących. Jest to w tym wypadku dodatkowe narażanie dziecka. Skoro więc nie ma dużych badań, a dane pochodzą z tzw. opisów przypadków, to jaką mamy pewność, że ten lek faktycznie nie wpływa negatywnie na dziecko?

Przypominam, że nie ma badań pokazujących ewentualne odległe skutki włączenia leków przeciwdepresyjnych u matek dzieci karmionych piersią. I jeszcze jedno, nie tak dawno, bo około 10 lat temu, mówiono, że bezpieczna jest paroksetyna w leczeniu u matek karmiących. Dziś już paroksetyny z nami nie ma i nie jest zalecana. Powodowała jednak skutki uboczne u dzieci, co okazało się kilka lat później, przy zebraniu większej ilości danych. Dylemat ten, czy stosować farmakoterapię czy nie pojawia się zawsze, nawet przy najbezpieczniejszym leku jaki istnieje, czyli sertralinie (SSRI, czyli inhibitor zwrotny wychwytu serotoniny). Nawet podczas jego przyjmowania zdarzały się potencjalnie śmiertelne powikłania. Są to oczywiście przypadki niezwykle rzadkie, ale która matka chciałaby być tą jedną jedyną mającą niepożądane reakcje?

Dla mnie osobiście najważniejsza jest jednak odpowiedzialność lekarska. Pacjentka ze zdiagnozowaną depresją może być uznana przez biegłych psychiatrów za czasowo niepoczytalną. Ja zaś rozpoznając u niej chorobę psychiczną, pytam czy zgadza się przyjmować leki. Jej odpowiedź nie musi być zatem uznana za wiążącą. W takim wypadku nie chcę brać na siebie tego typu odpowiedzialności.

Zatem wiele kolejnych stresorów pojawia się wtedy w życiu kobiety.

Tak, ale na szczęście znalazłam w swojej praktyce rozwiązanie. Wysyłam matkę na wizytę w poradni laktacyjnej oraz proponuję odstawienie karmienia piersią na czas brania leków. Idziemy wtedy na układ – przez kilka tygodni bierze ona leki i chociaż dziecka nie karmi, to utrzymuje przy tym cały czas laktację. Zazwyczaj umawiamy się po 6-8 tygodniach i pomimo, że wiem, że depresja nie będzie wyleczona, to jednak matka będzie na tyle stabilna emocjonalnie, że będzie w stanie z powrotem stanąć na nogi i jakiś czas funkcjonować bez farmakoterapii. Owszem niewyleczona, ale podleczona na tyle by np. móc spełnić swoje największe marzenie, czyli karmić dziecko piersią i podjąć psychoterapię.  Nie można tego matkom zabierać. Co prawda wszystkie pacjentki, które u mnie były, utrzymały laktację, ale żadna nie zdecydowała się zostawić leków.

Może właśnie zatem psychoterapia byłaby w takim momencie wskazaną formą leczenia?

Tak, oczywiście. W przypadku epizodów łagodnych spokojnie można wejść tylko z psychoterapią, ale niestety depresje poporodowe mają tak burzliwy i dramatyczny przebieg, że trudno jest to opanować bez wsparcia psychiatrycznego.

Wynika to m.in. z hormonów. Jeśli dodatkowo dotyczy to ciąży, do której doszło dzięki procedurze in vitro, a dziecko poczęte jest bezpośrednio po stymulacji, a nie z zamrożonych embrionów, to jest to tym większa ingerencja hormonalna. Hormony te podbijają ciężkość ewentualnego epizodu depresyjnego. Wszystko jest bowiem ze sobą związane – hormony płciowe, hormony tarczycy i neuroprzekaźniki. Pochodzą one z jednej osi – oś przysadka-podwzgórze-nadnercza. Jakie to ma znaczenie? Wszystko wpływa na wszystko i gdy jeden element jest zaburzony, to kaskadowo zaczyna psuć się całościowo.

Idąc tropem kaskady, chociaż trochę w innym znaczeniu, czy kobieta po doświadczeniu in vitro, już na starcie jest bardziej obarczona ryzykiem depresji? Sama walka z niepłodnością to już są przecież szalenie trudne emocje, później ciąża i nieraz związany z nią silny lęk, a finalnie pojawienie się dziecka, co też jest ogromną zmianą.

Faktycznie, u kobiet leczących się z niepłodności okres przeżywanego stresu jest o wiele dłuższy. A co robi nam stres? Powoduje złe funkcjonowanie właśnie wspomnianej już wcześniej osi.

Jeżeli mamy kobietę A, która zachodzi w ciążę za drugim cyklem, to owszem, martwi się o dziecko – czy uda się jej utrzymać ciążę, czy dziecko będzie zdrowe? Jednak jej zamartwianie to „tylko” 10-11 miesięcy. Weźmy teraz dla porównania kobietę B, która stara się o dziecko przez 3 lata. Jest to zatem 36 miesięcy stresu. Stresu destrukcyjnego, wyniszczającego przyjaźnie, relacje rodzinne, relacje w parze. Wszystko to dodatkowo powoduje myślenie o sobie, jako o osobie niepłodnej, czyli człowieku „gorszego sortu”, co tym bardziej obniża nastrój. Mamy wtedy już 36 miesięcy stresu starań i 9 miesięcy ciąży. Dość łatwo jest wywnioskować, która z kobiet już na starcie ma trudniej.

Należy się tu jednak zastanowić nad jeszcze jedną rzeczą – jakie kobiety, jakie pary decydują się na tak długie walki? Są to ludzie zdeterminowani, skoncentrowani na działaniu i tacy, którzy mimo wszystko wyjściowo lepiej radzą sobie ze stresem ze względu na predyspozycje związane z cechami charakteru.

Bilans jest więc tutaj dodatnio-ujemny. Z jednej strony poczucie słabości, z drugiej twarda, niepoddająca się osobowość.

Boję się, czy ta „twardość” nie jest mieczem obosiecznym. Psychologowie wskazują, że osoby cechujące się wysokim optymizmem, gdy przychodzą te trudne konfrontacje, często nie są przygotowane na porażkę. Nie mają przemyślanych innych opcji działania, bo przecież miało być dobrze! W takim momencie może być naprawdę ciężko pogodzić się kobiecie z myślą, że przecież tak bardzo starała się o to dziecko, tak bardzo go pragnęła, a teraz depresja i płacz.

Najczęściej wynika to właśnie z braku planu B. Jest tylko skoncentrowanie się na celu, który trzeba osiągnąć, a później pustka. Nazywa się to depresją szczytu i jest bardzo częste. Jest to też bardzo charakterystyczne np. przy przeróżnych egzaminach, czy innych wyzwaniach.

Maksymalna mobilizacja.

Tak, wszystkie siły są wtedy skoncentrowane na konkretnym działaniu. Taki też właśnie błąd robią niepłodnie pary. Trudno oczywiści, żeby nie skupiały się na swoim celu, ale nie może być tak, że nie ma nic poza tym. Kiedy później pojawia się na świecie dziecko, to wraz z nim przychodzi też właśnie poczucie pustki. Jest to jedna z najczęściej powtarzanych przeze mnie rzeczy – trzeba pamiętać, że dziecko powie nam w końcu „adios” i tyle będziemy go widzieć. Ono będzie oczywiście nas kochać, ale nie będzie już nas potrzebować.

No tak, trzeba mieć zatem coś „swojego”.

I co się „swojego” ma? Najczęściej to właśnie kobiety popadają w fiksację na tym, że chcą zrobić dla swojego dziecka wszystko. Nieraz słyszę wtedy w gabinecie w trakcie terapii rodzinnej, matkę mówiącą do nastolatków: „Tyle dla was tyle poświęciłam!”. Oni zaś odpowiadają: „Moment, moment, my cię nigdy o to nie prosiliśmy. Nie do nas miej zarzuty, tylko do siebie samej”. Trudno to przyznać, ale po części mają rację.

Wtedy może pojawić się poczucie winy.

Ono jest wpisane w chorobę.

I mam wrażenie, że często idzie za tym potrzeba wytłumaczenia się przed światem z owej depresji.

No bo kobiety są wtedy złymi matkami! Jeśli źle się czujesz, jesteś złą matką. Jeżeli nie karmisz, jesteś złą matką. Jeżeli nie przewijasz w określony sposób, jesteś złą matką. To są najczęstsze argumenty społeczeństwa. Cokolwiek się z tobą dzieje, rzutuje to na to, jak fatalną jesteś matką. Nic zatem dziwnego, że dochodzi myśl, że okazałam się słaba, bo się rozchorowałam.

A trzeba pamiętać, że depresja to nie jest słabość.

 

Depresja to zaburzenie neuroprzekaźnikowe wpływające na sposób myślenia – koniec kropka. Prosto? Brzmi zupełnie jak zawał serca, a nikt nie mówi do osoby, która przeszła zawał serca: „Jakim ty jesteś słabeuszem!”.

Czyli wracamy do tego, jak traktowane są niemal wszystkie choroby psychiczne.

Tak, po raz kolejny – brak wiedzy o nich.

Pojawia mi się w takim razie kolejna rzecz, którą słyszę w wielu rozmowach z osobami doświadczającymi niepłodności. Niezwykle rzadko lekarze zachęcają pary do konsultacji psychologicznej. Taka propozycja niemal nigdy nie pada.

Niestety również często się z tym spotykam, a ludzie nieraz z chęcią by z takiej pomocy skorzystali, prawda? W jednych ze skandynawskich badań zanalizowano proces leczenia wielu tysięcy par zmagających się z niepłodnością. Główny wniosek jasno wskazał, że tylko holistyczne podejście zapewnia sukces. I mam tu na myśli sukces nie tylko zależący od tego, czy leczenie skończy się posiadaniem dziecka, czy też nie. Oczywiście kibicuję wszystkim parom, ale dla mnie sukcesem jest to,  że człowiek po takim leczeniu, które dotyczy niezwykle wielu sfer życia, przetrwa w jednym kawałku.

Tak rozumiany sukces umożliwia waśnie tylko holistyczne podejście. Wielospecjalistyczne, zapewniające właściwie opiekę pary od A do Z. Podkreślam jednak – pary – nie tylko kobiety. Na ten moment, nawet jeśli już tego typu opieka jest oferowana, dotyczy tylko pań. A psychiatra? W prawie żadnej klinice leczenia niepłodności nie ma do niego dostępu. Chociaż rzeczywiście są ośrodku, które odsyłają do „jakiegoś” psychiatry. Trzeba się jednak wtedy zastanowić, czy ten nieraz przypadkowy psychiatra, będzie sobie w stanie poradzić we wsparciu odnoszącym się właśnie do leczenia niepłodności.

No tak, nie każdy lekarz jest specjalistą w tym temacie. Zresztą nie tylko psychiatra, ginekolog również.

Dokładnie, gdy pacjentki odpowiadają swoją ścieżkę leczenia, często się z tym spotykam.

Podkreśla pani, że problem niepłodności zawsze dotyczy obojga partnerów. Podobnie jest z depresją. Ona też wpływa nie tylko na samą osobę chorującą, ale tak naprawdę dotyka całej rodziny. Jakie można dać porady osobie, która jest wtedy blisko?

Wspierać, nie oceniać. Podążać za osobą zmagającą się zarówno z niepłodnością, jak i z depresją. Są ludzie potrzebujący trzymania za rękę, współczucia i mówienia: „Jaka jesteś biedna”. Inni będą potrzebowali zupełnie odmiennego rodzaju bycia z nimi: „Zabierz mnie gdzieś, przestańmy rozmawiać o niepłodności, zróbmy coś!”. Należy zatem przyglądać się potrzebom tej osoby, chociaż szczególnie w przypadku mężczyzn, może być to bardzo trudne. Oni o wiele rzadziej mówią i zamykają się w sobie, czego nieraz pokłosiem jest spychanie ich w klinikach na boczny tor. Nikt się nimi za bardzo nie przejmuje, bo też i sami mężczyźni nie wyciągają ręki po swoje. Nie pokazują, że ich także to wszystko bardzo dotyka.

Mam podobne obserwacje. O ile o stronie medycznej męskiej niepłodności mówi się rzeczywiście coraz więcej, bo to też jest taki stereotypowo męski punkt widzenia – konkrety, o tyle o sferze psyche panuje niemalże całkowita cisza. A są przecież mężczyźni opowiadający, jak jest im trudno, szczególnie w kwestii sprostania społecznym stereotypom. Przecież mężczyzna musi spłodzić syna!

Właśnie o to chodzi, a nie są oni w stanie w tym momencie temu sprostać.

Rozumiem jednak, że w takim wypadku depresja występuje rzadziej, niż u kobiet? Czy może po prostu rzadziej pojawia się w gabinecie?

Tego nie wiemy. Generalnie jest tak, że depresja częściej dotyczy kobiet. Pojawia się jednak pytanie, dlaczego tak właśnie wyglądają statystyki? Na pewno mężczyźni rzadziej zgłaszają się do lekarza, co skutkuje np. śmiercią z powodu powikłań po depresji, takich jak zawał serca, czy udar. Z drugiej strony, spowodowane może być to także różnicami w neurochemicznej budowie mózgu. U mężczyzn stres roznieca cztery razy mniejszą powierzchnię mózgu, niż u kobiet. Co za tym idzie, są w stanie więcej tego stresu skompensować. Inaczej też dystrybuują serotoninę – mają i pod tym względem lepiej.  Pytanie zatem, czy da się w ogóle wyjaśnić, co stoi za takimi statystykami i czy w pełni przekładają się one na rzeczywistość.

Trafiłam ostatnio na badania pokazujące, że problem depresji poporodowej u kobiet i mężczyzn jest właściwie statystycznie bez różnicy. Dane mówiły, iż około 5-ciu proc. kobiet cierpiało na depresję poporodową oraz 4,4 proc. mężczyzn. Na pewno jest to obszar, któremu warto się przyjrzeć, bo tak jak już padło – gdy jedna osoba choruje, to choruje cała rodzina.

Najbliższa jest mi w tym wypadku jednak perspektywa, że jest to kwestia społeczna. O depresji poporodowej kobiet jeszcze się mówi, natomiast męska depresja poporodowa?

Jaka poporodowa?! Oni w ogóle nie urodzili! Nie jest to jednak prawdą. Owszem, fizycznie nie urodzili, ale psychicznie – dziecko im się przecież urodziło.

I także dla nich jest to niewątpliwie ogromna zmiana.

Zdecydowanie, chociaż nie mają oni wahań hormonalnych wynikających z samego porodu, z karmienia piersią etc. Faktycznie pod tym względem mają odrobinę łatwiej, więc mają też mniejsze ryzyko zachorowania. Z drugiej jednak strony, istnieje wiele innych powodów podnoszących zagrożenie wystąpienia u nich depresji poporodowej. Jednym z nich jest np. potrzeba zmierzenia się z tym, że przestają być dla kobiety całym światem. Jest to często powód, dlaczego tak trudno jest im zaakceptować nową sytuację. Cieszą się, że zostali ojcami, kochają maluszka – temu nie zaprzeczajmy – jednak zazdrość o to, że nie są już numerem jeden, może być trudna w przeżyciu. Szczególnie, w relacjach, w których faktycznie byli oni dla kobiety centrum, a teraz owy wszechświat przerzucił się na dziecko.

Właśnie – dziecko. Jak walczyć z depresją poporodową w momencie kiedy to ono wydaje się być czynnikiem wyzwalającym chorobę? Z męskiej strony rzeczywiście mocno to tutaj wybrzmiało, ale mam wrażenie, że u kobiet może być podobnie: „Nie kocham tego dziecko, to ono jest problemem”.

I to jest największe niebezpieczeństwo depresji poporodowej. Istnieje bowiem zjawisko określane samobójstwem rozszerzonym. Oczywiście jego motywy są różne, np. mojemu dziecku będzie lepiej, gdy nie będzie żyło. Potem zabijam się ja. Pojawić się może też inna choroba, która nazywa się psychozą poporodową. Jest to stan, w którym rzeczywistość przestaje być odbierana taką, jaką jest. Zaczyna być zniekształcona również przez neuroprzekaźnictwo. Często kobiety widzą wtedy w maluszku diabła, szatana. Nie widzą w nim właśnie dziecka, przez co zaczynają je zupełnie inaczej postrzegać. Czują, że muszą je wyeliminować, bo to właśnie ono jest zagrożeniem. Z psychoterapeutycznego punktu widzenia jest to zrozumiałe. Biologicznie jednak wciąż są to po prostu zmiany w zakresie neuroprzekaźnictwa w ośrodkowym układzie nerwowym.

Spotkałam się też z badaniami, że depresji poporodowej u kobiet po udanym in vitro jest procentowo więcej, niż u tych, które zaszły w ciążę w naturalny sposób. Czy rzeczywiście?

Faktycznie tak jest. Chociaż co ciekawe, moje osobiste doświadczenie wynikające z perspektywy gabinetu pokazuje, że kobiety po długich staraniach, czy po in vitro, szybciej z tej depresji wychodzą.

Może też szybciej zgłaszają się po pomoc?

Nie… w tym wypadku akurat niestety nie ma różnicy. Wracamy tu jednak do początku naszej rozmowy. Jeżeli bowiem depresja poporodowa jest tabu, to nic dziwnego, że opóźnia to wyciągnięcie ręki po pomoc.

„Przechodzona” depresja.

Tak, jest to jedno z moich ulubionych powiedzeń. Depresja zmienia strukturę mózgu. Są tysiące badań obrazowych wskazujących, jak wpływa ona m.in. na objętość hipokampa, czyli struktury odpowiedzialnej za emocje. Depresja zmniejsza jego objętość.

Są też różne mechanizmy, które mogą destrukcyjnie wpływać na człowieka przy nieleczonej depresji. Mówi się też w o tzw. wyuczonej bezradności. Upraszczając, gdy pojawiają się kłopoty, człowiek wyucza się reagowania na nie obniżonym nastrojem.

Są to jednak zapewne schematy, które pojawiają się już na wcześniejszych etapach życia tych osób.

Oczywiście, że tak. Sama genetyka nie tworzy człowieka, kształtuje go także środowisko. To jak wyglądało jego dzieciństwo, jego relacje, sposoby radzenia sobie, czy miał wsparcie we wczesnym dzieciństwie. Wszystko to składa się na obraz tego, jak później człowiek radzi sobie ze stresem, z emocjami.

Chociaż trzeba też zauważyć, że nawet najsilniejszy człowiek – mówiąc „silny” potocznym językiem – jeśli nie ma kogoś obok, kto wskaże mu drogę, jest w stanie zabłądzić.  Jest w stanie z niej zboczyć i pogubić się w dziejących się w nim emocjach. W niepłodności nie ma siły, żeby w pewnych momentach nie stracić tej drogi z pola widzenia. Dlatego, żeby to wszystko miało ręce i nogi, tak ważne byłoby lepiej rozwinięte wsparcie.

Mówimy tu o przyczynach psychologicznych choroby…

Zaraz, zaraz. Nie możemy tak ograniczać podłoża depresji. Psychologiczne, biologiczne, genetyczne, społeczne – wszystkie czynniki trzeba rozpatrywać razem. Jest bardzo duży wór, do którego trzeba dodać jeszcze np. cechy osobowości. Na pewno też osoby leczące się z powodu jakiejkolwiek choroby przewlekłej, a niepłodność jest chorobą przewlekłą, są ludźmi wyjściowo bardziej narażonymi na zaburzenia nastroju. Dzieje się tak ze względu na opisywany już przez nas stres, który jest nierozerwalnie związany z takimi właśnie chorobami.

Tym bardziej, że w czasie zmagań z niepłodnością bardzo często dochodzi do niezwykle krytycznych sytuacji, jak np. poronienia. Są to zdarzenia traumatyczne, rozumiem więc, że leczenie depresji może wystąpić jeszcze w trakcie starań o ciążę i to też zapewne przekłada się na ewentualne wystąpienie depresji poporodowej.

No właśnie najnowsze badania, które opracowali naukowcy ze Stanów Zjednoczonych, wskazują, że nie jest to takie oczywiste. Były to badania przeglądowe, zawierały więc w sobie analizę wyników leczenia niepłodności u  około 4000 kobiet, w których naukowcy sprawdzali, czy stres istotnie statystycznie obniżał zdolność do poczęcia dziecka. Okazało się… że nie! Dla mnie również jest to zaskoczeniem, bo codzienna praktyka pokazuje coś zupełnie innego.

Rzeczywiście jest to sprzeczne z tym, co wydaje się, że obserwujemy w naszym świecie.

Również wydaje mi się to niemożliwe, by stres nie miał tutaj żadnego wpływu. Dzieje się tak z  bardzo prostej przyczyny. Jeżeli oś przysadka-podwzgórze-nadnercza produkuje w przypadku stresu te same hormony, które są hormonami płciowymi i np. zapewniają możliwość utrzymania ciąży, to jakim sposobem miałoby to nie mieć znaczenia?

Stres często może skutkować też np. problemami ze snem, co siłą  rzeczy wpływa na rozregulowanie organizmu.

Jeżeli pacjentka nie śpi, spada jej odporność. Jeżeli spada jej odporność, jest podatna na infekcje. Jeżeli jest podatna na infekcje, pojawia się możliwość zarażenia jej, czy też płodu, chorobą mogącą go uszkodzić i finalnie doprowadzić do poronienia.  Ten ciąg przyczynowo skutkowy wydaje się być niezwykle prosty, prawda?

Czyli trzeba myśleć krytycznie.

Zdecydowanie. Często sama słyszę pytanie: „Są na to badania?”. Należy jednak pamiętać, że medycyna nie różni się pod tym względem od wszystkich innych dziedzin. Po pierwsze, w niej też panują mody. Po drugie, jest coś takiego jak zdrowy rozsądek i własny osąd sytuacji. To one są najważniejsze, bo to zawsze lekarz ostatecznie podejmuje decyzję. Robi to jednak na postawie sytuacji siedzącego u niego w gabinecie pacjenta, a nie danych pochodzących z badań, czy statystyk. W skrócie – indywidualne, holistyczne podejście z włączonym krytycznym myśleniem. Na tym właśnie pacjentki i ich partnerzy wyjdą najlepiej. Zarówno w leczeniu niepłodności, jak i depresji.

 

Zobacz też:

Pan i pani idealni – w pułapce perfekcjonizmu! Niszcząca siła zderzenia z niepłodnością

Bo to nie zawsze siniaki i krzyki – bierna agresja. Czy jest obecna w twoim życiu? – PODCAST psychologiczny

Choruję na depresję, chcę być matką – jak wygrać obie te walki?

 

Ekspert

Dr Maja Herman

Lekarka specjalistka psychiatrii, psychoterapeutka, asystentka na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, współzałożycielka Instytutu Amici #psychiatriauzyteczna. W swojej pracy zajmuje się właśnie m.in. tematem niepłodności oraz szerzeniem wiedzy użytecznej z zakresu szeroko pojętego zdrowia psychicznego.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Polski ginekolog gwałcił pacjentki podczas wizyt? Zgłosiło się już pięć ofiar

Mężczyzna zakuwany w kajdanki /Ilustracja do tekstu: Polski ginekolog gwałcił pacjentki? Jest 5 ofiar
Fot.: Pixabay.com

Przed kilkoma dniami polską opinią publiczną wstrząsnęła informacja o ginekologu, który miał dopuścić się wykorzystywania seksualnego swoich pacjentek. Wiadomo już o pięciu ofiarach tego procederu, ale śledczy podejrzewają, że poszkodowanych może być znacznie więcej.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Podejrzanym w tej wstrząsającej sprawie jest Monzer M., 50-letni ginekolog z Zabrza. 17 sierpnia br. usłyszał on kolejny – piąty już – zarzut popełnienia przestępstwa z art. 197 par. 1 kodeksu karnego oraz art. 197 par. 2 kodeksu karnego. Chodzi o doprowadzenie pacjentki do obcowania płciowego i poddania się innej czynności seksualnej.

Wcześniej prokurator zarzucił lekarzowi Monzerowi M. popełnienie czterech podobnych przestępstw. Jak ustalono w toku postępowania, wszystkie pokrzywdzone były pacjentkami podejrzanego lekarza. Czyny miały zostać popełnione w jego prywatnym gabinecie w Zabrzu, w trakcie przeprowadzania badań ginekologicznych. W pomieszczeniu znajdowali się wówczas jedynie pacjentka i lekarz.

Proceder miał odbywać się na przestrzeni dwóch lat, a poszkodowanych może być więcej. Śledczy apelują do kobiet, które również mogły być jego ofiarami, by zgłaszały się na policję lub do prokuratury.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Coraz mniej męskich ginekologów. Skąd ta zależność?

Ginekolog gwałcił pacjentki? Zastosowano areszt tymczasowy, ale podejrzany nie przyznaje się do winy

Za każde z zarzucanych przestępstw ginekologowi grozi do 12 lat pozbawienia wolności. Z uwagi na grożącą podejrzanemu wysoką karę, a także obawę matactwa procesowego, sąd zastosował środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania zabrzańskiego lekarza – na okres 3 miesięcy. Na poczet przyszłych kar i zadośćuczynienia dla ofiar zabezpieczono też jego mienie – dwa samochody i gotówkę o łącznej wartości 90 tysięcy złotych.

Sprawa ma charakter rozwojowy. Prokuratura i policja w dalszym ciągu prowadzą intensywne czynności mające na celu m.in. ustalenie, czy są kolejne pokrzywdzone.

Ginekolog nie przyznaje się do winy. Jak informuje prokuratura, złożył obszerne wyjaśnienia, w których sugeruje, że jego działania nie miały znamion czynów zabronionych.

Źródło: pk.gov.pl, rmf24.pl

POLECAMY RÓWNIEŻ: Historia matki i córki z in vitro: Żeby w przestrzeń mówiąc, usłyszeć: Jestem człowiekiem.

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.