Przejdź do treści

Kolejny projekt ustawy w sejmie – tym razem więzienie za antykoncepcję?

Nowy projekt ustawy antyaborcyjnej w Sejmie - kolejne granice przekroczone?

Dyskusji i kolejnym projektom nad ustawą „antyaborcyjną” nie widać końca. W sejmie jest już następna radykalna propozycja. Chociaż tym razem kobiety mają nie być karane więzieniem za przerywanie ciąży, to pojawia się mowa o nielegalności hormonalnych środków antykoncepcyjnych.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Marszałek nadał już bieg projektowi, który stworzony został przez Polską Federację Ruchów Obrony Życia (która „skupia 136 ruchów i organizacji podejmujących działania na rzecz obrony życia i rodziny”). Zmianą jest przede wszystkim fakt, że kobieta dopuszczająca się przerwania ciąży nie podlega karze. Ukarana (pozbawieniem wolności do lat 3) może zostać zaś osoba, która spowoduje śmierć poczętego dziecka. A jak czytamy:

„§24. Dzieckiem poczętym jest człowiek w prenatalnym okresie rozwoju, od chwili poczęcia – to jest od połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej, do rozpoczęcia porodu.”

Co ważne, jeśli dziecko poczęte poniesie śmierć, ale działania lekarza były niezbędne z powodu bezpośredniego zagrożenia życia kobiety, lub „dziecka poczętego w razie ciąży mnogiej”, nie będzie on pociągnięty do odpowiedzialności. Punktem kluczowym wydaje się tu być określenie „bezpośrednie niebezpieczeństwo”, bowiem długotrwałe zagrożenie żadnym tłumaczeniem już nie będzie, jak zaznacza „oko.press”. Podobnie nie będzie dyskusji jeśli chodzi na przykład o ciążę spowodowaną gwałtem.

Coś co wydaje się wzbudzać dodatkowe kontrowersje to zapis:

„Art. 154a. Kto wytwarza, wprowadza do obrotu, reklamuje, zbywa lub nieodpłatnie udostępnia środek o działaniu poronnym lub antynidacyjnym, podlega karze ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do lat 2.”

Oznacza to, że tak zwane pigułki „po” będą nielegalne (chociaż z określaniem ich jako środki „o działaniu poronnym” nie zgadza się wielu lekarzy). Środku antynidacyjne zapobiegają zaś zagnieżdżeniu zapłodnionej komórki w ścianie macicy. Teoretycznie „standardowa” antykoncepcja hormonalna powinna być więc wciąż dostępna, ale zakazane mogłyby stać się między innymi spirale domaciczne. Można będzie pójść za to „siedzieć” na 2 lata.

Samo zło?

Jest to kolejne pole do dyskusji. Ciekawe tylko, czy wszyscy jej uczestnicy wiedzą o czym mowa. „Antykoncepcja długoterminowa nie ogranicza par, którym zmieniły się plany życiowe: w każdej chwili, w porozumieniu z lekarzem, można zrezygnować z tej formy kontroli urodzeń i rozpocząć starania o powiększenie rodziny” – pisaliśmy w naszym portalu. Co więcej, zdarza się, że za problemy z zajściem w ciążę odpowiada nieprawidłowy poziom hormonów w organizmie. Wtedy leczenie farmakologiczne, indywidualnie dobrane przez lekarza, jest ogromnym sprzymierzeńcem w staraniach. Nie takie leki hormonalne złe, jak je malują.

Rodzina to jest siła

W projekcie, który trafił do Sejmu w formie petycji, jest także mowa o popularnych zajęciach WDŻ, które miałyby: „obejmować wiedzę o wartości rodziny, ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci, oraz o zasadach odpowiedzialnego rodzicielstwa, mając za cel kształtowanie, utrwalanie i promowanie „kultury życia”.”

Rzeczywiście dużo jest mowy o wsparciu rodzin w wychowaniu i opiece nad dziećmi, co się chwali. Szkoda tylko, że „odpowiedzialne rodzicielstwo” zdaje się tu mieć tylko jedną, mało elastyczną wizję.

Źródło: „oko.press” / projekt Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Ruszyła 6. edycja kampanii i konkursu „Położna na medal”

 1 kwietnia 2019 roku wystartowała 6 edycja kampanii i konkursu „Położna na medal”, organizowana przez Akademię Malucha Alantan. Kampania popularyzuje zawód położnej i jej ważny udział w opiece okołoporodowej w Polsce. W ramach kampanii prowadzony jest konkurs, który od 5 lat wyłania położne, które w sposób szczególny wyróżniły się podejściem, zrozumieniem, powołaniem. Położne, które podczas swojej pracy stały się towarzyszkami kobiety w jej drodze do wielkich zmian, jakie wiążą się z wejściem w nową rodzicielską rolę. Zgłoszenia do konkursu przyjmowane są na stronie poloznanamedal.info. Mecenasem kampanii została marka Oktaseptal.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

 6 edycja konkursu „Położna na medal”

 Położna to osoba, która zajmuje się edukacją kobiety na każdym etapie jej życia. Szczególną rolę pełni ona w okresie okołoporodowym, przygotowuje ciężarną do porodu i do najważniejszej roli – mamy. Dziś położna może prowadzić ciążę kobiety. Jej rola podczas porodu i połogu jest dla podopiecznych niezmiernie ważna. Podczas porodu to właśnie położna pełni rolę opiekunki, czuwa nad kobietą pomaga jej przejść przez ważny etap jakim jest poród.

Od 1 kwietnia trwa ogólnopolska kampania „Położna na medal”, której nieodłącznym elementem jest konkurs na najlepszą położną. Pacjentki mogą nominować i głosować na swoje kandydatki. Trzy pierwsze położne z największą liczba głosów otrzymają wartościowe nagrody rzeczowe oraz zasłużone medale.

Od początku trwania konkursu wyłoniono 15 najlepszych położnych w Polsce oraz 144 położne w poszczególnych województwach.

Zobacz też: „Zdarza mi się płakać z pacjentką”. Położna szczerze o swojej pracy

Zasady zgłaszania do konkursu

Zgłoszenia do 6. edycji konkursu odbywają się od 1 kwietnia do 31 lipca 2019 roku. Głosy można oddawać przez cały czas trwania kampanii to jest do 31 grudnia 2019 roku. Nominacje i głosy przyjmowane są na stronie www.poloznanamedal.info

Jesteśmy dumni, że od 5 lat Akademia Malucha Alantan promuje zawód położnej nie tylko w środowisku medycznym, ale również wśród kobiet. Konkurs Położna na medal jest szansą na docenienie pracy i zaangażowania położnych, które, wspierają  i służą pomocą kobiecie w najważniejszym okresie jej życia. Zgłoszenie położnej przez ich podopieczne do konkursu jest sposobem podziękowania i docenienia codziennej bardzo ciężkiej i odpowiedzialnej pracy jaką wykonują położne – powiedziała Iwona Barańska z Akademii Malucha Alantan, pomysłodawca i organizatora kampanii „Położna na medal”.

Zobacz też: Położna i jej rola w leczeniu niepłodności – o swoim doświadczeniu opowiada Alina Jedlińska, ambasadorka kampanii „Położna na medal”

Kampania „Położna na medal”

Położna na medal to kampania społeczna, której pierwsza edycja miała miejsce w 2014. Kampania popularyzuje zawód położnej i jej ważny udział w opiece okołoporodowej w Polsce. Podstawowym celem kampanii „Położna na medal jest zwrócenie uwagi na konieczność podnoszenia i wdrażania w życie standardów opieki okołoporodowej w Polsce. Kluczowym elementem kampanii jest informowanie o roli położnych, jej kompetencjach i odpowiedzialności w standardach opieki okołoporodowej.

Kampania „Położna na medal” organizowana jest przez Akademię Malucha Alantan pod patronatem Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych, Polskiego Towarzystwa Położnych, Fundacji Rodzić po Ludzku oraz Stowarzyszenia Dobrze Urodzeni.

Mecenasem kampanii jest marka Oktaseptal.

W kampanię zaangażowało się wielu partnerów medialnych oraz blogerów. Lista patronów medialnych znajduje się na stronie www.poloznanamedal.info.

Zobacz też: “Położna na Medal” 2018 – znamy laureatki konkursu

 Ambasadorki kampanii

Podczas trwania 6.edycji kampanii i konkursu „Położna na medal”, laureatki 5. jubileuszowej edycji kampanii Anna Wojtyla, Alina Jedlińska, Renata Lustyk zostaną ambasadorkami i przez cały czas trwania kampanii będą dzielić się swoją wiedzą i poradami na temat opieki okołoporodowej.

W ramach 6. edycji na profilu FB kampanii raz w miesiącu będzie można zadawać pytania położnym. Odpowiedzi do wybranych pytań pojawią się na stronie www kampanii. Również na profilu FB kampanii pojawiać się będą ankiety skierowane do kobiet w ciąży i mam.

E-wydanie Magazynu Chcemy Być Rodzicami kupisz tutaj. 

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.

Chemikalia pogromcami plemników? Badania nie pozostawiają złudzeń!

Jakość nasienia wśród mężczyzn znacząco spadła w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat.

Jakość męskiego nasienia od 1938 roku obniżyła się nawet o 50 proc.! Jak podkreślają naukowcy z University of Nottingham w Wielkiej Brytanii, mogą przyczyniać się do tego chemikalia, z którymi wszyscy mamy na co dzień do czynienia.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Co szkodzi plemnikom?

Niestety wielu sztucznych składników nie jesteśmy w stanie z naszego życia wykluczyć. Warto jednak wiedzieć, czego powinniśmy unikać. Jedną z substancji, jakie mogą mieć negatywny wpływ na męską (i nie tylko) płodność, jest DEHP. Są to plastyfikatory, które znajdujące się m.in. w dywanach, tapicerkach, niektórych ubraniach, czy chociażby w zasłonach prysznicowych. Ich rolą jest zwiększenie elastyczności danych materiałów.

Dlaczego DEHP są niebezpieczne? Ich skład chemiczny cechuje się budową, która ma wpływ na układ hormonalny, przez co jego prawidłowa praca jest zagrożona. Oddziaływanie to nie ogranicza się tylko do problemów z płodnością, ale wpływa też chociażby na pojawienie się zaburzeń w rozwoju płodu, czy zwiększone ryzyko zachorowania na nowotwory układu rozrodczego.

Co ważne, DEHP jest to jedna z substancji, które w 2017 roku zostały oznaczone, jako substancje wysokiego ryzyka REACH (Jest to „rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 1907/2006 regulujące kwestie stosowania chemikaliów, poprzez ich rejestrację i ocenę oraz, w niektórych przypadkach, udzielanie zezwoleń i wprowadzanie ograniczeń obrotu” – wikipedia).

Ludzie i zwierzęta – podobne problemy!

Naukowcy z University of Nottingham przeprowadzili niewielkie badanie, w którym poddali testom spermę ludzką oraz spermę psów. Okazało się, że zarówno w męskim nasieniu, jak i w nasieniu zwierząt, zaobserwowano te same uszkodzenia. Monitorowano narażenie szczególnie na dwa chemikalia, które okazały się znacznie obniżać jakość spermy, w tym ruchliwość plemników i uszkodzenia DNA.

Co dało naukowcom jednoczesne badanie nasienia ludzkiego oraz psów? Takie same wnioski pozwalają „wykorzystać” psy do określenia zagrożenia, jakie występuje na danym terenie. I o ile badania na zwierzętach nie są godne pochwały i wspierania, o tyle w tym wypadku testy mogłyby mieć miejsce podczas rutynowych kontroli weterynaryjnych (pobieranie od nich materiału, tj. nasienia).

Jak możemy sobie pomóc?

O czym należy pamiętać, jeśli chcemy zmniejszyć ryzyko narażenia na szkodliwe substancje? Przede wszystkim trzeba ograniczyć w swoim otoczeniu przedmioty wykonane z tworzyw sztucznych.

Poruszyliśmy już na naszym portalu temat zagrożeń, które niesie ze sobą także inny składnik – BPA. Może znajdować się on on m.in. w powszechnie stosowanych plastikowych pudełkach do żywności, czy nawet w… paragonach! „Jeśli weźmiemy pod uwagę, iż BPA ma budowę zbliżoną do estrogenów, to nic dziwnego, że oddziaływać może np. na mniejszą aktywność jajników, czy na gorszą jakość spermy i obniżoną aktywność seksualną u mężczyzn. Eksperci wskazują też na korelację BPA z takimi problemami, jak przyrost wagi, endometrioza, czy rak piersi” – zobacz więcej tutaj: >>KLIK<<

Zobacz  też: Czy i jak chemia przemysłowa wpływa na płodność?

Źródła: plastech, PsychologyToday

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

„Wszystko robiliśmy sami”. Wywiad z założycielem Kriobanku, profesorem Waldemarem Kuczyńskim

wywiad z prof. Waldemarem Kuczyńskim

Kriobank to pierwszy w Polsce prywatny ośrodek leczenia niepłodności. W tym roku klinika obchodzi 30-lecie istnienia. Z założycielem Kriobanku – prof. Waldemarem Kuczyńskim – rozmawialiśmy o historii placówki i pierwszym udanym zabiegu in vitro w Polsce. 

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W tym roku Kriobank obchodzi swoje 30-lecie. Proszę nam nieco przybliżyć historię powstania placówki.

To było w 1989 r., złote czasy dla biznesu. Rynek był nienasycony. Istniały przestrzenie, które nie były zagospodarowane. Wystarczyło mieć pomysł, odnaleźć w nim potrzebę rynku i można było działać. Był dobry klimat międzynarodowy. Po przemianach solidarnościowych wszyscy chcieli pomagać Polakom. Pierwszą firmę wyposażyłem niejako z darów. Wtedy nie było środków unijnych.

Pracowałem na etacie w szpitalu. Firma była tylko dodatkiem. Zresztą wtedy nie miałem jakiejś świadomości biznesowej. Nie przypuszczałem, że to będzie wielki biznes. Przecież zanim powstał Kriobank, to to samo (bank nasienia) chciałem robić na bazie uczelni i szpitala. Miałem nawet potrzebne zgody i pozwolenia. Trzy razy uruchamiałem przedsięwzięcie i za każdym razem się nie udawało. W związku z tym postanowiłem zrobić to w warunkach prywatnych. Tak powstał Kriobank – pierwszy w Polsce prywatny ośrodek leczenia niepłodności oraz bank nasienia.

Dlaczego udało się prywatnie?

Bo nie musiałem korzystać ze wszystkich formalnych ścieżek szpitalno-uczelnianych. Tamte niepowodzenia nie brały się z błędów w procedurach, czy z powodu sprzętu.

To były absolutnie proste sprawy. Ktoś zapomniał zamówić ciekłego azotu, albo była sobota i nikt go nie dolał do zamrażarek. Ja naprawdę miałem świadomość, że potrafię to zrobić, i że byli chętni na tę usługę. Dlatego zacząłem robić to sam.

To był rok 1989. Było już in vitro, ale to w wersji klasycznej, które nie rozwiązuje problemu niepłodności męskiej. A jedną z metod stosowaną w tej terapii jest krioprezerwacja nasienia i udostępnianie nasienia dawców. W tamtych czasach nie było w Polsce żadnych regulacji prawnych na ten temat, nie było żadnych zaleceń.

To skąd Pan czerpał o tym wiedzę?

Będąc we Francji poznałem ludzi, którzy zajmowali się krioprezerwacją (przechowywanie w ujemnej temperaturze – przyp. red.) komórek rozrodczych człowieka. Zdałem sobie sprawę, że w Polsce ta dziedzina jest zupełnie w powijakach, chciałem więc u nas w szpitalu zorganizować bank nasienia.

Problem był o tyle ważki że dotyczył dwóch sfer zagadnień. Pierwsza to wykorzystanie nasienia dawców. Zabiegi takie były przeprowadzane bez żadnej kontroli a co gorsze bez żadnych standardów bezpieczeństwa pacjentek. W porównaniu do standardów francuskich to był po prostu horror.

Drugi problem to zabezpieczenie płodności na przyszłość. Chodziło głównie o młodych pacjentów, leczonych z powodów onkologicznych gdzie terapia przeciwnowotworowa była niezwykle toksyczna dla funkcji jąder.

Zobacz też: Porównania są zbędne – dr Agnieszka Kuczyńska z Kriobanku o fascynacji medycyną rozrodu i o cudzie istnienia

Dlaczego wybrał Pan właśnie taką drogę życiową?

Jak to często w życiu bywa – splot różnych zbiegów okoliczności. Choć nie byłem zbyt pilnym uczniem w liceum ogólnokształcącym z powodu zainteresowań muzycznych i grania blusa w zespole, udało mi się dostać na ówczesną Akademię Medyczną w Białymstoku.

Było „coś”, co pchało mnie do przodu i kazało otworzyć się na szersze horyzonty. Na studiach zacząłem dosyć szybko – bo już na początku drugiego roku – pracować w studenckim kole naukowym. Zainteresowała mnie onkologia i to z nią wiązałem swoją przyszłość.

W ramach pracy w kole studenckim, nieżyjący już prof. Stefan Soszka, powierzył mi funkcję organizowania studenckich obozów naukowych. Jeździliśmy więc z lekarzami w teren (30-40 studentów) – najczęściej do tzw. PGR–ów i małych miejscowości, w których dostęp do lekarzy specjalistów był utrudniony – i zachęcaliśmy kobiety do badań. Dziś nazwalibyśmy to profilaktyką raka narządu rodnego. Dzięki temu zajęciu i współpracy z profesorem Soszką oraz profesor Wandą Kazanowską, zacząłem się ukierunkowywać na ginekologię. Natomiast zupełnie nie spodziewałem się, że ta moja praca w czasie studiów zaowocuje jakimkolwiek kontraktem z kliniką uniwersytecką i szpitalem po ich skończeniu.

Pierwsza udana próba zapłodnienia pozaustrojowego w Polsce miała miejsce w 1987 r. właśnie w Białymstoku. Był Pan współtwórcą tego sukcesu. Czy mógłby Pan opowiedzieć o tym wydarzeniu?

To były specyficzne czasy. Byłem spoza całego układu. Mówiąc żartobliwie nie należałem ani do partii, ani nie miałem znanego nazwiska i koligacji rodzinnych. Nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażałem sobie, że mogę dostać pracę w szpitalnej klinice, więc nawet się o nią nie ubiegałem.

Poszedłem do ówczesnego Wydziału Zdrowia mówiąc, iż kończę studia i szukam pracy. Byłem przeszczęśliwy kiedy okazało się, że zatrudnienie dostałem. Był to przydział do poradni znajdującej się nieopodal ostatniego przystanku linii autobusowej numer 6. Był to wielki przywilej, bo mogłem liczyć na wyższe zarobki z tzw. powiatowej służby zdrowia i na dodatek mogłem dojechać do pracy miejskim autobusem. Kiedy o tej całej sytuacji dowiedział się profesor Soszka, okropnie zmył mi głowę i nakazał  następnego dnia stawić się w pracy w klinice. A co z angażem…?  Się zobaczy… I tak to się zaczęło…

Dostałem się pod opiekę prof. Aleksandra Krawczuka, świetnego operatora i położnika ale również specjalisty andrologii i leczenia niepłodności męskiej. To on właściwie zmusił mnie do zajęcia się czynnikiem męskim w niepłodności. Kiedy profesor Soszka odszedł na emeryturę, jego funkcję objął prof. Marian Szamatowicz, również uczeń prof. Krawczuka i pasjonat leczenia niepłodności. W krótkim czasie skompletował zespół młodych asystentów przed którym rozwinął wizję zapłodnienia pozaustrojowego.

Była to niezwykle nowatorska procedura, którą opanowało zaledwie kilka ośrodków na świecie. Prof. przydzielił mnie do zespołu i określił zakres obowiązków. I tak razem ze Sławkiem Wołczyńskim staliśmy się nagle „embriologami”. Zaczęliśmy intensywne przygotowania i szkolenie połączone z pracą naukową.

Oprócz intensywnej nauki z dostępnych podręczników embriologii i w bardzo ograniczonym zakresie literatury naukowej, nawiązaliśmy liczne kontakty ze specjalistami rozrodu i naukowcami z  branży. Czerpaliśmy z doświadczenia licznych zakładów i katedr embriologii oraz embriologii eksperymentalnej Uniwersytetu Warszawskiego, Instytutu Zootechniki w Balicach i wielu innych ośrodków naukowych Polskiej Akademii Nauk.

Dzięki tej współpracy poznaliśmy niezwykłych ludzi jak profesorowie: Andrzej Tarkowski, Jacek Modliński, Zdzisław Smorąg, Stefan Wierzbowski, aby wymienić tyko niektórych. Zajmowali się oni różnymi aspektami embriologii, kriokonserwacji gamet i zarodków i rozrodu zwierząt, co jak się później okazało, dało nam pewność siebie oraz wsparcie przy rozwiązywaniu problemów klinicznych.

Ale embriologia to nie jedyne wyzwanie, aby skutecznie przeprowadzić zapłodnienie pozaustrojowe.  Kontrolowana hiperstymulacja jajników, pobieranie komórek jajowych, przygotowanie nasienia i izolacja plemników, zapłodnienie in vitro a potem ICSI, wreszcie hodowla zarodków in vitro oraz przeniesienie zarodków do macicy to jedynie zasadnicze elementy leczenia.

Prof. Szamatowicz wyznaczył osoby odpowiedzialne za każdy z tych etapów. I tak do zespołu dołączyli doktorzy Euzebiusz Sola, Marek Kulikowski, Jurek Radwan i Darek Grochowski. Stworzyliśmy zespół– jak potem określono – zespół sześciu wspaniałych, którym udało się doprowadzić do narodzin pierwszego w Polsce dziecka poczętego metodą in vitro.  Jednak zanim zaczęliśmy świętować czekała nas praca.

Jak wiadomo czasy były wtedy ciężkie. W sklepach pusto, na stacjach benzynowych też, dotacji żadnych sprzętu brak a jeżeli już to pożyczony…  Niczego nie można było kupić, więc wszystko robiliśmy sami, np. sami produkowaliśmy wodę.

Wodę?!

Zaczynało się tak, że najpierw badaliśmy studnie w regionie. Potem z wybranych, w 200 l beczkach, przywoziliśmy wodę do laboratorium. Po około 20 tygodniach z jednej beczki uzyskiwaliśmy 100 ml naprawdę czystej wody, w której przygotowywaliśmy odczynniki.

Wszystko robiliśmy sami – nawet igły punkcyjne, zestawy do pobierania komórek jajowych, katetery do transferu zarodków itd… Te właśnie obowiązki m.in. spadły na moje barki, stąd też rozwijałem się jako wynalazca i konstruktor… z bożej łaski! Do dzisiaj w szafach leżą pamiątki moich nieudanych konstrukcji i wynalazków.

Byliśmy jednak silni, ambitni, nie żałowaliśmy siebie, swojego czasu ani sił. Byliśmy też doświadczeni przez liczbę niepowodzeń jakie nas spotykały. Nie zrażaliśmy się nimi, pracowaliśmy dalej. To nie znaczy że nie było napięć, kłótni i walki…

Trzeba wspomnieć że końcowy sukces w tej procedurze w równym stopniu zależy od realizacji każdego elementu. Każdy etap musi być zrealizowany bezbłędnie. Jakikolwiek błąd na jakimkolwiek etapie powoduje zniweczenie wysiłków pozostałych członków zespołu.  Tutaj widzę największą zasługę naszego mentora, prof. Szamatowicza,  który konsekwentnie i z wielką wyrozumiałością podtrzymywał w nas wiarę w sukces, tonując napięcia, konflikty i walki. Tylko dzięki temu, po około dwóch latach wysiłków, udało się nam uzyskać pierwszą ciążę.

Zobacz też: Zapłodnienie in vitro i hodowla zarodka – jak to wygląda? Wyjaśnia embriolog

Liczył Pan ile dzieci przyszło na świat dzięki Kriobankowi?

Niestety, jest to dość trudny rachunek, acz liczba ta jest naszym (jest to praca całego zespołu Kriobanku) wielkim sukcesem. Cieszy mnie to, że ludzie szanują nas za to co osiągnęliśmy.

O ile dokładnie nie pamiętam liczby dzieci, to pamiętam niezwykłe historie zgłaszających się do nas pacjentów. Skupiamy się nad czystymi aspektami medycznymi, obmyślamy plan leczenia – a przecież nie wolno nam zapominać, że to człowiek, jego uczucia, jego los są najważniejsze.

Bywa tak, że ludzie rezygnują z walki o dziecko, a my namawiamy ich na kolejne próby, bo wierzymy, że da się to zrobić. I rzeczywiście się udaje. Leczenie niepłodności jest specyficzne, czasem efekt zaskakuje nawet nas. Wielokrotnie widzimy pacjentki bez szans.  Jednak one wracają do nas po czasie i wtedy leczenie kończy się sukcesem. Takie przypadki powodują, że mamy wielki dystans do swoich umiejętności i do możliwości medycyny. Wbrew temu co można o nas pomyśleć, nie czujemy się panami życia i śmierci. My jesteśmy tylko małymi pomocnikami Pana Boga i współpracownikami Matki Natury. Tam gdzie ona postawiła zbyt wysokie progi dla zwykłych ludzi, niekiedy nam udaje się je przekroczyć.

Leczenie niepłodności niczym nie różni się od leczenia innych chorób. Tam gdzie jest to możliwe staramy się pomóc, ale widzimy też granice tej pomocy. Mnie w pracy zawsze towarzyszy zasada „Primum non nocere” (z łac. po pierwsze nie szkodzić). Czasem zbliżam się niebezpiecznie blisko tej granicy. Jednak to co dziesięć lat temu było tą bliskością, teraz już nią nie jest. Medycyna idzie naprzód, dlatego praca i ciągły rozwój pozwalają mi odnajdywać ją na nowo.

Czy jest Pana następca?

W pracy, oprócz licznego grona wybitnych specjalistów, mocno wspomaga mnie córka – dr Agnieszka Kuczyńska-Okołot. Jest już po specjalizacji, zdecydowała się kontynuować moje zainteresowania. Ma nowe spojrzenie na prowadzenie kliniki a jednocześnie liczne kontakty krajowe i zagraniczne, co daje jej szansę na rozwiązywanie kolejnych problemów niepłodności, z którymi nie możemy sobie jak na razie poradzić.

To fascynujące jak rozwiązywanie problemów uwidacznia następne. Dzięki temu nigdy nie staniemy w miejscu. Każda nowa wiedza uświadamia jedynie stopień komplikacji natury i zmusza do skromności w definiowaniu własnej wielkości.

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

10 lat starań, 7 poronień, martwy poród, kilka prób in vitro – „Powiedziałam Steven’owi, że powinien być z kimś innym. Z kimś, kto może mieć dzieci”

10 lat starań, 7 poronień, poród martwego dziecka... ta para zniosła wszystko! Dziś są szczęśliwymi rodzicami.

Walka z niepłodnością, siedem poronień, poród martwego dziecka – są to doświadczenia, które zmieniają życie zarówno kobiety, jak i mężczyzny. To, co dzieje się wtedy w związku, to prawdziwa huśtawka ogromnych emocji. „Powiedziałam Steven’owi, że powinien być z kimś innym. Z kimś, kto może mieć dzieci” – mówi Jayne.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Długa, kręta droga

Para starała się o dziecko 10 lat. Po pierwszym poronieniu kobieta była mocno rozczarowana, ale nie czuła się jeszcze tym doświadczeniem zdruzgotana. Wiedziała, że nieraz zdarza się, że pierwszej ciąży nie udaje się utrzymać. Kiedy więc po kilku miesiącach znów dowiedziała się, że jest w ciąży, bardzo się ucieszyła. Czuła się pewnie, bo wierzyła, że dwa razy coś takiego jej się po prostu nie zdarzy. Niestety myliła się, a kiedy po raz trzeci okazało się, że jest w ciąży, czuła już przede wszystkim tylko lęk.

Tym razem miałam zupełnie inne odczucia co do ciąży” – opowiada Jayne. „Nie czułam tego uniesienia, które pojawiało się podczas dwóch pierwszych ciąż, a do tego byłam bardzo czujna” – jej słowa cytuje DailyMail.

Gdy i tym razem okazało się, że serce dziecka przestało być, Jayne i Steven byli kompletnie zrozpaczeni. Czwarta i piąta ciąża – rozgrywał się podobny scenariusz. Wtedy jednak para była już zdecydowana, że chce sprawdzić, co się właściwie dzieje. Po przeprowadzeniu specjalistycznych testów, okazało się, że ostatnie poronienie spowodowane było rzadką nieprawidłowością chromosomalną. Wynik ten przyniósł ogromną ulgę parze, w końcu wiedzieli bowiem, co jest nie tak. Niestety pomimo tego, szósta ciąża także zakończyła się utratą. To właśnie wtedy Jayne dotknął największy kryzys. Obwiniała siebie i uważała, że mąż powinien być z inną kobietą, która będzie mogła urodzić dziecko – jakże trudne musiały być to dla nich obojga dni…

Zobacz też: Jakie badania wykonać po poronieniu? Zobacz listę

W rękach specjalistów

Rozwiązaniem okazała się jednak pomoc znaleziona w specjalistycznej klinice leczenia niepłodności. Dzięki in vitro udało im się zajść w kolejną upragnioną ciążę i wszystko szło naprawdę dobrze! Tak dobrze, że około 30 tygodnia para wyjechała na swoje „ostatnie wakacje przed pojawieniem się dziecka”. Niestety budząc się któregoś dnia, Jayne nie czuła ruchów dziecka. Jeszcze będąc w Hiszpanii udali się do lekarza, gdzie okazało się, że serce ich córeczki przestało bić.

Nic nie może przygotować cię na narodziny martwego dziecka” – opowiada. „Mieliśmy złamane serca, a ja znów czułam się za to wszystko odpowiedzialna. To było tak, jakby wisiała nade mną jakaś klątwa” – Jayne podsumowuje ten tragiczny czas. I chociaż minęło już kilka lat, wciąż z jej słów wybrzmiewają niezwykle silne emocje.

Para była jednak wtedy tak zdeterminowana, że od razu rozpoczęła kolejne starania. Tym razem nareszcie się udało! Na świat przyszedł ich pierwszy syn, poczęty również dzięki in vitro. Kiedy się urodził, cała sala porodowa, wraz ze specjalistami… płakała! Co więcej, dla Jayne było to tak niesamowite przeżycie, że nie mogła uwierzyć, że naprawdę jest w końcu matką. A nie trzeba zapewne dodawać, że przez całą ciążę była w okropnym napięciu, że znów coś pójdzie nie tak. Dwa lata później do Williama dołączył kolejny synek, Oliver.

Zawsze jest wybór

Po tylu trudach, zakrętach i chwilach rozpaczy, jest to prawdziwy happy end. Niewątpliwie doprowadziła to niego ogromna determinacja Jayne i Steven’a. Wiele osób będąc w podobnej sytuacji, dawno by już zrezygnowało. Czy to jednak źle? Czy któraś z obieranych w takim wypadku ścieżek jest lepsza, a któraś gorsza? Zdecydowanie nie i trzeba o tym pamiętać.

Mając 43 lata uznałam, że to wystarczy, że chcę odzyskać swoje życie, w którym jest coś więcej niż mój cykl miesięczny i lekarz” – o swojej historii opowiadała w naszym portalu jedna z kobiet, która w pewnym momencie przerwała walkę z niepłodnością (wypowiedź jest anonimowa). Rozmowę z nią znajdziesz tutaj: >>KLIK<<

Każdy ma prawo do decydowania o tym, co jest dla niego najlepsze. Bo chociaż historie podobne do przeżyć Jayne i Stevena są niesamowite, to czasami tym „najlepszym” może być słowo STOP – nie oceniajmy, kiedy ktoś je właśnie wypowiada.

Zobacz też: Życie po poronieniu – te szczere słowa mogą pomóc tysiącom kobiet

Źródło historii: DailyMail

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.