Przejdź do treści

Kobieca intuicja

kobieca intuicja
fot. Fotolia

Przeczytajcie fragmenty artykułu, który ukaże się w pierwszym numerze naszego Magazynu.

Kiedy wymyśliliście, że chcecie mieć dzieci?

To było tak ze trzy, trzy i pół roku temu, jakiś rok po naszym ślubie. Za mąż wyszłam już po trzydziestce. To jest taki moment dla kobiety, że jeśli chce mieć dziecko, to już wtedy powinna ona o tym pomyśleć. Ja wówczas oczywiście jeszcze tego nie wiedziałam. Mój mąż ożenił się ze mną tuż przed czterdziestką. Pobraliśmy się zatem, będąc już dojrzałymi ludźmi. Każde z nas wiedziało, że chciałoby mieć kiedyś dzieci. I pewnego dnia doszliśmy do wniosku, że chcielibyśmy, żeby nasza rodzina była pełniejsza. Ta decyzja przyszła naturalnie. Przyznam jednak, że pewne znaczenie miało też to, że wielu naszych znajomych też ma już dzieci.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

I jakie były Wasze pierwsze kroki, kiedy już podjęliście decyzję o dziecku?

Zabraliśmy się do roboty (śmiech). Czyli odstawiliśmy środki antykoncepcyjne. Powiedziałam też o tym swojemu ginekologowi i on zlecił mi zrobienie wszystkich podstawowych badań. Chodziło o sprawdzenie, czy wszystko jest w porządku. No i po jakimś pół roku okazało się, że wciąż nam się nie udaje zajść w ciążę. A ponieważ mamy już swoje lata, to tak długi okres niepowodzenia jest wystarczającym powodem do tego, żeby się zainteresować tym, dlaczego tak się dzieje. Mój ginekolog nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Jak sam stwierdził – nie ma do tego wystarczających kompetencji. Poradził, żeby zgłosić się do kliniki leczenia niepłodności.

Tak od razu stwierdził, że jesteś niepłodna?

Ależ skąd. Skierował mnie tam, ponieważ byłam już po trzydziestce i minęło już pół roku starań o dziecko, a ja wciąż nie byłam w ciąży. Dla niego to były wystarczające powody do tego, bym zgłosiła się do kliniki. Tam mieli znaleźć przyczyny, dlaczego tak się dzieje, i mi pomóc.

[…]

Do kliniki NFZ po raz pierwszy poszliście razem czy poszłaś sama?

Poszłam sama. Od razu też się zapisałam na wizytę. Udało mi się to tylko dlatego, że wcześniej zdobyłam skierowanie od zaprzyjaźnionego ginekologa. Poszłam do tego lekarza, który akurat przyjmował. Opowiedziałam całą swoją historię, a on od razu skierował mnie na badanie HSG, a więc badanie drożności jajowodów. Chciał się dowiedzieć, czy w ogóle jest sens robić inseminację. O dziwo, mimo że wszystko się odbywało w klinice publicznej, na badanie HSG trafiłam bardzo szybko. Zapisałam się na nie 20 lutego, a już 4 marca miałam je zrobione. Oczywiście były kolejki i może rzeczywiście czasami w klinice był bałagan – dokładnie taki, jak się o tym mówi – ale muszę też przyznać, że ogólnie rzecz biorąc, wszystko całkiem nieźle funkcjonowało.

I jakie były wyniki HSG?

Wszystko wyszło prawidłowo. Lekarz zapoznał się z badaniami nasienia mojego męża i moimi i uznał, że pierwszym krokiem, jaki należałoby podjąć, powinna być inseminacja. I na koszt NFZ też można było ją zrobić.

I tam ją zrobiliście?

Zrobiliśmy ich nawet sześć. To zresztą było bardzo dobrą wolą tego lekarza, bo z reguły robi się trzy-cztery inseminacje. Z jakichś przyczyn widział szansę na to, że zabieg powinien się udać, mimo że inseminacja ma bardzo mały procent skuteczności. Nie wiem, czy zrobiłabym ich tyle, gdybym musiała za nie płacić.

A powiedz mi, jakie były Wasze reakcje, kiedy pierwsza inseminacja się nie udała?

Za każdym razem się bardzo dziwiliśmy. Być może w momencie, gdyby lekarz zdiagnozował u któregoś z nas poważne schorzenie, tobyśmy się z tym pogodzili. Ponieważ jednak nikt nie znalazł nic konkretnego, a my uważaliśmy, że jesteśmy zdrowi, przyjmowaliśmy wyniki zabiegu z niedowierzaniem.

[…]

Czy lekarz mówił Wam, jaki jest procent powodzenia przy pierwszym in vitro?

Oczywiście. Że to jest ok. 30 do 40 proc. Więc bardzo dużo. Gdybyśmy mówili, że to jest ryzyko zachorowania na bardzo ciężką chorobę, tobyśmy wszyscy się obawiali, że ją będziemy mieli. Kiedy jednak mówimy, że to jest szansa na to, że coś się uda, od razu zauważamy, że jest ona mniejsza niż połowa. A więc znalezienie się w tej grupie większości, której się nie udało, o niczym tak naprawdę nie przesądza. Dlatego bardzo szybko zdecydowaliśmy się na drugie in vitro, tym razem w Białymstoku.

Co tam się wydarzyło?

Pojechaliśmy na rozmowę do jednego lekarza, tego samego dnia byliśmy umówieni z kolejnym, w innej klinice. Potem poszłam do jeszcze innej kliniki. Tam spotkałam się z zupełnie przypadkowym lekarzem, który mi się strasznie nie spodobał. Zlecił mi natomiast jedną rzecz: żebym zrobiła sobie badanie swojej rezerwy jajnikowej. I wtedy się okazało, że jest ona bardzo niska, znacznie poniżej normy. Okazało się nawet, że moja rezerwa jest na wyczerpaniu. I w tym momencie nasze szanse, moje i mojego męża, „wyrównały się”. Jego wspominanie na temat jakości jego plemników stało się wówczas trochę bezsensowne. Kontrargumentowałam wtedy: „Dlaczego plemniki, skoro moje jajeczka są niedobre?”. Wtedy też zaczęłam poszukiwać informacji na temat niskiej rezerwy jajnikowej. I wyszło na to, że jej niski poziom może mieć większy wpływ na niepowodzenia naszych procedur niż jakość plemników, na której się dotychczas koncentrowaliśmy.

Czyli Twoja intuicja, żeby sprawdzić, czy u Ciebie wszystko jest w porządku, okazała się słuszna?

Tak. Niby wszystko działało u mnie jak należy, ale rezerwa była na dużo większym wyczerpaniu, niż optymistycznie zakładał pierwszy lekarz. A tak naprawdę wyniki badań FSH – w tym czasie zaczęłam je sobie robić co miesiąc – za każdym razem pokazywały, że ta rezerwa nie wygląda dobrze. To były wyniki znacznie poniżej normy, nawet moja cztery lata starsza siostra miała większą rezerwę jajnikową.

[…]

Czy ktoś z Wami konsultował liczbę podanych zarodków, czy zrobił to samodzielnie lekarz?

On zawsze mówił o tym, że będą podane dwa zarodki. Nikt mi nigdy nie zaproponował innej liczby, ale wydaje mi się, że gdybym zażyczyła sobie, by podano mi jeden, to pewnie tak by się stało. Na większą liczbę lekarz niekoniecznie by wyraził zgodę. Pamiętam, że do pierwszego in vitro były przygotowywane trzy zarodki i lekarz ustalał ze mną, ile ich podać – dwa czy trzy. Miałam wtedy ogromny dylemat: obawiałam się, że jak zostaną mi podane trzy, to urodzę trojaczki, a tego naprawdę się bałam. Lekarz na szczęście odradzał podanie trzeciego zarodka. Mówił, że jest bardzo złej jakości. Tak rzeczywiście musiało być, bo potem nawet nie chciał go zamrozić.

Czy po podaniu zarodków wydarzyło się coś szczególnego?

Jak zwykle było czekanie, ale tym razem trochę inne. Napięcie było wyraźnie mniejsze, ale w moim przypadku wynikało to z tego, że pesymistycznie podchodziłam do tego, że in vitro się powiedzie. Uważałam, że one się nie przyjmą. Powiedziałam nawet, że kobieca intuicja jest niezawodna, a ja sama nie czuję, żebym była w ciąży. Czułam się dokładnie tak jak po każdym in vitro – poszczególne objawy znałam już na pamięć.

Ale wyszły jednak te dwie kreseczki?

[..]

Odpowiedź Uli i cały wywiad przeczytacie w pierwszym numerze Magazynu Chcemy Być Rodzicami.

 

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.

Ile zastrzyków trzeba znieść, by spełnić marzenie o dziecku? Ból i szczęście uchwycone na zdjęciu

cztery nieudane in vitro
fot. Facebook - Packer Family Photography

Stos strzykawek ułożony w kształt serca, a w środku ona – długo wyczekiwana córeczka. Rodzice czekali na nią cztery lata. Za sobą mieli kilka prób in vitro, poronienia i długie leczenie. Poznajcie niesamowitą historię narodzin małej London.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Patricia i Kimberly O’Neill z Arizony poznały w 2013 roku. Po pewnym czasie zdecydowały, że chcą założyć rodzinę. Jedna z kobiet miała już dziecko z poprzedniego związku, nie podejrzewały więc, że cokolwiek będzie w stanie utrudnić te plany.

– Myślałyśmy, że to będzie proste – powiedziała para w wywiadzie dla Daily Mail. – Miałyśmy wybrać dawcę, iść do lekarza i po dziewięciu miesiącach mieć dziecko.

Zobacz także: Prawdziwa historia. 10 lat starań, cztery poronienia i diagnoza, która wbija w ziemię

Początek długiej drogi

Para rozpoczęła starania od inseminacji domacicznej, czyli procedury tańszej i mniej inwazyjnej od in vitro. Po dwóch nieudanych próbach kobiety wiedziały, że trzeba podjąć bardziej radykalne kroki. Zdecydowały się na in vitro. Patricii i Kimberly udało się uzyskać pięć zarodków.

Sześć tygodni po transferze Patricia poroniła. Lekarze uspokajali jednak parę, że utrata pierwszego embrionu zdarza się często. Wkrótce kobieta zaszła ponownie w ciążę jednak i ty razem, w ósmym tygodniu ciąży, poroniła.

Po dokładnych badaniach okazało się, że przyczyną utraty ciąż była w przypadku Patricii mutacja czynnika V Leiden, czyli mutacja występująca przy wrodzonej trombofilii.

Po zleceniu odpowiedniej kuracji para ponownie zaczęła się starać o dziecko. Trzecia próba in vitro nie przyniosła jednak rezultatu. – W międzyczasie była czwarta próba, a test ciążowy pokazał pozytywny wynik – powiedziała para. Jednak w 11 tygodniu ciąży serduszko dziecka przestało bić.

– Byłyśmy zrozpaczone, miałyśmy złamane serce – mówiła Kimberly. – Zrobiłyśmy sobie przerwę w staraniach. Wiedziałyśmy jednak, że nadal pozostał nam jeszcze jeden zarodek – dodała.

Zobacz także: 9 lat starań i DWA szczęśliwe zakończenia – WASZE HISTORIE

Cztery nieudane in vitro… I co dalej?

Para udała się do lekarza specjalizującego się mutacją czynnika V Leiden. Doktor zalecił kobiecie specjalną dietę i leki. Małżeństwo zdecydowało się na ostatnią próbę.

Tydzień po transferze Patricia wiedziała, że jest w ciąży. To nie był łatwy czas. Przez długi okres ciąży Patricia chorowała, a niepokój związany z poprzednimi niepowodzeniami potęgował poczucie niepewności. – Każde badanie USG było chwilą grozy – ujawniła Kimberly.

Zobacz także: 9 miesięcy ciąży, 1000 zdjęć i 4 minuty historii w jednym filmie

Cud narodzin

W końcu 3 sierpnia 2018 roku mała London przyszła na świat. – Oglądanie jej małej twarzyczki i słuchanie płaczu było najlepszym uczuciem na świecie – zdradziła Kimberly.

Patricia i Kimberly zatrzymywały wszystkie strzykawki, które zostały użyte do in vitro. Po narodzinach córki postanowiły je wykorzystać do zrobienia symbolicznej fotografii.

Po środku stosu strzykawek ułożonych w kształt serca leży maleńka istotka- owoc kilku lat starań, poświęcenia i ogromnej miłości. Zdjęcie zostało wykonane przez Samanthę Packer i od razu zrobiło furorę w mediach społecznościowych. Na Facebooku udostępniono je do tej pory aż 65 tys. razy!

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Daily Mail

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Endometrioza utrudnia Agnieszce zajście w ciążę. Po operacji odrodziła się w niej nadzieja

Fot. Archiwum własne/ Agnieszka Krajewska wraz z partnerem Irkiem mają nadzieję, że po operacji endometriozy uda im się zajść w ciążę

Choroba (IV stopień endometriozy) nie wywróciła do góry nogami dotychczasowego życia Agnieszki. Do momentu decyzji o zajściu w ciążę. Leczenie jest kosztowne, ale po operacji wróciły nadzieje na bycie mamą, szczególnie, przy wsparciu ukochanego partnera Irka.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

O tym, że mam endometriozę dowiedziałam się przez przypadek, 4 lata temu. Miałam bolesne miesiączki, jednak słyszałam, że niektóre kobiety po prostu tak mają”. Choć chodziłam regularnie do ginekologa, swoje pierwsze USG dopochwowe miałam w wieku 31 lat. To wtedy wykryto torbiel endometrialną na jajniku. Choć wówczas lekarz kazał się nie przejmować, tylko obserwować i co pół roku wykonywać USG. Od lekarza usłyszałam wtedy, że powinnam szybko zachodzić w ciążę, jeśli chce mieć dzieci. Chciałam, ale na tamtą chwilę moja sytuacja życiowa w ogóle temu nie sprzyjała. Po jakimś czasie, gdy dokonało się kilka korzystnych zmian w moim życiu, planom macierzyńskim udało się nadać priorytet. Wróciłam wtedy do lekarza i wówczas okazało się, że mam torbiele na obu jajnikach. Miałam się starać o ciążę przez 3 miesiące i w razie niepowodzeń wrócić na leczenie.

Czytaj też: Czy warto podejmować się operacji udrożnienia jajowodów?

Tabletki antykoncepcyjne miały przyspieszyć ciążę

Nie satysfakcjonowała mnie prognoza lekarza ani podejście do mojego problemu. Nie dostałam nawet skierowania na podstawowe badania, które powinnam zrobić starając się o dziecko, nie wspomnę już o endomertiozie. Wiedziałam, że to nie jest miejsce ani lekarz dla mnie. Od tej chwili skończyło się moje leczenie w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia i udałam się na prywatną wizytę. Lekarz zlecił serię szczegółowych badań. Następnie zaproponował mi, bym brała tabletki antykoncepcyjne, żeby spowodować tzw. spontaniczną ciążę, po ich odstawieniu. Lekarz proponował roczną terapię Vissane. Zgodziłam się na maksymalnie trzy miesiące. Po terapii hormonalnej nie udało się zajść w ciąże. Spodziewałam się tego. Nasze starania trwały, a ja czułam, że ta endometrioza utrudnia mi zajście w ciążę.

Endometrioza utrudnia zajście w ciążę

Nie udało się uzyskać ciąży podczas rocznego leczenia i naszych usilnych starań. Zaczęłam się wczytywać i poznawać oblicze dotychczas nieznanej mi choroby: endometriozy. Wiem, że mój przypadek nie był tak drastyczny, jak innych kobiet. U mnie choroba nie zdominowała całego mojego życia: pracowałam, uprawiałam sporty, normalnie funkcjonowałam. No może z wyjątkiem 2 dni w miesiącu, kiedy bóle menstruacyjne dawały mi się we znaki tak bardzo, że nie mogłabym funkcjonować, bez leków przeciwbólowych. W zasadzie tylko brak możliwości zajścia w ciążę sprawił, że choroba zaczynała mieć dla mnie znacznie bardziej bolesne konsekwencje.

Operacja endometriozy odmieniła moje życie na lepsze

Chodziłam od lekarza do lekarza. Zaczytywałam się w forach internetowych. Na własną rękę robiłam liczne kosztowne badania. Obłęd trwał a ja popadałam w frustrację. Chciałam spróbować wszystkiego, by tylko się udało, ale moja intuicja podpowiadała mi, że muszę tę chorobę usunąć z mojego organizmu, zoperować. Wiedziałam, że nie mam zbyt dużo czasu. Zaczęłam dopytywać mojego lekarza ginekologa o laparoskopię, jednak odradził mi ją twierdząc, że nie wniesie nic pozytywnego do starań o ciążę, a może nawet zaszkodzić, bo zmniejszy rezerwę jajnikową. Poczułam się okropnie osamotniona. Nie czułam wsparcia już żadnego z lekarzy. Straciłam zaufanie.

POLECAMY: 10 przykazań dobrego specjalisty od endometriozy

Wtedy zaczęłam szukać informacji w Internecie. Bałam się operacji ze względu na ingerencję w jajniki oraz utratę rezerwy jajnikowej. Kobiety, które pisały na forum swoje historie przekonały mnie, że warto spróbować.

Operacja w Miracolo obudziła w Agnieszce nadzieję

Znalazłam Klinikę specjalizującą się w operacjach endometriozy. To było coś, czego szukałam. Wiele dowiedziałam się już z ich strony internetowej nie tylko o samej chorobie, ale również o wytycznych co do diety oraz suplementacji. Nie od razu zdecydowałam się na zabieg. Koszty były duże, a przede mną było jeszcze badanie HSGktóre zlecił mi mój ginekolog. I tak poszłam w styczniu na badanie HSG, które skończyło się diagnoza niedrożnych obustronnie jajowodów. Byłam załamana oraz zdesperowana jeszcze z sali szpitalnej zadzwoniłam do kliniki Miracolo, by potwierdzić termin, który wstępnie miałam na luty. Spytałam czy nie dałoby rady szybciej i okazało się, że jest miejsce. Za 5 dni byłam już na stole operacyjnym. Podczas operacji wykryto u mnie 66 ognisk choroby, określono to jako IV stopień choroby. Poddałam się w styczniu operacji z użyciem noża plazmowego. Miałam oczywiście wiele obaw, bo to zawsze ingerencja w tkankę jajnikową, ale wszystko skończyło się bardzo dobrze. Co więcej, moje jajowody okazały się obustronnie drożne. Okazało się, że badanie HSG przeprowadzone w szpitalu zostało błędnie wykonane. Moje wyniki od tego czasu są zdumiewająco dobre. Nawet AMH nie spadło – czego się obawiano – a nawet nieznacznie wzrosło. Ciąża nie pojawiła się, choć od operacji minęło kilka miesięcy, ale mam dobre wyniki, więc i lekarze dają dobre rokowania. Jestem również pod opieką kliniki leczenia niepłodności.

POLECAMY: Innowacyjne leczenie endometriozy – na czym polega?

Co pomogło pokonać endometriozę?

Dążenie do upragnionego celu, jakim jest macierzyństwo, ale przede wszystkim wsparcie partnera. Dzięki Irkowi wiele trudnych sytuacji, trudnych emocji było dla mnie bardziej zrozumiałych. Trudno to ocenić. Wiele kobiet, którym endometrioza zniszczyła życie, tego nie ma. Pozostają z tym wszystkim zupełnie same. A tak bardzo ważna jest również nasza psychika. Gdyż holistyczne podejście do choroby to nie tylko dieta operacja i suplementy. Jest jeszcze nasz mózg emocje, lęki i cały psychologiczny mechanizm. Nie wolno o tym zapominać. Ja myślę, że dzięki operacji, stylowi życia, który prowadzę, sposobowi odżywiania wyleczyłam endometriozę. Od operacji minęło już sporo czasu a ja nie czuję tej choroby. Nigdzie jej nie ma i mam nadzieję, że nie będzie, a my z Ireneuszem zostaniemy szczęśliwymi rodzicami. Chciałabym dopisać do tej historii tak szczęśliwe zakończenie. Czuję ogromną wdzięczność, że są wspaniali lekarze z Kliniki Miracolo, którzy mi pomogli pokonać endometriozę i wspaniali lekarze z Kliniki Artemida w Olsztynie, z pomocą, których mam nadzieję zostać mamą.

POLECAMY: Nowe trendy w chirurgii endometriozy

Dlatego Agnieszka wraz z partnerem Ireneuszem Gawkowskim, który jest psychoterapeutą organizują warsztaty wsparcia dla kobiet z endometriozą, by pokazać innym, jak ważne jest wsparcie takiej osoby. Ireneusz zaangażował się również w pomoc i prowadzi terapię online dla kobiet ktore nie mogą dojechać do jego gabinetu do Olsztyna.

Czytaj też: Przekułam endometriozę w  coś pozytywnego

Agnieszka Krajewska 35 lat z Olsztyna

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

Zobaczcie, dlaczego nie warto się poddawać. Historia Ani wyciska łzy i daje nadzieję

długa droga do macierzyństwa
fot. Pixabay

Ania, tak jak wiele kobiet, nie podejrzewała, że przyjdzie jej się zmierzyć z problemami z zajściem w ciążę. Najpierw miał być ślub, wesele, a potem dziecko. Nie wszystko poszło jednak zgodnie z planem. Dziś Ania zgodziła się opowiedzieć swoją historię, aby dać kobietom nadzieję i pokazać, że nawet beznadziejna z pozoru sytuacja może mieć szczęśliwe zakończenie. Oto długa droga do macierzyństwa, która warta jest każdego poświęcenia.  

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

„Nie pamiętam, kiedy odstawiłam antykoncepcję, ale w tamtym czasie planowaliśmy wesele. Uznaliśmy, że co ma być, to będzie. Wiadomo – przygotowania i związane z tym nerwy zajmowały nam głowę. Jednak miesiące mijały, a miesiączka pojawiała się, jak w zegarku.

Nareszcie nadszedł ten wielki dzień. 22 czerwca 2013 roku odbył się nasz ślub i wesele – cudowna zabawa, zmiana stanu cywilnego, nowe wspólne życie. Zaczęliśmy porządnie myśleć o rodzinie. Szczerze mówiąc bardziej ja o tym rozmyślałam, bo mój mąż, jak mówił, nie miał „spiny”. Ja bardzo pragnęłam jednak, aby nasza rodzina wkrótce się powiększyła.

Już jako nastolatka marzyłam o dzieciach, zawsze je kochałam i wszystkie w najbliższym otoczeniu bawiłam. Zaczęłam robić testy owulacyjne, obserwować cykl i brać witaminy. Jednak miesiączka nadal pojawiała się regularnie.

Udałam się do zwykłego ginekologa na NFZ, żeby zrobić monitoringi owulacji. I co? Piękne „endo”, obiecujące „owulki”, ale ciąży brak. Zaczęłyśmy z lekarką badać hormony, jednak i tu wszystko było w normie. Rzuciła hasło: badanie nasienia. Mąż od razu się zgodził, wiedział, jakie to ważne.

Zobacz także: 9 lat starań i DWA szczęśliwe zakończenia – WASZE HISTORIE

Niespodziewana diagnoza

Odebraliśmy wynik i szok – ani jednego plemnika, nic, totalna pustka. Nie dowierzaliśmy, pani doktor kazała powtórzyć badania, tak też zrobiliśmy. Kolejny wynik odebrałam sama, byłam akurat u siostry w szpitalu. Wynik taki sam – brak plemników!

Wtedy dopiero to do mnie dotarło. Zadzwoniłam zapłakana do męża, był wtedy u brata i ledwo co zrozumiał z rozmowy. Obydwoje wróciliśmy do domu i się popłakaliśmy. Mąż stanął na wysokości zadania i powiedział, że musimy poszukać rozwiązania.

Umówiłam nas do kliniki leczenia niepłodności do lekarza androloga. Na wizycie męża zbadano, zlecono badania hormonalne i genetyczne. Potem mąż miał się poddać biopsji jąder. Poziom hormonów nie był najlepszy, FSH okazało się bardzo wysokie, USG jąder w porządku, genetyka także idealna.

Doszło do biopsji.  Diagnoza zaraz po zabiegu: brak plemników. Nie traciliśmy jednak nadziei, że może gdzieś jakimś cudem plemniki znajdą się w dokładniejszym badaniu. Czułam, że to koniec, choć tliła się we mnie nadzieja, mąż wierzył bardziej.

Niestety, trzy tygodnie po zabiegu otrzymaliśmy telefon z informacją, że żadnych plemników nie znaleziono i nie ma żadnych komórek spermatogenezy. Potem kolejna wizyta i szczegółowe omówienie sytuacji i poszukiwanie możliwych opcji.

Zobacz także: 7 ciąż i 2 dzieci. Moja walka o zajście w ciążę przy APS – poznaj historię Agnieszki.

Inseminacja czy adopcja?

Jedynym rozwiązaniem dla nas był dawca nasienia albo adopcja. Dałam mężowi czas na przemyślenie sprawy, ale szybko wszystko sobie poukładał, jak się potem okazało, ze względu na mnie.

Nie spełnialiśmy wymogów stawianych dla kandydatów na rodziców adopcyjnych, ale też nie byliśmy na tyle dojrzali, aby się z tym zmierzyć. Zdecydowaliśmy się zatem na inseminację z użyciem nasienia dawcy. Pełni nadziei czekaliśmy na rezultat. Znowu nic, ciąży brak. Potem były leki, zastrzyki na stymulację i kolejne trzy inseminacje, niestety nieudane. Podjęliśmy decyzję, że nie będziemy więcej podchodzić do zabiegu. Szkoda było naszych nerwów i pieniędzy.

Jedynym wyjściem w tej sytuacji było in vitro z nasieniem dawcy. Nagle okazało się, że w naszej klinice będą się odbywały badania kliniczne. Pomyślałam: jest szansa! Do badań przyjmowali także pary korzystające z  nasienia dawcy. Warunkiem byłoby pokrycie kosztów nasienia. Nawet się nie zastanawiałam i od razu nas zgłosiłam.

Należało wysłać wyniki i nagle szok! Okazało się że jestem nosicielką wzw B, co automatycznie zdyskwalifikowało nas z udziału w badaniach. Byłam załamana. Natychmiast udałam się do lekarza chorób zakaźnych i kamień spadł mi z serca. Lekarz zapewnił, że nie ma przeciwwskazań do ciąży, bo to tylko nosicielstwo i istnieje znikoma szansa na zarażenie dziecka.

Zobacz także: Historia, która daje siłę wszystkim przyszłym mamom! Iwona: „Trzeba walczyć o swoje marzenia”

Pierwsze podejście do in vitro

Przystąpiliśmy do pierwszej procedury in vitro. Udało się uzyskać pięć zarodków rożnej klasy. Nagle po stymulacji wyszła u mnie nadczynność tarczycy, więc szybko wdrożono leki. Pierwszy transfer i beta – pozytywna, niziutka, jak na ten dzień po transferze, ale pozytywna.

Potem wizyta u lekarza. Doktor założył kartę ciąży. Kolejna wizyta była za dwa tygodnie, jednak zarodek był za mały, jeszcze nie miał serduszka. W następnym tygodniu znów brak akcji serca. Później lekarz stwierdził obrzęk płodu – poronienie zatrzymane w 9-10 tygodniu ciąży… Dostałam skierowanie do lekarza.

Ryczałam jak bóbr. Mąż zawiózł mnie na konsultację do innego lekarza, który potwierdził diagnozę. Tego samego dnia trafiłam do szpitala,  a nazajutrz zdecydowano o zabiegu. Kiedy szłam na tę zimną salę pełną lekarzy, wiedziałam, że to ostatnie chwile z moim maleństwem.

Ze szpitala wyszłam tego samego dnia wieczorem. Był to 16 stycznia 2015 roku. Wyobrażacie sobie?! Cudowne i szczęśliwe święta, a zaraz potem taka strata. Już widziałam moje maleństwo i święta we troje za rok. Niestety, nie zdecydowałam się na badania, nikt w szpitalu nie powiedział, że mogę takowe wykonać i pochować nasze dziecko.

Musiałam odczekać trzy miesiące, by dojść do siebie na tyle, by podjąć kolejna próbę. Niestety, znowu nieudaną. Trzeci transfer i znowu beta poniżej 2. Nie wiedzieliśmy, co robić. Nie było przeciwwskazań, poza tym „przecież byliśmy młodzi”.

Ja miałam wówczas niespełna 23 lata, a mąż był dwa lata starszy. Podeszliśmy do ostatniego, czwartego transferu. Miały mi zostać podane dwa zarodki, ponieważ ze względu na ich słabą klasę, zostały zamrożone razem.

Jeden z maluszków nie przeżył rozmrażania i podano ten jeden, który dał radę. To była nasza ostatnia szansa i nadzieja. Nadszedł czas testu – beta znowu ujemna. Załamaliśmy się totalnie.

Zobacz także: Bała się, że niepłodność zniszczy jej związek. Dziś są silniejsi niż kiedykolwiek

Problemy w związku

Między nami zaczęło się psuć, bardzo się od siebie oddalaliśmy, bo nie mogliśmy sobie poradzić z porażkami i bezradnością. Zaczęłam mówić o drugiej procedurze, a mąż nagle o rozwodzie. Myślałam, że nie ma już dla nas ratunku.

Byłam tak zdesperowana, że błagałam, by ze mną został tylko na czas tej drugiej procedury, by w ten sposób dał mi dziecko. Twierdził że nie może tego zrobić, to nie byłoby fair. Usiedliśmy, porozmawialiśmy. Daliśmy sobie czas tylko dla siebie, bez starań i rozmów o dziecku.

W międzyczasie, na spokojnie robiłam badania. Odetchnęliśmy. Tak zleciały trzy miesiące. Wtedy też koleżanka poleciła klinikę w innym mieście oddalonym o 400 km od nas. Była to tańsza opcja. Tyle pieniędzy wydaliśmy już do tej pory na leczenie w Warszawie, że staraliśmy się zaoszczędzić, ile i gdzie się dało.

Okazało się jednak, że raz w miesiącu profesor z polecanej kliniki przyjmuje właśnie w Warszawie. Udaliśmy się zatem na konsultację. Profesor okazał się rzeczowy i konkretny. Obejrzał mnie w środku, rozpisał stymulację oraz wypisał recepty. Zaprosił do siebie.

Takim sposobem w kwietniu wylądowałam w Białymstoku. Byłam tam sama z moim psim towarzyszem, bo mąż musiał wracać do domu. Ciężko było się rozstać, ale mobilizował nas cel i nasze MARZENIE.

Codziennie przyjmowałam zastrzyki, a co drugi dzień przychodziłam na konsultacje. Tak zleciały mi dwa tygodnie. Nadszedł czas na punkcję.

Udało się uzyskać sześć zarodków rożnych klas. W weekend majowy odbył się pierwszy transfer. Pojawiła się ogromna nadzieja. Po pewnym czasie okazało się jednak, że to ciąża biochemiczna. Załamałam się, bo pokładałam ogromne nadzieje w tym zarodku.

Zobacz także: Prawdziwa historia. 10 lat starań, cztery poronienia i diagnoza, która wbija w ziemię

Ostatnia próba. „Nadzieja umiera ostatnia”

Potem był rugi transfer i znowu nadzieja – beta pozytywna, ale bardzo niziutka. Już wiedziałam, że to kolejna ciąża biochemiczna, ale wynik z krwi powtórzyłam dla pewności. Nie myliłam się.

Nie wiedziałam, co robić. Mąż chciał przerwy. Chciał, żebym odpoczęła, żebyśmy się zresetowali.

Zaczęłam myśleć, co jest nie tak…  Poszłam na krzywą glukozowo-insulinową. Wyszła niewielka insulinooporność i duża hiperinsulinemia. Szybko udałam się na prywatną wizytę do diabetologa. Dostałam leki i zaczęłam stosować dietę.

Błagałam męża o ostatni transfer, jednak wciąż był na nie. Używałam argumentu, żeby wykorzystać połowę zarodków teraz, a resztę po nowym roku. Mówiłam, że jak znowu nie wyjdzie, to odpoczniemy. Przystał na moją propozycję i  4 września 2017 pojechaliśmy na trzeci, a w sumie już siódmy transfer.

Nie łudziłam się, chociaż wiadomo – nadzieja umiera ostatnia. Nie czułam aż takiego bólu zagnieżdżania, jak przy poprzednich ciążach. Nadszedł czas badania krwi. Siedziałam w domu sama i odświeżałam stronę laboratorium.

Pojawił się wynik, ale na odczytanie czekałam na męża. Gdy wrócił z pracy wręczyłam mu telefon, aby sprawdził wynik. On tylko się zaśmiał i powiedział „udało się”! Prosiłam, żeby przestał żartować, jednak mąż odczytał pozytywny wynik. Płakaliśmy ze szczęścia, ale wiedzieliśmy, że jeszcze wszystko może się wydarzyć. Życie nas w tej kwestii nie oszczędzało, więc czemu akurat teraz miałoby być inaczej?

Zobacz także: Trzy lata oczekiwań na cud. Najpierw lekarz podejrzewał, że to zapalenie żołądka!

Długa droga do macierzyństwa i szczęśliwe zakończenie

Byliśmy umówieni na wizytę do lekarza, bardzo szczęśliwi i radośni, nie mogliśmy się jej wręcz doczekać. Nie miałam żadnych dolegliwości, więc stresowałam się, że znowu może coś pójść nie tak.

Do lekarza trafiłam jednak z krwawieniem, na trzy dni przed zaplanowaną wizytą. Myślałam, że to koniec, ale na USG widoczne było echo zarodka i Maluch znajdował się na swoim miejscu. Lekarz kazał się oszczędzać i przyjść na następną wizytę.

Na kolejne USG szliśmy pełni obaw. Serduszko naszego dziecka biło! Lekarz założył kartę ciąży. Jak się okazało, krwawienie było spowodowane krwiakiem położonym przy ujściu szyjki. Ciąża przebiegała bezproblemowo, aczkolwiek każda kolejna wizyta była dla nas źródłem ogromnego stresu, ale i ogromnego szczęścia.

Delikatne nudności męczyły mnie raptem tydzień w pierwszym trymestrze. Potem troszkę kręgosłup ale nic poza tym. 26 maja pękł mi worek owodniowy, a przed 19 zaczęły odchodzić wody. Urodziłam 27 maja o godzinie 00:10 siłami natury cudownego wymarzonego Synka ważącego 3500 g i mierzącego 54 cm. Jaś dostał 10/10 punktów i od razu rozkochał w sobie rodziców do granic możliwości!!

Warto walczyć, warto się nie poddawać. Zawsze sobie powtarzałam, że dopóki walczę, jestem zwycięzcą. Każda porażka najpierw mnie osłabiała, ale potem dawała porządnego kopa w tyłek do dalszej drogi. Każda kłoda motywowała mnie jeszcze bardziej i mam tę swoją wyproszoną „szczęśliwą siódemeczkę”, jak ja to mówię. Jestem mamą cudownego, wyczekanego, wymarzonego Synka!”

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.