fbpx
Przejdź do treści

Kasia: „Kobiecie starającej się o ciążę nie da się wytłumaczyć, że może fajnie żyć bez dzieci. Bo jak żyć bez oddychania?!”

żyć bez dzieci

Z panią Kasią rozmawiałam na początku roku. Poruszyłyśmy temat świątecznych wyzwań, jakie stają przed kobietami starającymi się o dziecko. Mówiłyśmy o tym, że porada: „Wyluzuj” jest jedną z najgorszych, jakie mogą paść. Rozmawiałyśmy o planach na przyszłość. Cóż, niepłodność wpływa na niemalże każdą sferę życia – oto rozmowa z wyjątkową kobietą, która otwarcie mówi o tym, z czym wiąże się ta trudna i wyboista droga.

Pani Kasia kończy w tym roku 42 lata. Ma dwoje starszych dzieci, co nie zmienia faktu, że chciała mieć kolejne. Okazało się jednak, że pojawiły się problemy z płodnością, głównie dotyczące jej partnera. W 2021 roku w planie była więc inseminacja – niestety, nieudana, co okazało się już po naszej rozmowie. Rozmowie, która mam wrażenie, że jest dobrym świadectwem tego, jak wieloaspektowy jest problem niepłodności. Dotyka związku, finansów, zdrowia fizycznego, emocji. Często zajmuje też większość przestrzeni w umyśle, bo jak mówi pani Kasia – reakcja na poradę w stylu „Trzeba uwolnić głowę” jest tylko jedna:

To tak nie działa! Wyobraź sobie, że chce ci się cały czas siku i ktoś mówi, żebyś przestała o tym myśleć, wtedy ci się odechce… Wyobraź sobie, że musisz oddychać, a ktoś ci poradzić, żebyś wyluzowała i wtedy przeżyjesz bez tlenu. No jak?! Jak w takim przypadku uwolnić głowę?! Tak się po prostu nie da.

Katarzyna Miłkowska: Mam wrażenie, że w czasie zmagań z niepłodnością warto poszukać w sobie perspektywy pokazującej, że bez dziecka też może być okej, a życie składa się z wielu obszarów, nie tylko rodzicielstwa. Chociaż, oczywiście, wyobrażam sobie, jak bardzo jest to trudne…

Kasia: Cóż, nam nie da się tego tak po prostu wytłumaczyć. Akurat w moim przypadku jest tak, że od najmłodszych lat bardzo chciałam mieć dużą rodzinę. Miałam bardzo rozwinięty instynkt macierzyński, a moja mama wręcz obawiała się tego, co jestem w stanie zrobić, by zajść w ciążę (śmiech). Nie było dla mnie ważne, czy mam pieniądze, dom, pracę – po prostu chciałam mieć dzieci. Niestety, pierwsza moja ciąża obumarła, co było dla mnie strasznym przeżyciem. Leżąc w szpitalu, wszystkich dookoła wyzywałam – pielęgniarki, lekarzy. Dopiero rozmowa z psychologiem nieco mnie uspokoiła. Jednak później, gdy znów trzeba było zacząć się starać… no nie da się wtedy o tym nie myśleć i wytłumaczyć kobiecie w takiej sytuacji, że może sobie fajnie żyć bez dzieci. Nie da się.

W głowie mamy tylko jedno. Chcemy mieć wózek, jeździć z dzieckiem po parku, mieć łóżeczko obok swojego i całe wieczory zajęte kąpaniem i karmieniem. Marzymy nawet o nieprzespanych nocach. Nic innego wtedy w nas nie ma.

I często – tak mi się wydaje – właśnie na tym etapie nie dają sobie z nami rady nasi partnerzy. Co miesiąc, jak przychodzi okres, jesteśmy obrażone, złe, opryskliwe, płaczemy, histeryzujemy… Patrzę na to z perspektywy 42-letniej kobiety i mam wrażenie, że jako facet miałabym dosyć takiej baby. To zrozumiałe, że może być im ciężko i nieraz właśnie z tego powodu odchodzą, a nie dlatego, że nie udaje się zajść w ciążę. Wydaje mi się, że faceci nie mają takiego silnego instynktu ojcowskiego. Wiem, nie zawsze tak jest i generalizują, ale mam jednak wrażenie, że w większości przypadków zależy im przede wszystkim na kobiecie. Oni kochają nas. Jeśli jednak w czasie starań stajemy się takie, a nie inne, to nie można się im dziwić, że mają dosyć.

Może jest to wskazówka, jak ważne jest w tym czasie zadbanie o kontekst psychiczny całych tych zmagań?

Jest to szalenie ważne. Myślę, że jak najbardziej powinno się mieć kontakt z psychologiem i tym samym rozmawiać z kimś, kto się na tym zna i inaczej wytłumaczy to, co się z nami dzieje. Inaczej niż chociażby koleżanka, której głupie komentarze w stylu: „Przyjdzie twój czas. Odpuść, a będziesz miała. Mam swoje, dam ci popilnować” nic nie dają. Sprawiają wręcz, że jest gorzej. 

Wyobrażam sobie, że często te komentarze mają za zadanie pocieszyć, ale – no cóż – nawet mając dobre intencje można zrobić komuś ogromną przykrość. 

To prawda. Często takie słowa mówią ludzie, którzy życzą nam jak najlepiej. Ale jeśli słyszy się to po raz drugi, ósmy, dziesiąty, a dookoła biegają małe dzieci, nie da się tego unieść… Ostatnio na facebook’owej grupie jedna z dziewczyn opisała podobną sytuację. Napisała też, że po prostu zamknęła się w łazience i pół wieczoru przepłakała. Ja też bym tak zrobiła.

Trzeba o tym mówić, bo mam wrażenie, że wiele kobiet ma poczucie, że zostają z tym same. Fora internetowe mogą spełnić swego rodzaju funkcję normalizującą. Mogą pokazać: „Hej, wszystko z tobą w porządku, ja też tak mam”.

Tak, to bardzo ważne. Dobre w forach jest też to, że można skonsultować z dziewczynami swój przypadek. Kiedy otrzymuje się jakieś wyniki, od razu szuka się pomocy u „wujka google”. Kiedy jednak napisze się na forum, zaraz da znać kobieta, która miał podobne wyniki, czy w ogóle robiła dane badanie. Jeśli na swoją kolejną wizytę i konsultację wyników ze specjalistą trzeba czekać tydzień czy dwa, taki kontakt jest bardzo podtrzymujący.

Rozumiem, że przede wszystkim pomaga to poradzić sobie z ogromnym napięciem?

Tak, bo jeśli mam wyniki w ręku i wiem, że na drugi dzień idę na wizytę do ginekologa, nie ma problemu. Jeśli jednak mam trwać w niepewności przez kolejne kilka-kilkanaście dni, można się naprawdę zakręcić. Siedzi się wtedy w necie i sprawdza absolutnie wszystko – co to może znaczyć, a co to jest, a tamto itd. Wiadomo, nie jesteśmy lekarzami i nie mamy odpowiedniej wiedzy. Czasami przecież zrobienie jednego badania bez innego nie ma sensu, a wyniki trzeba interpretować wspólnie z jakimiś dodatkowymi testami. Dziewczyny na forach potrafią jednak mimo wszystko dać czasami dobre wskazówki i co najważniejsze – chociaż odrobinę uspokoić.

No tak, tym bardziej, że niektóre same starają się przez kilkanaście lat.

Pod jednym z moich postów napisała pani, która starała się przez 12 lat! To jest przecież ogromny kawałek życia – 5 czy 6 lat starań to już jest bardzo długo, ale 12?!

Wydaje mi się, że wtedy już zupełnie inaczej się na to wszystko patrzy. Zresztą podobnie jest w przypadku leczenia. Wszystko jest płatne. Przed inseminacją miałam różne badania, a sam zabieg to 1500 zł. Jeśli więc ktoś mi pisze, żebym tego nie wydawała i nazbierała na in vitro, to ja się tylko pytam, z czego ja mam uzbierać? Skąd mam wziąć kilkanaście tysięcy złotych? Z czego odłożyć? Mam normalna rodzinę, która żyje codziennym życiem. Zdarza się, że na koniec miesiąca nieraz nie ma na chleb – ot, takie standardowe życie, w którym odłożenie nawet tej kwoty 1500 zł było wyzwaniem. Wszystko jest więc w tym temacie bardzo względne i trzeba o tym głośno mówić.

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, redaktorka prowadząca e-magazyn oraz portal Chcemy Być Rodzicami, absolwentka UW. Obecnie studentka V roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz była słuchaczka studiów podyplomowych Gender Studies na UW. Współautorka książki "Kobiety bez diety".