Przejdź do treści

Jeden dzień, lata walki, silna kobieta i potrzeba wsparcia – „W dniu porodu dowiedziałam się, że mam białaczkę”

kobiety dla kobiety ola białaczka
Fot. strona projektu "Kobiety dla Kobiety"

Dla większości z nas czas narodzin dziecka kojarzy się w okresem szczęścia. Po porodzie chcemy wziąć malucha na ręce i najlepiej aż do wyjścia ze szpitala nie puszczać. Zdarza się jednak, że los stawia nas przed wyzwaniami, których się kompletnie nie spodziewamy. „Nazywam się Ola. Mam 37 lat. Cztery lata temu, w dniu porodu, dowiedziałam się, że mam ostrą białaczkę limfoblastyczną.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zderzenie z życiem

Ola jest Bohaterką, której historię poznaliśmy dzięki projektowi „Kobiety dla Kobiety” stworzonemu przez Fundację 3-4- Start. Nadrzędnym celem inicjatywy jest właśnie pomoc mamie małego Tymka, bo walka z chorobą nigdy nie powinna toczyć się w pojedynkę. Tym bardziej jeśli niesie za sobą tak ogromne koszta!

Pierwsze pół roku życia syna Ola spędziła w szpitalu, później leczenie ambulatoryjne i niecałe trzy lata temu autologiczny przeszczep szpiku. Niestety wyniki znów zaczęły się pogarszać. W październiku padła diagnoza – ostra białaczka szpikowa. „Zaczęłam leczenie ambulatoryjnie. Nadal nie mam dawcy w banku, ale pojawiła się możliwość przeszczepu haploidentycznego (…) Jest to innowacyjna metoda, ale dla mnie jedyna. 19-ego stycznia miałam przeszczep szpiku od jednego z moich braci” – pisze młoda mama.

Jak wygląda jej walka z chorobą, czego się nauczyła, co straciła? Skąd czerpie siły na „normalne” życie? I gdzie w tym wszystkim jest miejsce na macierzyństwo? To niezwykle ważna rozmowa, która mamy nadzieję da siłę nie tylko Oli, ale i innym, zmagającym się z trudami choroby, kobietom. Całej reszcie pokaże zaś, jak ważne jest bycie „tu i teraz”.

„Świat zawirował”

 

Narodziny dziecka to dla wielu osób szczególnie radosny okres. W pani przypadku ten piękny dzień zawierał w sobie zapewne wiele szczęścia, ale i ogromny cios. Jakie emocje towarzyszyły temu czasowi, bo możemy sobie tylko wyobrazić jak silne i jak różne one były?

Ola: Ten dzień, a właściwie wieczór i noc, były dla mnie jak wehikuł przenoszący z rzeczywistości mi znanej i przewidywalnej do zupełnie innej, pełnej niewiadomych i zakrętów. Trafiłam do szpitala wieczorem ze wskazaniem do porodu, ponieważ źle się czułam i lekarka zauważyła, że coś złego się dzieje. Gdy okazało się, że zagrożone jest życie i dziecka i moje przewieźli mnie karetką do bardziej specjalistycznego szpitala. I tutaj świat zawirował. Otoczył mnie wianuszek lekarzy, badali, patrzyli i co chwilę wychodzili rozmawiać na korytarzu co zrobić. Miałam wykonywane różne procedury medyczne, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Okazało się, że moje duszności wynikały z tego, że mam płyn w osierdziu – moje serce ledwo biło.

Wszystko to przyjmowałam spokojnie, bo chyba nie zdawałam sobie sprawy, jak poważna jest sytuacja. W końcu padły też słowa o podejrzeniu białaczki. Ta informacja mnie przeraziła – białaczkę kojarzyłam z szybkim umieraniem. Zadzwoniłam wtedy po tatę Tymka żeby wrócił do szpitala, bo chwilę wcześniej pojechał do domu, pamiętam, że była druga w nocy. Nie wiem jak przetrwaliśmy tę noc, nie pamiętam. Był strach, ale też jakaś siła, która w tej sytuacji się pojawiła, tak jakby Ktoś czuwał nade mną. Oczywiście w takiej sytuacji miałam cesarkę i to w pełnym znieczuleniu.

Przed zabiegiem pani doktor powiedziała mi, że mogę się nie obudzić. Wtedy wiedziałam, że idę być może na śmierć, ale na szczęście badania synka były dobre, on był bezpieczny.

I rzeczywiście po cesarce byłam w śpiączce przez kilka dni. Synka zobaczyłam pierwszy raz jak mnie wybudzili i to tylko na chwilę. Ale wiem, że gdy mnie wybudzili pierwszą rzeczą z jaką zwróciłam się do pielęgniarki było pytanie, czy z dzieckiem wszystko w porządku. Wracając do pytania, dla mnie ta sytuacja była rozciągnięta w czasie, cały czas było pomieszanie. Strach o dziecko i o siebie, potem radość, że jest zdrowy, a jednocześnie nie mogłam go mieć tak blisko, jakbym chciała. Powodowało to wielką tęsknotę i smutek i strach, że z powodu mojej choroby możemy się więcej nie zobaczyć. Wspaniały personel w szpitalu, gdy trochę lepiej się czułam, pozwolił, żeby przez dwa dni Tymek był przy moim łóżku. Mogłam go wziąć na ręce. To było cudowne. Potem musieliśmy się znowu rozstać, gdy przenieśli mnie na Hematologię na leczenie chemioterapią.

Czy to właśnie syn jest i był największą motywacją do walki z chorobą? Czy macierzyństwo daje też pani inną perspektywę patrzenia na to, co dzieje się z pani zdrowiem?

Tęsknota była ogromna, wręcz fizyczna – jakby ktoś zabrał kawałek mnie. Tak pragnęłam powrotu do, domu do mojego dziecka, że na pewno była to największa motywacja do zdrowienia. Ja nawet nie musiałam się o to starać, po prostu wokół tego kręcił się mój świat, moje uczucia i myśli. Rodzina na bieżąco starała się mnie informować, co słychać u Tymeczka. Dzięki skypowi mogłam podglądać czasem co robi, miałam pokój obwieszony zdjęciami. A gdy raz na miesiąc miałam kilkudniową przerwę i szłam do domu, to na miarę moich sił robiłam wszystko przy Tymku. Tylko z kąpielą nie dawałam rady. To było cudowne być razem.

Co jeszcze daje pani siłę?

Nadal jest tak, że Tymek i relacja z nim jest chyba najważniejszą motywacją. Wiem, że jestem mu potrzebna. Przez czas chorowania pogłębiła się moja wiara w Boga i tutaj też szukałam nadziei i takiego wewnętrznego spokoju. Rodzina i przyjaciele.

Długi okres leczenia w wypadku białaczki, czas spędzony w szpitalach, kontrole lekarskie, monitoring. Zastanawiam się na ile choroba może „zawładnąć” naszym życiem. Czy nie miała pani poczucia, że staje się ona całym światem? A może wręcz przeciwnie, może zbliżyła panią to tego co ważne tu i teraz?

No tak, w leczeniu białaczki jest dużo ograniczeń, których nie ma w innych chorobach onkologicznych – w szpitalu jest się długo, kilka razy po kilka tygodni. Większość czasu w izolatce, czasem bez możliwości odwiedzin. Ta izolacja od zwykłego życia, od bliskich, a zwłaszcza Tymka (bo dzieci nie mogą wchodzić na oddział) była dla mnie tak dotkliwa, że gdy wychodziłam, to czułam jakbym już wygrała los na loterii.

To rzeczywiście zbliża do „tu i teraz”, czas nabiera intensywności, małe rzeczy nabierają wartości.

Czasem wkurzam się na różne ograniczenia, ale z drugiej strony wiem, że to ma na celu moje zdrowie. Takie jest od kliku lat moje życie. Nie planuję za bardzo do przodu, bo nie wiem czy na przykład będę mogła pojechać na wakacje, a jeśli tak, to nie może być dużego słońca. Trzeba być elastycznym.

Jak obecnie się pani czuje i jaki jest najbliższy plan działania?

Teraz po przeszczepie jestem w intensywnej opiece poprzeszczepowej. Tak naprawdę proces leczenia trwa, jeszcze różne przygody mogą się zdarzyć. Dwa razy w tygodniu jeżdżę na kontrolę, potem będzie to raz w tygodniu. W domu codziennie zażywam bardzo dużo leków, mam bardzo restrykcyjną dietę, reżim higieniczny np. osobne naczynia, wszystko wyparzane i ograniczenia w kontaktach z ludźmi, bo trzeba maksymalnie uważać na infekcje. Przeważnie pierwszy rok to okres najtrudniejszy i kluczowy dla przyjęcia się przeszczepu i tego, żeby nie wróciła choroba.

Czy jest w tym momencie coś, co może panią wesprzeć? Nie pytam tylko o najbliższych, ale też o innych ludzi – jakie słowa chciałaby pani usłyszeć, jakie gesty, czy też czyny mogą ludzie wykonać, by pomóc pani w walce z chorobą?

Wierzę, że zawsze pomaga dobre słowo, czy myśli i modlitwa. Z takich rzeczy prowizorycznych to niestety choroba to zawsze koszty. Nie pracuję, mam niską rentę, dlatego ważne jest dla mnie żeby móc jakoś rozliczać leki, czy inne środki wspomagające leczenie np. suplementy, bo są to duże wydatki.

Czy jest coś pozytywnego, co wiąże się z tak trudnymi zmaganiami? Czy paradoksalnie choroba może nam coś „dać”?

Choroba sprawiła, że wiele straciłam – zdrowie, pracę, zmienił się mój wygląd, bardzo ograniczyły się moje kontakty towarzyskie, nigdy nie byłam bogata, a jeszcze spadł mój status materialny. Wiele rzeczy stało się dla mnie niedostępnych i mnie ominęło. Gdyby się w to zagłębić można by jeszcze wymieniać. Jednocześnie to było jak pewnego rodzaju trening – zobaczyłam, że bez tych rzeczy można żyć. Praca była dla mnie bardzo ważna, teraz ważniejsze jest macierzyństwo. Chociaż mam nadzieję, że jak tylko będę mogła uda mi się wrócić do pracy, ale na pewno z mniejszą rywalizacja i z większym dystansem. Współcześnie żyjemy w świecie, który uczy, że trzeba mieć wszystkiego dużo i jak najlepsze, to jest miarą sukcesu. Ja myślę inaczej, wartość widzę w relacjach i w małych sprawach. Na pewno choroba dała mi więcej odwagi i świadomość czasu. To jest proces, ale mam nadzieję, że uda mi się kierować właśnie w tę stronę.

kobiety dla kobiety

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Życie po poronieniu – te szczere słowa mogą pomóc tysiącom kobiet

Każda kobieta może przeżywać poronienie na swój sposób. Nie ma jednego schematu, według którego „powinno się” przeżywać tę stratę. Nie ma też wyznaczonego czasu, po którym wszystko minie i życie wróci do normy. Nie jest też niczym zły, gdy wrócisz do owej formy bardzo szybko. Masz prawo doświadczać poronienia w taki sposób, który jest tobie bliski, tobie potrzebny i tobie pomocny.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Sarah jest matką trójki dzieci. Uśmiecha się, chodzi po codzienne zakupy, odwozi maluchy do szkoły. Nie zmienia to jednak faktu, że w sercu wciąż czuje ogromny żal. Jej dzieci nie poznają bowiem nigdy swojego rodzeństwa. Maluszka, który miał się urodzić. Sarah poroniła w 9. tygodniu ciąży. Oto fragmenty jej poruszającego felietonu, który opublikowała na portalu „Mamamia”.

Na mojej siłowni jest kobieta, która zaszła w ciążę w tym samym czasie co ja. Widzę ją teraz codziennie rano z pięknym, kwitnącym brzuchem, ale wcale mnie to nie smuci. Nie czuję wtedy goryczy, czy nawet zazdrości. Zaskoczyło mnie to, ponieważ kiedy tylko straciłam dziecko, myślałam, że będę nienawidzić widoku ciążowych brzuchów – fizycznego przypomnienia o tym, czego ja już dłużej nie mam. (…)

Z drugiej strony, lista rzeczy, których nienawidzę, wciąż rośnie…

Nienawidzę, że żałoba wciąż uderza we mnie niewiadomo skąd.

Nienawidzę, że wciąż liczę, w którym tygodniu ciąży „powinnam być”.

Nienawidzę, że prawdopodobnie to się nigdy nie skończy. Że zawsze będę liczyć owe „powinnam”.

(…)

Nienawidzę tego, że kiedy straciliśmy dziecko, wyliczałam wszystkie rzeczy, które robiłam źle zanim jeszcze dowiedziałam się, że jestem w ciąży – jadłam sushi z tuńczykiem, piłam wino musujące, robiłam ćwiczenia kardio – i doprowadzałam się do szaleństwa zastanawianiem się, czy to ja to spowodowałam?

Nienawidzę tego, że dzieje się to kobietom w każdej godzinie, każdego dnia i kończy jedną czwartą ciąż.

Sarah opowiedziała też, jak trudno jest jej radzić sobie z żałobą z powodu tego, że ma troje zdrowych dzieci – jak zatem może aż tak cierpieć?! – wyrzucała sama sobie. Trudno jest jej pogodzić w jednym czasie wdzięczność za to, co posiada i ból tego, co straciła. Nienawidzi łez, które wylała i których nie mogła kontrolować. Trudne jest dla niej też poradzenie sobie ze wspomnieniami ze szpitala, z zabiegu, jaki musiała przejść. Wciąż i wciąż to cierpienie do niej wraca. Czasami z zaskoczenia i to w najmniej spodziewanych sytuacjach, a wtedy na przykład łzy zaczynają nagle kapać na krojone przez nią warzywa…

Bliskością w ból

Zderzenie z tak trudnymi przeżyciami może być dewastujące. Tym ważniejsi wydają się być wtedy bliscy ludzie. To, co się wtedy od nich dostaje, może być tą drugą stroną doświadczenia poronienia. Żeby jednak móc dostać wsparcie, trzeba chcieć i umieć dopuścić innych do swojej historii, emocji, bezradności.

Gdy straciłam dziecko, musieliśmy przejść przez bolesne doświadczenie podzielenia się przykrą wiadomością ze wszystkimi, którym powiedzieliśmy. Jakże wstydziłam się tego, że byłam tak arogancka – założyłam, że z dzieckiem będzie wszystko w porządku i dlatego też powiedziałam mamie, rodzeństwie, rodzinie, przyjaciołom.

Powiedzenie ludziom, że skończyło się to inaczej, niż przyszli rodzice zakładali, było wyczerpujące i wymagające ogromnej odwagi. Okazało się jednak, że w zamian za podzielenie się swoim stanem otrzymali oni ogrom miłości. Przyjaciele zaczęli mówić także o swoich stratach, dowozili rodzinie gotowe posiłki, chcieli opiekować się dziećmi, żeby Sarah mogła zająć się tym, co teraz było najważniejsze. To właśnie miłość i wsparcie pomogły kobiecie przetrwać te tragiczne dla niej dni.

Twoja własna ścieżka

Do mam, które teraz przez to przechodzą – jest mi przykro. Moją jedyną radą jest: poczuj wszystkie uczucia. Rozmawiaj o tym z ludźmi, jeśli chcesz. Wycofaj się, jeśli to sprawi, że poczujesz się lepiej. W różnych momentach robiłam obie te rzeczy. Nie nakładaj też ram czasowych wokół żałoby, lub też nie poddawaj się oczekiwaniom mówiącym o tym, kiedy to „powinnaś” poczuć się lepiej. Wybacz także bliskim, którzy mają dobre intencje, ale nie wiedzą jak mogą cię pocieszyć i mówią rzeczy, które sprawiają, że czujesz się jeszcze gorzej.

Felieton przeczytał także mąż Sarah. Był zaskoczony tym, że ma ona w sobie wciąż tak wiele żałoby i cierpienia. Być może czujesz podobnie – wiedz zatem, że to jest jak najbardziej w porządku. Daj sobie czas i przestrzeń na poradzenie sobie z trudnymi emocjami, żalem, żałobą. Nieraz bowiem strata ciąży to także strata wielu marzeń i wizji, na podstawie których każdy z nas buduje przyszłość. Nic zatem dziwnego, że przepracowanie w sobie takiego doświadczenia może potrwać. Może też boleć i przewartościowywać dotychczasowe przeżycia. Jednak, jak mówiła w rozmowie z nami psychoterapeutka Katarzyna Mirecka: „Nie ma jednego, słusznego i zdrowego przeżywania straty”.

Warto wtedy wsłuchać się w siebie. Zastanowić się nad swoimi potrzebami. Przeżyć te wszystkie mniejsze i większe „nienawiści”, o których pisała Sarah. Schować się przed światem, jeśli tego w danej chwili chcesz. A jeśli potrzebujesz, poprosić o wsparcie. Bo nikt nie musi być z tym sam.

Zobacz też: Jak kobiety doświadczają poronienia – trudne historie zapisane w zdjęciach!

Źródło felietonu Sarah:Mamamia

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Jej córeczka nie miała szans. Donosiła ciążę… by organy dziecka mogły uratować życie innych

Foto: Facebook Rylei Arcadia: An Unexpected Journey

Krysta i Derek spodziewali się córeczki. Do 18-ego tygodnia ciąży wszystko było w porządku. Niedługo potem pojawiła się jednak diagnoza – bezmózgowie. Śmiertelna choroba, która wiadomo było, że zabierze im dziecko, zanim jeszcze pojawiło się na świecie. Rodzice postanowili jednak donosić ciążę i zaplanowali Rylei piękne, wartościowe życie. Miała „dać innym dzieciom drugą szansę”.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Bezmózgowie – łac. anencephalia – to rzadka choroba, w skutek której dzieci przychodzą na świat bez, lub ze szczątkowo rozwiniętym mózgowiem. Nieraz rodzą się już martwe, czasami przeżywają kilka godzin, rzadziej kilka dni. Rylei lekarze zwiastowali nie więcej niż pół godziny. „To było niezwykle wstrząsające. Wiedza, że poprzednio poroniliśmy i z tą ciążą też mamy komplikacje, łamała serce. Trudno było to przyjąć” – słowa Krysty cytuje „people.com”.

Jakie pojawiły się rozwiązania? Lekarze widzieli dwa: zakończenie ciąży, albo donoszenie jej do końca i przekazanie organów dziecka do przeszczepu. „Uznaliśmy, że nawet jeśli nie uda nam się zabrać naszej córki do domu, to żadna matka nie będzie musiała przechodzi przez to, co my” – mówi mama Rylei. Tak, postanowiła ją urodzić. Dziewczynka przyszła na świat w Wigilię, gdy Krysta była w ciąży 40 tygodni i 2 dni.

Zobacz też: Żyła tylko 96 minut, ale miała zdążyć pomóc innym dzieciom. Finał tej historii łamie serce

Siła uczuć

Rodzice momentalnie otoczyli swoje dziecko ogromną miłością: „To było najbardziej wypełniające mnie uczucie miłości, jakie kiedykolwiek czułam w życiu” – opowiada mama. Być może to właśnie siła tych emocji pozwoliła dziewczynce być na świecie cały tydzień, co w przypadku jej choroby niemalże się nie zdarza. Malutka umarła w Sylwestra. I o ile przez 7 dni swojego życia w ogóle nie płakała, to w ostatnich momentach, chcąc złapać więcej tlenu, rzeczywiście załkała: “To tak jakby walczyła, by dać nam więcej czasu. To było niesamowite” – opisuje Krysta

Zastawki serca Rylei uratowały życie dwójce innych dzieci, a jej płucami zajęli się badacze. Mama dziewczynki podkreśla, że świadomość tego, iż dzięki jej córeczce żyje dwójka innych dzieci, pomaga jej w tym tragicznym czasie. Pomaga też kontakt i poznawanie historii innych ludzi, którzy byli w podobnej sytuacji.

 

Sprawa życia i śmierci

Niezwykle trudno jest w ogóle wyobrazić sobie, z jakim ciężarem muszą mierzyć się rodzice dowiadujący się, że ich dziecko nie ma przed sobą życia. Decyzje podejmowane w tym czasie są wręcz ponadludzkie, a podobne musieli podjąć rodzice małej Avy-Joy. „U dziecka zdiagnozowano agenezję nerek, która charakteryzuje się brakiem obu nerek. Dodatkowo – z powodu niedostatecznej ilości płynu owodniowego – deformacji uległy płuca kształtującego się płodu. Takie wady prowadzą zwykle do obumarcia płodu w łonie matki lub śmierci dziecka tuż po porodzie” – opisywaliśmy jej historię w naszym portalu.

Malutka żyła 96 minut i chociaż taki był plan, to niestety nie udało się jej pomóc innym dzieciom. Okazało się, że ważyła o 55 gram za mało, by jej narządy mogły być przeznaczone do transplantacji. Jednak historia jej i jej rodziców stała się częścią „kampanii na rzecz poprawy opieki szpitalnej dla rodziców, którzy spodziewają się dziecka z wadą letalną”. To niesamowite jak wiele ważnych rzeczy mogą zrobić tak małe istoty!

Zobacz też: Najmłodszy dawca organów

Źródło historii: „people.com”

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Nie mogła zajść w kolejną ciążę… dziś ma SIEDMIORO dzieci!

historia adopcyjna

Amy, 36-letnia pielęgniarka, dorastała jako jedynaczka i jak wiele dzieci niemających rodzeństwa, zawsze chciała mieć dużą rodzinę. Obecnie ma… siedmioro dzieci, a sposób, w jaki stawała się ich mamą, jest wręcz historią na kilka sezonów dobrego serialu!

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Amy i jej mąż Damian przez lata starali się o kolejne dziecko. Ich bliźniaki pojawiły się na świecie niedługo po ślubie, kiedy jednak 5 lat później chcieli powiększyć rodzinę, wciąż i wciąż im się nie udawało. Zaczęli rozważać wtedy zagraniczną adopcję, oboje pracowali jednak w szpitalu i na co dzień widzieli wiele potrzebujących maluchów.

Stąd też pojawił im się pomysł zostania rodziną zastępczą, by w przyszłości mieć też nadzieję na adopcję. Kiedy w 2016 roku małżeństwo stało się licencjonowanymi rodzicami zastępczymi, ich bliźniaki miały już 12 lat, a Damian był także ojcem 20-letniego Gabriela.  

Zobacz też: Rodzina adopcyjna a rodzina zastępcza. Jakie są podobieństwa i różnice?

Nowa droga

TEN telefon otrzymali zaledwie tydzień po zakończeniu programu szkoleniowego, a w Sylwestra trafiła do nich mała Julianna. „To było jak przyniesienie do domu naszego własnego dziecka. Było to najlepsze uczucie. Tyle radości. To było tak, jak byśmy rozpoczynali nowe życie” – słowa Amy cytuje „people.com”.

Już wtedy czuli, że będą chcieli adoptować dziewczynę i w kwietniu 2017 roku tak też się stało. Co ciekawe, w tym samym miesiącu urodził się chłopiec, który nieco później także dołączył do rodziny.

Pomimo, że Amy i Damian planowali wziąć pod swoje skrzydła tylko jednego maluszka, kiedy dostali kolejny telefon, nie wahali się. Co więcej, w maju 2018 okazało się, że najmłodsze z ich dzieci będzie miało nowego braciszka.

Rodzice i tak licznej już gromadki dostali więc pytanie, czy nie zostaliby opiekunami nieurodzonego jeszcze chłopca, a wszystko po to, aby rodzeństwo miało szansę wychowywać się razem. „Potrzebowaliśmy jednego dnia, by przemyśleć zaaranżowanie przestrzeni w domu i powiedzieliśmy „tak” – opowiada Amy. Kiedy trwali więc w oczekiwaniu… znów dostali telefon!

Mała dziewczynka trafiła do ich domu w październiku, a nowo narodzony chłopczyk zaledwie 10 dni po niej. Julianna ma więc obecnie około 2 lat, jeden z chłopców jest o 4 miesiące młodszy, dziewczynka ma około 3 miesięcy, a najmłodsze z dzieci zaledwie dwa tygodnie mniej. Miała to być sytuacja tymczasowa, tymczasem teraz rodzina ma nadzieję, że już zawsze właśnie tak to będzie wyglądało! Julianna jest już oficjalnie córką Amy i Damiana, procesy adopcyjne pozostałej trójki są w toku.

Zdecydowanie bycie rodziną adopcyjną stanowi wyzwanie, w przypadku Amy i Damiana pojawiają się jeszcze dodatkowe, trudne sytuacje zewnętrzne. Dzieci różnią się kolorem skóry, co niestety nie dla wszystkich jest zrozumiałe i zdarza się, że pojawiają się niełatwe komentarze.

Amy jednak podkreśla, że kocha adopcyjne dzieciaki tak samo, jak te, które urodziła. I owszem, chciała mieć dużą rodzinę, ale nie spodziewała się, że aż tak!

Zobacz też: Poznaj Kalani i Jarani – siostry bliźniaczki o różnych… kolorach skóry!

Historia adopcyjna z happy endem

Jest to jedna z tych historii, które dają nadzieję zarówno rodzicom chcącym stworzyć rodzinę adopcyjną, jak i maluchom oczekującym na to, że ktoś zapewni im prawdziwy dom. Każdy kraj ma oczywiście inne procedury, wymagania, ograniczenia, ale podobne historie dzieją się na całym świecie – także u nas.

Na pewno jedną z nich jest doświadczenie małego Wiktora, który urodził się z zespołem Downa. Jego nowi rodzice, aby móc poznać chłopca, przejechali 2,5 tysiąca km! Marina i Erik z Kalifornii wzięli pod swoje skrzydła podopiecznego fundacji „Dom w Łodzi”. Co więcej, ich historia przypomina opisaną tu rodzinę Amy i Damiana – nowi rodzice Wiktora już przed nim mieli bowiem ośmioro dziec! [przeczytaj więcej: KLIK]! Śmiało można więc opisać to jako „happy end”.

Zobacz też: „Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – mocne słowa, które zderzają wyobrażenie z rzeczywistością

Tutaj kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło:People.com

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Najmniejszy uratowany wcześniak skończy w tym roku 5 lat.

Najmniejszy uratowany wcześniak
Według statystyk co dziesiąte dziecko w USA rodzi się jako wcześniak. – fot.Fotolia

Lyla Stensrud przyszła na świat w lipcu 2014 roku w Teksasie, ważąc 05 kg i mierząc 25 cm. W tym roku dziewczynka skończy 5 lat. Jej mama po latach milczenia zdecydowała się opowiedzieć historię swojej walki o życie Lyli.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Determinacja

Według statystyk co dziesiąte dziecko w USA rodzi się jako wcześniak, czyli co najmniej trzy tygodnie przed wyznaczonym terminem porodu. Wiele amerykańskich szpitali odradza reanimowanie dzieci urodzonych przed 22 tygodniem, ze względu na bardzo mały odsetek przeżyć. Sztuczne utrzymywanie przy życiu noworodków o bardzo niskich rokowaniach uznawane jest za uporczywą terapię. Taką sugestię usłyszała również Courtney, mama Lyli. Ale Courtney nie chciała o tym słyszeć, nalegała na reanimację i podtrzymywanie dziecka przy życiu.

Zobacz też: Tragedia zgodna z lekarskim „sumieniem”. Wstrząsająca historia Agaty.

Pierwszy syn Courtney urodził się cztery lata wcześniej terminowo, druga ciąża również nie była zagrożona aż do 20 tygodnia, kiedy w trakcie USG okazało się, że ma rozszerzoną szyjkę macicy na 2,5 cm, co nie powinno mieć miejsca aż do 9 miesiąca ciąży. Kilka dni po badaniu USG obudziła się w kałuży krwi, pojechała do szpitala i została zatrzymana na obserwację. Courtney opowiada, że w połowie 21 tygodnia poczuła skurcze, gdy szła do łazienki. Gdy dotknęła ręką swojego kanału rodnego, Lyla złapała ją za palec.

Gdy kilkanaście minut później Lyla przyszła na świat, okazało się, że nie oddycha. Dzięki uporowi matki, lekarze podjęli się reanimacji dziewczynki. – Trzymałam ją chwilę w ramionach przed odcięciem pępowiny i prosiłam lekarzy, żeby chociaż spróbowali. Zrobili to. Później zabrali ją na oddział intensywnej terapii i podłączyli całą aparaturę –  mówi Courtney.

Zobacz też: „Lekarz dał do zrozumienia, że nigdy nie zostanę mamą”. Zobacz, jak Anna pokonała endometriozę.

Trudne początki

Lyla miała szereg objawów typowych dla wcześniaków, w tym problemy z oddychaniem, problemy z trawieniem, podejrzewano również retinopatię wcześniaków (chorobę niedojrzałej  siatkówki, której konsekwencją może być utrata wzroku). Przed 56 dni Lyla była wentylowana mechanicznie, lekarze dwukrotnie próbowali ją odłączyć, jednak wciąż nie radziła sobie z samodzielnym oddychaniem. Za trzecim razem się udało, Lyla została przełączona na kaniulę nosową.

Po 126 dniach spędzonych z mamą w szpitalu, Lyla osiągnęła wagę 2,6kg i została wypisana do domu. Przez pierwszy rok życia dziewczynka  była kontrolowana przez lekarzy co najmniej raz w tygodniu. W wieku dwóch lat osiągnęła w teście Bayleya III (badanie zdolności motorycznych, poznawczych i językowych) wynik odpowiedni dla 20-miesięcznego niemowlęcia. Dalszy rozwój dziewczynki przebiegał niemal prawidłowo, w wieku 4 lat nie różni się już od swoich rówieśników.

Zobacz też: Dlaczego nie warto się poddawać. Historia Ani wyciska łzy i daje nadzieję.

Wyjątek od reguły

Dr Ahmad, który zajmował się dziewczynką, przyznaje, że być może przeżywalność dzieci urodzonych przed 22 tygodniem ciąży wymaga dalszych analiz. Przypomina jednak, że na podstawie dostępnych obecnie danych przypadek Lyli jest wyjątkiem od reguły, “cudem”, który nie powinien być traktowany jako prawidłowość i dawać fałszywej nadziei innym rodzicom.

Tu kupisz najnowszy e-magazyn Chcemy Być Rodzicami.

 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. Zawodowo interesuje się prawami człowieka i etyką medyczną. W czasie wolnym dużo czyta - najchętniej z jednym ze swoich trzech kotów na kolanach, trenuje roller derby i fotografuje.