fbpx
Przejdź do treści

Jak zaakceptować korzenie biologiczne dziecka

Jak zaakceptować korzenie biologiczne dziecka

Mam trójkę dzieci, dwójkę adoptowałam, jedno urodziłam naturalnie. Być może właśnie dlatego częściej niż inne mamy które adoptowały, słyszę pytanie „czy adoptowane dzieci kochasz tak samo?”. Dyskusje o tym, czy w ogóle różne osoby można kochać tak samo, nie są przypisane tylko do adopcji.

Nie będę zatem roztrząsać odpowiedzi na to konkretne pytanie. Wystarczy odwiedzić fora i poczytać dylematy osób rozważających pojawienie się drugiego dziecka. Ich miłość do tego pierwszego wydaje sie być tak silna, i wypełniająca całkowicie przestrzeń do kochania w rodzicach, że obawiają się, jak można pokochać kolejne dziecko? Czy tak samo? Czy tak samo mocno? Na tych forach można znaleźć cały wachlarz odpowiedzi, od tych całkowicie rozsądnych, uzasadnionych i popartych badaniami, doświadczeniami, cytatami, po zupełnie irracjonalne, czy wręcz śmieszne. Jak to na forach. Polecam poczytać i wybrać sobie swoją własną odpowiedź.

To pytanie, porównujące miłość do dziecka adopcyjnego w kontekście miłości do dziecka biologicznego, ma jednak inne podstawy. Z jednej strony aspekt społeczny.

Adopcja wciąż jest mało rozumiana przez ludzi z nią niezwiązanych. Mało się o niej mówi i rzadko w realnych barwach

Z drugiej jednak strony to pytanie „czy kocham tak samo” de facto jest pytaniem, czy można pokochać dziecko spłodzone i urodzone przez kogoś innego? To pytanie pada w moim kierunku czasem też od rodziców adopcyjnych i wyraźnie słyszę w nim obawę: „Czy łatwo jest zaakceptować korzenie biologiczne adoptowanego dziecka?”

Na temat korzeni biologicznych i znaczenia ich akceptacji napisałam już w dziale adopcji kilka tekstów (m.in. Życie w trójkącie, czyli rodzice, dziecko, rodzice; Otwarta adopcja; Matka adopcyjna i matka biologiczna – partnerki czy rywalki).

Dla poczucia pełnego przyjęcia dziecka do swojej rodziny konieczne jest zaakceptowanie jego korzeni. Właściwie każdy, adoptując, dowiaduje się w trakcie procedury przygotowawczej w ośrodku, że te korzenie są i nie da się ich „wymazać” z życia dziecka. A próby zatajania istnienia rodziny biologicznej, prowadzą do wielu dramatycznych sytuacji i poczucia niższości u adoptowanego dziecka, mimo życia w kochającej rodzinie (polecam wywiad z Bożeną Łojko – do przeczytania tutaj).

Jednak to od rodziców adopcyjnych zdarza mi się słyszeć negatywne komentarze, kim to byli lub są rodzice biologiczni ich dziecka i z jak patologicznego środowisko ono została wyrwane. Nie podważam faktu, że w większości przypadków tak właśnie jest. Tylko że z drugiej strony mamy adopcyjne często bardzo ochoczo podkreślają, że kochają tak samo mocno, jakby urodziły. Tego faktu też nie podważam. Rozumiem, że trudno sobie wyobrazić, o co chodzi z tymi korzeniami, jeśli się nie było samemu, jako dziecko, w takiej sytuacji.

Może być trudno zrozumieć, jak bardzo ważne jest dla dziecka, żeby czuć autentyczną siłę miłości do siebie I równocześnie CZUĆ autentyczną akceptację TEGO, skąd do rodziny przychodzi

Akceptację, która sama w sobie jest pozytywna i nie pozostawia miejsca na negatywne komentarze o biologicznych rodzicach, dziadkach, rodzeństwie biologicznym czy środowisku. Wszystko to jest integralną częścią każdego dziecka, każdego człowieka.

Jak zaakceptować te korzenie? Czy to jest trudne? Wykorzystam fakt, że jestem mamą adopcyjną i biologiczną. Zapraszam do mojego doświadczenia i spojrzenia na swoją sytuację, poprzez to co zaobserwowałam, tłumacząc moim dzieciom, czym są ich korzenie biologiczne.

Byłam w ciąży, tej biologicznej. Wiedziałam, że dziecko jakie noszę w brzuchu, w połowie jest mną, a w połowie ojcem, bo taki zestaw genów otrzymuje. Zatem spodziewałam się, że będzie trochę takie jak ja, a trochę takie jak mój mąż. Intuicyjnie wiedzieliśmy, że urodzę syna, później potwierdziło to USG. Moje myśli od razu poszybowały w kierunku tego, jak będzie wyglądał – brązowe oczy po tacie i ciemne włosy po mnie. (Moje obydwie córki mają moje niebieskie oczy i blond włosy tatusia, chcieliśmy odmiany :)) Pomyślałam też, że skoro ja i mój mąż jesteśmy wysocy, to synkowi wzrostu też nie zabraknie. I nagle myśl, która zakołatała w mojej głowie. Czy tylko o nas chodzi? Każdy genetyk od razu powie, że w genach jest niesiony cały zapis z obydwu połączonych w naszym dziecku rodzin. Przecież teściowie są bardzo niscy! O rety, mój syn wcale nie musi być wysoki. Gdzieś tam słyszałam, ile to cech dziedziczy dziecko po dziadkach. Ostateczny dowód dla mnie to fakt, że mąż jest bardzo podobny do swojego dziadka, odziedziczył po nim wzrost i jest  olbrzymem, mimo niskich rodziców… Powiem tak, czekałam na syna z niecierpliwością pomieszaną z ciekawością, jaki on faktycznie będzie? Mogło mi się nie podobać, że istnieje ryzyko, że będzie niski, ale czy mogłam coś zmienić?

Mogłam TYLKO ZAAKCEPTOWAĆ JEGO KORZENIE BIOLOGICZNE I TO, CO WRAZ Z NIMI PRZYNIESIE DO NASZEJ RODZINY nasz syn

A teraz adopcyjne ciąże z moimi córkami. Jedną zobaczyłam, gdy miała niespełna dwa miesiące, druga przeszło dwa i pół roku. Jedyne co mogłam zobaczyć w tym momencie (gdy łzy nieco zmniejszyły swoją intensywność, pozwalając cokolwiek zobaczyć), to ich niebieskie oczęta i blond włoski. Tyle widziałam i niewiele więcej wiedziałam. Co za tym idzie dalej? Do kogo będą podobne, jakie będą miały swoje kody genetyczne? Będą niskie, wysokie, utalentowane muzycznie, czy sportowo, uparte i stanowcze, czy spokojne i przyjacielskie? Czy mogłam coś zmienić? Wcześniej tak, mogłam zrezygnować z adopcyjnej ścieżki. Ale gdy już taką drogę wybrałam i urodziły się te moje dziewczyny, mogłam TYLKO ZAAKCEPTOWAĆ ICH KORZENIE BIOLOGICZNE I TO CO WRAZ Z NIMI PRZYNIOSĄ DO NASZEJ RODZINY.

Chcę przez to powiedzieć, że samo zaakceptowanie korzeni nie jest trudniejsze niż w przypadku biologicznie rodzonych dzieci. Jedynym wyzwaniem jest brak pełnej wiedzy, jakie te korzenie faktycznie są. Czy to chodzi o wygląd, czy o prawdopodobieństwo występowania jakichś talentów, czy chorób. Gdy korzenie znam od początku, na tyle dokładnie na ile znam swoją i męża rodzinę, jest łatwiej sobie wyobrażać, spodziewać się, oczekiwać. Często tym oczekiwaniom się ulega.
Teraz gdy widzę, do kogo podobny jest mój syn, spodziewam się określonych zachowań, czy CECH wyglądu. Dzięki adopcji jestem od tego wolna. Córki są dla mnie całkowitą zagadką i każdego dnia na nowo odkrywam je
Na nowo doceniam, jakim cudem jest każdy człowiek na ziemi. Wystarczy go akceptować, takim jaki jest i uczyć się go. Lubię gdy mój syn, na pytanie „Do kogo ty jesteś podobny?”, odpowiada zupełnie naturalnie „Do siebie”.

Kocham moje dzieci, mocno, bezwarunkowo, szaleńczo, zaborczo, różnorodnie. Tak samo zapewne jak każda matka kocha swoje. Najważniejsze że kocham je takimi, jakie są, razem z ich biologicznymi korzeniami, tymi znanymi bardziej i mniej.

Najnowszy numer magazynu Chcemy Być Rodzicami do kupienia w https://www.chcemybycrodzicami.pl/sklep/ a wersja elektroniczna zawsze na e.chbr.pl

 

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Magdalena Modlibowska

Autorka książek „Odczarować adopcję” i „Księga Adoptowanego Dziecka”, a także wielu artykułów dot. adopcji, , prezeska Fundacji „Po adopcji”, wiceprezeska Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Prywatnie mama trójki dzieci.