fbpx
Przejdź do treści

IN VITRO – co, jak, kiedy? [WYWIAD Z EKSPERTEM]

in vitro

Opisów procedury in vitro jest wiele. Często jednak brakuje w nich informacji o kwestiach, które rzeczywiście wpływają na codzienność poddającej się leczeniu pary – ile czasu trwa jeden cykl leczenia? Jak często trzeba być wtedy w klinice? Jak wygląda podawanie leków w czasie stymulacji? O tym wszystkim mówi w rozmowie z nami lek. Paweł Mikulski z Przychodni Lekarskiej nOvum.

Katarzyna Miłkowska: Decyzja o podejściu do in vitro to zgoda na co najmniej kilka tygodni dość intensywnej terapii – na co pacjentka musi się przygotować?

Lek. Paweł Mikulski: Zanim jeszcze sama decyzja o in vitro zostanie podjęta, para przechodzi przez kwalifikację, w trakcie której kluczowa jest obecność wskazań do zabiegu. Jeśli takie są i ustalimy, że pacjenci rozpoczynają proces leczenia, koniecznością jest wyrównanie wszelkich chorób przewlekłych. Czy to jest nadciśnienie, niedoczynność tarczycy, czy cukrzyca, wyniki pacjentki muszą być unormowane – od tego należy zacząć.

A na co pacjentka musi być przygotowana? Przede wszystkim powinna zarezerwować sporo czasu, ponieważ in vitro jest procedurą, która pod tym względem jest wyjątkowo obciążająca i jest to jedna z częściej wspominanych przez pacjentki niewygód – muszą być w przychodni w konkretnym dniu, najlepiej o konkretnej godzinie, a do tego często jest to miejsce, które jest oddalone od tego, w którym mieszkają. Plusem jest jednak to, że są to niewygody ograniczone tylko do kilku tygodni, choć konkrety zależą od protokołu, do którego pacjentka została zakwalifikowana. Zwykle jednak jedna procedura – od rozpoczęcia stymulacji do transferu – trwa około miesiąca, w którym faktycznie kobieta powinna być w pełni dostępna czasowo. Z dnia na dzień może być wymagana kolejna kontrola, następna porcja leku czy nowe zalecenie. Niestety, tego nie da się z góry przewidzieć, ponieważ organizm każdej pacjentki pracuje inaczej – indywidualne podejście wymaga podejmowania kolejnych kroków na bieżąco.

Wspomniał Pan o protokołach – co w ich kontekście oznacza określenie „dostępna czasowo”?

Wyjaśnię na przykładzie najpopularniejszego postępowania, które w zasadzie jest standardem – jest to protokół krótki z antagonistą. Stosuje się go u większości pacjentek, ponieważ łatwo można go kontrolować, ma wysokie bezpieczeństwo, a także pozwala osiągnąć dobre efekty.

W tym przypadku wizytę startową do procedury in vitro mamy jeszcze przed miesiączką, w drugiej fazie cyklu poprzedzającego zapłodnienie – sprawdzamy wszystkie badania, zlecamy brakujące, podpisujemy zgodę, odpowiadamy na wszelkie pytania pacjentki. Zależy nam na tym, żeby była ona jak najbardziej świadoma tego, co przed nią.

Następnie przechodzimy do stymulacji, która rozpoczyna się drugiego dnia cyklu. Wtedy po raz pierwszy podajemy lekarstwa stymulujące jajniki do produkcji komórek jajowych. Podaje się je codziennie – pacjentka może robić to sama, po przeszkoleniu przez położną. Druga wizyta zwykle odbywa się w 5–6 dniu cyklu, kiedy to kontrolujemy poziom hormonów i wykonujemy USG. Pozwala ono ocenić, jak wzrastają pęcherzyki. Warto dodać, że od 4–6 dnia pacjentka podaje sobie minimum dwa lekarstwa.

Później kobieta pojawia się w gabinecie co 2–3 dni i trwa to mniej więcej do 12–15 dnia cyklu, kiedy to następuje wyzwolenie, czyli przyspieszenie dojrzewania pęcherzyków jajowych dodatkowym zastrzykiem. Po 36 godzinach od iniekcji przeprowadzamy punkcję. Wymaga ona przyjścia z rana, na czczo. Jest to krótki zabieg w znieczuleniu dożylnym – kiedy pacjentka pod jego wpływem zasypia, dokonywana jest przezpochwowa punkcja komórek jajowych z jajników. Po kilku godzinach kobieta najczęściej wypisywana jest do domu, przy czym oczywiście dostaje informację, ile udało się pobrać komórek jajowych, ile jest zapłodnionych etc.

Następnie, jeśli wszystko poszło prawidłowo, bez powikłań i bez przestymulowania, następuje pierwszy transfer. Kiedy dokładnie? Zależy to od rozwoju zarodków i wcześniejszych ustaleń – może być to 2., 3. lub 5. dnia po punkcji. Sam transfer odbywa się na fotelu ginekologicznym. Podaje się wtedy pierwszy zarodek, a resztę z tych, które udało się zapłodnić, zamraża się w oczekiwaniu na dalsze możliwe transfery. Tak właśnie mniej więcej wygląda cały cykl – około trzy, dość intensywne, tygodnie.

Załóżmy zatem, że jesteśmy już na etapie transferu. Czy po nim kończy się przyjmowanie wszelkich leków?

Jeśli mamy do czynienia z transferem zarodka w cyklu stymulowanym, pacjentka przechodzi z leków stymulujących na leki podtrzymujące funkcje ciałka żółtego, wspierające endometrium, implantację zarodka i rozwój. W cyklu stymulowanym pacjentka ma takie poziomy hormonów, że ciałko żółte nie działa prawidłowo – nie ma
prawidłowych przemian endometrium, które standardowo powinny przebiegać w naturalnym cyklu. Praktycznie od dnia punkcji trzeba więc wspomóc się lekami – czasami są one podawane w formie iniekcji, choć najczęściej są to leki doustne lub
dopochwowe.
Zwykle jest to progesteron z estrogenem, a dawka, rzecz jasna, dobierana jest indywidualnie.

Zastańmy jeszcze chwilę przy lekach – czy faktycznie zastrzyki są standardowym elementem leczenia?

W czasie stymulacji możemy niekiedy wspomóc się lekami doustnymi, natomiast zastrzyki rzeczywiście są standardem – nie wymyślono innej formy podawania gonadotropin. Codziennie więc, od początku stymulacji do dnia wyzwolenia, pacjentka faktycznie musi wykonywać sobie zastrzyk. Co istotne, w drugiej części stymulacji są to minimum dwa zastrzyki.

Czy według Pana to właśnie dostępność czasowa lub wspomniane zastrzyki są jednymi z najtrudniejszych do przejścia elementów w trakcie całego leczenia in vitro?

Trudno powiedzieć, ponieważ w czasie kwalifikacji kluczowe jest przekazanie pacjentce pełnych informacji z czym to się wiążę, jakie jest ryzyko, jak dużo jest uniedogonień, jak spory jest koszt nie tylko finansowy, ale też czasowy i emocjonalny. Reakcje na to są różne, lecz pacjenci podchodzący do in vitro są najczęściej na tyle zdeterminowani, że świetnie sobie z tym radzą. Zwykle bowiem nie jest to ich pierwszy wybór leczenia, mają za sobą liczne próby i różne metody, np. stymulacje czy inseminacje. Nieraz pacjenci mają też przy tym świadomość, że in vitro jest ich ostatnią deską ratunku – najbardziej zaawansowaną i efektywną metodą, choć jednocześnie najbardziej obciążającą. Jeśli jednak wiedza o tym wszystkim jest pacjentom znana, łatwiej się współpracuje.

Rozumiem, że wiąże się to także z faktem, że jeśli coś rozumiemy i znamy, od razu jest w nas mniej lęku.

Zdecydowanie – w każdej procedurze medycznej istotnym elementem jest właśnie
lęk związany z niewiedzą pacjenta lub pacjentki, lęk przed nieznanym. U osób dobrze poinformowanych ten poziom jest znacząco mniejszy.
Z mojej perspektywy dobrze więc, jeśli pacjenci są otwarci na wiedzę. Zresztą obecnie jest tyle jej źródeł, że naprawdę można – i warto – dowiadywać się jak najwięcej. Choć niewątpliwie wiąże się z tym pewna pułapka. Bardzo trudne są bowiem sytuacje, w których pacjentka przeczyta informacje nieprawdziwe i dopiero w gabinecie konfrontowana jest z tym, jak to wygląda naprawdę. Często jest to niekomfortowe i trudne w kontekście wspomnianej już współpracy, ale trzeba ten etap przejść i zaznajamiać pacjentów z rzetelną wiedzą.

Niewątpliwie jednak Internet ma także dużo dobrych źródeł i do takich warto zaglądać. Ułatwia to później rozmowy z lekarzem. Z mojej perspektywy łatwiej jest takiej pacjentce wytłumaczyć poszczególne, spersonalizowane pod nią, etapy leczenia.

Wydaje mi się, że kluczowe jest przy tym nieobawianie się zadawania pytań. Nawet jeśli ma się poczucie, że są one banalne i „głupie”, chyba jednak warto się przemóc i dopytać specjalistę o nawet najdrobniejsze szczegóły, które nas frasują?

Pytania zaskakują nas bardzo rzadko – naprawdę nie trzeba się obawiać, bo słyszeliśmy
już wiele i mamy świadomość, że nawet podstawowe kwestie mogą być dla pacjentów nieznane. Nie ma więc pytań „głupich” czy „ośmieszających” – trzeba o wszystko pytać. W miejscu, w którym pracuję, przekazujemy pacjentce, jeszcze przed startem procedury, kilkunastostronicową broszurę. W niej może ona – krok po kroku – sprawdzić, jak wygląda leczenie, jakie są jego warianty, z czym się to wiąże. Forma pisemna jest o tyle dobra, że można zaznaczyć sobie punkty, które są niejasne lub które chcemy uściślić. Nie trzeba zresztą do tego broszury – zapisywanie pytań zawsze pomaga, ponieważ w gabinecie często pojawia się np. stres, który sprawia, że zapominamy, o czym chcieliśmy porozmawiać. To zaś, koniec końców, może utrudniać chociażby rozumienie zaleceń lekarskich, co może bezpośrednio wpłynąć na wyniki leczenia. Lekarze wiedzą jednak, że nie jest to żadna zła wola pacjentów – rozumiemy, dlatego staramy się to wszystko ułatwić.

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!
Paweł Mikulski

Ekspert

Lek. Paweł Mikulski

Ginekolog należący do Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego. Posiada m.in. certyfikat do wykonywania testu złożonego „Pappa” FMF oraz certyfikat Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników do wykonywania badań USG. W Przychodni Lekarskiej nOvum prowadzi m.in. konsultacje ginekologiczne, diagnostykę niepłodności, leczenie zachowawcze pary (np. monitoring cyklu, stymulację owulacji), leczenie dolegliwości okresu przekwitania, a także prowadzi ciąże po leczeniu niepłodności.

Autor

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.