Przejdź do treści

„Dziś przykre słowo na »E«”. Hanna Lis szczerze o zmaganiach z endometriozą

Hanna Lis zmagała się z endometriozą
fot. Instagram @hanna_lis

Hanna Lis podzieliła się w sieci osobistym wyznaniem na temat choroby, z którą zmagała się przez wiele lat.  „Ta choroba to żaden wstyd” zaznacza dziennikarka i apeluje do kobiet, by nie dawały się zbyć lekarzom.

7 listopada na Instagramie Hanny Lis pojawił się wpis w obronie in vitro. Była to odpowiedź dziennikarki na zaproponowany przez posłów Kukiz15 i PiS projekt uchwały dotyczący radykalnego ograniczenia metody zapłodnienia pozaustrojowego.  „Dlaczego się ograniczać? Niech zakażą chemioterapii, wszak ona też niezgodna z prawem naturalnym” krytykowała ostro Lis.

Zobacz także: In vitro tylko dla małżeństw? Kontrowersyjny projekt ustawy trafił do Sejmu

Hanna Lis zmagała się z endometriozą

Po tym wpisie prezenterka otrzymała mnóstwo prywatnych wiadomości od kobiet, w tym również od pań chorujących na endometriozę. W związku z tym Lis zdecydowała się na umieszczenie wpisu, w którym szczerze opowiedziała o swoich zmaganiach z tą chorobą.

Endometrioza jest chorobą przewlekłą, definiowaną jako występowanie komórek błony śluzowej jamy macicy poza jej naturalnym umiejscowieniem.

Choć występuje głównie w wieku rozrodczym, to zdarza się również u młodych dziewczyn, jak również u pań po menopauzie. Endometrioza dotyka nawet 10 proc. kobiet. Towarzyszy jej ogromny ból, zmęczenie, napięcie, ale i niepłodność.

Zobacz także: Gwiazdy z endometriozą. Poznaj ich historie

„Pytajcie, naciskajcie, nalegajcie na badania”

W takich słowach Hanna Lis opisała swoje zmagania z endometriozą:

Dziś przykre słowo na „E”. ENDOMETRIOZA. Przy okazji mojego postu o in vitro, dostałam od Was mnóstwo wiadomości. Od Was, wspaniałych dziewczyn toczących nierówną walkę z ENDO. Gdy kilka lat temu wzięłam udział w programie, w którym opowiedziałam o swojej blisko 20-letniej walce z chorobą, gratulowano mi, że „przyznałam się” do ENDO. Jakby to było coś wstydliwego? 🙄 Do niczego się nie „przyznałam”, bo choroba to żaden wstyd. Na ENDO cierpi około 10 procent populacji kobiet. Czyli mniej więcej 300 milionów (!) na świecie.

A jednak pozostaje jedną z najrzadziej diagnozowanych i leczonych. Ja miałam oczywiste symptomy odkąd skończyłam 16 lat, ale lekarze koncertowo je bagatelizowali. Bywało, że „leczyli” zastrzykami z opioidów, żebym mogła przetrwać „te dni”. Wybitny ginekolog nie zareagował, gdy kolejna, ciąża, okazała się nierówną walką z własnym organizmem. Dopiero, gdy po drugim cesarskim cięciu pojawiły się, trzymając się terminologii lekarskiej, „zmiany lite”, ktoś wreszcie wpadł na to, że to może być endometrioza. I dalej nic. „Nie będziemy oszpecać pięknego brzuszka, to nic groźnego”, powiedział lekarz zapytany, czy nie można tego po prostu wyciąć. Wiec męczyłam się przez kolejnych kilka lat. Ból rano, ból wieczorem, ból w nocy. Kiedy wreszcie wzięto mnie na stół, było już za późno na laparoskopię. Operacja, w pełnej narkozie, trwała blisko 3 godziny. A rekonwalescencja po niej 2 miesiące. Bo ktoś kiedyś pokpił sprawę.

Dziś jestem zdrowa. Od 10 lat żyje bez bólu. Miałam też fenomenalne szczęście, że choroba nie odebrała mi szansy na macierzyństwo. Dziewczyny: świadomość ENDO, nawet wśród lekarzy jest żenująco niska. Nie dajcie się zbyć. Pytajcie, naciskajcie, nalegajcie na badania. Mamy: nie dajcie sobie wmówić, że to normalne, kiedy Wasza nastoletnia córka wyje z bólu! Że „tak ma być” i że „to minie” z wiekiem. Walczmy o swoje zdrowie! Ściskam Was czule i trzymam za Was kciuki!

Tu kupisz e-wersję magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Instagram 

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami.

Autor

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.