fbpx
Przejdź do treści

Endometrioza, in vitro i… synek! Kamila: „Albo teraz się uda, albo powiemy sobie dość”

wasze historie Kamila
Fot. archiwum prywatne

Endometrioza, torbiele na jajnikach, dwie operacje, dwa nieudane transfery – Kamila przez 4 lata doświadczyła bardzo wiele. Owszem, dziś jest mamą 19-miesięcznego synka, ale wiedziała, że ma w staraniach swoje limity. Gdyby nie udało jej się zajść w ciążę, również mogłaby być szczęśliwa. Fakt, życie byłoby „troszeczkę inne, ale niezmiennie warte przeżycia”! Jak udało jej się dojść do tego punktu w sobie? Jak wyglądała jej droga do macierzyństwa? Jak ważny jest w tym wszystkim dobry, wspierający związek?

Katarzyna Miłkowska: Kiedy zaczynała Pani starania o dziecko, spodziewała się Pani, że tak to będzie wyglądało?

Kamila: Nie, zupełnie. Zaczęliśmy z mężem na spokojnie – daliśmy sobie rok bez jakiegokolwiek planowania, czy sprawdzania dni płodnych. Po tym czasie jednak wciąż nie byłam w ciąży, dlatego też zaczęłam chodzić po lekarzach i po prostu pytać. Chciałam wiedzieć, czy powinniśmy wykonać jakieś dodatkowe badania itd. Wtedy właściwie wszystko się zaczęło.

Dowiedziałam się m.in. o tym, że mam endometriozę, pojawiały się też torbiele na jajnikach i – w skrócie – nikt nie był w stanie mi pomóc. W końcu trafiłam do doktora, który powiedział wprost, że gdybym była jego córką, pokierowałby mnie do konkretnej lekarki – wymienił nazwisko. Zgłosiłam się do niej i już po zrobieniu pierwszego USG usłyszałam właśnie o endometriozie, w związku z czym zostałam skierowana na operację. W sumie miałam dwie, ale po pierwszej – laparotomii – stwierdziliśmy, że zrobimy monitoring owulacji, postymulujemy się troszeczkę i zobaczymy. Niestety, przez pół roku nic z tego nie było. Niby pęcherzyki pękały, ale niedługo znów zaczęły odrastać torbiele, więc poszłam na drugą operację. Po niej dowiedziałam się, że jajowody są niedrożne, posklejane i naturalnie raczej nic z tego nie będzie. Mieliśmy nastawiać się na in vitro – dla nas to nie był problem.

Zdarza się, że in vitro jest dla niektórych par – z wielu względów – nie do przejścia.

Tak, to prawda. Dla nas jednak było to ogromne szczęście, bo oznaczało, że mamy jeszcze przed sobą opcję, która może nam pomóc. Zdecydowanie nie potraktowaliśmy tego jak wyrok, lecz jako dodatkową szansę.

Szansę, która pozwoliła zakończyć iluletnie starania?

Wszystko to trwało 4 lata.

Domyślam się, że był to też trudny czas pod względem emocjonalnym.

Zdecydowanie, tym bardziej, że w rodzinie pojawiły się ciąże, co było mi trudno przeżyć. Korzystałam z pomocy psychologa i uważam, że każda kobieta, która zmaga się z niepłodnością, powinna zafundować sobie taką wizytę – niejedną zresztą, tylko kilka. Mi to bardzo pomogło. Poza tym, że lepiej radziłam sobie z pojawiającymi się dookoła ciążami, mogłam też poukładać sobie w głowie, co by było, gdyby jednak nigdy nie udało mi się mieć dziecka. Że taka możliwość też jest, a ja mogę mimo wszystko szczęśliwie żyć. Pani psycholog pomogła mi to sobie wyobrazić, a wiem, że dla wielu kobiet jest to największy koszmar.

No tak, nikt przecież nie daje gwarancji, że leczenie niepłodności zakończy się sukcesem.

Dokładnie, a często słyszymy, że ludzie wybierają in vitro, bo to pewne zajście w ciążę – ba! nawet bliźniaczą. Niestety, tak to nie działa. Jest to w jakimś sensie loteria. U mnie dopiero trzeci transfer był tym udanym.

Zastanawiam się w takim razie, czy emocjonalnie można te dwa nieudane transfery ze sobą porównać? Niektóre kobiety relacjonują, że ten pierwszy jest najtrudniejszy. Jest swego rodzaju zderzeniem z faktem, że nikt im nie da stuprocentowego zapewnienia sukcesu.

Rzeczywiście, pierwszy był gorszy. Nawet pomimo tego, że ma się świadomość, jakie są statystyki, gdzieś w głowie siedzi: „Skoro in vitro, to już na pewno się uda”. Kiedy jednak odebraliśmy wynik bety i zobaczyliśmy, że ona w ogóle nie drgnęła… tak, było to bardzo ciężkie. Wiedzieliśmy jednak, że mamy jeszcze następne, czekające na nas zarodki. Dużo ułatwiła mi myśl, że jeszcze przynajmniej jeden transfer przed nami. Później, kiedy i on się nie udał, było o tyle inaczej, że znów trzeba było na nowo przejść całą drogę stymulacji.

Dwie stymulacje – nie jest to łatwe także pod względem fizycznym.

Gdy byliśmy już po drugiej stymulacji, nawet mój mąż, który widział, jak jest to dla mnie ciężkie i z jakim wiąże się bólem, powiedział, że to nasze ostatnie podejście. Naprawdę źle znosiłam zastrzyki… miałam sińce na brzuchu, robiły mi się tam zrosty i intensywnie musieliśmy szukać miejsca, gdzie jeszcze można ukłuć, by było to chociaż w miarę znośne. Mieliśmy co prawda wykupiony w klinice pakiet, który gwarantował trzecią stymulację gratis. Jednak biorąc to wszystko pod uwagę zdecydowaliśmy, że albo teraz nam się uda, albo po prostu powiemy sobie dość. Nasze zdrowie też jest w końcu ważne – zarówno fizyczne, jak i psychiczne.

W sposobie, w jakim Pani o tym wszystkim mówi, słychać, że jest Pani bardzo ułożona ze swoją historią i związanymi z nią przeżyciami. Domyślam się jednak, że wolałaby Pani oszczędzić sobie tych doświadczeń i zostać mamą bez problemu – ale może, mimo wszystko, widzi Pani jakieś zyski z tych czterech lat starań?

Na pewno ten czas bardzo nas do siebie z mężem zbliżył. Po drugim nieudanym transferze wzięliśmy ślub, a mąż dał mi w pełni odczuć, że dla niego nie jest najważniejsze, czy będziemy mieli dziecko, ale to, czy jesteśmy razem. Mam dzięki temu poczucie, że absolutnie w każdej sytuacji mogę na nim polegać. Nie miał też zresztą problemów z tym, żeby iść się badać, czego niektórzy panowie bardzo unikają. On dzielnie to znosił i do tego cały czas powtarzał, że bycie ze mną jest dla niego najważniejsze. Nawet jeśli mielibyśmy nie zostać rodzicami.

Czyli w pewnym sensie też jest to objaw tego, o czym mówiła Pani wcześniej – że zauważa się w swoim życiu też inne role niż tylko ewentualna rola rodzica.

Dokładnie, w tym właśnie pomogła mi pani psycholog. Żeby jednak nie było – też byłam w miejscu, w którym tkwi wiele starających się o dziecko dziewczyn. Byłam bardzo zafiksowana na tym punkcie. Nie wyobrażałam sobie innego życia, płakałam po nocach, czasami przez całe dnie, wpadłam w depresję. Kiedy jednak ułożyłam sobie to wszystko i poczułam, że – jeśli tak się wydarzy – też można żyć, wiele presji ze mnie zeszło.

No tak, życie wciąż by trwało.

Tak, jak najbardziej. Troszeczkę inne, ale niezmiennie warte przeżycia.

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, redaktorka prowadząca e-magazyn oraz portal Chcemy Być Rodzicami, absolwentka UW. Obecnie studentka V roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz była słuchaczka studiów podyplomowych Gender Studies na UW. Współautorka książki "Kobiety bez diety".

Najnowsze artykuły