fbpx
Przejdź do treści

Empatia powinna być jak woda w kranie

Kiedy Anna Krawczak dochodzi do głosu, wiadomo, że będzie mówiła merytorycznie, zdecydowanie, a nawet ostro. Jej najnowsza książka „In vitro. Bez strachu, bez ideologii” jest nie tyle streszczeniem jej zmagań co echem głosów tysięcy polskich pacjentów zmagających się z niepłodnością. Nam autorka opowiedziała o kulisach powstawania książki.

„In vitro. Bez strachu, bez ideologii” to książka bardzo osobista. Pod względem emocjonalnym była
trudna do napisania?

Anna Krawczak: Nie. Za mną wiele lat pracy w Stowarzyszeniu NASZ BOCIAN i w zespole świetnych ludzi, z których każdy miał osobistą historię niepłodności. W momencie, w którym wchodzisz na poziom „ok, teraz spróbuję zrobić coś dla innych i zająć się problemem systemowo jako organizacja pozarządowa” albo musisz się nauczyć dystansu, albo zacząć odkładać na psychiatrę. Wybraliśmy dystans. Nie możesz być skutecznym działaczem pacjenckim, jeśli nieustannie projektujesz własną historię na cudze problemy i opowieści, bo to nie jest terapia grupowa, tylko przestrzeń do działania, które ma przynieść określone efekty dla konkretnych grup społecznych. Co nie znaczy, że pracowanie w obszarze niepłodności nie budzi emocji. Jasne, że budzi.

Złe traktowanie pacjentów budzi gniew, upolitycznianie in vitro rodzi złość, trywializowanie adopcji budzi irytację. W tym sensie moja książka pewnie jest emocjonalna, w końcu pisała ją eks pacjentka, matka, działaczka i tak dalej. i ja jestem człowiekiem, a nie kłodą drewna. Ale jeśli pytasz o to, czy rozdrapywałam w trakcie jej pisania jakieś własne rany, to tak się nie działo.

W książce przytaczasz wiele wypowiedzi i historii innych osób zmagających się z niepłodnością. Czułaś, że musisz się wypowiedzieć w imieniu wszystkich?
Chciałam, aby te głosy były słyszalne. Ludzie starający się o dzieci, mówią w przestrzeni publicznej głównie przez swoich rzeczników i nie oddaje im się głosu, co mnie osobiście wkurza. Szczególnie, że tymi rzecznikami stają się często lekarze, dziennikarze czy politycy, a ich interesy niekoniecznie są zbieżne z interesami pacjentów. W ten sposób pacjentów przedstawia się jako bezwolne ciała, które wymagają światłego zarządzenia, pokierowania i zdecydowania w ich imieniu, bo same są zbyt nieporadne, aby wybrać. Tymczasem pacjenci, rodzice adopcyjni czy kandydaci na rodziców zastępczych spokojnie mogą mówić we własnym imieniu i na ogół chcą to robić, ponieważ są kompetentni we własnej sprawie i własnej historii. Nigdy nie mieliśmy większych problemów ze skrzyknięciem ludzi do mediów. Mimo to najczęściej do studia zapraszany był ksiądz Oko, a nie pani Kowalska po siedmiu inseminacjach, która chętnie by opowiedziała, czego doświadczyła, jakie miało to dla niej znaczenie i na czym polega ten zabieg. W Naszym Bocianie trzymamy się dokładnie tej zasady – słuchamy, rozmawiamy i pracujemy z pacjentami po to, aby wiedzieć, co jest dla nich problemem i aby móc ten głos zanieść „wyżej”, najlepiej zresztą, aby ten głos był zaniesiony tam przez nich samych. Do mediów, do ministerstwa, do sejmu. Było dla mnie oczywiste, że w książce ten schemat zostanie zachowany, bo takiej pracy się uczyłam przez lata i dalej jestem jej wierna. To jest sedno pracy na rzecz pacjentów.

Zanim napisałaś książkę, równie bezpośrednio mówiłaś o swoich przeżyciach na forum publicznym, np. w Internecie, wywiadach czy przemówieniach. Niepłodność ciągle jest tabu?

Jest tabu i będzie, ponieważ to samo zjawisko obserwujemy w dowolnym kraju niezależnie od jego układów ideologicznych i politycznych. Tabu w tym sensie, że to cholernie trudne nie móc mieć dziecka pomimo olbrzymiego pragnienia rodzicielstwa. Ten ciężar jednak może być łatwiejszy albo trudniejszy do uniesienia. Jeśli mieszkasz w kraju, w którym twój rząd wspiera cię w twoim problemie, refunduje leczenie, dba o szacunek w debacie i o to, by nikt nikogo nie nazywał „dzieckiem Frankensteina” czy „biedną sierotką czekającą na adopcyjną litość”, wtedy twoje trudności są zupełnie innego rodzaju. Owszem, nadal jest  ciężko z powodu samego faktu niezamierzonej bezdzietności, ale jest też większe prawdopodobieństwo uzyskania wsparcia i zrozumienia w otoczeniu, jeśli zdecydujesz się otworzyć.

W dzisiejszej Polsce jest inaczej. Przechodzisz ten sam niepłodnościowy ból, jaki staje się udziałem przeciętnej np. holenderskiej pary, ale dodatkowo dostajesz w pakiecie poniżające opinie, obraźliwe oceny, a do tego musisz za to sam/sama zapłacić, ponieważ in vitro „jest kaprysem”. Choć płacisz dokładnie taką samą składkę zdrowotną i podatki jak płodny obywatel.

Czy przeciwnicy in vitro mogą się poczuć urażeni Twoją książką lub przynajmniej pominięci?

To ostatnia kwestia, która spędzałaby mi sen z powiek. Nie podejmuję się analizy życia wewnętrznego „przeciwników in vitro” i mapowania ich urazów ani prognozowania, gdzie mogłyby wystąpić. To nie jest moja rola ani misja. To nie jest też rola Naszego Bociana. Nie powstaliśmy po to, aby usatysfakcjonować 38 milionów Polaków. Powstaliśmy, aby pomagać i służyć bezdzietnym, którzy pragną być rodzicami.

Chciałaś obronić in vitro, stanąć po stronie urażonych, pokazać oburzenie czy pokazać słuszną drogę?

Chciałam napisać książkę, ponieważ zostałam o to poproszona przez wydawnictwo Muza. Chciałam też, żeby historia Naszego Bociana, którą miałam zaszczyt współtworzyć, nie przepadła w mroku dziejów. I cieszę się, ze to ostatnie się udało. Nie mam potrzeby bronienia in vitro, ponieważ fundamentalnie nie zgadzam się z podziałem na zwolenników i przeciwników in vitro, uważam tę dychotomię za fałszywą, aby nie powiedzieć: głupią. In vitro jest metodą medyczną. W przypadku innych metod medycznych nikt nie zadaje pytań o to, czy jesteśmy zwolennikami resekcji żołądka albo przeszczepu nerki, ponieważ stawianie takiej kwestii brzmiałoby idiotycznie. I słusznie, bo jest idiotyczne. Tak więc nie jestem zwolenniczką in vitro ani jego przeciwniczką. Na polu prywatnym jestem osobą, która skorzystała z tej metody, ponieważ miała określoną diagnozę, otrzymała możliwość wyboru takiej terapii, miała taką wolę i skorzystała z takiego prawa. Na polu publicznym jestem osobą, która będzie bronić prawa każdego człowieka do podjęcia własnej decyzji o kształcie prywatnej rodziny, niezależnie od tego, czy ten kształt zrealizuje się w adopcji, in vitro, bezdzietności czy naprotechnologii. Nie jestem od oceny. Stowarzyszenie Nasz Bocian też nie jest od oceny i jesteśmy w tym stanowisku bardzo konsekwentni. Tym samym nie istnieje coś takiego jak „słuszna droga”. Istnieją tysiące indywidualnych historii, tysiące wrażliwości, potrzeb i ograniczeń.

Tylko dana osoba bądź para, której dotyczy problem niemożności zajścia w ciążę, ma moim zdaniem prawo zdecydowania, co w jej przypadku będzie najlepszą drogą. Ja mogę w tym procesie jedynie wspierać oraz towarzyszyć i tak właśnie widzę rolę własną oraz tak swoją rolę od 14 lat widzi Nasz Bocian.

Czy rozgrzebywanie starych ran (jak np. cytowane przez Ciebie wypowiedzi osób związanych z  kościołem) nie utrwalają podziałów – przeciwnicy vs. zwolennicy in vitro? Czy nie bardziej potrzeba zgody i wyważonego dialogu?
Od 14 lat prowadzimy wyważony dialog jako Stowarzyszenie i moja książka jest odbiciem tego podejścia. Włączyłam w nią różne narracje i argumenty, nawet takie, z którymi prywatnie się nie zgadzam lub wobec których mam przynajmniej wątpliwości, ale jednak są częścią otaczającego nas świata. To ta część zgody i „wyważonego dialogu”, na której współtworzenie mam jakiś wpływ, więc to robię – rozmawiam, wyjaśniam i prezentuję postawę merytoryczną. Nie mam jednak wpływu na intencje autorów sformułowań „dzieci z in vitro mają bruzdę dotykową” albo „wy, dzieci z in vitro, nie jesteście winne tego, że wasi rodzice to mordercy”, więc może powinnaś porozmawiać z osobami, które tak mówią i do nich skierować pytanie o wyważony dialog. Druga z tych wypowiedzi padła w sierpniu 2015 roku, więc chyba nie zalicza się do starych ran? Zresztą takie sformułowania padają nieustannie, co można łatwo prześledzić monitoringiem mediów, z którego korzystam.

„W Polsce nawet ateiści muszą się modlić o łaskę wiary i odczuwać żal za grzechy, a jeśli tego nie  robią stają się obcymi wśród bliskich”. Nadal czujesz się obca?
Będę się czuła obca jak długo na ścianie sali w publicznym przedszkolu, do którego uczęszcza mój syn, będzie wisieć półmetrowy krucyfiks. Ponieważ to nie jest normalne i to nie jest neutralne. I to nie ma nic wspólnego z tym, czy mam coś przeciwko krzyżowi czy nie – nie mam. Ale do tego przedszkola mogłaby chodzić córka mojej koleżanki, która jest głęboko wierzącą żydówką. I sama świadomość, że publiczna placówka, która z założenia nie może i nie powinna się opowiadać po żadnej stronie światopoglądowej, politycznej i religijnej, robi to bez żadnej refleksji nad nieprzezroczystością takiego działania, mnie boli. Bo tym samym wyklucza wszystkie dzieci i rodziny, dla których ten krzyż ma głębokie znaczenie. Polska nie jest krajem przyjaznym dla inności, nieważne czy ta inność będzie dotyczyła „nie mogę mieć dzieci naturalnie, choć bardzo pragnę, więc jestem inna/inny niż moi dzieciaci znajomi” czy „mój Bóg ma inne imię niż twój Bóg”. Są ludzie, dla których inność nie ma znaczenia, jak długo ich nie dotknie i sami nie poczują skutków wykluczenia. Na szczęście są też ludzie, którzy nie muszą dostać po głowie wykluczeniem, aby czuć, jak bardzo może być ono bolesne. Nazywamy to empatią. Powinna być dodawana do wody w kranie, abyśmy wszyscy mogli ją przyswoić. Szkoda, że nie jest to możliwe.

Opisujesz swoje zmagania w mediach – nie dawano Ci dojść głosu, byłaś przekrzykiwana i przerywano  Ci. Książka jest tym wszystkim, czego nie mogłaś powiedzieć przed kamerami?
Nie, książka oryginalnie miała ponad 600 stron. Nie mogliśmy jej opublikować w takiej objętności. Z wersji pierwotnej wypadło więc kilka rozdziałów, między innymi rozdział adopcyjny, rozdział o surogacji, o feministycznej krytyce in vitro.  Żałuję tego, ale być może pojawią się w kolejnej książce.
W materiałach prasowych o „In vitro. Bez strachu, bez ideologii” czytamy „pierwsza na polskim rynku pozycja podejmująca tematykę sztucznego zapłodnienia w tak wyważony sposób i w tak szerokim  zakresie”. Mimo to w książce jest wiele emocji, a nawet frustracji. To już nie tylko głos eksperta, ale to głos zranionej kobiety. Kobiety walczącej?

Napisanie  książki o polskim doświadczeniu niepłodności, która nie zawierałaby emocji ani frustracji, byłoby tak samo uczciwe jak napisanie dysertacji doktorskiej o dialekcie mieszkańców Atlantydy. Ta sytuacja zwyczajnie nie występuje w przyrodzie. Jeśli mieszkasz w Polsce i przechodzisz przez in vitro to będzie się to wiązać z emocjami i z frustracją. Trochę męczy mnie oczekiwanie, że powinno się i można być ponad wszystkim. Nie, nie można. Jeśli zostajesz matką i chcesz kontynuować pracę zawodową oraz mieć szereg interesujących hobby i przy tym wyglądać jak bogini, to też któryś z tych obszarów straci na jakości i tyle. Nie można mieć w życiu wszystkiego i wpieranie kobietom, że tak się zadzieje, jest ładowaniem ich w ściemę, którą bardzo szybko przejrzą. Analogicznie nie da się poddawać swojego ciała procesowi leczenia niepłodności i udawać, że nie dotrze do nas żaden głos debaty i nie walną w nas konsekwencje ustawy. Nie wiem, czy mówienie o tym otwarcie jest walką, ja bym to nazwała uczciwością. A na koniec dodam, że nie ma czegoś takiego jak „sztuczne zapłodnienie” i ubolewam, że ta fraza pojawiła się w materiałach prasowych. Zapłodnienie jest naturalne i może być co najwyżej pozaustrojowe lub wewnątrzustrojowe.

Tak samo dzieci są dziećmi i nie pochodzą z probówek, tak jak nie pochodzą z penisa i pochwy. Fajnie by było, gdybyśmy wreszcie zaczęli się posługiwać językiem, który nikogo nie piętnuje.

————————————————–

Anna Krawczak sama jest matką, która młodsze dziecko urodziła korzystając z metody in vitro. Była katoliczką z głęboko wierzącej rodziny, musiała przejść cały proces godzenia się na metodę, której nie akceptuje kościół, a która była jej jedyną szansą na urodzenie dziecka. Opowiada nie tylko o przeżyciach swoich, ale i męża oraz starszego syna. 

Anna Krawczak także przez wiele lat pełniła funkcję prezesa Stowarzyszenia „Nasz bocian” zajmującego się sprawami ludzi zmagających się z problemem bezpłodności. Jest członkinią Rady Programowej Narodowego Programu Leczenia Niepłodności 2013-2016 przy Ministerstwie Zdrowia, konsultantką wytycznych w leczeniu niepłodności Światowej Organizacji Zdrowia, członkinią ESHRE i Fertility Europe oraz członkinią Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem Uniwersytetu Warszawskiego.

E-wersja magazynu Chcemy Być Rodzicami do kupienia tutaj!

Magda Dubrawska

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.