fbpx
Przejdź do treści

Dzieci z in vitro: milczący uczestnicy dyskursu publicznego. Co sądzą o metodzie swojego poczęcia?

Mama pokazuje tablet dwójce dzieci /Ilustracja do tekstu: Dzieci z in vitro: co sądzą o swojej metodzie poczęcia?
Fot.: Alexander Dummer /Unsplash.com

Kolor włosów i oczu, typ urody, temperament, czasem zdolność do wykonywania niektórych czynności – to pierwsze cechy, które przychodzą nam do głowy, gdy myślimy o różnicach pomiędzy dziećmi. W polskim dyskursie publicznym często podkreśla się, że jedną z istotnych różnic jest także… sposób poczęcia. Czy istnieje zatem taka kategoria, jak „dzieci z in vitro”? Co sądzą o tym same dzieci będące podmiotem tych rozważań i czy są gotowe na to, by stworzyć własną opowieść?

Przypuszcza się, że wiele dzieci nie wie, czy zostały poczęte poprzez starania naturalne czy poprzez in vitro. Sam wybór metody (szczególnie w sytuacji, gdy obie komórki rozrodcze pochodzą od rodziców biologicznych) nie powinien mieć bowiem dla nich samych żadnego znaczenia. Znaczenie nadają mu jednak uczestnicy dyskursu publicznego, którzy w ostatnim czasie szczególnie często podnoszą kwestie moralnych i zdrowotnych aspektów zapłodnienia pozaustrojowego. Przodują w tym środowiska kościelne.

Kościół a in vitro. Słowa, które bolą

Mimo że episkopat w swoim oficjalnym stanowisku podkreśla, że nie stygmatyzuje dzieci poczętych w wyniku in vitro, a jedynie potępia wybór tej metody przez ich rodziców, wypowiedzi przedstawicieli Kościoła katolickiego zdają się temu przeczyć.

Pamiętamy słynne słowa ks. Franciszka Longchampsa de Berier, który stwierdził, że dzieci z in vitro mają na czole dotykową bruzdę, która ma być oznaką zaburzeń genetycznych wynikających z poczęcia pozaustrojowego. Z kolei abp Henryk Hoser publicznie wyrażał osobliwą troskę o przyszłość dzieci z in vitro.

– Jeżeli urodzi się zdrowe (daj Boże), to trzeba mu zapewnić jak najlepsze warunki wychowania i jednocześnie otoczyć dodatkową opieką, aby – gdy dowie się o okolicznościach swojego poczęcia – nie przeżywało traumy, resentymentów, tylko zaakceptowało zaistniały stan rzeczy, pogodziło się z losem, na który nie miało żadnego wpływu – stwierdził w wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej.

W podobnym tonie wypowiadali się też inni księża i katoliccy publicyści. Niektórzy, jak bp Tadeusz Pieronek, prezentując publicznie swoje zdanie na temat dzieci z in vitro, wyraźnie przekroczyli granice.

– Czymże jest literackie wyobrażenie Frankensteina, czyli istoty powołanej do życia wbrew naturze, jak nie pierwowzorem in vitro? Życie zrodzone z probówki jest wynikiem manipulacji, a nie działania natury – mówił w rozmowie z Onet.pl.

Dzieci z in vitro zasługują na własną opowieść

Większość tych dyskutantów zdaje się zapominać, że żadne dziecko w dzisiejszych czasach nie żyje w oderwaniu od mediów. Młodzi obywatele, podobnie jak dorośli, mają dostęp do prasy, telewizji i internetu, które bombardują ich etycznymi ocenami in vitro – również tymi najbardziej kontrowersyjnymi. To zaś nie pozostaje bez wpływu na ich stosunek do tej metody i samych siebie.

Czy dzieci, które dowiedziały się, że zostały poczęte w wyniku in vitro, czują się inne? Wielkich nieobecnych dyskursu o in vitro zaprosiły do rozmowy badaczki z Uniwersytetu Warszawskiego: Magdalena Radkowska-Walkowska, Ewa Maciejewska-Mroczek, Anna Krawczak, Maria Reimann i Dorota Gawlikowska. Z przekonania, że dzieci te zasługują na własną opowieść, naukowczynie zapoczątkowały projekt badawczy „Nowe technologie reprodukcyjne – perspektywa childhood studies”. W jego ramach zrealizowano ok. 100 pogłębionych wywiadów, m.in. z dziećmi w wieku 4-28 lat, które zostały poczęte poprzez zapłodnienie pozaustrojowe.

36 godzin różnicy

Zdecydowana większość rozmówców, którzy wiedzieli, że ich rodzice zdecydowali się na in vitro, nie wskazywała różnic pomiędzy sobą a innymi dziećmi. 20-letnia Maria tak określiła siebie na tle swoich rówieśników:

– Jaka jest różnica pomiędzy mną a nimi? To jest 36 godzin w moim przypadku (…). Ponieważ moja mama nie ma jajowodu, to jajeczko nie może samo przejść do (…) macicy. No nie ma jak. Więc lekarz musi je wyjąć, złączyć z plemniczkiem, i włożyć do macicy. (…) I po prostu ten proces trwał 36 godzin, i tyle. I to jest ta różnica. Cała ciąża przebiegała tak samo jak z innymi dziećmi.

Wiele badanych podkreślało, że są pewni swojej nierozróżnialności i nie mają potrzeby mówienia o tym publicznie.

– Jeżeli ja miałbym udowadniać ludziom, że jestem taki sam, jak inni, toby znaczyło, że muszę coś udowadniać. Nie, każdy kto na mnie spojrzy na ulicy, czuje się zupełnie równy ze mną. I tak naprawdę udowadnianie, że jestem normalny, jest absurdalne, bo to tak, jakbyś wyszła na ulicę i przekonywała ludzi, że jesteś blondynką (…) i że to nie farbowane (…) – zaznaczył 19-letni Antek.

Kilkunastoletnia Kasia podkreślała, że jej mama przywiązuje znacznie większą wagę do sposobu jej poczęcia niż ona sama.

– Ja nie chcę być brana pod uwagę [jako część] grupy dzieci z in vitro. (…) Chcecie udowodnić, że jesteśmy normalnymi dziećmi, a jednocześnie chcecie pokazać, że jesteśmy inni, że mamy swoje zdanie na ten temat. No to może trochę konsekwencji, co? – mówiła.

Tożsamość dzieci z in vitro

Niektóre dzieci widzą jednak w metodzie, którą zostały poczęte, wartość dodaną, która pobudza ich wyobraźnię i czyni ich biografię wyjątkową:

– Wiem, że ja byłam przez trzy lata w szpitalu gdzieś tam. Mogłabym być wieku mojego brata, gdyby nie to, że mnie (…) mama nie mogła od razu urodzić – mówi dziewięciolatka zaproszona do udziału w badaniu.

Część starszych rozmówców, którzy w przestrzeni publicznej zetknęli się z wieloma negatywnymi komunikatami na temat in vitro, czuje, że metoda poczęcia wpłynęła w pewien sposób na ich tożsamość.

– Z perspektywy, że wiem [o poczęciu poprzez in vitro], nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie wiedzieć. To byłoby straszne dla mnie. Szczególnie, że jestem osobą interesującą się polityką i tym, co się dzieje” – podkreśla pełnoletnia już Monika. Dodała, że najgorszą rzeczą byłoby, gdyby dowiedziała się dopiero teraz, gdy trwa obecny spór o in vitro.

Monsteryzacja, która nie trafia w próżnię

Szerzej problem ten opisała Agnieszka Ziółkowska, pierwsza Polka poczęta metodą in vitro (we Włoszech):

– Przypisuje się nam upośledzenie zdrowotne, psychiczne, problemy tożsamościowe. Cóż, jeśli nadal w debacie będą pojawiać się określenia ”cywilizacja śmierci” czy ”dzieci Frankensteina”, to rzeczywiście człowiek może nabawić się problemów z tożsamością. Zapominamy, że polskie dzieci z in vitro są coraz starsze, niektóre mogłyby już mieć własne dzieci. I śledzą tę debatę pełną bzdur i wyzwisk, tego wrzasku, że zło, że mordercy… (…) Niby to jest taka taktyka, że krytykuje się samą metodę, a nie jej owoce. Ale to nie jest tak, że jak rzucasz dookoła zarzutami o zabijanie, że jak wrzeszczysz o cywilizacji śmierci, o dzieciach Frankensteina, to nie stygmatyzujesz dzieci z in vitro. My to wszystko słyszymy, czytamy, ten cały ściek nie leci w próżnię – mówiła w 2012 roku w rozmowie z Wysokimi Obcasami.

Podobnie wyrażała się Magdalena Kołodziej w emocjonalnym liście skierowanym do parlamentarzystów w 2015, gdy w Senacie toczył się spór wokół in vitro.

„Niczym się nie różnimy i – w przeciwieństwie do niektórych – możemy powiedzieć z całą pewnością, że jesteśmy wyczekani i bardzo kochani! To nie my jesteśmy źli. Źli są wszyscy, którzy zabraniają nam żyć, a zwłaszcza politycy o skrajnych i niebezpiecznych poglądach, bezrefleksyjni przedstawiciele Kościoła katolickiego oraz wszyscy, którzy robią z nas potwory i najchętniej by się wszystkich pozbyli” – pisała 28-letnia wówczas Magdalena Kołodziej.

Dzieci z in vitro, czyli niepoznany „obcy”

Skoro więc dzieci poczęte dzięki in vitro same nie czują się inne, czemu w dyskursie publicznym tworzy się z nich szczególną kategorię, wymagającą osobnych cech i określeń? Badaczki zauważają, że jednym z powodów tego stanu rzeczy jest brak wieloletnich przekrojowych badań na temat kondycji polskich dzieci poczętych metodą zapłodnienia pozaustrojowego, które ostudziłyby emocje. Takie szczegółowe analizy prowadzono w wielu krajach, m.in. w Szwecji i USA, dzięki czemu procedura in vitro nie podlega tam stygmatyzacji społecznej.

Tymczasem to, co obce, niezbadane, a tym samym łączące się z dylematami moralnymi, często ukazywane jest w kulturze za pomocą monstrualnych figur. Ów „obcy” jest dla wielu środowisk synonimem zagrożenia i niebezpieczeństwa, choć przypisywane mu cechy nie mają nic wspólnego z jego rzeczywistym obrazem.


Tekst powstał w oparciu o dane z książki „Dziecko, in vitro, społeczeństwo. Ujęcie interdyscyplinarne” p.red. Anny Krawczak. Ewy Maciejewskiej-Mroczek i Magdaleny Radkowskiej-Walkowicz, a także artykułów opublikowanych na onet.pl, wysokieobcasy.pl i wyborcza.pl.

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.