fbpx
Przejdź do treści

Zobaczcie, dlaczego nie warto się poddawać. Historia Ani wyciska łzy i daje nadzieję

długa droga do macierzyństwa
fot. Pixabay

Ania, tak jak wiele kobiet, nie podejrzewała, że przyjdzie jej się zmierzyć z problemami z zajściem w ciążę. Najpierw miał być ślub, wesele, a potem dziecko. Nie wszystko poszło jednak zgodnie z planem. Dziś Ania zgodziła się opowiedzieć swoją historię, aby dać kobietom nadzieję i pokazać, że nawet beznadziejna z pozoru sytuacja może mieć szczęśliwe zakończenie. Oto długa droga do macierzyństwa, która warta jest każdego poświęcenia.

„Nie pamiętam, kiedy odstawiłam antykoncepcję, ale w tamtym czasie planowaliśmy wesele. Uznaliśmy, że co ma być, to będzie. Wiadomo – przygotowania i związane z tym nerwy zajmowały nam głowę. Jednak miesiące mijały, a miesiączka pojawiała się, jak w zegarku.

Nareszcie nadszedł ten wielki dzień. 22 czerwca 2013 roku odbył się nasz ślub i wesele – cudowna zabawa, zmiana stanu cywilnego, nowe wspólne życie. Zaczęliśmy porządnie myśleć o rodzinie. Szczerze mówiąc bardziej ja o tym rozmyślałam, bo mój mąż, jak mówił, nie miał „spiny”. Ja bardzo pragnęłam jednak, aby nasza rodzina wkrótce się powiększyła.

Już jako nastolatka marzyłam o dzieciach, zawsze je kochałam i wszystkie w najbliższym otoczeniu bawiłam. Zaczęłam robić testy owulacyjne, obserwować cykl i brać witaminy. Jednak miesiączka nadal pojawiała się regularnie.

Udałam się do zwykłego ginekologa na NFZ, żeby zrobić monitoringi owulacji. I co? Piękne „endo”, obiecujące „owulki”, ale ciąży brak. Zaczęłyśmy z lekarką badać hormony, jednak i tu wszystko było w normie. Rzuciła hasło: badanie nasienia. Mąż od razu się zgodził, wiedział, jakie to ważne.

Niespodziewana diagnoza

Odebraliśmy wynik i szok – ani jednego plemnika, nic, totalna pustka. Nie dowierzaliśmy, pani doktor kazała powtórzyć badania, tak też zrobiliśmy. Kolejny wynik odebrałam sama, byłam akurat u siostry w szpitalu. Wynik taki sam – brak plemników!

Wtedy dopiero to do mnie dotarło. Zadzwoniłam zapłakana do męża, był wtedy u brata i ledwo co zrozumiał z rozmowy. Obydwoje wróciliśmy do domu i się popłakaliśmy. Mąż stanął na wysokości zadania i powiedział, że musimy poszukać rozwiązania.

Umówiłam nas do kliniki leczenia niepłodności do lekarza androloga. Na wizycie męża zbadano, zlecono badania hormonalne i genetyczne. Potem mąż miał się poddać biopsji jąder. Poziom hormonów nie był najlepszy, FSH okazało się bardzo wysokie, USG jąder w porządku, genetyka także idealna.

Doszło do biopsji.  Diagnoza zaraz po zabiegu: brak plemników. Nie traciliśmy jednak nadziei, że może gdzieś jakimś cudem plemniki znajdą się w dokładniejszym badaniu. Czułam, że to koniec, choć tliła się we mnie nadzieja, mąż wierzył bardziej.

Niestety, trzy tygodnie po zabiegu otrzymaliśmy telefon z informacją, że żadnych plemników nie znaleziono i nie ma żadnych komórek spermatogenezy. Potem kolejna wizyta i szczegółowe omówienie sytuacji i poszukiwanie możliwych opcji.

Inseminacja czy adopcja?

Jedynym rozwiązaniem dla nas był dawca nasienia albo adopcja. Dałam mężowi czas na przemyślenie sprawy, ale szybko wszystko sobie poukładał, jak się potem okazało, ze względu na mnie.

Nie spełnialiśmy wymogów stawianych dla kandydatów na rodziców adopcyjnych, ale też nie byliśmy na tyle dojrzali, aby się z tym zmierzyć. Zdecydowaliśmy się zatem na inseminację z użyciem nasienia dawcy. Pełni nadziei czekaliśmy na rezultat. Znowu nic, ciąży brak. Potem były leki, zastrzyki na stymulację i kolejne trzy inseminacje, niestety nieudane. Podjęliśmy decyzję, że nie będziemy więcej podchodzić do zabiegu. Szkoda było naszych nerwów i pieniędzy.

Jedynym wyjściem w tej sytuacji było in vitro z nasieniem dawcy. Nagle okazało się, że w naszej klinice będą się odbywały badania kliniczne. Pomyślałam: jest szansa! Do badań przyjmowali także pary korzystające z  nasienia dawcy. Warunkiem byłoby pokrycie kosztów nasienia. Nawet się nie zastanawiałam i od razu nas zgłosiłam.

Należało wysłać wyniki i nagle szok! Okazało się że jestem nosicielką wzw B, co automatycznie zdyskwalifikowało nas z udziału w badaniach. Byłam załamana. Natychmiast udałam się do lekarza chorób zakaźnych i kamień spadł mi z serca. Lekarz zapewnił, że nie ma przeciwwskazań do ciąży, bo to tylko nosicielstwo i istnieje znikoma szansa na zarażenie dziecka.

Pierwsze podejście do in vitro

Przystąpiliśmy do pierwszej procedury in vitro. Udało się uzyskać pięć zarodków rożnej klasy. Nagle po stymulacji wyszła u mnie nadczynność tarczycy, więc szybko wdrożono leki. Pierwszy transfer i beta – pozytywna, niziutka, jak na ten dzień po transferze, ale pozytywna.

Potem wizyta u lekarza. Doktor założył kartę ciąży. Kolejna wizyta była za dwa tygodnie, jednak zarodek był za mały, jeszcze nie miał serduszka. W następnym tygodniu znów brak akcji serca. Później lekarz stwierdził obrzęk płodu – poronienie zatrzymane w 9-10 tygodniu ciąży… Dostałam skierowanie do lekarza.

Ryczałam jak bóbr. Mąż zawiózł mnie na konsultację do innego lekarza, który potwierdził diagnozę. Tego samego dnia trafiłam do szpitala,  a nazajutrz zdecydowano o zabiegu. Kiedy szłam na tę zimną salę pełną lekarzy, wiedziałam, że to ostatnie chwile z moim maleństwem.

Ze szpitala wyszłam tego samego dnia wieczorem. Był to 16 stycznia 2015 roku. Wyobrażacie sobie?! Cudowne i szczęśliwe święta, a zaraz potem taka strata. Już widziałam moje maleństwo i święta we troje za rok. Niestety, nie zdecydowałam się na badania, nikt w szpitalu nie powiedział, że mogę takowe wykonać i pochować nasze dziecko.

Musiałam odczekać trzy miesiące, by dojść do siebie na tyle, by podjąć kolejna próbę. Niestety, znowu nieudaną. Trzeci transfer i znowu beta poniżej 2. Nie wiedzieliśmy, co robić. Nie było przeciwwskazań, poza tym „przecież byliśmy młodzi”.

Ja miałam wówczas niespełna 23 lata, a mąż był dwa lata starszy. Podeszliśmy do ostatniego, czwartego transferu. Miały mi zostać podane dwa zarodki, ponieważ ze względu na ich słabą klasę, zostały zamrożone razem.

Jeden z maluszków nie przeżył rozmrażania i podano ten jeden, który dał radę. To była nasza ostatnia szansa i nadzieja. Nadszedł czas testu – beta znowu ujemna. Załamaliśmy się totalnie.

Problemy w związku

Między nami zaczęło się psuć, bardzo się od siebie oddalaliśmy, bo nie mogliśmy sobie poradzić z porażkami i bezradnością. Zaczęłam mówić o drugiej procedurze, a mąż nagle o rozwodzie. Myślałam, że nie ma już dla nas ratunku.

Byłam tak zdesperowana, że błagałam, by ze mną został tylko na czas tej drugiej procedury, by w ten sposób dał mi dziecko. Twierdził że nie może tego zrobić, to nie byłoby fair. Usiedliśmy, porozmawialiśmy. Daliśmy sobie czas tylko dla siebie, bez starań i rozmów o dziecku.

W międzyczasie, na spokojnie robiłam badania. Odetchnęliśmy. Tak zleciały trzy miesiące. Wtedy też koleżanka poleciła klinikę w innym mieście oddalonym o 400 km od nas. Była to tańsza opcja. Tyle pieniędzy wydaliśmy już do tej pory na leczenie w Warszawie, że staraliśmy się zaoszczędzić, ile i gdzie się dało.

Okazało się jednak, że raz w miesiącu profesor z polecanej kliniki przyjmuje właśnie w Warszawie. Udaliśmy się zatem na konsultację. Profesor okazał się rzeczowy i konkretny. Obejrzał mnie w środku, rozpisał stymulację oraz wypisał recepty. Zaprosił do siebie.

Takim sposobem w kwietniu wylądowałam w Białymstoku. Byłam tam sama z moim psim towarzyszem, bo mąż musiał wracać do domu. Ciężko było się rozstać, ale mobilizował nas cel i nasze MARZENIE.

Codziennie przyjmowałam zastrzyki, a co drugi dzień przychodziłam na konsultacje. Tak zleciały mi dwa tygodnie. Nadszedł czas na punkcję.

Udało się uzyskać sześć zarodków rożnych klas. W weekend majowy odbył się pierwszy transfer. Pojawiła się ogromna nadzieja. Po pewnym czasie okazało się jednak, że to ciąża biochemiczna. Załamałam się, bo pokładałam ogromne nadzieje w tym zarodku.

Ostatnia próba. „Nadzieja umiera ostatnia”

Potem był rugi transfer i znowu nadzieja – beta pozytywna, ale bardzo niziutka. Już wiedziałam, że to kolejna ciąża biochemiczna, ale wynik z krwi powtórzyłam dla pewności. Nie myliłam się.

Nie wiedziałam, co robić. Mąż chciał przerwy. Chciał, żebym odpoczęła, żebyśmy się zresetowali.

Zaczęłam myśleć, co jest nie tak…  Poszłam na krzywą glukozowo-insulinową. Wyszła niewielka insulinooporność i duża hiperinsulinemia. Szybko udałam się na prywatną wizytę do diabetologa. Dostałam leki i zaczęłam stosować dietę.

Błagałam męża o ostatni transfer, jednak wciąż był na nie. Używałam argumentu, żeby wykorzystać połowę zarodków teraz, a resztę po nowym roku. Mówiłam, że jak znowu nie wyjdzie, to odpoczniemy. Przystał na moją propozycję i  4 września 2017 pojechaliśmy na trzeci, a w sumie już siódmy transfer.

Nie łudziłam się, chociaż wiadomo – nadzieja umiera ostatnia. Nie czułam aż takiego bólu zagnieżdżania, jak przy poprzednich ciążach. Nadszedł czas badania krwi. Siedziałam w domu sama i odświeżałam stronę laboratorium.

Pojawił się wynik, ale na odczytanie czekałam na męża. Gdy wrócił z pracy wręczyłam mu telefon, aby sprawdził wynik. On tylko się zaśmiał i powiedział „udało się”! Prosiłam, żeby przestał żartować, jednak mąż odczytał pozytywny wynik. Płakaliśmy ze szczęścia, ale wiedzieliśmy, że jeszcze wszystko może się wydarzyć. Życie nas w tej kwestii nie oszczędzało, więc czemu akurat teraz miałoby być inaczej?

Długa droga do macierzyństwa i szczęśliwe zakończenie

Byliśmy umówieni na wizytę do lekarza, bardzo szczęśliwi i radośni, nie mogliśmy się jej wręcz doczekać. Nie miałam żadnych dolegliwości, więc stresowałam się, że znowu może coś pójść nie tak.

Do lekarza trafiłam jednak z krwawieniem, na trzy dni przed zaplanowaną wizytą. Myślałam, że to koniec, ale na USG widoczne było echo zarodka i Maluch znajdował się na swoim miejscu. Lekarz kazał się oszczędzać i przyjść na następną wizytę.

Na kolejne USG szliśmy pełni obaw. Serduszko naszego dziecka biło! Lekarz założył kartę ciąży. Jak się okazało, krwawienie było spowodowane krwiakiem położonym przy ujściu szyjki. Ciąża przebiegała bezproblemowo, aczkolwiek każda kolejna wizyta była dla nas źródłem ogromnego stresu, ale i ogromnego szczęścia.

Delikatne nudności męczyły mnie raptem tydzień w pierwszym trymestrze. Potem troszkę kręgosłup ale nic poza tym. 26 maja pękł mi worek owodniowy, a przed 19 zaczęły odchodzić wody. Urodziłam 27 maja o godzinie 00:10 siłami natury cudownego wymarzonego Synka ważącego 3500 g i mierzącego 54 cm. Jaś dostał 10/10 punktów i od razu rozkochał w sobie rodziców do granic możliwości!!

Warto walczyć, warto się nie poddawać. Zawsze sobie powtarzałam, że dopóki walczę, jestem zwycięzcą. Każda porażka najpierw mnie osłabiała, ale potem dawała porządnego kopa w tyłek do dalszej drogi. Każda kłoda motywowała mnie jeszcze bardziej i mam tę swoją wyproszoną „szczęśliwą siódemeczkę”, jak ja to mówię. Jestem mamą cudownego, wyczekanego, wymarzonego Synka!”

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Anna Wencławska

Redaktorka serwisu Chcemy Być Rodzicami. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.