Przejdź do treści

Cała prawda o in vitro – czy jest się czego bać?

Czy in vitro jest bezpieczne
Metoda in vitro nie jest przyczyną chorób i wad genetycznych dzieci – fot. materiały dostarczone przez Salve Medica

Zapłodnienie pozaustrojowe to dla wielu par jedyna szansa na posiadanie własnego potomstwa. Dzięki in vitro mogą stworzyć pełną rodzinę. Jednak ta metoda do dziś budzi wiele kontrowersji. Czy jest bezpieczna, jak duże jest ryzyko ciąży mnogiej, czy jest skuteczna?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

To tylko niektóre pytania, jakie zdają sobie pary, dla których in vitro jest jedynym wyjściem na zajście w ciążę. Czy naprawdę jest się czego obawiać?

Jeden zarodek czy dwa?

Zdrowym i młodym kobietom (do 35 r.ż.) z dobrą rezerwą jajnikową podaje się jeden zarodek.

Kobietom, które przekroczyły 35 lat częściej podawane są dwa zarodki, by zwiększyć szansę na ciążę. Dotyczy to również par, dla których poprzednie transfery zakończyły się niepowodzeniem.

Jak duże jest ryzyko ciąży mnogiej?

Prawdą jest, że wiele ciąż mnogich było efektem in vitro, gdy w jamie macicy umieszczano więcej niż jeden zarodek, by zwiększyć szansę na zajście w ciążę. Wówczas w 80% przypadków dokonywano transferu dwóch zarodków.

Jednak program rządowy z 2013 roku, wprowadził przepisy mówiące o tym, że zalecane jest przeniesienie do macicy jednego zarodka.

Obecnie transfer dwóch zarodków w jednym cyklu dotyczy tylko 10% par. Polska jest obecnie jednym z krajów z najniższym odsetkiem ciąż mnogich z in vitro.

Zobacz też: Czy wiek pacjentki ma wpływ na skuteczność in vitro?

Bliźnięta z in vitro

Według badań 98-99% ciąż bliźniaczych z in vitro jest efektem podania dwóch zarodków. Wówczas dzieci mogą mieć różną płeć, mają osobne łożyska i worki owodniowe.

1-2% to bliźnięta powstałe na skutek podziału zarodka. Wówczas mówimy o bliźniętach jednojajowych, jednopłciowych. Rozwijają się najczęściej w jednym worku owodniowym, mają wspólne łożysko itd.

W przypadku bliźniąt jednojajowych, im wcześniej dojdzie do podziału komórki jajowej, tym lepiej. Istnieje wówczas większa szansa, że dzieci będą miały osobne worki owodniowe lub łożyska, co jest bezpieczniejsze w przypadku wystąpienia komplikacji.

Czy ciąża mnoga z in vitro jest ciążą wysokiego ryzyka?

Ciąża mnoga zawsze niesie ze sobą większe ryzyko niż pojedyncza, niezależnie od sposobu poczęcia. Jest to ogromny wysiłek dla organizmu matki, a ryzyko wystąpienia cukrzycy, nadciśnienia czy niewydolności łożyska rośnie.

Trzeba również pamiętać, że bliźniaki są mniejsze, mają mniejszą masę urodzeniową i rodzą się przed czasem (36-37 tydzień ciąży). Im wcześniej przyjdą na świat, tym bardziej zaawansowanej opieki specjalistycznej potrzebują.

Zobacz też: In vitro skuteczną drogą do macierzyństwa

Czy in vitro jest przyczyną chorób u dzieci?

Metoda zapłodnienia pozaustrojowego nie jest przyczyną chorób i wad genetycznych. Jest to spowodowane często tym, że ciąża kończy się przed czasem.

Jednak przede wszystkim wystąpienie chorób i wad genetycznych wynika z jakości pobranego materiału genetycznego. Ryzyko wady u dziecka rośnie z wiekiem kobiety, bez względu na metodę poczęcia.

Kriotransfer – czy warto?

Mimo, że podczas zabiegu zarodki są podawane do jamy macicy, występuje ryzyko ciąży pozamacicznej, umiejscowionej w jajowodach. Częściej do takiej sytuacji dochodzi przy transferze świeżych zarodków, gdy kobieta jest pod wpływem intensywnej stymulacji hormonalnej mogącej wywołać skurcze, przez co zarodek cofa się do jajowodu.

Ryzyko jest mniejsze z wykorzystaniem zarodków zamrożonych. Obecnie połowa ciąż to ciąże z tzw. „mrożaczków”, czyli zamrożonych wcześniej zarodków. Można więc mówić o większej skuteczności i bezpieczeństwie przy kriotransferze.

Z obserwacji wynika także, że ciąża z kriotransferu trwa dłużej, a dzieci rosną większe, co ma wpływ na ogólny stan zdrowia dziecka.

Zobacz też: 1,5 mln par ma problem z płodnością, a Ty?

Czy mrożenie jest bezpieczne?

Zarówno mrożenie (a dokładnie vitryfikacja) komórek jajowych jak i wyhodowanych zarodków jest bezpieczne. Zamrożenie powoduje wstrzymanie wszelkich procesów biologicznych.

Zarówno komórka jak i zarodek mogą być tak przechowywane przez kilka- lub kilkanaście lat. Jednak część naukowców uważa, że im krócej komórka lub zarodek są mrożone, tym lepiej. Ma to znaczenie szczególnie wtedy, gdy weźmiemy pod uwagę czas przechowywania zarodka i wiek kobiety w momencie transferu.

 

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Ekspert

Mgr Małgorzata Wójt

Kierownik laboratorium embriologicznego, specjalizująca się̨ w procedurach rozrodu wspomaganego. Odbyła szereg szkoleń́ i warsztatów zarówno w Polsce, jak i na świecie.

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Położna i jej rola w leczeniu niepłodności – o swoim doświadczeniu opowiada Alina Jedlińska, ambasadorka kampanii „Położna na medal”

O tym, jaką rolę pełni położna w leczeniu niepłodności, opowiada Alina Jedlińska, położna i ambasadorka kampanii „Położna na medal”.
fot. "Położna na Medal"

Niepłodność to jednostka chorobowa, która powoduje niemożność zajścia w ciążę. W 35% przyczyna niepłodności leży po stronie zarówno kobiet jak i mężczyzn, pozostały procent przypadków nie jest jasno określony co do przyczyny. O niepłodności możemy mówić, kiedy przez rok regularnego współżycia tzn. 3 – 4 razy w tygodniu bez stosowania środków antykoncepcyjnych, kobieta nie może zajść w ciążę. O tym, jaką rolę pełni położna w leczeniu niepłodności, opowiada Alina Jedlińska, położna z Kliniki Angelius Provita w Katowicach i ambasadorka kampanii „Położna na medal”.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Rola położnej w leczeniu niepłodności

Rola położnej w leczeniu niepłodności małżeńskiej jest przede wszystkim edukacyjna. To do położnej należy wyedukowanie pary w rozpoznawaniu i scharakteryzowaniu cyklu miesiączkowego, rozpoznanie naturalnych metod płodności w organizmie kobiety.

Jednym z ważniejszych aspektów jest rozmowa z pacjentami borykającymi się z problemem niepłodności. Pacjenci powinni czuć się w obecności położnej bezpiecznie, aby móc otworzyć się przed osobą, której, tak naprawdę, jeszcze nie znają, której będą chcieli zaufać i opowiedzieć swoją historię, czasem jest bardzo długą i skomplikowaną.

Położna – powierniczka

Zdarza się tak, że pacjenci na wstępnej wizycie u specjalisty w dziedzinie niepłodności nie potrafią opowiedzieć o wszystkim, co spowodowane jest ogromnym stresem, nowym otoczeniem, nowymi ludźmi i wtedy to położna staje się powierniczką ich problemów.

Pacjenci często twierdzą, że jakieś pytanie, które powinni zadać lekarzowi na wizycie, jest „głupie”, nie na miejscu lub bez sensu dlatego zadają je właśnie położnej – wtedy czują się równorzędnymi partnerami w rozmowie i rozwiązaniu problemu z jakim się borykają.

Wsparcie położnej podczas badań

Para, u której lekarz wstępnie rozpoznał problem niepłodności, musi przejść szereg badań specjalistycznych, aby potwierdzić diagnozę. Często są to badania bardzo krępujące i wstydliwe dla pacjentów, wtedy położna pomaga przejść przez ten szereg skomplikowanych procedur.

Rola położnej podczas diagnozowania pacjentek polega na asystowaniu lekarzowi w badaniu, oraz w zabiegach takich jak: histeroskopia diagnostyczna, drożność jajowodów, biopsja endometrium. Wtedy położna jest niezastąpiona, zajmuje pacjentkę rozmową, opowiada o tym, co teraz lekarz będzie wykonywał (często pacjentki jednak nie chcą wiedzieć, wolą porozmawiać w tym czasie na inny temat, trzymając położną za rękę).

Wieź położnej i pacjentki

W takich momentach wytwarza się ogromna więź między pacjentką a położną.
Pacjentki w trakcie leczenia często wybierają sobie jedną położną, z którą chcą przejść przez wszystkie procedury, trochę tak jak położna na sali porodowej opiekująca się pacjentką rodzącą od samego początku do końca.

Położna staje się powiernicą wszystkich informacji, często bardzo intymnych. Należy pamiętać o tym, aby zachować zdrowy rozsądek w kontaktach pacjentka-położna, Zawsze należy mieć na uwadze to, aby nie przekroczyć pewnej granicy w relacji z pacjentami, gdyż często zdarza się tak, że przesiąkamy problemami i chcemy pomóc ze wszystkich sił bo pacjentka jest dla nas najważniejsza.

Jest to bardzo niekorzystne dla obu stron, gdyż doprowadzamy do sytuacji, kiedy pacjenci stają się uzależnieni od naszej pomocy. Zachowanie zdrowego rozsądku, profesjonalizmu, ogromnej empatii ze strony położnej doprowadzi do zachowania zdrowych relacji i zapewne do upragnionego celu jakim jest posiadanie dziecka.

Ekspert

Anna Jedlińska

Położna, ambasadorka kampanii "Położna na Medal", laureatka konkursu "Położna na Medal" 2018.

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.

„In vitro było najtrudniejszą rzeczą, jaką zrobiłam i zrobię ją jeszcze raz”

In vitro to trudny proces - fizycznie, emocjonalnie, finansowo. Czy zrobiłabyś to po raz kolejny?

Nic nie mogło przygotować mnie na to, jak trudny będzie cały proces in vitro. Żadna ilość rozmów z lekarzem, czy czasu spędzonego online na czytaniu historii innych kobiet, nie były wystarczające, by naprawdę pomóc mi zrozumieć, jak to będzie” – te szczere i mocne słowa pokazują wielu kobietom, że chociaż ich doświadczenia mogą być bardzo podobne, to tak naprawdę każda droga jest zupełnie inna. Czy zdecydowałabyś się przejść swoją jeszcze raz?

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Melissa Willets jest dziś szczęśliwą mamą synka – tak, jej próba in vitro zakończyła się happy endem. Wcale nie oznacza to jednak, że razem z nią zakończyły się też duże emocje. Nie można się jednak temu dziwić, bardzo często to właśnie doświadczenia wymagające od nas najwięcej poświęcenia i wysiłku dostarczają nam najważniejszych lekcji. Dla Melissy był to test zarówno fizyczny, jak i właśnie emocjonalny. „Od pierwszego badania krwi mierzącego poziom moich hormonów, do dnia, w którym zobaczyłam wynik testu ciążowego, byłam na skraju wytrzymałości zarówno mojego umysłu, jak i ciała. A jednak, wiedząc to, co wiem teraz, nadal bym się tego podjęła. Co więcej, chcę zrobić to jeszcze raz” – czytamy poruszający wpis na „popsugar”.

Być sobą, mieć swoje lęki

Nie każda kobieta zapewne będzie miała podobne przemyślenia i odczucia. Każda ma jednak pełne prawo do tego, aby pomimo sukcesu, móc przeżyć i przepracować w sobie ten ciężki czas. Dla Melissy niemalże wszystkie aspekty in vitro były bardzo trudne do przejścia. Nie umie powiedzieć, czy gdyby nie udało jej się zajść w ciążę za pierwszym razem, próbowałaby kolejnego cyklu. Od zawsze bała się strzykawek – in vitro wiąże się z ich niemalże hurtowymi ilościami. Do tego, kilka razy w tygodniu poranny monitoring poziomu hormonów. Wieczorne zastrzyki i nieustanny lęk przed ilością wszystkich przyjmowanych specyfików – czy jest w ogóle sens to robić? A jeśli to nic nie da?!

„Jesteś napompowana hormonami, twoje ciało jest jak poduszka na szpilki, twój umysł jest bałaganem, a to dopiero początek (…) Później jest czekanie. I to jest właśnie najgorsza część ze wszystkich” – podkreśla Melissa.

Czekanie na wyniki badań krwi. Czekanie na wynik, czy twoje jajeczka są w porządku. Czekanie na sprawdzenie, czy mogą zostać stworzone zdrowe zarodki z tych właśnie jajeczek i miejmy nadzieję zdrowego nasienia twojego partnera. Czekanie na informację, czy twoje ciało jest dzięki tym wszystkim hormonom pobudzone do implantacji. Czekanie na wynik testu ciążowego. Tydzień czekania – od momentu implantacji do testu ciążowego – sprawił, że niemalże zwariowałam. Myślę, że płakałam praktycznie nieprzerwanie przez te dziewięć niemożliwie długich dni.

Zobacz też: 5 zdań, których NIGDY nie powinniśmy mówić ludziom przechodzącym przez in vitro

Jesteś ty i twoje decyzje!

Melissa przysięgała, że od kiedy nie musiała już przychodzić na wizyty do lekarza zajmującego się płodnością, nigdy więcej nie przekroczy progu tego miejsca. Później jednak urodził się jej wymarzony syn i wszystkie złe wspomnienia straciły na sile. Zaczęły wydawać się odległe i wcale nie aż tak wyczerpujące. Kobieta ma jednak świadomość, ile przeszła i ile w tym czasie cierpiała. Ma w sobie część mówiącą, że głupotą byłoby z własnej woli znów się temu wszystkiemu poddać. Pomimo tego, pomimo wszelkich kosztów – emocjonalnych, fizycznych, finansowych – chce zrobić to jeszcze raz.

Pretekst, by porozmawiać

Co istotne, nie jest to tylko historia, która pokazuje szczęśliwe zakończenie i tęczę pojawiającą się po doświadczeniach burzy. Jest to też znakomita okazja do głośnego przypomnienia, że każdy człowiek ma prawo do swoich własnych decyzji. Gdyby Melissie jednak nie udało się zajść w ciążę za pierwszą próbą i zrezygnowałaby z kolejnych procesów, byłoby to jak najbardziej w porządku. Gdy ludzie podejmują się trzech, czy siedmiu prób in vitro, to też jest w porządku. Jeśli Melissa jeszcze raz, pomimo kosztów, zdecyduje się przez to przejść, też ma do tego pełne prawo. Nikt nie powinien wypominać jej wtedy: „A przecież mówiłaś, że było tak ciężko… A przecież mówiłaś, że już nigdy więcej… A przecież…” – przecież każdy z nas podejmuje własne wybory.

Sami oceniamy granice swojej wytrzymałości i nikogo też nie powinniśmy pod tym względem szufladkować. Nie ma bowiem żadnego obiektywnego progu, którego przekroczenie daje nam prawo mówienia, co ktoś powinien zrobić.  Jeśli już, to możemy wspierać i powiedzieć: „Pamiętam, jak przy pierwszym in vitro było ci trudno. Jeśli jeszcze raz zdecydujesz się przez to przejść, będę obok i gdybyś czegoś potrzebowała, daj znać. Jeśli zaś dojdziesz do wniosku, że jednak nie dajesz rady, możesz zrezygnować w każdej chwili. Jestem i uszanuję każdą twoją decyzję” – tak po prostu.

Zobacz też: „Są łzy, ciągłe oczekiwanie, pogrzebane często nadzieje”. Niezwykle szczere i bolesne wyznanie o in vitro

Źródło:popsugar

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Marita i Adam zbierają na in vitro. Wzruszająca historia niezwykłego małżeństwa

Marita i Adam zbierają na in vitro
Znajomość Marity i Adama rozwijała się stopniowo. Najpierw byli zwykłymi kumplami, którzy po prostu dobrze czuli się w swoim towarzystwie – fot. archiwum prywatne

Adam i Marita to wyjątkowe małżeństwo. Choć wiele w życiu przeszli, wiele też osiągnęli. Mają domek na wsi, ogród i dwa koty.  „Jesteśmy szczęśliwi, ale prędzej czy później przychodzi taki moment w życiu, kiedy zaczynasz pragnąć dziecka”. Aby spełnić swoje marzenie, założyli internetową zbiórkę pieniędzy.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Nasi bohaterowie poznali się w ośrodku rehabilitacyjnym. „By zrozumieć, dlaczego spotkaliśmy się w takim miejscu, muszę zacząć »z grubej rury«. Obydwoje poruszamy się na wózkach inwalidzkich. Adam w wieku 15 lat miał wypadek samochodowy, co poskutkowało uszkodzeniem kręgosłupa na odcinku Th12” – opowiada Marita, która sama od 13 roku życia porusza się na wózku. W jej przypadku sprawcą niepełnosprawności był guz, który zagnieździł się na odcinku L4/L5 kręgosłupa. „Na szczęście była to łagodna narośl, która zostało wycięta, ale niestety pozostawiła po sobie niedowład kończyn dolnych” wyjaśnia bohaterka.

Zobacz też: Zbiórka na in vitro. „Wierzę, że nasze łzy bezradności kiedyś zamienią się na łzy radości”

Rozłąka, która była początkiem nowego

Znajomość Marity i Adama rozwijała się stopniowo. Najpierw byli zwykłymi kumplami, którzy po prostu dobrze czuli się w swoim towarzystwie.  „Szczerze mówiąc, myślałam, że to znajomość tylko na czas pobytu w ośrodku. Okazało się jednak, że nie. Adam co jakiś czas przyjeżdżał do mnie do domu, po prostu się zakochał” – opowiada kobieta. „Naprawdę bardzo się starał. Problem w tym, że ja wtedy nie bardzo wiedziałam, czego chcę. Choć Adam jest ode mnie młodszy o trzy lata, dojrzałością z pewnością mnie przerasta” – śmieje się.

Życie potoczyło się jednak tak, że przyszli małżonkowie stracili kontakt aż na pięć lat. „Przez ten czas każdy miał swoje życie, związki. Aż pewnego dnia przyśnił mi się sen, który przyśnił się również Adamowi w okresie naszego związku. Poczułam, że muszę upewnić się, czy u niego wszystko w porządku. Zdobyłam numer telefonu i napisałam” – opowiada Marita. Zaczęły się SMS-y, rozmowy i nadrabianie straconego czasu. Już wtedy obydwoje czuli, że na zwykłych rozmowach się nie skończy. Spotkali się w lipcu, we wrześniu byli już parą, a w grudniu Adam oświadczył się Maricie.

„Trochę baliśmy się, co ludzie powiedzą. My jednak wiedzieliśmy, czego chcemy. Zdawaliśmy sobie sprawę, kim dla siebie jesteśmy i jak bardzo dojrzała jest nasza decyzja. Nie musieliśmy poznawać się na nowo, po prostu musieliśmy spotkać się w odpowiednim czasie. Trwało to długo, ale było warto” – zaznacza bohaterka. „Adam twierdzi, że od początku wiedział, że prędzej czy później będziemy razem. Po prostu czekał” – dodaje z uśmiechem. W październiku następnego roku byli już małżeństwem.

Zobacz też: Znane blogerki piszące o niepłodności. Dlaczego dzielą się z innymi swoimi doświadczeniami?

Do pełni szczęścia brakuje małego cudu

Teraz Marita i Adam mieszkają w domu na wsi. „Sami, samodzielni, z dużym ogrodem i dwoma kotami” – podkreśla bohaterka. Obydwoje pracują, dojeżdżają własnym autem, ale do szczęścia brakuje im jednego. „To wszystko brzmi niby cudownie i jak w bajce. Faktycznie, jesteśmy szczęśliwi, ale prędzej czy później przychodzi moment w życiu pary czy małżeństwa, że zaczynasz pragnąć potomstwa, które dopełni szczęścia i domowego ciepła” – wyznaje. „Odkąd ze sobą jesteśmy, to nie chroniliśmy się przed powiększeniem rodziny. Dlatego po pewnym czasie zaczęło nas zastanawiać, dlaczego nie udaje mi się zajść w ciążę?” – opowiada Marita.

Rozpoczęły się konsultacje, wizyty lekarskie i czas niepewności. „Niestety, na początku trafialiśmy na lekarzy, którzy nie wychodzili poza ramy książkowych przypadków. Reakcja ginekologów na wieść o staraniach o dziecko wyglądała zazwyczaj tak: »proszę zmienić lekarza, bo ja nie mam pojęcia, jak w takich przypadkach prowadzić ciążę«” – opowiada kobieta.

Po pewnym czasie parze udało się jednak trafić na specjalistów, którzy z pełnym zrozumieniem i zaangażowaniem podeszli do sprawy. „Potraktowano nas profesjonalnie, a co najważniejsze – normalnie, jak młodych, kochających się ludzi, którzy pragną mieć dzidziusia” – mówi Marita. „Tak naprawdę jesteśmy zdrowymi, samodzielnymi ludźmi, którzy po prostu prowadzą siedzący tryb życia.  Tak, w pełni świadomie mówimy, że jesteśmy zdrowi, dlatego że po zleconych i wykonanych badaniach wiemy, że pod względem płciowym, rozrodczym, jesteśmy pełnosprawną kobietą i pełnosprawnym mężczyzną”.

Dlaczego zatem in vitro? „W naszym przypadku jest to metoda, która jest jedynym rozwiązaniem, jeżeli chodzi o sam etap zapłodnienia. Z racji uszkodzenia naszych kręgosłupów droga, jaką musi pokonać nasienie, jest po prostu za trudna i za długa. Dlatego trzeba temu procesowi pomóc” – wyjaśnia.

Zobacz też: Dzięki Facebookowi zebrali pieniądze na in vitro. „Nie sądziliśmy, że kiedykolwiek nas to spotka”

Marita i Adam zbierają na in vitro

Małżonkowie nigdy głośno nie poruszali tematu potomstwa z rodziną i znajomymi. Po prostu nie czuli takiej potrzeby. Sprawa ujrzała jednak światło dzienne, kiedy Adam i Marita założyli internetową zbiórkę. Pieniądze są im potrzebne na badania, dojazdy do kliniki, wizyty lekarskie i sam zabieg zapłodnienia pozaustrojowego.

„Szacowany koszt pierwszej próby zapłodnienia to około 15 tysięcy złotych. Kwotę tę musimy uzbierać do końca maja, ponieważ do tego czasu będą ważne nasze badania. Potem wszystko trzeba będzie zacząć od nowa, a to znowu czas, koszty…” – tłumaczy bohaterka. „To bardzo krótki czas na uzbieranie tak dużej kwoty. Stąd pomysł na zbiórkę na portalu pomagam.pl, a konkretny link do naszej zbiórki to pomagam.pl/szumskichcud.

Zbiórki na in vitro budzą wiele emocji, także tych negatywnych. „Ludzie reagowali różnie. Jedni, choć niezamożni, wpłacali, ile mogli, a drudzy silili się jedynie na niewybredne komentarze” – nie kryje Marita.  „Na tatuaż miała a teraz na dziecko zbiera”, „Nie chodzą, a dziecko chcą – brak odpowiedzialności”, „To bezczelność żebrać o in vitro, kiedy ludzie nie mają co jeść”, „Uda się urodzić dziecko to później zbiórka na samochód rodzinny albo nianię, bo stwierdzicie, że nie umiecie się zając dzieckiem?!”. To tylko niektóre z przykrych komentarzy, z jakimi spotkało się małżeństwo po założeniu zbiórki. „Zbieranie pieniędzy na in vitro już samo w sobie jest kontrowersyjne, a gdy jeszcze sprawa dotyczy osób niepełnosprawnych, ludzie nie wiedzą, jak się zachować i co powiedzieć.  To temat tabu, coś wstydliwego” – tłumaczy Marita.  „Prosimy, nie żądamy czy żebrzemy” – dodaje.

„Jesteśmy pełni nadziei i nastawieni na to, że się uda. Bo dlaczego miałoby się nie udać? Na ślubie ksiądz zinterpretował nasze inicjały (M. A. Sz.) jako: „Masz, bierz. Masz ode mnie miłość, zaufanie i opiekę”. Dlatego teraz chcemy sobie nawzajem dać piękny dar, jakim jest dziecko. Nasze motto to szukać możliwości w ograniczeniach, a nie ograniczeń w możliwościach”.

Pozdrawiamy

Marita i Adam Szumscy

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Istotne decyzje, czyli co warto przemyśleć rozpoczynając leczenie metodą zapłodnienia pozaustrojowego

Istotne decyzje, czyli co warto przemyśleć rozpoczynając leczenie metodą zapłodnienia pozaustrojowego
fot.Chbr

Dr Marta Sikora-Polaczek

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Postępowanie w trakcie leczenia metodą zapłodnienia pozaustrojowego jest zawsze szczegółowo omawiane przez lekarza prowadzącego. W kontekście indywidualnej sytuacji pary, zgodnie z aktualnymi rekomendacjami i obowiązującym prawem, podejmowane są decyzje kliniczne. Jednakże, rozpoczynając tego typu leczenie, warto wiedzieć, gdzie znajdują się punkty wymagające wcześniejszego przemyślenia czy dodatkowych dyskusji. To momenty, gdzie – oprócz względów medycznych – liczą się poglądy pary, momenty często wymagające uwzględnienia dalekosiężnych planów rodzicielskich.

Ile komórek zapłodnić?

Zgodnie z obowiązującą „Ustawą o leczeniu niepłodności”, u kobiet do 35 roku życia zapłodnieniu poddaje się sześć dojrzałych komórek jajowych. U kobiet, które skończyły 35 lat, u par mających za sobą dwie nieudane próby zapłodnienia pozaustrojowego, lub w przypadku choroby współistniejącej, możliwe jest zapłodnienie większej liczby (czyli wszystkich uzyskanych) komórek jajowych.

Warto wiedzieć, że zapłodnienie sześciu komórek jajowych to, biorąc pod uwagę wskaźniki efektywności zapłodnienia i rozwoju, statystyczna szansa na dwa–trzy prawidłowo rozwijające się zarodki. Czyli zapładniając sześć komórek uzyskujemy realne szanse na zajście w ciąże, lub nawet perspektywę kolejnej ciąży w przyszłości.

Zobacz też: 9 ziół na kobiece dolegliwości. Masz je w swojej kuchni?

Ile dzieci planujemy?

Co, jeśli zdecydowanie nie planujemy więcej niż jednego dziecka, lub jeśli statystyki zadziałają na naszą korzyść, i ze wszystkich zapładnianych komórek rozwiną się prawidłowe zarodki? Zgodnie z prawem wszystkie prawidłowo rozwijające się zarodki muszą być podane lub bezpiecznie przechowywane. Na wykorzystanie zarodków na potrzeby własnego leczenia mamy 20 lat, potem zostaną przekazane do adopcji.

Można zarodki przekazać do adopcji również wcześniej, jednakże nie mogą one zostać zniszczone ani przekazane na cele naukowe. Jeżeli para przystępująca do leczenia nie dopuszcza przekazania zarodków do adopcji, warto rozważyć ograniczenie liczby zapładnianych komórek, ale wtedy trzeba się też liczyć z obniżeniem efektywności procedury.

Co zrobić z komórkami jajowymi niepoddawanymi zapłodnieniu?

Po ustaleniu maksymalnej liczby komórek przeznaczonych do zapłodnienia pozostaje decyzja co do losów pozostałych dojrzałych komórek jajowych. Decyzja dotycząca pozostałych komórek należy do kobiety, od której zostały one pobrane. Komórki jajowe można zniszczyć, zamrozić w celu wykorzystania w przyszłości lub (w części ośrodków) przekazać anonimowo do wykorzystania na potrzeby leczenia innej pary.

Liczbę komórek, które zostaną uzyskane w trakcie danej stymulacji może oszacować lekarz na podstawie wyjściowego poziomu AMH oraz przebiegu stymulacji. Jednakże warto przygotować się na różne scenariusze – czasem może okazać się, że prawidłowych komórek jest mniej (lub więcej) niż pierwotnie oczekiwaliśmy.

Zobacz też: Kobiecość i niepłodność – czy rzeczywiście się wykluczają?

Ile zarodków podać?

Obecnie w środowisku medycznym coraz silniej ugruntowuje się polityka embriotransferu jednego zarodka. Celem leczenia jest uzyskanie bezpiecznej, zdrowej ciąży, a ciąże mnogie uważane są za ciąże podwyższonego ryzyka. Dlatego też najprawdopodobniej lekarz zaproponuje transfer (podanie) jednego zarodka, nawet jeśli przyszli rodzice z radością powitaliby bliźniaki. Dwa zarodki podawane są w uzasadnionych klinicznie sytuacjach, takich jak niepowodzenia w dotychczasowym leczeniu czy bardziej zaawansowany wiek kobiety.

Wraz z wiekiem spada współczynnik implantacji (czyli procent zarodków, które zagnieżdżają się w macicy). Mając to na uwadze, oraz uwzględniając potencjalną konieczność przeprowadzenia kolejnej stymulacji jak najszybciej, lekarz może zaproponować podanie dwóch zarodków. Warto pamiętać, że nawet podanie jednego zarodka może zakończyć się ciążą mnogą – na wczesnych etapach może jeszcze dojść do podziału zarodka i rozwoju dwóch płodów. Zgodnie z „Ustawą o leczeniu niepłodności” i dobrą praktyką medyczną, każdorazowo na podanie zarodka/zarodków muszą wyrazić zgodę obydwoje rodzice.

E-wydanie Magazynu Chcemy Być Rodzicami kupisz tutaj.

 

Ekspert

Dr Marta Sikora-Polaczek

Senior Clinical Embryologist ESHRE, embriolog kliniczny PTMRiE, w trakcie specjalizacji z laboratoryjnej genetyki medycznej. Studia ukończyła na Wydziale Biologii UW, w Zakładzie Embriologii, rozprawę doktorską przygotowała w Zakładzie Genetyki UJ, przy współpracy z Instytutem Biologii Doświadczalnej im M. Nenckiego w Warszawie. Od 2005 roku embriolog w Centrum Medycznym Macierzyństwo w Krakowie, od 2014 roku kierownik laboratorium IVF.

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.