Przejdź do treści

Czy dziadkowie też są adopcyjni?

Para adoptuje dziecko i zostaje w ten sposób rodzicami. Ale przecież adopcja to przyjęcie dziecka do rodziny, a zatem nie tyko ta konkretna para stanie się rodzicami. Ich rodzice zostaną dziadkami.

Pewnego razu moja rozmowa z córką, która była adoptowana potoczyła się w kierunku dziadków. Zadała mi pytanie czy dziadkowie też mnie adoptowali? To wskazało, że temat jest ważny dla adoptowanego dziecka, co wydaje się oczywiste, ale czy myślimy o tym jak ważny jest to temat dla dziadków? W rzeczywistości nie adoptują oni swoich wnuków, ale jednak stają się dziadkami w inny sposób niż ma to miejsce w większości rodzin powstających naturalnie.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Jeśli wziąć pod lupę literę prawa, sytuacja dziadków zależy od formy adopcji (omówione szczegółowo w magazynie nr 4, dostępny tutaj). Adopcja (przysposobienie, usynowienie) to stosunek prawny miedzy adoptowanym dzieckiem a adoptującymi rodzicami, taki sam jak między rodzicami a dzieckiem zrodzonym z tych rodziców. Jest to więc stosunek rodzicielski, w ramach którego powstają między rodzicami przysposabiającymi dziecko, a tym dzieckiem wszelkie obowiązki i prawa właściwe dla naturalnego stosunku rodzicielskiego, jak stan cywilny, władza rodzicielska, obowiązek alimentacyjny czy prawo dziedziczenia. W przypadku gdy adopcja ma formę niepełną, dziecko jest przysposabiane przez rodziców adopcyjnych, ale bez zrywania więzi prawnych z rodziną biologiczną. To znaczy, że dziecko ma nowych rodziców, ale dalszych krewnych w tym babcie i dziadków ma nadal w swojej rodzinie biologicznej. Ta forma adopcji jest stosowana w praktyce niezwykle rzadko i tylko gdy wymaga tego dobro dziecka.

W adopcji pełnej i całkowitej dziecko prawnie wchodzi w rodzinę adopcyjną, a wychodzi zupełnie z rodziny naturalnej. Więzi prawne z rodziną naturalną zostają całkowicie zerwane, w tym obowiązek alimentacyjny i prawo dziedziczenia.

Tyle prawo, a jak życiowa praktyka? Otóż w praktyce rodzice pary starającej się o dziecko, czyli przyszli dziadkowie, często są trochę poza sytuacją. Wiele zależy od tego czy para rozmawia ze swoimi rodzicami o swoich staraniach czy też zachowuje ten etap tylko dla siebie. Zazwyczaj tak samo jak w rodzicielstwie naturalnym dziadkowie zostają zaskoczeni informacją „będziemy mieć dziecko”. Ale czy są gotowi na to, żeby usłyszeć „będziemy adoptować dziecko”? Co wtedy czują? Jak przyjmują taką informację? Z rozmów z rodzicami adopcyjnymi i ich rodzicami wyłania się obraz, że najczęściej po takiej nowinie dominuje radość, że pojawią się wnuki, w jaki sposób jest raczej sprawą drugorzędną. Chociaż nie u wszystkich przyszłych dziadków tak jest. Bywa, że niektórzy z nich przechodzą chwilę zastanawiania się nad tym, jak to jest z tą adopcją, co ona w praktyce oznacza, skąd taka decyzja? Najlepsze co można zrobić w sytuacji, gdy radość przyszłych dziadków nie jest eksponowana, to dać im czas. Popatrzeć na sytuację ich oczami. Czego mogą potrzebować? Być może rozmowy o szczegółach, faktach, a być może chwili na zastanowienie się. Przecież w tym momencie splata się ze sobą wiele emocji. Również ta związana ze świadomością, że w ogóle zostaną dziadkami. Emocje związane z nową rolą w życiu.

Popatrzmy ze strony przyszłych rodziców adopcyjnych. Adopcja dla nich nie pojawiła się znikąd. Jest wynikiem jakiejś decyzji, rozmów między sobą, być może rozwiązaniem na niechcianą bezdzietność.

Potem w trakcie procedury ośrodek adopcyjny przygotowuje parę do tego, czym jest adoptowanie dziecka i jaka jest specyfika rodziny utworzonej przez adopcję. Kandydaci mają czas na przemyślenia, rozmowy, zdobywanie wiedzy. Wkraczanie w temat adopcji we własnym tempie i zaangażowanie na miarę swoich potrzeb. W ośrodku najczęściej jest też czas, w którym para dowiaduje się, jak porozmawiać z rodziną o adopcji. Jedni robią to już na etapie przygotowań, inni dopiero po otrzymaniu kwalifikacji, niektórzy rozmawiają jeszcze zanim zapiszą się do konkretnego ośrodka, a niektórzy dopiero gdy zadzwoni telefon. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, który moment jest najlepszy. To jest sprawa niesłychanie indywidualna i oparta na relacjach, jakie są zbudowane w danej rodzinie. Z własnego doświadczenia wiem, że efekt takich rozmów też bywa różny. My ogłosiliśmy tę nowinę, gdy już trwał proces przygotowawczy w ośrodku adopcyjnym. Zaprosiliśmy rodziców moich i męża na uroczysty obiad i powiedzieliśmy im o tym, że oto znaleźliśmy rozwiązanie na naszą bezdzietność, że dłużej nie będziemy już czekać na cud, sami ruszyliśmy po niego. Obydwie pary przyszłych dziadków zareagowały entuzjastycznie, nawet otrzymaliśmy brawa. To było niesłychanie sympatyczne. Potem jak się okazało jedna strona była bardziej dociekliwa, druga mniej. Ale daliśmy dziadkom całkowitą wolność w zadawaniu pytań i długości czasu, jakich potrzebowali na zrozumienie czym dla nas jest adopcja. Czuliśmy, że jesteśmy w łatwiejszej sytuacji, bo adopcja była naszą decyzją, a oni są stawiani przed faktem dokonanym – zostaną adopcyjnymi dziadkami. Wiedzieliśmy, że my jesteśmy przygotowywani na trudy związane z innością i godzimy się na nie świadomie, a oni mogą nie wiedzieć nawet, że spodziewamy się trudności. Mieliśmy dużo zrozumienia dla faktu, że jedni zadawali ogrom pytań i nie mogli się doczekać wnucząt, a drudzy byli raczej milczący i wycofani, a rzadkie pytania wskazywały na ich obawy. Te obawy wynikały nie tylko z dobrych intencji i troski o nas, a także z niewiedzy i braku doświadczenia, jak to jest przyjąć dziecko do rodziny przez adopcję.

Ja moją mamę przygotowywałam nieświadomie od wielu lat na to, że kiedyś być może adoptuję z potrzeby serca. Wiedziała też o moich nieskutecznych zmaganiach z niepłodnością. Myślę, że dzięki temu łatwiej było jej potem przyjąć tę wiadomość całkiem naturalnie.

Wszystko się rozegrało jednak w chwili ich pierwszego spotkania najpierw z pierwszą wnuczką, a potem z kolejną. To są magiczne chwile, gdy oczy dziecka patrzą w oczy dorosłego. Od tamtej pory doskonale korzystają ze swojej roli dziadków, rozpieszczając nasze dzieci, i te które adoptowaliśmy, i te urodzone naturalnie. Rozpieszczając do granic możliwości.

Pamiętajcie o Babciach i Dziadkach. Oni mogą nie rozumieć adopcji, mogą czuć się zakłopotani, zagubieni, ale zawsze mają dobre intencji i przy Waszej pomocy szybko odnajdą się w swojej nowej roli; niepowtarzalnej bez względu na to czy wnuki przyszły do rodziny w taki czy w inny sposób.

—————————————————————-
Magdalena Modlibowska – szefowa działu Adopcja w magazynie Chcemy Być Rodzicami, aktywistka w środowisku adopcyjnym, autorka książki „Odczarować adopcję”, „Księga Adoptowanego Dziecka”, współautorka książki „Jak tu począć”, autorka wielu artykułów adopcyjnych, menadżer, coach zdrowia, prezes Fundacji „Po adopcji”, wiceprezes Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Prywatnie mama trójki dzieci.

Magdalena Modlibowska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Gdy marzenie o dziecku staje się rzeczywistością. „Wymarzony” w polskich kinach!

Już 24 maja 2019 r. w polskich kinach odbędzie się premiera filmu „Wymarzony”. To przejmująca opowieść o miłości, poszukiwaniu szczęścia i bezgranicznym pragnieniu rodzicielstwa.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

„Wymarzony” to dramat z dużą dawką humoru, wyreżyserowany przez francuską artystkę Jeanne Herry. W obsadzie filmu znajdziemy plejadę znakomitych aktorów, m.in. nagrodzoną w 1998 r. Złotą Palmą Élodie Bouchez czy kilkukrotnie nominowanego do Cezarów Gilles Lellouche.

Zobacz też: 10 filmów o niepłodności. Musisz je zobaczyć!

„Wymarzony” – film dla osób starających się o dziecko

Głównym bohaterem „Wymarzonego” jest maleńki Theo, który zaraz po narodzinach zostaje oddany przez swoją biologiczną matkę do adopcji. Tymczasowym opiekunem noworodka zostaje Jean, a między mężczyzną a chłopcem tworzy się wyjątkowa więź. Jean ze zdumieniem odkrywa, jak dużo Theo rozumie ze swojej sytuacji i jak wiele potrzebuje uczucia.

W dramacie pojawia się też postać Alice, która od wielu lat marzy o dziecku. Wie też, że nigdy nie będzie mogła urodzić własnego. Opieka społeczna wytypowała właśnie Alice jako idealną kandydatkę na matkę dla malucha. Jak potoczy się pierwsze spotkanie Alice i Theo? Czy kobieta okaże się dobrą matką? Jak chłopiec zniesie rozłąkę z Jeanem?

Zobacz też: Książki o in vitro. Poznaj listę najważniejszych pozycji

Premiera w polskich kinach

Polscy widzowie odpowiedzi na te pytania poznają 24 maja. Na co mogą liczyć? Z pewnością na ogromną dawkę emocji, wzruszeń, ale i wiele zabawnych momentów. Ten film może się okazać szczególnie ważny i poruszający dla osób walczących z niepłodnością i osób marzących o dziecku.

Film otrzymał już siedem nominacji do Cezara, prestiżowej, francuskiej nagrody filmowej przyznawanej przez Akademię Sztuk i Techniki Filmowej. RTL określiło film jako „największe wzruszenie tego roku”, natomiast magazyn ELLE zwięźle podsumował dzieło francuskiej reżyser jako „poruszające”.

Tu kupisz e-magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: www.filweb.pl

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Dzieci do adopcji na wybiegu. Kontrowersyjny pomysł Brazylijczyków

"Adopcja na wybiegu"
fot.Pixabay

Dzieci czekające na adopcję w jednym z brazylijskich ośrodków adopcyjnych zostały “zaprezentowane” potencjalnym rodzicom na wybiegu w centrum handlowym. Na pomysłodawców spadła fala krytyki.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

“Handel niewolnikami, aukcja bydła”

Pomysł na akcję “Adopcja na wybiegu”, którego autorami są oddziału Komisji ds. Dzieci i Młodzieży Zrzeszenia Adwokatów i Związku Badań i Wspierania Adopcji (Ampara), spotkał się z oburzeniem internautów. Pojawiły się porównania do handlu niewolnikami, targu bydła, niektórzy pytali z ironią, czy dzieciom można było obejrzeć zęby.  

Niewolnictwo to wciąż żywy temat w Brazylii, wstydliwy rozdział historii. Mimo, że zostało zniesione w 1888 roku, podziały społeczne i dyskryminacja ze względu na pochodzenie etniczne są nadal obecne. W takim klimacie społecznym akcja wywołuje dość jednoznaczne skojarzenia.  

Intencje organizatorów

Organizatorzy “Adopcji na wybiegu” stanowczo protestowali przeciwko porównaniu z targiem niewolników tłumacząc, że ich celem było zwrócenie uwagi na dzieci i nastolatków, którzy czekają na adopcję. Ich zdaniem większa widoczność dzieci, dawanie społeczeństwu możliwości zobaczenia ich na własne oczy, przybliża zagadnienie adopcji, a tym samym zwiększa szansę na nową rodzinę dla dzieci. Dzieci przybyły na pokaz z rodzicami zastępczymi i żadne z nich nie zostało zmuszone do udziału.

Brazylijski odpowiednik Rzecznika Praw Dziecka wyraził ubolewanie w związku z akcją i oświadczył, że państwo ma obowiązek chronić prawa dzieci, ich tożsamość, dbać o ich zdrowy rozwój emocjonalny. Młodsze dzieci biorące udział w akcji nie mają żadnej kompetencji decyzyjnej, a ich ocena własnego dobra może być niedoskonała na tym etapie rozwoju psychospołecznego. Stąd też skłanianie ich do publicznych “występów” jest kontrowersyjne z etycznego punktu widzenia.

Dwie strony medalu

Niektórzy internauci starali się bronić pomysłodawców imprezy zwracając uwagę, że Ampara robi dla dzieci i młodzieży wiele dobrego. Wspierający imprezę sędzia Tulio Duailibi Souza powiedział, że jego zdaniem trzeba coś zrobić, by brazylijskie społeczeństwo przypomniało sobie o tych dzieciach oraz, że to właśnie akcja miała na celu. Jego zdaniem takie imprezy przynoszą więcej pożytku niż szkody. Dodał, że w tej chwili na adopcję w Brazylii czeka 9,5 tysiąca dzieci i nastolatków, dla większość społeczeństwa są one niewidoczne i czas to zmienić.

Jednak ten sposób myślenia ma pewną wadę: być może faktycznie “pokaz” przyczyni się do większego zainteresowania potencjalnych opiekunów dziećmi czekającymi na adopcyjne rodziny, jednak ewentualne koszty psychologiczne i społeczne dotyczyć będą konkretnych jednostek, które wzięły udział w pokazie.

Stygmatyzacja społeczna dzieci wychowujących się w domach dziecka i rodzinach zastępczych to powszechnie znane zjawisko, również w Polsce. Wystawianie niezdolnych do samodzielnego podejmowania decyzji dzieci, prezentując je jako te, które nie wychowują się z biologiczną rodziną, może pogłębiać ich poczucie “inności” i izolacji od reszty społeczeństwa i rówieśników. Nawet jeśli konsekwencje psychologiczne stygmatyzacji nie są widoczne w tej chwili, nie da się przewidzieć, czy nie będą obciążeniem dla tych dzieci w przyszłości.

Co więcej, biorąc pod uwagę, że dzieci biorące udział w “pokazie” miałyby być reprezentantami większej grupy dzieci czekających na adopcję oraz, że nie są w stanie samodzielnie o sobie decydować, można powiedzieć, że zostały potraktowane instrumentalnie. A to jest naruszeniem ich praw.

 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, trenuje roller derby i fotografuje.

„Dlaczego nie chcecie mieć dziecka?” – powieść, która działa terapeutycznie

dlaczego nie chcecie mieć dziecka?

Anita Miller w książce “Dlaczego nie chcecie mieć dziecka” opisuje trudną drogę do rodzicielstwa Ani i Jacka. Zaczęli od zakochania, pełni szczęścia i pewności, że chcą założyć rodzinę. Później pojawiła się diagnoza, klinika leczenia niepłodności, depresja Ani, dni przeleżane w łóżku i przepłakane noce. Był gabinet psychiatryczny, “dobre rady” bliskich, nietaktowne pytania dalszych, ból, strach i samotność. Swoje szczęście znaleźli zupełnie gdzie indziej, niż się spodziewali. Zagościło w ich życiu po telefonie z ośrodka adopcyjnego.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zobacz też: Gdy wygrała walkę z niepłodnością postanowiła zostać… dawczynią macicy!

Opowieść o „staraczce”

Książka Anity Miller to portret kobiety, która zatraciła się w swoim pragnieniu bycia matką. Autorka szczerze i bez przesadnego owijania w bawałnę relacjonuje myśli, emocje i doświadczenia bohaterki, tak bardzo autentyczne, prawdopodobne i powszechne wśród kobiet leczących się z powodu niepłodności.

Ania – staraczka z powieści Miller, to młoda, realizująca się zawodowo kobieta, na którą diagnoza “endometrioza” spada jak grom z jasnego nieba. Niepłodność i słabe rokowania leczenia, cztery nieudane próby zapłodnienia in vitro kończą się depresją, myślami samobójczymi i wycofaniem z życia. W pewnym momencie, powodowana poczuciem winy i bezradnością, Ania chce nawet rozstać się ze swoim partnerem, by nie rujnować jego szans na bycie ojcem i szczęśliwe życie.

Zobacz też: Jak rozmawiać z dzieckiem o in vitro i niepłodności?

Olśnienie

Bohaterka Anity Miller tak silnie skupia się na swoim celu – zajściu w ciążę, że traci z oczu swoje pasje i inne niż macierzyństwo życiowe cele. Na przemian odzyskuje i traci nadzieję, załamuje się i staje do walki, leczenie niepłodności pochłania całą jej energię.

Któregoś dnia przychodzi do niej olśnienie, wyzwalająca myśl: “Ja wcale nie chcę być w ciąży, ja chcę mieć dziecko! Mogę adoptować dziecko!”.  

Zobacz też: Wsparcie po poronieniu – powstały dedykowane kartki okolicznościowe

Literatura terapeutyczna

Dla kobiet leczących niepłodność powieść “Dlaczego nie chcecie mieć dziecka?” może działać teraputycznie. Pozwala obserwować procesy wewnętrzne bohaterki, daje przestrzeń na porównanie ich ze swoimi własnymi przeżyciami, refleksję nad tym, co przeżywamy. Czytanie o podobnych do naszych perypetiach życiowych bohaterki pozwala nam dostrzec, na które doświadczenia mogłybyśmy spojrzeć inaczej, daje możliwość zobaczenia ich niejako z boku.

To może być doskonały punkt wyjścia do pracy nad trudnymi emocjami i pierwszy krok do odzyskania spokoju. I, co bardzo ważne, zobaczenia, że to, co przeżywamy jest też udziałem  innych kobiet, jest całkowicie normalna i adekwatną reakcją na trudną sytuację.

Nie chodzi o to, żeby koniecznie – tak, jak bohaterka – szukać szczęścia w adopcji. Raczej o to, by spokojnie przyjrzeć się jej i swoim własnym przeżyciom i wyciągnąć z tej refleksji wnioski dla siebie.

Dla osób, które nie mają doświadczenia niepłodności, ale mają bliskie osoby, które starają się o dziecko lub pracują z takimi osobami, książka Miller to szansa na lepsze wczucie się w stan umysłowy osoby w tym położeniu. A to może pociągać za sobą lepsze zrozumienie tej osoby oraz efektywniejszą komunikację i wsparcie.

E-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami znajdziesz tutaj. 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, trenuje roller derby i fotografuje.

Dzieci premiera Morawieckiego na okładce „SE” i wiadomość o tym, że są adoptowane – kto aż tak przekroczył granice?!

Fot. Flickr Kancelaria Premiera, Public domain / okładka "Super Expressu" || * Twarze dzieci zamazała redakcja.

W ostatnich dniach przetoczyła się przez media dyskusja, czy okładka „Super Expressu” przedstawiająca premiera Morawieckiego z rodziną, była przekroczeniem granic przez gazetę, czy jednak „ustawką”. Co najbardziej uderzające, okładka pokazała małych bohaterów tej historii bez ukrytych twarzy i z wielkim napisem: „Morawiecki adoptował dwoje dzieci”.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Po publikacji zawrzało. Początkowo niemalże wszyscy dziennikarze, niezależnie od swoich upodobań politycznych, stanęli po stronie premiera. „SE” został solidnie skrytykowany, jako prasa wchodząca w zbyt intymne szczegóły życia polityka oraz co najważniejsze, potencjalnie szkodliwa dla jego dzieci. Pojawiały się nawet głosy, że do tej pory nie wiedziały one o tym, iż są adoptowane. Na szczęście szybko wątpliwości w tej sprawie zostały rozwiane – dzieci miały tego świadomość.

Wielki, trudny znak zapytania

Szybko jednak pojawiły się wątpliwości, czy oby na pewno nie była to tzw. ustawka z tabloidem. Czy w okresie przedwyborczym nie zostało to wykorzystane do kreowania wizerunku człowieka rodzinnego, dobrego, tworzącego dom potrzebującym dzieciom. Co więcej, czy nie jest to też forma zdyskredytowania książki, która ma ukazać się pod koniec maja i będzie opisywała wiele, zapewne niełatwych dla premiera kwestii – „Delfin. Mateusz Morawiecki” Piotra Gajdzińskiego i Jakuba N. Gajdzińskiego (swoją drogą, ona także budzi wiele wątpliwości w zakresie etyki, bowiem pierwszy z wymienionych tu autorów był kiedyś podwładnym premiera).

Wielu dziennikarzy głośno mówi, iż prawdopodobnie fakt adopcji stał się jedną z politycznych zagrywek. Wskazywać może na to chociażby dość „lekkie” przyjęcie sprawy przez szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Michała Dworczyka. Początkowo okazywał on oburzenie, a później sam udzielił wywiadu „SE”. Czy gdyby rzeczywiście tak rażące wkroczenie w prywatność premiera było zaskoczeniem dla jego otoczenia politycznego, to nie skończyłoby się to po prostu sądem i rozmowami za pośrednictwem prawników?

Co więcej, jak wskazuje dziennikarka z wieloletnim doświadczeniem (robi to anonimowo), redakcja raczej nie narażałaby się w kwestii publikacji twarzy dzieci, gdyby nie była spokojna o dalszy ciąg sprawy: „Są tu dwie możliwości: albo w redakcji pracują same tumany, w co osobiście nie wierzę, albo redakcja dobrze wiedziała, że nie musi obawiać się pozwu na grube pieniądze” – mówi w rozmowie z naTemat.

Opinie dziennikarzy, źródło – Twitter:

* Twarze dzieci zamazała redakcja, nie będziemy pokazywać ich na naszym portalu.

Koniec końców

Wątpliwości jest w tej sprawie znacznie więcej. Co jednak budzi największe oburzenie – niezależnie już od faktu, kto stał za publikacją zdjęć – to niewątpliwie wykorzystanie dzieci. Zarówno w przypadku, gdyby było to niezależnie działanie „SE”, jak i zupełnie pozbawiona wyobraźni emocjonalnej ustawka, to niestety podjęli się jej dorośli ludzie. Ludzie, którzy przynajmniej teoretycznie powinni móc przewidzieć konsekwencje. Sęk w tym, że owe ewentualne konsekwencje poniosą przede wszystkim dzieci.

Czy naprawdę tak trudno jest wyobrazić sobie, jak ogromny wpływ ma na życie człowieka fakt, iż jest adoptowany? Z iloma traumami może się to wiązać? Z iloma relacjami do przepracowania? Że może jest to coś, czym dzieci nie chciałyby się nigdy dzielić, a teraz de facto nie mają już szansy o tym zdecydować?

Być może w tym przypadku okaże się, że nie odbije się to negatywnie na najmłodszych bohaterach tej historii – oby. Decydując się jednak na takie publikacje, lepiej chyba założyć „najgorsze” i prewencyjnie powstrzymać się przed tymi kilkoma zdjęciami i słowami. Znakomicie sprawdza się tu zdanie Tocqueville’a: „Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka” – wolność dzieci niewątpliwie została w tym wypadku naruszona.

Zobacz też: „Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – mocne słowa, które zderzają wyobrażenie z rzeczywistością

Źródła: wirtualnemedia / naTemat

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.