Przejdź do treści

Poronienie – one też to przeżyły! Dziś ich zdjęcia dają siłę i nadzieję [FOTO]

Foto: Beauty by Blair Photography Facebook

Starasz się, czekasz, marzysz – w końcu udaje się. Oczekujesz dziecka! „Gdy lekarz potwierdził to, co i tak wiedziałam, że się zdarzyło, czułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce” – mówi Blair Waite, która straciła ciążę w 9. tygodniu. Chociaż przeszła ogrom cierpienia, dziś jest w stanie wspierać inne kobiety, które także zmierzyły się na swojej drodze z poronieniem.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Blair i jej mąż długo starali się o dziecko. Gdy tylko dowiedzieli się o ciąży, szczęśliwi od razu powiadomili rodzinę. Nie mogli doczekać się kiedy poznają swoje maleństwo! Pewnego dnia kobieta obudziła się jednak krwawiąc. Pomimo, że mąż zadzwonił po lekarza, ona natychmiast wiedziała co się dzieje. „Jak moje ciało mogło mnie i moje dziecko w ten sposób zawieść? Jak jedyne miejsce, które miało uczynić moje dziecko bezpiecznym, odżywionym i zdrowym mogło się poddać? Powiedzieć, że byłam zdewastowana, to jak nie powiedzieć nic” – opisuje swoje emocje Blaire. Owe emocje, nawet przywoływane po czasie, budzą wiele trudnych myśli. Ogrom poczucia winy, żalu i bezsilności, z którymi mierzy się kobieta doświadczająca poronienia, są niesłychanie głębokie.

Nie mogłam mówić o tym przez rok. Poprosiłam męża, by to on przekazał rodzinie co się stało, a także by powiedział, żeby ze mną na ten temat w żadnym wypadku nie rozmawiali. Nie mogłam tego znieść.

(…)

Nienawidziłam swojego ciała za zdradę mnie i dziecka, ale co było gorsze, byłam zła na siebie za to, że czuję się aż tak bardzo zrozpaczona. Czułam, że przesadzam i nie powinnam być aż tak smutna, bo w końcu dziecko miało „tylko” 9 tygodni. Jest tak wiele ludzi z „prawdziwymi” problemami, a ja jestem po prostu samolubna. Czekałam aż ból odejdzie, albo chociaż się mniejszy, ale tak się nie działo.

Na drodze Blair stanęła wtedy inna kobieta, która przeszła przez podobną ścieżkę. Straciła ciążę w 10. tygodniu. Okazało się, że pojawiające się w niej emocje i stany były niezwykle podobne. Uświadomiło to Blair, że nie jest sama, a doświadczane przez nią uczucia są jak najbardziej normalne i ma pełne prawo do ich przeżywania!  Co więcej, jak mówiła w rozmowie z naszym portalem psychoterapeutka Katarzyna Mirecka: Nie ma jednego, słusznego i zdrowego przeżywania straty >>KLIK<<. Każdy powinien znaleźć odpowiednią przestrzeń dla siebie i przede wszystkim, pozwolić sobie na przeżycie pojawiającego się bólu – bo jak zauważyła Blaire, on sam z siebie nie odchodzi.

Siła, nadzieja, przyszłość

Dwa lata po stracie Blaire postanowiła przekuć swoje doświadczenia w działanie, które ma pomóc innym kobietom. Do swojego projektu zaprosiła 11 pań, które także zmierzyły się z poronieniem, a teraz noszą w sobie zdrowe dzieci – Rainbow Baby: „Sfotografowałam je tworząc tęczę, by uczcić piękno, które może pochodzić z tak dewastującego przeżycia. Wszystkie te kobiety doświadczyły swoich własnych zmagań z płodnością, stratą i trudnościami, ale kończą w tym wszystkim z udaną ciążą i wkrótce poznają swoje tęczowe dzieci” – czytamy na „Bored Panda”.

Zdjęcia są pełne nadziei i niewątpliwie zdejmują jakiś rodzaj tabu z poronienia właśnie. Kobiety wcale nie muszą czuć się ze swoimi doświadczeniami same, bo same zdecydowanie nie są. Blaire przytacza, że strata ciąży dotyka 1 na 4 kobiety! Jest to ogromna grupa, z czego być może na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, bo wiele kobiet cierpi w milczeniu. Zamykamy się, obwiniamy siebie, czujemy się jak ofiary. Chcę, abyście wszystkie wiedziały, że nie jesteście same, że nie jest to waszą winą i nie oznacza to, że już nigdy nie będziecie miały dziecka – podsumowuje fotografka. Czy można dać więcej nadziei, niż robią to jej zdjęcia i szczera, prawdziwa historia?

 

Źródło: „Bored Panda” / Beauty by Blair Photography Facebook

 

Zobacz też:

Tęczowe dziecko: „Ciąża po stracie może pojawić się szybko, ale towarzyszące jej emocje, to już zupełnie inna historia”

Niezwykłe zdjęcia matki, która sześć razy poroniła

Poronienie z perspektywy lekarza – dr Estera Kłosowicz: „Potrzeba wiele czasu, rozmowy i wsparcia”

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Smog zwiększa ryzyko poronienia

Smog zwiększa ryzyko poronienia
fot. Fotolia

Jakość powietrza ma związek z poronieniami – informuje magazyn „Fertility and Sterility”. 

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Naukowcy z University of Utah Health wykazali, że u kobiet żyjących w Wasatch Front, czyli w najbardziej zanieczyszczonym regionie stanu Utah, istnieje aż o 16 proc. wyższe ryzyko utraty ciąży.

Autorami badań są profesor Mathew Fuller i analityczka Claire Leiser. Wyniki ich pracy ukazały się 5 grudnia na łamach magazynu „Fertility and Sterility”.

– Zauważyłem pewien związek pomiędzy jakością powietrza a poronieniami. Wiedziałem, że jest to obszar niezbadany, więc w wraz z moim zespołem zdecydowaliśmy się zagłębić temat – wyjaśnia autor badań Matthew Fuller.

Zobacz także: Co jeść, by smog nie zagrażał twojej płodności? Gotowe przepisy dietetyka!

Smog zwiększa ryzyko poronienia

W badaniu wzięło udział ponad 1300 kobiet z Utah. Średnia wieku wynosiła 28 lat.  Wszystkie panie objęte badaniem szukały w latach 2007 – 2015 pomocy na oddziale ratunkowym szpitala University of Utah po poronieniu (do 20 tygodnia ciąży).

Eksperci przeanalizowali ryzyko utraty ciąży w ciągu trzy- lub siedmiodniowego okresu po wzroście stężenia trzech zanieczyszczeń powietrza: małych cząstek stałych (PM 2,5), dwutlenek azotu i ozonu.

Naukowcy odkryli nieznacznie podwyższone ryzyko poronienia u kobiet narażonych na wyższe stężenie poziomu dwutlenku azotu (16 proc. dla wzrostu o 10 ppb w siedmiodniowym odstępie czasu). Poziom małych cząstek stałych nie wiązał się bezpośrednio ze zwiększonym ryzykiem poronienia.

Zobacz także: Smog zagraża płodności Polaków. Co jest w nim tak groźnego?

Rada dla przyszłych matek

Na tym etapie badań naukowcy nie byli w stanie określić dokładnego wieku płodu w chwili poronienia oraz okresu, w którym płód może być najbardziej wrażliwy na wpływ zanieczyszczeń.

Aby ograniczyć ryzyko utraty ciąży naukowcy zalecają kobietom używanie masek filtrujących do ochrony przed cząstkami, unikania spacerów i aktywności fizycznej na powietrzu w dni, w których stężenie trujących gazów jest wysokie.

O tym, jak się zabezpieczyć przed zanieczyszczeniami powietrza, warto porozmawiać z lekarzem.

Tu kupisz e-wersję magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Eurek Alert

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Michelle Obama o poronieniu, in vitro i niepłodności. Poruszające wyznanie pierwszej damy

Michelle Obama - zdjecie z okładki książki "Becoming". Ilustracja do tekstu: Michelle Obama o poronieniu i in vitro
mat. promujące książkę "Becoming"

Okazuje się, że nawet dwie najbardziej przebojowe i energiczne osoby, z głęboką miłością i solidnym etosem pracy, mogą mieć problemy z poczęciem dziecka pisze szczerze Michelle Obama, była pierwsza dama USA, w swojej biografii „Becoming”. Choć od lat aktywnie wspiera prawa reprodukcyjne kobiet, dopiero teraz zdecydowała się podzielić najbardziej prywatną, głęboko skrywaną sferą swojego życia. Michelle Obama o poronieniu, in vitro i niepłodności.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W ekskluzywnym wywiadzie dla stacji ABC News, promującym autobiografię „Becoming” [z ang.: „Stając się”], Michelle Obama opowiedziała o nieznanych dotąd faktach ze swojej przeszłości oraz o blaskach i cieniach rodzinnego życia. W szczerej rozmowie z dziennikarką Robin Roberts była pierwsza dama USA wyjawiła, że macierzyństwo nie przyszło jej łatwo.

Michelle Obama o poronieniu, in vitro i niepłodności

Zanim na świecie pojawiła się pierwsza jej córka, Malia, prezydencka para przez długi czas bez skutku starała się o dziecko. Po długich miesiącach powtarzania testów ciążowych Michelle, wówczas 34-letnia, ujrzała w końcu wyczekane dwie kreski. Ale radość nie trwała długo; wkrótce przyszedł bowiem kolejny cios – poronienie. Tym potężniejszy, że doświadczamy w milczeniu i skrytości – strata ciąży nie była bowiem (i wciąż nie jest) tematem poruszanym publicznie.

Czułam się zagubiona, samotna; czułam, że zawiodłam. Nie wiedziałam wtedy, jak częste są poronienia, ponieważ nie mówimy o nich głośno – opowiedziała o doświadczeniu sprzed 20 lat. – Pogrążamy się w bólu, czując, że jesteśmy w pewnym sensie popsute. Właśnie dlatego tak ważne jest, by rozmawiać z młodymi matkami, że poronienia się zdarzają, a zegar biologiczny naprawdę tyka – mówiła Obama.

Z udostępnionych fragmentów autobiografii „Becoming”, której wczesną kopię otrzymała agencja prasowa Associated Press, wynika, że w obliczu powtarzających się niepowodzeń Michelle i Barack Obamowie zdecydowali się na leczenie w specjalistycznej klinice. Rozwiązaniem, które zarekomendowali im specjaliści, okazała się procedura in vitro. To właśnie dzięki niej przyszły na świat córki Obamów: Malia i Sasha.

Z książki dowiadujemy się także o cierpieniu i samotności, z którą musiała zmierzyć się Michelle Obama podczas przygotowań do in vitro. Jej mąż, sprawujący wówczas ważne funkcje państwowe, nie mógł towarzyszyć jej w przeważającej części procedury,

pozostawiając [ją] w dużej mierze samą w okresie manipulowania systemem reprodukcyjnym na rzecz jego szczytowej efektywności” pisze.

„Becoming”. Historia według własnego scenariusza

Tak odważne i głębokie wyznanie tylko pozornie odbiega od tego, do czego przyzwyczaiła nas Michelle Obama.

Pierwsza dama, choć ciepła, serdeczna i otwarta na drugiego człowieka, zawsze chroniła prywatność swoją i swojej rodziny. W mediach społecznościowych i wywiadach skrupulatnie dobiera słowa – znając ich siłę, wartość i znaczenie. Dzięki temu, mimo ogromnej popularności, do dziś nie utraciła kontroli nad historią, którą opowiada jej życie. I właśnie taki przekaz kieruje dziś do czytelników swojej książki.

– Wasza opowieść to coś, co należy i będzie należało tylko do was. To coś, co powinniście mieć na własność – pisze w zapowiedzi książki.

Autobiografia Michelle Obamy „Becoming” ukaże się na amerykańskim rynku księgarskim 13 listopada br. Choć nie jest jeszcze fizycznie dostępna dla czytelników, w przedsprzedaży na Amazon.com zdążyła już wspiąć się na szczytowe pozycje bestsellerów. Książka zostanie przetłumaczona na 45 języków, w tym polski.

Źródło: BBC, ABC News

POLECAMY RÓWNIEŻ:

Młoda artystka o poronieniu. 22-letnia Halsey: Chciałam być mamą bardziej niż gwiazdą pop

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Straciła dziecko. Z traumą pomogły jej się uporać pielęgniarki

Straciła dziecko. Z traumą pomogły jej się uporać pielęgniarki
fot. Fotolia

Śmierć dziecka to jedno z najgorszych doświadczeń, jakie może spotkać rodzica. Traumę może dodatkowo pogłębić niezrozumienie ze strony otoczenia. O tym, jak ważne jest wsparcie bliskich w tak tragicznym momencie, przekonała się ta kobieta. Napisała wzruszający list do pielęgniarek, które okazały jej niezwykłą troskę i pomoc w najtragiczniejszym momencie jej życia.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Ciąża Rachel Whalen rozwijała się prawidłowo i nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii. Kobieta planowała więc przyszłość, urządzała dziecięcy pokój, kupiła ubranka i akcesoria dla malucha.

Tuż przed porodem ciężarna dowiedziała się jednak, że jej córeczka nie żyje. Jak można opisać to, co czuła Rachel? Szok, niedowierzanie i ogromny ból. Jak wspomina, ogromne wsparcie okazała jej wówczas rodzina i przyjaciele, co pomogło jej się uporać ze stratą.

Zobacz także: Kobiety szczerze o poronieniu. Zobacz kulisy kampanii „Project Benjamin”

Straciła dziecko. Z traumą pomogły jej się uporać pielęgniarki

Rachel jest wdzięczna jeszcze kilku innym osobom, bez pomocy których z pewnością nie byłaby w stanie przetrwać najcięższych momentów tuż po śmierci dziecka. Do tych wyjątkowych osób zdecydowała się napisać szczery list, w którym wymienia rzeczy, za które jest im szczególnie wdzięczna.

Do pielęgniarek

Dziękuję za uratowanie mnie. Wasze umiejętności i wiedza ocaliły mnie przed podzieleniem losu mojej córki. Wasze współczucie i ludzkie podejście przywróciły mnie do życia. Sprawiłyście, że uwierzyłam w życie po śmierci.

Dziękuję pielęgniarkom, które zawsze pilnowały, aby mój mąż miał wystarczająco dużo poduszek, kiedy zostawał ze mną w szpitalnej Sali. Dziękuję pielęgniarkom, które pozwalały przemycać mężowi smakołyki dla mnie. Wiedziałyście, że to było duże przeżycie również dla niego i zdawałyście sobie sprawę, że on również potrzebuje troski.

Dziękuję pielęgniarce, która z sali porodowej poszła ze mną na oddział intensywnej terapii. Dziękuję za to, że stałaś się moim adwokatem, kiedy nie byłam w stanie mówić, bo byłam zbyt zajęta walką o własne życie. Nie jestem pewna, czy bez Ciebie byłabym w stanie zobaczyć moją córkę.

Dziękuję pielęgniarkom, które nauczyły mnie, jak wypełnić biustonosz lodem, aby stłumić laktację. Chciałaby też Wam podziękować za podtrzymywanie mnie na duchu, kiedy płakałam nad ciężarem, którego nie byłam w stanie udźwignąć. Wasze uściski nie zmniejszyły ciężaru, ale wprowadziły promyk słońca do mojego ponurego świata.

Dziękuję pielęgniarce z oddziału intensywnej terapii, która przyszła mnie umyć po śmierci córki. Dziękuję, że pomogłaś mi umyć twarz i uczesać włosy. Wciąż pamiętam, jak je gładziłaś. To nie było wymuszone. To był z Twojej strony szczery gest.

Dziękuję pielęgniarce, która przykucnęła przy moim łóżku i zapytała o Dorothy. Nigdy nie zapomnę, gdy się nade mną pochyliłaś tak, jakbyśmy były przyjaciółkami i spytałaś: „czy chcesz mi o niej opowiedzieć?”

Dziękuję pielęgniarce, która ubrała moją córkę i zrobiła jej zdjęcie. Dziękuję, że upewniłaś się, że czapeczka nie zasłania jej oczu i że jej rączki były odpowiednio ułożone. To zdjęcie jest teraz dla nas najcenniejsze.

Dziękuję pielęgniarkom, które poświęciły czas na przeczytanie mojej karty przed swoją zmianą w pracy. Chcę Wam podziękować za to, że znałyście nasze imiona i imię córeczki. To wiele dla nas znaczyło i sprawiło, że poczuliśmy się niemal jak Wasza rodzina.

Dziękuję pielęgniarce, która wślizgnęła się cicho do mojego pokoju pierwszej nocy po stracie Dorothy i trzymała mnie za rękę. Dziękuję, że podzieliłaś się ze mną historią o swoim dziecku, które również straciłaś. Dziękuję, że byłaś pierwszą osobą, która wyprowadziła mnie z izolacji. Twoja obecność była zbyt piękna, żeby być prawdziwa. Nadal nie jestem pewna, czy sobie Ciebie nie wyśniłam, żeby przetrwać tę pierwszą samotną noc.

W końcu, chciałabym podziękować pielęgniarkom, które doglądały mnie, gdy byłam w ciąży z młodszą siostrą Dorothy. Nawet po tym, gdy Frances przyszła na świat, nigdy nie zapomniałyście, że przed nią był ktoś jeszcze. Wiedziałyście, że narodziny Frances nie uczyniły mnie matką po raz pierwszy. To było moje drugie dziecko.

Z wdzięcznością,

Ta, której przywróciłyście wiarę

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Źródło: www.en.newser.com

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

„Miałem być ojcem…”. Żałoba mężczyzny po poronieniu

Zmartwiony mężczyzna na kanapie. Zakrywa twarz dłonią /Ilustracja do tekstu: Depresja a niepłodność męska /Żałoba mężczyzny po poronieniu
Fot.: Nik Shuliahin /Unsplash.com

Gdy na drodze pary staje poronienie, mężczyzna stara się być silny. Jest podporą dla swojej partnerki, której stan zdrowia i emocje zdają się być w tej chwili najważniejsze. Jednak on też może być w środku zdruzgotany. Tak, on też stracił właśnie swoje marzenia i plany. Przecież za chwilę miał być ojcem.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

„Zarówno moja żona, jak i ja, byliśmy podekscytowani, wchodząc do szpitala na USG w trzecim miesiącu ciąży” – mówi Russell. „Po dwóch latach małżeństwa i dwóch latań starań o pierwsze dziecko, nasze marzenie o byciu rodzicem stawało się rzeczywistością” – dodaje.

Mężczyzna – wciąż będąc w dużych emocjach – pamięta, jak ściskał dłoń żony, gdy oboje wpatrywali się w ziarnisty obraz ukazujący się na ekranie. W chwili, kiedy nagle specjalista przestał mówić i postanowił zawołać lekarza, dezorientacja i przerażenie wyszły na pierwszy plan. Dziecko na ekranie nie poruszało się. Serce Russella znalazło się wtedy gdzieś w okolicach żołądka, ale zachowywał swój strach dla siebie. Żona była wtedy na pierwszym miejscu.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Wzięła wolne, by uporać się z bólem po poronieniu, pracodawca ją zwolnił. Teraz za to zapłaci

Jego świat

„Pojawiły się medyczne przyczyny i teorie, dlaczego nasze dziecko umarło, ale wszystko, na czym mogłem się wtedy skupić, to Sara, która w zupełnie niekontrolowany sposób szlochała. Desperacko chciałem zatrzymać jej ból. W tym momencie jej psychiczne cierpienie było wszystkim, o co się troszczyłem” – opowiada mężczyzna.

I dodaje: „Od początku było dla mnie jasne, […] że moje emocje muszą być oddelegowane na drugi plan. Nikt nie pytał mnie, czy czegoś potrzebuję, i początkowo było to dla mnie jak najbardziej w porządku”.

On też jednak czuł. On też cierpiał. Jego świat także wywrócił się do góry nogami. I chociaż stereotypowo Mężczyzna nie płacze w trudnych chwilach, to wcale nie oznacza, że jego poronienie także nie dotyka. Owszem, często w trosce o najbliższych bierzemy na siebie ich ból, a własne emocje odkładamy na półkę. Wcale jednak nie równa się to temu, że one na tej półce giną. One ciągle są i niezmiennie czekają na swoją kolej do przeżycia.

„Kiedy pocieszałem zrozpaczoną żonę, świadomie zamykałem swoje własne potrzeby bycia pocieszonym i zaopiekowanym. Za stoicką fasadą pękało mi serce. Chociaż rzadko mówi się o żałobie mężczyzny po poronieniu, to jest ona tak samo odczuwalna jak u matki” – Russell opowiada o swoich doświadczeniach bardzo otwarcie.

I ma rację. Jest to właściwie temat, którego nikt nie porusza. On sam z nikim, oprócz żony, o tym nie mówił. Wracając jednak do dbania o nią, nie chciał dodatkowo „obciążać” Sary jeszcze i swoimi przeżyciami. Co jednak ważniejsze, nikt inny z otoczenia nawet nie zapytał go wtedy o to, co się z nim (i w nim) dzieje. Nikt nie pomyślał, że zatroszczyć się trzeba też i o niego. Nic więc dziwnego, że odczuwał ogromną samotność. Zakładał więc maskę i – udając, że wszystko jest w porządku – wychodził do pracy.

CZYTAJ TEŻ: Większość ciąż kończy się poronieniem.”To nie anomalia. To norma”

Zdjąć zbroję bohatera. Żałoba mężczyzny po poronieniu

Można zastanawiać się, co jest powodem tego, że mężczyznom z założenia „nie wolno” w pełni okazywać bólu nawet po tak trudnym doświadczeniu jak poronienie. Czy to wymogi społeczeństwa mówiące o tym, że mężczyzna musi być twardy? Czy to przekazywany z pokolenia na pokolenie wzorzec męskości, w którym przestrzeni na dbanie o swoje zdrowie psychiczne nieraz nie ma?

Czy to blokady wewnętrzne i brak swego rodzaju umiejętności do mówienia o emocjach? Zapewne wszystko się tutaj zazębia i każe, już nawet małym chłopcom, zakładać na siebie zbroję superbohatera. Rzecz jasna, to bardzo ważne, że są oni w późniejszym życiu ogromnym oparciem dla swoich partnerek i owszem, to „odłożenie” emocji na bok w wielu momentach jest bardzo dobrym oraz chroniącym nas mechanizmem. Ważna jest jednak świadomość, co się właściwie dzieje. Russell wiedział, że przeżywa smutek, że potrzebuje wsparcia, że poronienie także i jego zdruzgotało, ale nie znalazł w tej sytuacji miejsca na swoje odczucia. Bo czy to miejsce tam w ogóle było?

Dziś Russell i jego żona są szczęśliwymi rodzicami dwójki dzieci. Nie zmienia to jednak faktu, że lęk, żal, złość, bezradność, które czuli w sobie w czasie, gdy doświadczyli poronień (bo niestety nie było to tylko jedno), ciągle pamiętają. Tak, Russell też. Dzisiaj już jednak świadomie o tych wszystkich emocjach mówi. Rozejrzyjmy się więc dookoła. Może jakiś mężczyzna będzie w stanie zdjąć przy nas maskę twardziela. Bo nikt nie musi zmagać się ze swoim cierpieniem w samotności – nawet największy strongman świata.

Źródło historii: „Daily Mail”, artykuł: “I held my wife as she sobbed at our lost baby. I had to be brave, but inside I crumbled

E-wydanie magazynu „Chcemy Być Rodzicami” kupisz TUTAJ

Tagi:

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.