Przejdź do treści

In vitro jako „produkcja dzieci noblistów”. Czy wiesz, skąd wziął się ten mit?

Twarz małego chłopca o niebieskich oczach /Ilustracja do tekstu: Bank nasienia noblistów: czy istniał naprawdę?
Fot.: Fotolia.pl

Atrakcyjny wygląd fizyczny, wybrany kolor oczu oraz ponadprzeciętny iloraz inteligencji, za który odpowiadają geny noblistów – tak według przedstawicieli środowisk konserwatywnych mają wyglądać dzieci poczęte dzięki metodzie in vitro. Choć z perspektywy par, które podejmują się leczenia niepłodności, pogląd ten wydaje się kuriozalny, warto wiedzieć, skąd właściwie się wziął i czy ma jakiekolwiek naukowe uzasadnienie.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W ostatnich latach działacze środowisk konserwatywnych, kościelnych i anti-choice coraz śmielej wskazują na rzekome ciemne strony metod wspomaganej reprodukcji. W mediach i przestrzeni publicznej cyklicznie pojawiają się sugestie, że metoda in vitro nie służy jedynie spełnianiu marzeń o rodzicielstwie, ale realizacji eksperymentów biomedycznych i założeń eugenicznych. Zgodnie z tą argumentacją, selekcja zarodków do in vitro miałaby sprzyjać uzyskaniu potomstwa o pożądanych cechach fizycznych, ponadprzeciętnym potencjale intelektualnym, a nawet… z genami noblistów.

– In vitro robi się […], żeby można było wybrać płeć, żeby można było wybrać cechy, żeby można było połączyć swoją komórkę jajową np. z jakimś wielkim noblistą. Jeden z noblistów ma teraz 258 dzieci z uwagi na wykorzystanie jego materiału – mówiła w listopadzie ubiegłego roku kontrowersyjna specjalistka ds. genetyki prof. Alina Midro.

Czy te teorie mają w sobie choć ziarnko prawdy? Nie, choć plany udostępnienia materiału genetycznego noblistów rzeczywiście miał przed laty jeden z banków nasienia: The Repository for Germinal Choice.

Geny noblistów, czyli amerykański sen o eugenice

Instytucja o nazwie The Repository for Germinal Choice rozpoczęła działalność pod koniec lat 70. ub.w. w miejscowości Escondido w południowej Kalifornii (USA). Za pomysłem jej otwarcia stał emerytowany optometrysta Robert Klark Graham. Ideą, która mu przyświecała, było odwrócenie „niekorzystnych procesów genetycznych” poprzez powoływanie na świat potomstwa uzbrojonego w najlepszy garnitur genów.

– Najintensywniej rozmnażają się ludzie biedni, chorzy, z chorobami psychicznymi. Jeśli będzie tak dalej, człowiek znajdzie się na tym samym poziomie intelektualnym co jego najbliższego krewny – szympans. Musimy temu zapobiec za wszelką cenę – mówił bez ogródek w rozmowie z mediami.

Cel, wynikający w równej mierze z ciekawości naukowej, jak i z osobliwie pojmowanego altruizmu, planował zrealizować, zapraszając do współpracy ponadprzeciętnie uzdolnionych naukowców – laureatów nagrody Nobla. Nagrodzeni mieli użyczyć swojej puli genów na społeczny cel, przekazując własne gamety do banku nasienia.

CZYTAJ TAKŻE: Komisja Etyki Amerykańskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu o dawstwie gamet

Repository for Germinal Choice: bank nasienia (nie tylko) geniuszy

Ale tak pozyskany materiał genetyczny nie miał być przeznaczony dla każdej zainteresowanej kobiety. Misją Grahama było nieodpłatne przekazywanie gamet geniuszy jedynie kobietom o podobnych osiągnięciach. Na właściwe biorczynie wybrał członkinie międzynarodowego stowarzyszenia Mensa, zrzeszającego osoby o najwyższym ilorazie inteligencji. Ten sposób miał mu pozwolić na uzyskanie obywateli o ponadprzeciętnych zdolnościach.

Jak łatwo się domyślić, realizacja tego eugenicznego marzenia od samego początku skazana była na fiasko. Podstawowym problemem była niedostateczna liczba chętnych, którzy spełnialiby tak wyśrubowane kryteria. To jednak niejedyny kłopot, z którym musiał zmierzyć się Graham, realizując swój niebezpieczny eksperyment. Szybko okazało się, że zdobywcy Nobla, którzy zdecydowali się wesprzeć The Repository for Germinal Choice, nie dysponują wcale tak doskonałym materiałem genetycznym, jak przewidywał twórca banku.

Jednym noblistą, który oddał nasienie i zdecydował się ujawnić swoją tożsamość, był William Shockley. Choć miał na swoim koncie sukcesy naukowe i wynalazki z dziedziny fizyki, prywatnie słynął z… rasizmu i popierania eugeniki. Kilkoro innych noblistów, którzy zgłosili się do kalifornijskiego banku jako potencjalni dawcy, okazało się nie spełniać podstawowych kryteriów medycznych. Ze względu na sędziwy wiek jakość ich nasienia była zbyt niska, by z jego pomocą uzyskać ciążę.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Normy nasienia według WHO, czyli męska płodność pod lupą

Bank nasienia noblistów. Wyjątkowe geny czy wychowanie?

Ponieważ pozyskanie kolejnych chętnych dawców i biorczyń o ponadprzeciętnym ilorazie inteligencji było niezwykle trudne, właściciel banku nasienia zmuszony był obniżyć standardy. Bank zaczął przyjmować nasienie od znanych atletów, tuz biznesu i dawców o wysokim wykształceniu. Z czasem jednak  instytucja zdecydowała się kwalifikować nawet mężczyzn, których – jak określiło jedno z zagranicznych źródeł – „nie życzy się nawet byłej dziewczynie”.

Mimo niepowodzeń realizacji założonego celu, bank spermy działał przez blisko 20 lat. Zamknął podwoje pod koniec lat 90., nie mając na swoim koncie ani jednego potomka noblisty. Wiele dzieci poczętych z nasienia dawców wprawdzie osiągało bardzo dobre wyniki w szkole, jednak – zdaniem badaczy – odpowiadały za to nie wyjątkowe geny, ale oczekiwania i wychowanie.

I choć eksperyment eugeniczny szybciej się skończył, niż zaczął, legenda o nim jest wciąż żywa.

CZYTAJ TEŻ: Dzieci z in vitro: milczący uczestnicy dyskursu publicznego. Co sądzą o metodzie swojego poczęcia?

Wybór cech dawcy to nie eugenika

Oczywiście pewnych przesłanek o naturze eugenicznej możemy dopatrzeć się i dziś – banki gamet nie przyjmują wszak materiału genetycznego od dowolnej osoby. Nim nasienie lub komórki jajowe zostaną dodane do bazy, dawcy przechodzą specjalistyczne badania i muszą wykazać się bogatą wiedzą na temat rodzinnej historii medycznej. Szacuje się, że tylko 1% wszystkich zainteresowanych zostaje zaakceptowanych jako dawcy materiału genetycznego.

Pamiętajmy jednak, że rygorystyczne procedury nie wynikają z negatywnej eugeniki, której celem jest wybór pożądanych, ściśle określonych cech potomstwa. U podstaw regulacji, którymi kierują się banki gamet, leży medyczna troska o prawidłowy rozwój płodu. Dzięki temu możliwe jest wyeliminowanie ryzyka ciężkich wad genetycznych u zarodka (a później – dziecka) oraz komplikacji zdrowotnych zagrażających życiu i istotnie godzących w jego jakość.

Wątpliwości moralne części etyków wzbudza możliwość wyboru dawcy na podstawie wybranych cech – takich jak: wzrost, waga, poziom edukacji, pozycja społeczna, grupa krwi, kolor skóry czy włosów. Musimy jednak pamiętać, że podobnych wyborów dokonujemy, dobierając partnera seksualnego. Ponadto możliwość wybrania cech dawcy sprawia, że w przypadku bezpłodności partnera (lub samotnego macierzyństwa) mamy szansę na wybór dawcy cechującego się istotnym podobieństwem fizycznym. Dzięki temu możemy uzyskać potomstwo podobne biologicznie do rodziców, a tym samym zwiększyć więź rodzinną i uniknąć ewentualnej stygmatyzacji społecznej.

Źródło: Harvard University

POLECAMY RÓWNIEŻ: Zagrożenia związane z in vitro. Fakty czy mity? Sprawdza embriolog

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Przemoc seksualna może istotnie zwiększać ryzyko niepłodności. Niepokojące wnioski z nowych badań

Naga kobieta ze związanymi rękami, z twarzą przysłoniętą włosami /Ilustracja do tekstu: Przemoc seksualna a niepłodność

Około 3,5 mln kobiet w Polsce przynajmniej raz w życiu doświadczyło przemocy fizycznej lub seksualnej. Choć systemowa pomoc skupia się przede wszystkim na łagodzeniu bezpośrednich skutków tych trudnych przeżyć, ich konsekwencje bywają znacznie bardziej odległe, niż może się wydawać. Coraz więcej wskazuje na to, że doświadczenie napaści seksualnej może mieć również wpływ na przyszłą płodność.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Przemoc seksualna to traumatyczne doświadczenie, które rodzi szereg konsekwencji zdrowotnych i psychologiczno-społecznych – zarówno natychmiastowych, jak i długotrwałych. Należą do nich m.in. obrażenia narządów płciowych, choroby weneryczne, stany lękowe czy depresja. Korelacji pomiędzy napaścią seksualną a zaburzeniami zdrowotnymi może być jednak znacznie więcej – co potwierdzają liczne badania.

Przemoc seksualna a niepłodność. Konsekwencje, które rozwijają się latami

Psychoterapeuci i psychiatrzy wspierający ofiary przemocy seksualnej podkreślają, że wieloletnie zmagania z traumą utrudniają relacje partnerskie oraz kontakty seksualne. Niejednokrotnie kobiety, które były ofiarami napaści seksualnej, dopiero po latach od tego wydarzenia rozpoczynają starania o dziecko, gdy ich potencjał płodnościowy jest już mniejszy. Ale korelacje pomiędzy przemocą seksualną a niepłodnością nie zawsze są tak oczywiste. Wiele pacjentek nie zdaje sobie sprawy, że wydarzenia sprzed lat mogły wywrzeć tak istotny wpływ na ich obecne zdrowie reprodukcyjne.

CZYTAJ TEŻ: Przemoc to nie tylko rany na ciele. „Nie bałam się krzyku czy bicia, bo oni nigdy nie krzyczeli”

Zespół ekspertów Uniwersytetu Iowa w Iowa City (USA) przeprowadził badania ankietowe, którym poddał kobiety o szczególnie trudnych przejściach: amerykańskie weteranki wojenne w wieku od 21 do 52 lat. Jak wskazują alarmujące wyniki tych analiz, problemy z płodnością występowały częściej u tych badanych, które doświadczyły wcześniej przemocy seksualnej. W grupie respondentek, które nie miały w kolejnych latach trudności z zajściem w ciążę, 45% kobiet przyznało, że doświadczyło napaści seksualnej. W przypadku ankietowanych zmagających się z niepłodnością wskaźnik ten wzrastał aż o 1/3 – do 60%.

Przemoc seksualna a niepłodność. Alarmujące wyniki badań

Niepłodność u kobiet z badanej grupy łączono z szeregiem różnorodnych czynników (m.in. wiekiem, kolorem skóry, stosowaniem używek). Eksperci podkreślają jednak, że decydujące mogą być problemy zdrowotne będące odległymi konsekwencjami doświadczonych traum. Z tych samych obserwacji wynika bowiem, że u kobiet, które doświadczyły przemocy seksualnej i zmagają się z niepłodnością, dwa razy częściej występowały nadciśnienie i zaburzenia lękowe, a trzy razy częściej – depresja. Znacznie wyższe są w tej grupie także wskaźniki zachorowalności na nowotwory (14% – w porównaniu do 8% u kobiet płodnych) i choroby przewlekłe (65% – w porównaniu do 54%).

Alarmujące wyniki badań zostaną poddane analizie podczas konferencji Amerykańskiego Towarzystwa Medycyny Reprodukcyjnej, która w październiku br. odbędzie w Denver (USA).

Warto przypomnieć, że to nie pierwsze badania, które wykazały korelacje pomiędzy trudnymi przejściami a zaburzeniami zdrowia reprodukcyjnego. Przed kilkoma dniami opublikowano wyniki obserwacji zespołu badaczy ze szkoły medycznej Uniwersytetu w Pittsburghu (USA), wedle których istnieje istotny związek między doświadczeniem przemocy seksualnej lub molestowania a zaburzeniami zdrowotnymi, z których część może prowadzić do niepłodności. Inne badania wskazały na powiązania pomiędzy doświadczeniem przemocy w dzieciństwie a rozwojem endometriozy. Więcej na ten temat przeczytasz TUTAJ.

Źródło: dailymail.co.uk, healthinformative.com, huffingtonpost.ca

Tutaj kupisz e-wydanie magazynu „Chcemy Być Rodzicami”

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Niepłodność przy PCOS: jak ją leczyć zgodnie z nowymi zaleceniami? Wyjaśnia lekarz

"Pęknięcie" na brzuchu ciężarnej kobiety (zdjęcie retuszowane). Ilustracja do: Stres w ciąży a zdrowie dziecka /Niepłodność przy PCOS
fot. Pixabay

Zespół policystycznych jajników (PCOS) to patologia narządu rodnego, która dotyczy nawet 30% kobiet w wieku rozrodczym. Zdecydowana większość pacjentek zmaga się z zaburzeniami płodności, które mogą istotnie obniżyć szanse na realizację planów macierzyńskich. Jak wygląda rekomendowane leczenie niepłodności przy PCOS i na co zwrócić szczególną uwagę? Szczegółowo wyjaśnia dr Monika Szymańska, specjalista ginekolog położnik oraz endokrynolog w Klinice FertiMedica.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zespół policystycznych jajników (PCOS) to zaburzenie, które wiąże się z występowaniem specyficznych objawów i nieprawidłowości, które diagnozowane są podczas badań dodatkowych.

– Chociaż definicji jest wiele, międzynarodowe gremia naukowe przychylają się do tzw. kryteriów rotterdamskich z 2003 r. – wyjaśnia dr Monika Szymańska, specjalista ginekolog położnik w Klinice FertiMedica.

Kryteria rotterdamskie zakładają rozpoznanie PCOS u pacjentek, u których występują dwa spośród trzech czynników:

  • rzadko występująca owulacja lub jej całkowity brak,
  • nadmiar męskich hormonów, który daje objawy kliniczne (nadmierne owłosienie, trądzik, łysienie typu męskiego, przerost łechtaczki) lub laboratoryjne (nadmiar testosteronu całkowitego, wolnego lub podwyższony indeks wolnego testosteronu),
  • obraz policystycznych jajników w badaniu USG (powyżej 12 drobnych pęcherzyków w jajniku lub objętość jajnika powyżej 10 ml).

Kryteria rotterdamskie jasno wskazują, że występowanie tylko jednego z powyższych objawów nie jest wystarczające do rozpoznania PCOS. Choć zarówno w Polsce, jak i na świecie diagnozy PCOS stawiane są często na wyrost, szacuje się, że z zaburzeniem tym zmaga się nawet 30% kobiet w wieku rozrodczym. Nawet 70-80% z nich doświadcza zaburzeń płodności. Jakie mają możliwości leczenia?

ZOBACZ TEŻ: „Wyjątkowe podejście, wyjątkowa atmosfera” – pacjenci o klinice FertiMedica

Niepłodność przy PCOS. Metody leczenia: stymulacja owulacji

Dr Monika Szymańska podkreśla, że podstawową kwestią u kobiet, które zmagają się z PCOS, jest modyfikacja stylu życia i – jeżeli jest to konieczne – redukcja masy ciała.

– Zalecane jest, aby stymulacja owulacji była stosowana jedynie u pacjentek o BMI mniejszym bądź równym 35 kg/m2. Osoby z otyłością powinny w pierwszej kolejności zrzucić wagę. Jeżeli jest to niemożliwe, pacjentce należy zaproponować operację bariatryczną – wyjaśnia ekspertka FertiMedica.

W kolejnym etapie leczenia stosuje się leki stymulujące owulację. Przeważnie wykorzystuje się w tym celu:

  • doustny cytrynian klomifenu,
  • doustny letrozol,
  • podskórne preparaty gonadotropin.

Cytrynian klomifenu jest antyestrogenem – substancją, która działa przeciwstawnie do estrogenów na przysadkę mózgową oraz macicę.

– Po jego zastosowaniu przysadka otrzymuje informację o niskim stężeniu estrogenów w surowicy krwi i w odpowiedzi wydziela zwiększoną ilość hormonu FSH, który pobudza pęcherzyki jajnikowe do wzrostu. W mechanizmie tym dochodzi do dominacji jednego, a czasem większej liczby pęcherzyków oraz owulacji – wyjaśnia dr Monika Szymańska z FertiMedica.

Stymulacja owulacji cytrynianem klomifenu. Jakie są szanse na ciążę?

Ekspertka zaznacza, że cytrynian klomifenu stosuje się doustnie w dawce 50-150 mg na dobę przez 5 dni, a terapię rozpoczyna się między 3. a 5. dniem cyklu. Owulacja zwykle występuje 7 dni po przyjęciu ostatniej tabletki.

– Metoda ta jest prosta, tania i dosyć skuteczna w stymulacji owulacji. Odsetek owulacji wynosi 75-80%. Odsetek ciąż jest jednak znacznie niższy – ok. 20% ciąż na cykl leczenia, 60-70% ciąż w ciągu 6 miesięcy leczenia – precyzuje ginekolog FertiMedica.

Wynika to m.in. z antyestrogennego wpływu cytrynianu klomifenu na endometrium oraz śluz szyjkowy.

– Niestety, stosowane równocześnie z tym lekiem preparaty estrogenów nie poprawiają stanu endometrium, gdyż nie mają szansy związać się receptorami estrogenowymi wysyconymi przez cytrynian klomifenu – mówi dr Monika Szymańska.

Zalecany maksymalny okres leczenia cytrynianem klomifenu wynosi 6 miesięcy.

– Jeżeli w tym czasie nie uzyskano ciąży, należy uznać leczenie za nieskuteczne i zastanowić się nad zmianą postępowania. Być może przyczyną niepłodności jest inny, dodatkowy czynnik, np. niedrożność jajowodów, czynnik męski, maciczny, nieprawidłowe przygotowanie endometrium – podpowiada ginekolog-położnik z Fertimedica.

CZYTAJ TEŻ: Opublikowano nowe zalecenia w diagnostyce i leczeniu PCOS

Letrozol w stymulacji owulacji przy PCOS. Czy jest lepszym lekiem?

Letrozol jest inhibitorem aromatazy, czyli enzymu syntetyzującego estrogeny z androgenów w jajnikach. Wykazuje on podobne działanie na przysadkę mózgową co cytrynian klomifenu. Obniża stężenie estrogenów w przysadce mózgowej, pobudza do zwiększonego wydzielania FSH i wzrostu pęcherzyka dominującego. Warto jednak wiedzieć, że lek jest zarejestrowany na świecie jedynie do leczenia pacjentek z rakiem sutka, nie ma rejestracji dla stymulacji owulacji. Jak wyjaśnia lekarka z Fertimedica, wynika to z dawnych, wątpliwych metodologicznie badań, sugerujących teratogenne działanie leku na płód.

– Jednak liczne badania kliniczne przeprowadzone po 2005 roku wskazują na brak szkodliwego działania leku na płód. Stwierdzano, że jest wręcz wyższy odsetek ciąż po zastosowaniu letrozolu w porównaniu do cytrynianu klomifenu (62% w porównaniu do 48% – w ciągu 5 miesięcy leczenia) oraz mniejszy odsetek ciąż bliźniaczych (3,4% w porównaniu 7,4%). Częstość wad wrodzonych była podobna w grupie stosującej letrozol oraz cytrynian klomifenu (około 1%) – wyjaśnia dr Monika Szymańska.

Ginekolożka podkreśla, że korzyści z zastosowania letrozolu wynikają z kilku czynników. Przede wszystkie nie wykazuje on antyestrogennego wpływu na endometrium i śluz szyjkowy, szybciej wydala się z organizmu (po 48 godz od przyjęcia tabletki lek jest praktycznie nieobecny w surowicy krwi), a także pozwala na częstsze uzyskanie monoowulacji.

– Najnowsze rekomendacje ESHRE (European Society of Human Reproduction and Endocrinology) z 2018 roku zalecają stosowanie letrozolu jako leku pierwszego wyboru w stymulacji owulacji u pacjentek z PCOS – mówi dr Szymańska. Dodaje jednak, że wcześniej pacjentkę należy poinformować o wykorzystaniu leku poza wskazaniami rejestracyjnymi i uzyskać jej zgodę na takie leczenie.

Gdy nie działają leki doustne: Gonadotropiny w leczeniu PCOS

W przypadku pacjentek z PCOS, u których nie uzyskano owulacji po zastosowaniu leków doustnych, istnieją dwie możliwości leczenia:

  • stymulacja owulacji za pomocą podskórnie wstrzykiwanych preparatów gonadotropin (FSH lub FSH i LH),
  • elektrokauteryzację jajników.

Gonadotropiny są naturalnymi hormonami syntetyzowanymi w przysadce mózgowej. Ich zadaniem jest pobudzenie wzrostu pęcherzyków jajnikowych.

– Podanie gonadotropin powoduje dojrzewanie wszystkich wrażliwych na daną dawkę hormonów pęcherzyków jajnikowych. Dlatego tak ważna jest dawka i czas stosowania leków – zbyt małe ich stężenie nie spowoduje owulacji, zbyt duże – może spowodować wzrost ponad 3 pęcherzyków i ryzyko ciąży mnogiej, np. trojaczej. A różnica pomiędzy dawką działającą a nadmierną jest inna u każdej pacjentki – ostrzega dr Szymańska z FertiMedica.

Co istotne, ciąża mnoga, szczególnie większa niż bliźniacza, jest uznawana za powikłanie stymulacji owulacji. Niesie wysokie ryzyko powikłań ciążowych, w szczególności zaś poronienia i porodu przedwczesnego. Ponadto wiąże się z istotnym odsetkiem zgonów i powikłań noworodkowych.

Zaleca się, by przed planowaną stymulacją owulacji za pomocą gonadotropin każda para wykonała:

  • badanie drożności jajowodów,
  • analizę nasienia u partnera.

Każdorazowo niezbędne jest ścisłe monitorowanie ultrasonograficzne stymulacji. Wielu lekarzy zaleca również wykonanie inseminacji domacicznej u takich pacjentek, która dodatkowo zwiększa szanse na ciążę.

Gdy nie działają leki doustne: Elektrokauteryzacja jajników przy PCOS

Inną metodą stymulacji owulacji u pacjentek z PCOS, u których zawiodły tradycyjne metody leczenia, jest zabieg elektrokauteryzacji jajników.

– Przeprowadzany jest on podczas laparoskopii i polega na wykonaniu za pomocą koagulacji lub lasera od 4 do 10 dziurek w torebce każdego jajnika. Procedura ta przywraca owulację u 54-76% kobiet w ciągu 6 miesięcy. Leczenie to wiąże się z hospitalizacją i operacją pacjentki, a także wysokim kosztem. Powinno być stosowane jedynie u kobiet z opornością na stosowane wcześniej terapie lub podczas zabiegu wynikającego z innych wskazań, np. wyłuszczenia mięśniaków macicy. Kauteryzacja może wiązać się również z ograniczeniem rezerwy jajnikowej pacjentki, dlatego wszystkie za i przeciw muszą być poważnie rozważone przed zabiegiem. Jego wykonanie nie może wynikać jedynie z możliwości operatora i chęci zrobienia „czegokolwiek”.

Techniki wspomaganego rozrodu. In vitro przy PCOS

Jak zaznacza dr Monika Szymańska, brak efektów opisanego wyżej postępowania jest wskazaniem do rozszerzenia diagnostyki oraz – ewentualnie – zastosowania inseminacji lub zapłodnienia in vitro. Choć pacjentki z zespołem policystycznych jajników nie są typowymi kandydatkami do in vitro, w wielu przypadkach niemożliwe jest uzyskanie przez nie ciąży po stymulacji owulacji.

– Nierzadko pacjentki z PCOS zachodzą w ciążę podczas pierwszej w życiu wystymulowanej owulacji. Zapłodnienie pozaustrojowe jest stosowane u pacjentek, u których leczenie mniej zaawansowane nie przyniosło rezultatu lub gdy występują inne wskazania do in vitro – np. czynnik męski lub niedrożność jajowodów – wyjaśnia dr Monika Szymańska z FertiMedica. – Osobną grupą są kobiety, u których niemożliwe jest uzyskanie wzrostu jednego lub dwóch pęcherzyków jajnikowych podczas stymulacji owulacji. Wtedy, ze względu na ryzyko ciąży mnogiej, proponuje się in vitro – dodaje.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: 6 rzeczy, których prawdopodobnie nie wiesz o in vitro

Warto jednak wiedzieć, że stymulacja pacjentek z PCOS wymaga od lekarza dużego doświadczenia.

– Zastosowanie zbyt niskich dawek gonadotropin lub zbyt krótkie ich podawanie może ograniczać skuteczność leczenia. Z kolei zbyt wysokie dawki powodują zdecydowanie większe ryzyko zespołu hiperstymulacji. Często u pacjentek z PCOS rozdziela się procedurę stymulacji, pobrania i zapłodnienia oocytów (wykonywaną w jednym cyklu) od transferu zarodka (w kolejnym cyklu); to tzw. strategia „freeze all” – zauważa ekspertka.

Dr Szymańska zaznacza, że udowodniono większe prawdopodobieństwo ciąży przy radykalnie niższym ryzyku zespołu hiperstymulacji, gdy przeprowadzony jest transfer mrożonego zarodka.

– Typowy w stymulacji do in vitro jest tutaj protokół z antagonistą. Przy zagrożeniu zespołem hiperstymulacji może być on zakończony za pomocą krótko działającego agonisty GnRH – a nie HCG, które działa silniej i długotrwale nasila objawy hiperstymulacji – mówi ginekolożka z FertiMedica.

IVM: in vitro z dojrzewaniem komórki jajowej w warunkach laboratoryjnych

Ok. 10 lat temu wprowadzono IVM, czyli in vitro maturation. To odmiana zapłodnienia in vitro, która polega na pobraniu z jajnika niedojrzałych komórek jajowych (po minimalnej stymulacji). Dokończenie dojrzewania oocytów odbywa się w warunkach laboratoryjnych.

– Dopiero wtedy następuje przeprowadzenie klasycznej procedury in vitro lub ICSI. Uzyskuje się wówczas wszystkie korzyści z in vitro, bez ryzyka hiperstymulacji u pacjentki. Niestety, wyniki IVM są zdecydowanie gorsze niż przy typowej procedurze in vitro – zauważa dr Monika Szymańska.

Zabieg in vitro IVM jest proponowany jedynie pacjentkom z wyjątkowo dużym ryzykiem zespołu hiperstymulacji.

POLECAMY RÓWNIEŻ: PCOS a starania o dziecko. Kiedy zgłosić się do lekarza?

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Po jakim czasie starań o dziecko warto udać się do specjalisty od niepłodności?

Lekarz rozmawia z parą podczas konsultacji /Ilustracja do tekstu: Po jakim czasie starań udać się do specjalisty od niepłodności?
Fot.: Fotolia.pl

Niestety dość często spotykam się z parami, które zbyt długo były prowadzone przez swojego lekarza ginekologa. Czasami jest to kilka lat niepotrzebnych badań i obserwacji kobiety bez wykonania podstawowego badania nasienia. Niejednokrotnie to pacjentka, nie lekarz, podejmuje decyzję, by zmienić klinikę i udać się do specjalisty od niepłodności. Jak długo czekać? Kiedy to już niepłodność?

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Niepłodność jest co prawda uznanym problemem społecznym, ale ginekolodzy to też ludzie. Mają swoje przekonania, różne doświadczenia. Nadal zdarzają się tacy, na szczęście bardzo rzadko, którzy uważają, że niepłodność to wymysły rozhisteryzowanych pacjentek. Spotykałam w swojej karierze kobiety, które z żalem opowiadały mi, że ich ginekolog wyśmiał je, tłumacząc, że są zbyt stare, by myśleć o macierzyństwie.

Leczyłam też kiedyś parę, która przez kilka lat systematycznie uczęszczała do swojego ginekologa. Pacjentka miała wykonane wszystkie możliwe badania. Przyjmowała leki na wywołanie owulacji, na wzmocnienie fazy lutealnej. Bez efektu. W końcu małżonkowie sami podjęli decyzję, by zgłosić się do mnie. Okazało się, że pacjent miał bardzo słabe parametry nasienia. Szansa na naturalną ciążę była bliska zeru, o czym lekarz prowadzący nie wspomniał, chociaż badanie nasienia wykonane było na początku ich kuracji.

CZYTAJ TEŻ: Między owulacją a okresem. Wszystko, co musisz wiedzieć o fazie lutealnej

Leczenie niepłodności. Poszukaj dobrego przewodnika

Na szczęście są to sytuacje marginalne. Większość lekarzy to ludzie o otwartych umysłach, doskonale wykształceni, z którymi można porozmawiać na każdy temat.

Każdy lekarz jest przewodnikiem, który powinien przeprowadzić pacjentów przez zawiłe ścieżki diagnostyki i leczenia. Zdarzają się lepsi i gorsi przewodnicy. Czasami para sama musi podjąć decyzję, że warto zrobić kolejny krok i udać się do specjalisty.

To, kiedy udać się do specjalisty zajmującego się niepłodnością, to zawsze sprawa indywidualna. Zależy głównie od czasu starania się o ciążę, wieku pacjentów i chorób, których doświadczają. Młodzi, zdrowi ludzie mogą starać się 2 lata bez konsultacji lekarskiej. Pacjenci po 35. roku życia powinni po pół roku starań zasięgnąć opinii lekarskiej. Dużo też zależy od temperamentu pacjentów. Jedni uznają, że pięć lat to niezbyt długo, inni już po 3 miesiącach zażądają pełnej diagnostyki.

PRZECZYTAJ TAKŻE: 5 mitów o niepłodności. Też to słyszysz?

Niepłodność to problem pary

Decyzja o udaniu się do specjalisty powinna być też obopólna. Niepłodność dotyka coraz większego odsetka par. Coraz częściej można przeczytać o tym problemie w kobiecych czasopismach. Kobiety mają olbrzymią świadomość i nie mają oporów, by zgłosić się do specjalisty po pomoc. Problem taki może się pojawić ze strony mężczyzny. Nieraz spotkałam się w swojej praktyce z lekceważeniem problemu przez partnerów, wręcz z delikatnym wyśmiewaniem partnerek, nietowarzyszeniem kobietom na wizytach u ginekologa, odmawianiem wykonania badań, a nawet z kłamstwami.

Tym bardziej cieszą mnie kolejne zdjęcia nowo narodzonych dzieci, których z każdym miesiącem przybywa w moim gabinecie. Wierzę, że każdy lekarz, kierując się głosem rozsądku i pragnieniem szczęścia ludzi, którzy chcą zostać rodzicami, skieruje ich do specjalistów mogących im pomóc urzeczywistnić marzenie o rodzicielstwie.


Logo: InviMed

POLECAMY RÓWNIEŻ: Zrozumieć niepłodność – koniecznie pokaż to swoim bliskim!

dr n. med. Beata Makowska

Specjalistka II stopnia, ginekolog-położnik. Z kliniką InviMed w Gdyni związana od 2011 r. Od początku swojej kariery zawodowej związana była z lecznictwem otwartym – Kliniką Położnictwa Akademii Medycznej w Gdyni oraz oddziałem ginekologii i położnictwa w szpitalu im. Wojciecha Adalberta w Gdańsku. Absolwentka Akademii Medycznej w Gdańsku. W 2005 r. uzyskała stopień doktora nauk medycznych. Członkini Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego.

Dalekie skutki przygody na jedną noc. Kiła, chlamydioza, rzeżączka

Na pierwszym planie: kobieca dłoń z prezerwatywą. Na drugim planie: mężczyzna w łóżku. Ilustracja do tekstow: Brak satysfakcji seksualnej u kobiet /Rzeżączka, chlamydioza, kiła: objawy
fot. Pixabay

Burza hormonów, letni romans i… nieprzemyślany seks bez zabezpieczenia. Znacie to ze swojej młodości? Niestety, taka przygoda na jedną noc może nieść ze sobą poważne konsekwencje – nawet po wielu latach. Jeśli ty lub twój partner mieliście takie doświadczenia w przeszłości, sprawdźcie, jak mogło to wpłynąć na wasze obecne zdrowie i płodność.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W ostatniej dekadzie nastąpiła znaczna zmiana w podejściu do seksu. Coraz częściej potrafimy się nim cieszyć i pozwalamy sobie na eksperymenty. Ale za otwartością na nowe doświadczenia seksualne nie zawsze idzie troska o bezpieczeństwo własne i partnera.

Z roku na rok rośnie liczba osób, które doświadczają chorób wenerycznych. Ich objawy nie zawsze są charakterystyczne i łatwe do zauważenia. A zaniedbanie diagnostyki i leczenia może poważnie odbić się na zdrowiu reprodukcyjnym.

Dalekie skutki przygody na jedną noc. Kiła – mogiła płodności?

Wiele osób jest jednak przekonanych, że kiła to choroba, która w krajach rozwiniętych występuje niezwykle rzadko. Tymczasem w XXI wieku jest ona wciąż istotnym problemem zdrowia publicznego – także w Europie. W ostatniej dekadzie zachorowalność na nią wzrosła aż dwukrotnie.

Kiła, którą wywołuje krętek blady (Treponema pallidum), najczęściej szerzy się poprzez kontakty seksualne. Może wywołać szereg różnorodnych objawów, które zależą od stadium choroby.

Kiła: objawy

Kiła pierwotna (czyli kiła w okresie inkubacji – do 90 dni od zakażenia) objawia się miejscowym, niebolesnym owrzodzeniem (na narządach płciowych, ustach lub języku). Kiła wczesna, która jest drugim stadium rozwoju tej choroby, daje objawy w postaci plamek, krostek i grudek (najczęściej na dłoniach i stopach), wypadania włosów i symptomów grypopodobnych. Następuje też zakażenie krwi bakteriami (bakteriemia). U chorych pojawiają się często zakaźne zmiany zwane kłykcinami płaskimi. Wiele osób nie podejmuje na tym etapie leczenia, nie kojarząc symptomów z kiłą. Przeniesienie infekcji na partnera jest w tym okresie wysoce prawdopodobne.

Po około roku od zakażenia choroba przechodzi w stadium kiły utajonej, które przez dłuższy czas przebiega bezobjawowo. Stan ten może minąć nawet po kilku latach od infekcji. Pojawiają się wówczas poważne konsekwencje: w postaci zaburzeń wielonarządowych zagrażających zdrowiu (także reprodukcyjnemu) i życiu.

W kolejnym etapie u nieleczonych pacjentów rozwija się kiła układu nerwowego. Powoduje zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, zaburzenia słuchu lub wzroku, udary mózgu lub objawy choroby psychicznej.

CZYTAJ TEŻ: Specjaliści alarmują: Choroby weneryczne zbierają żniwo

Jak wykryć kiłę?

Diagnostyka kiły opiera się na badaniu laboratoryjnym krwi z zastosowaniem odpowiednich odczynów serologicznych (krętkowego, niekrętkowego lub obu).

Jeśli wyniki odczynów serologicznych są dodatnie, ale nie występują objawy kliniczne, mamy wówczas do czynienia ze stadium kiły utajonej.

Kiła a ciąża. Czy można przenieść kiłę na płód?

Badanie w kierunku kiły powinni wykonać oboje partnerzy, którzy starają się o dziecko, a w przeszłości mieli stosunki seksualne (również wyłącznie oralne) z osobą o nieznanym stanie zdrowia. Wykrycie zakażenia pozwoli na odpowiednio wczesne wdrożenie terapii; w przypadku kobiety zapobiegnie też przeniesieniu kiły na płód.

Warto wiedzieć, że zakażeniu kiłą ulega aż 70-100% dzieci urodzonych przez kobiety w ciąży z nieleczoną kiłą wczesną. W 30% tych przypadków dochodzi do martwych urodzeń.

Ale choroba nie przekreśla szans na zdrowe potomstwo.

– Kiłę można skutecznie leczyć penicyliną – wyjaśniają przedstawiciele Prywatnej Lecznicy Certus w Poznaniu.

Współcześnie stosuje się do tego celu długo działającą penicylinę benzatynową G (BPG) oraz inne antybiotyki. W przypadku późnego rozpoznania kiły leczenie nie cofnie jednak skutków, które choroba wywołała już w organizmie.

ZOBACZ TAKŻE: Silny PMS może wskazywać na choroby weneryczne

Chlamydioza: objawy

W Europie bardzo powszechna jest również chlamydioza. Według Światowej Organizacji Zdrowia choroba ta dotyka nawet 70% światowej populacji i jest najczęściej występującą chorobą weneryczną wśród osób przed 30. rokiem życia. U niemal 75% zakażonych kobiet i 50% mężczyzn przebiega niemal bezobjawowo.

Kobiety mogą czasem doświadczać upławów, pieczenia podczas oddawania moczu, czasem krwawienia po stosunku. U mężczyzn może pojawić się pieczenie i swędzenie w czasie oddawania moczu. Nawet jeśli symptomy nie występują niemal wcale, chorzy są źródłem zakażenia – nawet przez wiele lat.

Chlamydioza: zagrożenie dla płodności kobiet

Chlamydioza jest niebezpieczna szczególnie dla kobiet, które planują macierzyństwo. Nierozpoznana na czas i nieleczona może istotnie ograniczyć płodność, a także utrudnić donoszenie ciąży. Eksperci wskazują, że choroba może prowadzić również do powstania zrostów w jajowodach.

Chlamydioza: diagnostyka i leczenie

Pełna diagnostyka zakażenia chlamydiozą  polega na oznaczeniu:

  • poziomu immunoglobulin IgM i IgG we krwi,
  • stwierdzeniu obecności drobnoustrojów w wymazie.

Wymaz pobiera się ze sromu, szyjki macicy lub ujścia cewki moczowej.

Leczenie chlamydiozy opiera się zazwyczaj na antybiotykoterapii. Bardzo istotny jest czas wykrycia bakterii w organizmie. Im później uzyskamy diagnozę, tym poważniejsze będą skutki infekcji. Musimy mieć świadomość, że zakażenia chlamydią są częstą przyczyną stanów zapalnych narządu rodnego, co może prowadzić do niepłodności lub powikłań w czasie ciąży.

Więcej: Dlaczego chlamydia ogranicza płodność – radzi ekspert!

Rzeżączka a niepłodność. Objawy i leczenie

Inną nierzadko występująca chorobą weneryczną jest rzeżączka, którą wywołuje zakażenie dwoinką rzeżączki Neisseria gonorrhoeae.

Objawy rzeżączki są łatwiejsze do wykrycia u mężczyzn niż u kobiet. Występuje u nich m.in. ropny wyciek z cewki moczowej, pieczenie podczas oddawania moczu, obrzęk jąder oraz swędzenie odbytu. Z kolei u kobiet rzeżączka przebiega często bezobjawowo. Czasem towarzyszą jej upławy, zaburzenia cyklu miesiączkowego, obfita miesiączka oraz infekcje w okolicach pochwy i odbytu.

Podstawą diagnostyki rzeżączki jest wykonanie wymazu z wydzieliny dróg moczowo-płciowych, odbytnicy lub gardła czy spojówek. W leczeniu stosuje się antybiotyki: ceftriakson, azytromycynę, gentamycynę i spektynomycynę. Z uwagi na szerzenie się rzeżączki antybiotykopornej eksperci zalecają, by po rekomendowanym okresie terapii wykonać test potwierdzający wyleczenie.

Warto wiedzieć, że rzeżączka może wywołać poważne konsekwencje zdrowotne. Powikłaniami tej choroby mogą być: niepłodność, zapalenie narządów wewnętrznych, a nawet… uszkodzenie serca.

CZYTAJ TEŻ: Jak atakuje rzeżączka? To zależy od płci zakażonego! Przełomowe badanie naukowców

Źródło: certus.med.pl, iusti.org

Tu kupisz e-wydanie magazynu „Chcemy Być Rodzicami”

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.