Przejdź do treści

Adopcja TAK! Ośrodki NIEKONIECZNIE

Ośrodek adopcyjny w Jeleniej Górze będzie zamknięty

Proces adopcyjny jest tak skonstruowany, żeby połączenie dziecka z rodziną było przeprowadzone jak najlepiej pod kątem doboru rodziny do dziecka. Zadanie to realizują ośrodki adopcyjne.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

 

W Polsce ośrodków adopcyjnych jest  blisko 70, to dużo mniej niż przed 2012 rokiem. A wygląda na to, że od 2017 roku będzie ich jeszcze mniej.

 

Za przeprowadzanie procedury adopcyjnej odpowiada administracja rządowa (poprzednio powiaty). Wykonanie zostało zlecone samorządom wojewódzkim. Oznacza to, że urzędy marszałkowskie podpisują umowy z ośrodkami na wykonywanie zadań z uchwały*, a finanse przychodzą z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Największa akcja zamykania ośrodków miała miejsce w 2012 roku, kiedy to zastało jasno powiedziane ile adopcji rocznie musi przeprowadzić ośrodek, aby mógł kontynuować swoją działalność. Te które wykazały się minimum 20 adopcjami rocznie, miały podpisane umowy na 5 lat, w zakresie których realizowały wszystkie zadania związane z adopcją.

Po co ośrodek adopcyjny

Mówiąc skrótowo zadania ośrodków adopcyjnych to: wspieranie rodziców, głównie matek biologicznych, które rozważają zrzeczenie praw rodzicielskich, kwalifikowanie dzieci do adopcji, szkolenie i kwalifikowanie kandydatów na rodziców adopcyjnych, dobór rodziny do konkretnego dziecka, wspieranie przyszłych rodziców adopcyjnych w domknięciu formalności, udzielania wsparcia przez cały dalszy okres od zawiązania się rodziny adopcyjnej. Z każdym z tych zadań wiąże się ogrom pracy przygotowawczej, psychologicznej, biurowej (prowadzenie dokumentacji, opracowywanie pism do instytucji), wyjazdów i osobistych spotkań, rozmów, obecności. To bardzo dużo pracy. Oczywiście co do jakości wykonywanej różnie, bo ludzie są tylko ludźmi, zarówno ci w ośrodkach, jak i ci kandydujący na rodziców. Jeszcze się taki nie urodził, co każdemu by dogodził. Jednak biorąc pod uwagę jak wynagradzani są pracownicy ośrodków adopcyjnych, trudno uniknąć stwierdzenia, że to praca ściśle związana z poczuciem misji. Jednocześnie to praca niezbędna, żeby adopcja miała szansę się wydarzyć, a co dopiero, żeby miała sens. Tak dużo się mówi o zbyt długim okresie oczekiwania kandydatów na udział w szkoleniu, o wąskim zakresie tematycznym szkoleń, o tym, że na spotkania trzeba czekać tygodniami. Ale tych ludzi, którzy decydują się na pracę w ośrodku jest po prostu mało, a pracują też w określonych godzinach, bo jak każdemu należy się im życie prywatne, którego nie mogą w całości zamienić na godziny nadliczbowe. Niepłatne, jak wiadomo.

 

trudno uniknąć stwierdzenia, że to praca ściśle związana z poczuciem misji. Jednocześnie to praca niezbędna, żeby adopcja miała szansę się wydarzyć

Fakty z życia ośrodków

Ostatnio zawrzało w polityce jeśli chodzi o niepłodność i adopcja chętnie była wyciągana jako argument do „rozwiązania problemu”. Jak wielką jest to bzdurą pisałam dosadnie tutaj. Ale oto ukazuje się naszym oczom kolejny absurd. Skoro adopcja jest tak dobra, i tak chętnie proponowana parom pragnącym dziecka, to należałoby się spodziewać wsparcia systemu realizującego procedury adopcyjne. W normalnym państwie należałoby się spodziewać, że ośrodki adopcyjne dostaną większe dotacje na realizowanie swoich działań, może jakiś komputer, żeby było łatwiej, może odnowienie lokalu, w którym spotykają się kandydaci na szkolenia. Większość budynków urąga cudowi adopcyjnych narodzin, który tak chętnie jest teraz promowany. Może przydałby się samochód na każdy ośrodek, żeby pracownik mógł jak najszybciej pojechać do matki biologicznej, zrzekającej się dziecka, żeby jak najszybciej przeprowadzić obowiązkową wizytę w miejscu zamieszkania kandydatów. Może przydałby się dodatkowy etat, albo i dwa, żeby ośrodki mogły wydłużyć godziny działania. Można organizować więcej grup szkoleniowych, żeby kandydaci, mieli łatwiejszy dostęp do psychologa, który tylko w indywidualnych rozmowach z parą jest w stanie sprawdzić ich autentyczną motywację. A co wydaje się najważniejsze na bazie tej motywacji, pomóc rozszerzyć ich oczekiwania co do dziecka, jakie będą gotowi przyjąć do rodziny. To jest jedyna droga do zwiększenia liczby adopcji, w tym adopcji dzieci starszych czy obarczonych poważnymi dysfunkcjami zdrowotnymi. Tajemnicą przecież nie jest, że takich dzieci adoptować nie chce większość kandydatów. Przeprowadzona kontrola NIK wykazała, że często dokumenty, które objęte są ustawą o ochronie danych nie są należycie chronione w ośrodkach. Ja zapytam, kto zadba o stworzenie odpowiednich warunków do tego zadania? Przeszkolić pracowników z ochrony danych osobowych, zdobyć choćby trochę pieniędzy na zorganizowanie profesjonalnego biura i archiwum. Zadbać o te ośrodki, żeby one mogły zadbać o wszystkich uczestników adopcji.

Tymczasem…

Ośrodki adopcyjne się zamyka! Tak, dosłownie. Gdy  kilka dni temu zgłosiła się do mnie jedna z matek adopcyjnych, potem kolejna, niedowierzałam. Jak to możliwe, że adopcję traktuje się jak rozwiązanie na wszelkie troski starań o dziecko, a zamyka się ośrodki, bez których to rozwiązanie nie ma szans zastosowania. I to zamyka się nie byle jakie ośrodki, bo takie z długą historią.

 

Nasz ośrodek działa od 40 lat, adopcje które przeprowadziliśmy liczymy w tysiącach

„Nasz ośrodek działa od 40 lat, adopcje które przeprowadziliśmy liczymy w tysiącach. Obroniliśmy się w 2012 roku, bo mieliśmy wymaganą liczbę adopcji i wtedy została z nami podpisana umowa na 5 lat.” – rzeczowo opisuje Żaneta Babul, dyrektor Ośrodka Adopcyjnego Nadzieja w Jeleniej Górze. To ośrodek niepubliczny, drugi taki w województwie dolnośląskim to Archidiecezjalny Ośrodek Adopcyjny we Wrocławiu. Pozostaje jeszcze publiczny Ośrodek Adopcyjny przy Dolnośląskim Ośrodku Polityki Społecznej (DOPS) także we Wrocławiu. Obydwa niepubliczne ośrodki nie mają szansy funkcjonować od roku 2017, ponieważ rząd nie przekaże im żadnych pieniędzy. Już w tej chwili Ośrodek w Jeleniej Górze dowiedział się, że wojewoda nie otrzymał ostatniej transzy jaka powinna zostać przekazana ośrodkom na dokończenie zadania zgodnie z umową do końca 2016 roku.

O jakich pieniądzach mówimy?

„Kwoty jakie do tej pory otrzymaliśmy są najlepszym dowodem tego, że my pracujemy w ośrodku z potrzeby serca. Ale jednak jakieś minimum jest potrzebne. Przyznana 5 lat temu kwota 135 tys. złotych rocznie, nie zmieniła się przez cały ten okres. Co miesiąc dostawaliśmy niespełna 12 tys. zł, a mamy 2 etaty, na których pracują 3 osoby. Przez 5 lat ta sama kwota, ani złotówki więcej, chyba nie muszę mówić, że funkcjonowanie samego biura i opłaty z tym związane jednak się zmieniły w ciągu tych 5 lat. Oczywiście wzrosły.” – dokładnie wylicza dyrektor Żaneta Babul.

Co miesiąc dostawaliśmy niespełna 12 tys. zł

Biorąc pod uwagę ile zadań musi zostać wykonanych w ramach tej kwoty przez ośrodek, właściwie trzeba by uznać, że dotychczasowe działanie było cudem. Dolnośląskie to rozległe obszarowo województwo. Jeśli zostanie tylko publiczny ośrodek we Wrocławiu działanie procedur adopcyjnych i wszystkiego co się z adopcją wiąże będzie poważnie zagrożone. Można powiedzieć, że niektóre rzeczy staną się niemożliwe. „Obsługujemy cały obszar dawnego województwa jeleniogórskiego, m.in. Zgorzelec, Bogatynia, Lubań, Lwówek Śląski, to miejscowości odległe od Wrocławia. Trzeba wziąć pod uwagę, że takie dojeżdżanie na zajęcia w ramach procedury i szkolenia będą utrudnione dla kandydatów. Wiemy dobrze, że nie każdego po prostu na to stać. Jeśli ten region zostanie dorzucony do ośrodka we Wrocławiu ile trzeba będzie czekać na przyjazd pracownika na wywiad środowiskowy? A kto przyjedzie do matki biologicznej chcącej się zrzec praw rodzicielskich? Kto pojedzie dać jej wsparcie, sprawdzić co się faktycznie dzieje w rodzinie? Wiadomo, że ona nie przyjedzie do oddalonego ponad 150 km ośrodka. My tutaj jeździliśmy do nich. Ale też wspieramy rodziny po adopcji, i dorosłych adoptowanych. Prowadzimy akcje poszukiwania korzeni, jeździmy z nimi, poszukujemy, wspieramy. Doskonale wiemy, że to niezbędne dopełnienie, które jest potrzebne do normalnego życia tych ludzi.” – opisuje Babul. W tych słowach nie ma złości, jest żal. Przede wszystkim żal, że musi spojrzeć nie tylko pracownikom, ale rodzinom adopcyjnym prosto w oczy i powiedzieć: już nie mogę wam pomagać. „Jest mi przykro. Rozmawiam z rodzicami, mówią wprost że ośrodek jest ich, przecież to w nim zaczęło się dla nich coś pięknego. Człowiek jest traktowany przedmiotowo, a nie podmiotowo…” podsumowuje Żaneta Babul, dyrektor ośrodka Nadzieja.

Co mówią rodzice?

Nasze dziewczyny w ośrodku są profesjonalnie przeszkolone do przygotowania nas do życia rodzinnego i radzenia sobie w trudnych sytuacjach i jak wyjść z ciężkich sytuacji. Ośrodek powinien istnieć ponieważ pomaga spełnić oczekiwania przyszłych rodziców, długie oczekiwania na spełnienie i żeby wydarzył się cud. Ośrodek ten sprawia, że życie jest warte i ma sens . Mogłam tam ukończyć kurs jako rodzic adopcyjny. A teraz życie jest spełnieniem i toczy się wokół moich dzieci. Warto było szkolić się u super Pani Kasi Sztelmach oraz Żanety Babul. Cieszę się, że taki Ośrodek dał mi szanse na spełnienie się. Wiem że dużo jest małżeństw które są w trakcie adopcji. Ludzie ten Ośrodek tak jak brzmi nazwa to NADZIEJA na lepsze jutro. Dajmy szanse innym, oni tez chcą, żeby odmienić swoje życie dlaczego im utrudniać, skazywać na dłuższe czekanie. Nasz Ośrodek przyspieszy tylko dobro i dzieci szybciej będą w swoich domach. Dlaczego akurat nasz Ośrodek taka piękna nazwa NADZIEJA. Czy to nic nie znaczy? Tyle dzieci odnalazło swój rodzinny dom, tyle rodziców szczęśliwych i spełnionych. Tyle pracy włożonej przez panie, które szkolą. One poświęcały się całym sercem. Swój święty czas poświęcały na załatwianie spraw w sądach zamiast spędzać ten czas z własną rodziną.  – Mama Adopcyjna Małgorzata Stawowa

Ośrodek Adopcyjny Nadzieja to miejsce, które dosłownie daje nadzieję. Nam rodzicom czekającym na wymarzone dziecko i dzieciom na wyczekany dom, ciepło i miłość. Pierwsze spotkanie w ośrodku było pełne emocji. Przed wejściem stres przed nieznanym, a po wyjściu poczucie, że jesteśmy w odpowiednim miejscu. Wszystko dzięki pracownikom, a teraz mogę powiedzieć, że przyjaciołom . Przekraczając próg gabinetu usłyszeliśmy słowa, które rozluźniły cała atmosferę: „Kochani, najtrudniejszy krok macie za sobą – krok przez drzwi do naszego gabinetu. Teraz rozpoczyna się czas oczekiwania na Wasze szczęście.” – to było 4 lata temu, ale ja te słowa zapamiętam do końca życia.

„Kochani, najtrudniejszy krok macie za sobą – krok przez drzwi do naszego gabinetu. Teraz rozpoczyna się czas oczekiwania na Wasze szczęście.”

Co wyróżnia ten Ośrodek? To właśnie nasze dziewczyny: Kasia, Marysia, Żaneta, Marzena. To one od progu traktują starających się jak przyjaciół i pomagają przejść przez cały proces. Nie jesteśmy dla nich petentami. Godziny spędzone na szkoleniu, nierzadko przepłakane, to jeden z lepszych momentów w naszej drodze do bycia rodzicami. Dziewczyny dały nam nadzieję na pełną rodzinę. I nadzieja stała się dla nas rzeczywistością. Nie odbierajmy tej nadziei następnym. – Mama Adopcyjna Moniak Gudzowska

Nasz Ośrodek (Ośrodek Adopcyjny Nadzieja Jelenia Góra) ma zostać zamknięty… niemożliwe, nieprzemyślane działanie…ten budynek widział każdą naszą łzę, słyszał każdy nasz nawet najcichszy krzyk. Tam zaczęło się nasze prawdziwe życie. Życie nie tylko w pracy na maksymalną ilość godzin na dobę, aby zabić myślenie, ale życie z porannym „Wstawaj Mamusiu”, „kakałeczko”,  z mnóstwem buziaków, z „Kocham Cię” w każdej sekundzie, oczywiście z problemami, ale jakie to problemy (teraz pisze te słowa, a Córeczka na klawiaturę kładzie mi kartkę, bo już za długo nie jestem z nią) . W naszym Ośrodku pracują wspaniałe Osoby, każda z Pań,  nawet przez sekundę nie traktowała swojej pracy jak od 08:00-16:00, w każdej chwili z najmniejszym problemem mogłyśmy się zwrócić do nich do naszych Dziewczyn, nie zapomnę mnóstwa chwil, oczywiście szczególnie tkwi w głowie każdego z nas TEN TELEFON, „jest  dziewczynka” , później pojechaliśmy z naszą Kasia do Maleńkiej i tam płakałyśmy już obie, Kasia powiedziała do mnie „nie płacz” a ja: „czekałam na nią 8 lat” i nie pamiętałabym dokładnie tego momentu gdyby nie mąż. Czy ktoś z podejmujących takie decyzje zastanawiał się nad tym ile może teraz dla nas trwać adopcja, my od momentu zgłoszenia do TEGO telefonu czekaliśmy 1,5 roku, teraz już czas się wydłużył, a jakby nie było naszego Ośrodka to ile 5, czy 8 lat. Nie może się tak stać, że zabiorą nam NASZ Ośrodek, naszą  Nadzieję… jak wtedy będzie wyglądała adopcja… będzie jeden ośrodek we Wrocławiu na cały Dolny Śląsk, jeden. Teraz Dziewczyny brały dokumenty dziecka i wiedziały dokładnie że to ta para, a tam ludzie zaczną być anonimowi, przypiszą nam numery, jak będą nas pamiętać? Jak nam pomogę, jeśli zwrócimy się o pomoc, przecież nas nie znają. Tu w naszym Ośrodku, czuliśmy się jak w rodzinie. Nawet przez sekundę nie wyobrażam sobie aby mogło go nie być… – Mama Adopcyjna Magdalena Kaźmierczak

Z kogo robi się jelenia?

Zastanawiam się do czego to ma prowadzić? Tutaj już nie chodzi o polityczną hipokryzję. Posłowie prześcigają się w polecaniu każdemu adopcji publicznie, ale od zaplecza ją utrudniają. Chętnie zapytałabym kto z posłów chciałby poprowadzić taki ośrodek, chociaż przez rok, za taką kwotę za jaką był finansowany. Ale co dalej? Kto zaopiekuje się ludźmi związanymi z ośrodkiem od 40 lat? To są konkretne życiorysy, sytuacje, niejednokrotnie jedyna wiedza dla ludzi którzy szukają swoich korzeni i którzy potrzebują wsparcia w odnalezieniu się w roli rodzica adopcyjnego. Trudno w takim momencie nie powiązać faktów takich jak pieniądze na 500+ i brak na utrzymanie ośrodków adopcyjnych. Zapytamy w imieniu ośrodka różnych polityków, kto pomoże? Będziemy informować na bieżąco o tym czego się dowiemy.

Magdalena Modlibowska

Autorka książek „Odczarować adopcję” i „Księga Adoptowanego Dziecka”, a także wielu artykułów dot. adopcji, , prezeska Fundacji „Po adopcji”, wiceprezeska Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Prywatnie mama trójki dzieci.

Gdy najmłodsi odchodzą – rola hospicjum dla dzieci

Fundacja Gajusz udziela wsparcia nieuleczalnie chorym dzieciom i ich rodzinom oraz dzieciom, które zaraz po urodzeniu zostały oddane przez rodziców do okna życia lub pozostawione w szpitalu. Kampania „Zmierzch” informuje o wyjątkowości opieki w hospicjach dziecięcych.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Wsparcie 24/7

Fundacja Gajusz prowadzi hospicjum dla nieuleczalnie chorych dzieci. Lekarze, pielęgniarki i wolontariusze Fundacji towarzyszą dzieciom i ich rodzinom w tym najtrudniejszym dla nich momencie życia, wspierają ich w trakcie choroby i śmierci dziecka.

Hospicjum działa w trzech trybach: domowym, stacjonarnym i perinatalnym. Stan zdrowia części dzieci umożliwia im przebywanie w rodzinnym domu. W takich sytuacjach wystarczajacym rozwiązaniem jest pomoc dochodząca. Lekarze, pielegniarki i wolontariusze Fundacji zjawiają się na telefon w domu malucha, by udzielić mu fachowej pomocy. Jeśli stan dziecka jest ciężki,  mimo to dziecko pozostaje w domu, pracownicy i wolontariusze Fundacji spędzają czas w domu dziecka i wspierają je nieprzerwanie tak długo, jak to konieczne.

W hospicjum stacjonarnym Fundacji Gajusz mieszka kilkanaścioro dzieci. Każde z nich wymaga specjalistycznej opieki medycznej, ale także czułości i bliskości. Dlatego opiekunki, pielęgniarki, lekarze i wolontariusze dbają, by miały wszystko, czego potrzebują. Jak  przyznają same pielegniarki i opiekunki: nigdy nie wiadomo, ile wspólnego czasu im zostało. Ale robią wszystko, by wspólnie z małymi pacjentami przejść przez najtrudniejsze chwile.

Kiedy dzień urodzin to dzień śmierci

Opieka hospicyjna perinatalna zaczyna się, kiedy chory maluch jest jeszcze w brzuchu mamy. Są to przypadki, w których w trakcie ciąży rozpoznano tak zwaną wadę letalną, a matka zdecydowała się donosić ciążę. Kiedy wiadomo, że dziecko nie przeżyje porodu lub umrze niedługo po przyjściu na świat i nie ma możliwości zastosowania skutecznego leczenia, lekarze, pielęgniarki, wolontariusze i psycholodzy towarzyszą rodzicom. Są z nimi od momentu diagnozy do końca ciąży i w trakcie porodu. Jeśli dziecko przeżyje, zostaje objęte całodobową opieką hospicjum domowego lub stacjonarnego.

Do tej grupy wad genetycznych należą na przykład nieprawi­dłowości chromosomowe np. trisomia 13 (zespół Patau), trisomia 18 (zespół Edwardsa), zespoły wad wrodzonych, wady wrodzone poszczególnych na­rządów lub układów, np. agenezja ne­rek, czy bezczaszkowie.

Kampania “Zmierzch” 

Właśnie o dzieciach, które umierają chwilę po urodzeniu opowiada film zrealizowany przez Fundację Gajusz w ramach kampanii. Kampania “Zmierzch” informuje o wyjątkowości opieki w hospicjach dziecięcych. Zaprosiliśmy do udziału w niej niezwykłych ochotników, którzy odczytali poruszający list mamy żegnającej nowo narodzone dziecko – piszą twórcy kampanii. Podkreślają, że skierowanie do hospicjum nie zawsze oznacza, że dzieci szybko nas opuszczą. Niektórzy podopieczni korzystają z pomocy hospicjum przez wiele miesięcy, a nawet lat. Pracownicy hospicjom mówią, że zdarzają się też cuda – niektóre dzieci udaje się wyleczyć i zostają wypisane do domu. Głosem kampanii jest Grzegorz Turnau. Jego utwór pt. „Zmierzch” stał się motywem przewodnim akcji.

Kiedy rodzina dowiaduje się, że ich maleństwo jest nieuleczalnie chore, razem przechodzimy przez zmierzch. By rozproszyć zmrok, trzeba mieć przynajmniej świeczkę. W naszym przypadku to wiedza i doświadczenie oraz profesjonalny ekwipunek, tj. leki oraz sprzęt medyczny. Ciemność będzie bolesna i przerażająca, ale światło pozwoli ją odrobinę rozjaśnić, by ostrożnie stawiać kroki w kierunku poranka   czytamy na stronie kampanii “Zmierzch”.

Pomoc psychoonkologiczna

Fundacja Gajusz zapewnia też pomoc psychologiczną dla dzieci chorujących na nowotwory i ich rodzin. Codziennie zespół psychologów pojawia się na oddziale onkologicznym łódzkiego szpitala dziecięcego, gdzie pomaga dzieciom i ich rodzinom we wszystkich szczególnie trudnych momentach: wspiera lekarzy w trakcie przekazywania diagnozy, spędza czas z rodzicami i pomaga im rozmawiać z dzieckiem o chorobie, udziela wsparcia w trakcie nawrotu choroby lub pogorszenia się stanu zdrowia dziecka.

Tuli Luli

Tuli Luli to ośrodek preadopcyjny Fundacji Gajusz. Trafiają tu niemowlęta, którymi nie mogą lub nie chcą zajmować się ich biologiczni rodzice. Pozostają z pracownikami Fundacji i wolontariuszami do momentu znalezienia rodziny adopcyjnej. Dzieci czują się w Tuli Luli jak w domu – śpią w sypialniach, o których wystrój zadbali projektanci. Żadne dziecko ani przez chwilę nie czuje się samotne, każdy podopieczny Fundacji ma swojego opiekuna i wolontariuszy, chętnych do tulenia, przewijania i zabaw. W razie potrzeby, na przykład w przypadku wcześniaków, dziećmi zajmuje się również fizjoterapeuta i logopeda.

Wychowawców i podopiecznych ośrodka Tuli Luli poznasz oglądając [WIDEO].

By wesprzeć działania Fundacji Gajusz i pomóc dzieciom można: Przekazać 1% podatku na rzecz Fundacji, Wpłacić darowiznę, Zostać wolontariuszką/wolontariuszem Fundacji [klik]

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Dzieci premiera Morawieckiego na okładce „SE” i wiadomość o tym, że są adoptowane – kto aż tak przekroczył granice?!

Fot. Flickr Kancelaria Premiera, Public domain / okładka "Super Expressu" || * Twarze dzieci zamazała redakcja.

W ostatnich dniach przetoczyła się przez media dyskusja, czy okładka „Super Expressu” przedstawiająca premiera Morawieckiego z rodziną, była przekroczeniem granic przez gazetę, czy jednak „ustawką”. Co najbardziej uderzające, okładka pokazała małych bohaterów tej historii bez ukrytych twarzy i z wielkim napisem: „Morawiecki adoptował dwoje dzieci”.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Po publikacji zawrzało. Początkowo niemalże wszyscy dziennikarze, niezależnie od swoich upodobań politycznych, stanęli po stronie premiera. „SE” został solidnie skrytykowany, jako prasa wchodząca w zbyt intymne szczegóły życia polityka oraz co najważniejsze, potencjalnie szkodliwa dla jego dzieci. Pojawiały się nawet głosy, że do tej pory nie wiedziały one o tym, iż są adoptowane. Na szczęście szybko wątpliwości w tej sprawie zostały rozwiane – dzieci miały tego świadomość.

Wielki, trudny znak zapytania

Szybko jednak pojawiły się wątpliwości, czy oby na pewno nie była to tzw. ustawka z tabloidem. Czy w okresie przedwyborczym nie zostało to wykorzystane do kreowania wizerunku człowieka rodzinnego, dobrego, tworzącego dom potrzebującym dzieciom. Co więcej, czy nie jest to też forma zdyskredytowania książki, która ma ukazać się pod koniec maja i będzie opisywała wiele, zapewne niełatwych dla premiera kwestii – „Delfin. Mateusz Morawiecki” Piotra Gajdzińskiego i Jakuba N. Gajdzińskiego (swoją drogą, ona także budzi wiele wątpliwości w zakresie etyki, bowiem pierwszy z wymienionych tu autorów był kiedyś podwładnym premiera).

Wielu dziennikarzy głośno mówi, iż prawdopodobnie fakt adopcji stał się jedną z politycznych zagrywek. Wskazywać może na to chociażby dość „lekkie” przyjęcie sprawy przez szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Michała Dworczyka. Początkowo okazywał on oburzenie, a później sam udzielił wywiadu „SE”. Czy gdyby rzeczywiście tak rażące wkroczenie w prywatność premiera było zaskoczeniem dla jego otoczenia politycznego, to nie skończyłoby się to po prostu sądem i rozmowami za pośrednictwem prawników?

Co więcej, jak wskazuje dziennikarka z wieloletnim doświadczeniem (robi to anonimowo), redakcja raczej nie narażałaby się w kwestii publikacji twarzy dzieci, gdyby nie była spokojna o dalszy ciąg sprawy: „Są tu dwie możliwości: albo w redakcji pracują same tumany, w co osobiście nie wierzę, albo redakcja dobrze wiedziała, że nie musi obawiać się pozwu na grube pieniądze” – mówi w rozmowie z naTemat.

Opinie dziennikarzy, źródło – Twitter:

* Twarze dzieci zamazała redakcja, nie będziemy pokazywać ich na naszym portalu.

Koniec końców

Wątpliwości jest w tej sprawie znacznie więcej. Co jednak budzi największe oburzenie – niezależnie już od faktu, kto stał za publikacją zdjęć – to niewątpliwie wykorzystanie dzieci. Zarówno w przypadku, gdyby było to niezależnie działanie „SE”, jak i zupełnie pozbawiona wyobraźni emocjonalnej ustawka, to niestety podjęli się jej dorośli ludzie. Ludzie, którzy przynajmniej teoretycznie powinni móc przewidzieć konsekwencje. Sęk w tym, że owe ewentualne konsekwencje poniosą przede wszystkim dzieci.

Czy naprawdę tak trudno jest wyobrazić sobie, jak ogromny wpływ ma na życie człowieka fakt, iż jest adoptowany? Z iloma traumami może się to wiązać? Z iloma relacjami do przepracowania? Że może jest to coś, czym dzieci nie chciałyby się nigdy dzielić, a teraz de facto nie mają już szansy o tym zdecydować?

Być może w tym przypadku okaże się, że nie odbije się to negatywnie na najmłodszych bohaterach tej historii – oby. Decydując się jednak na takie publikacje, lepiej chyba założyć „najgorsze” i prewencyjnie powstrzymać się przed tymi kilkoma zdjęciami i słowami. Znakomicie sprawdza się tu zdanie Tocqueville’a: „Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka” – wolność dzieci niewątpliwie została w tym wypadku naruszona.

Zobacz też: „Adopcja? Przykro mi, nie wygląda to tak jak na filmach” – mocne słowa, które zderzają wyobrażenie z rzeczywistością

Źródła: wirtualnemedia / naTemat

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

„Dlaczego nie chcecie mieć dziecka?” – powieść, która działa terapeutycznie

dlaczego nie chcecie mieć dziecka?

Anita Miller w książce “Dlaczego nie chcecie mieć dziecka” opisuje trudną drogę do rodzicielstwa Ani i Jacka. Zaczęli od zakochania, pełni szczęścia i pewności, że chcą założyć rodzinę. Później pojawiła się diagnoza, klinika leczenia niepłodności, depresja Ani, dni przeleżane w łóżku i przepłakane noce. Był gabinet psychiatryczny, “dobre rady” bliskich, nietaktowne pytania dalszych, ból, strach i samotność. Swoje szczęście znaleźli zupełnie gdzie indziej, niż się spodziewali. Zagościło w ich życiu po telefonie z ośrodka adopcyjnego.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zobacz też: Gdy wygrała walkę z niepłodnością postanowiła zostać… dawczynią macicy!

Opowieść o „staraczce”

Książka Anity Miller to portret kobiety, która zatraciła się w swoim pragnieniu bycia matką. Autorka szczerze i bez przesadnego owijania w bawałnę relacjonuje myśli, emocje i doświadczenia bohaterki, tak bardzo autentyczne, prawdopodobne i powszechne wśród kobiet leczących się z powodu niepłodności.

Ania – staraczka z powieści Miller, to młoda, realizująca się zawodowo kobieta, na którą diagnoza “endometrioza” spada jak grom z jasnego nieba. Niepłodność i słabe rokowania leczenia, cztery nieudane próby zapłodnienia in vitro kończą się depresją, myślami samobójczymi i wycofaniem z życia. W pewnym momencie, powodowana poczuciem winy i bezradnością, Ania chce nawet rozstać się ze swoim partnerem, by nie rujnować jego szans na bycie ojcem i szczęśliwe życie.

Zobacz też: Jak rozmawiać z dzieckiem o in vitro i niepłodności?

Olśnienie

Bohaterka Anity Miller tak silnie skupia się na swoim celu – zajściu w ciążę, że traci z oczu swoje pasje i inne niż macierzyństwo życiowe cele. Na przemian odzyskuje i traci nadzieję, załamuje się i staje do walki, leczenie niepłodności pochłania całą jej energię.

Któregoś dnia przychodzi do niej olśnienie, wyzwalająca myśl: “Ja wcale nie chcę być w ciąży, ja chcę mieć dziecko! Mogę adoptować dziecko!”.  

Zobacz też: Wsparcie po poronieniu – powstały dedykowane kartki okolicznościowe

Literatura terapeutyczna

Dla kobiet leczących niepłodność powieść “Dlaczego nie chcecie mieć dziecka?” może działać teraputycznie. Pozwala obserwować procesy wewnętrzne bohaterki, daje przestrzeń na porównanie ich ze swoimi własnymi przeżyciami, refleksję nad tym, co przeżywamy. Czytanie o podobnych do naszych perypetiach życiowych bohaterki pozwala nam dostrzec, na które doświadczenia mogłybyśmy spojrzeć inaczej, daje możliwość zobaczenia ich niejako z boku.

To może być doskonały punkt wyjścia do pracy nad trudnymi emocjami i pierwszy krok do odzyskania spokoju. I, co bardzo ważne, zobaczenia, że to, co przeżywamy jest też udziałem  innych kobiet, jest całkowicie normalna i adekwatną reakcją na trudną sytuację.

Nie chodzi o to, żeby koniecznie – tak, jak bohaterka – szukać szczęścia w adopcji. Raczej o to, by spokojnie przyjrzeć się jej i swoim własnym przeżyciom i wyciągnąć z tej refleksji wnioski dla siebie.

Dla osób, które nie mają doświadczenia niepłodności, ale mają bliskie osoby, które starają się o dziecko lub pracują z takimi osobami, książka Miller to szansa na lepsze wczucie się w stan umysłowy osoby w tym położeniu. A to może pociągać za sobą lepsze zrozumienie tej osoby oraz efektywniejszą komunikację i wsparcie.

E-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami znajdziesz tutaj. 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.