fbpx
Przejdź do treści

Aborcja przykryła in vitro

Zdjęcie z protestów przeciw zaostrzeniu ustawy ws. aborcji /Ilustracja do tekstu: Czarny Piątek. Nie pozwólmy odebrać sobie praw

Od paru tygodni jednocześnie z ekscytacją i smutkiem obserwuję to, co się dzieje w społeczeństwie. Z jednej strony wielkie protesty przeciwko rządowi, przeciwko nieludzkiemu prawu, przeciwko ograniczaniu praw rozrodczych.

A jednocześnie z tych wszystkich sprzeciw pozostał głośny tylko jeden: przeciwko zaostrzaniu prawa aborcyjnego.

Przez długi czas bardzo mnie to dziwiło. Dlaczego tylko aborcja. Przecież spraw jest o wiele więcej: edukacja seksualna, antykoncepcja (najlepiej darmowa), badania prenatalne, edukacja w zakresie płodności, edukacja lekarzy w kontekście niepłodności, in vitro – najlepiej refundowane.

A jednak to aborcję słychać bardziej. To o prawie do aborcji mówiła Dorota Wellman i Paulina Młynarska. To o prawie do aborcji mówią polityczki i politycy z lewej strony.

Nie słychać nawet „płaczu zarodków” jak kiedyś mówił Jarosław Gowin, słychać tylko krzyk kobiet walczących o prawo do usunięcia ciąży.

Krzyku niepłodnych walczących o prawo do in vitro nie słychać. Nie przebija się.

Czytam czasem ten krzyk na profilach niepłodnościowych, w grupach zamkniętych. Wydaje się być głośny, przepełniony rozpaczą, często wściekłością i bezsilnością. Ale nie wychodzi na ulice.

Na protest nikt się nie decyduje. (tu wyjątek)

Dlaczego?

Trudno to zrozumieć, przecież niepłodność jak aborcja może dotyczyć każdej kobiety, każdej macicy. Każdej kobiety? Nie tylko! Ona może dotykać każdego mężczyznę. To jest wspólny problem.

Może więc dlatego, że edukacja seksualna w wielu domach przez lata wyglądała tak, że gdy córka wyjeżdżała na kolonie słyszała od matki: Tylko nie wróć z brzuchem albo Żebyś mi wstydu nie przyniosła.

Gdy syn nocował poza domem dostawał prostą instrukcję: Tylko, żebym babcią nie została.

W takim duchu wielu z nas zostało wychowanych. Straszenie ciążą miało zapobiegać uprawianiu seksu a nagła ciąża była przedstawiana jako koniec wszystkich marzeń o szkole, o karierze, o prawdziwym związku.

Zawsze za wcześnie. I choć nasi rodzice często brali ślub mając po 20 lat, dla swoich dzieci nie chcieli takiej przyszłości. Najpierw skończ szkołę, znajdź pracę a dziecko to jak Was będzie stać – mówili.

I te nauki rodziców gdzieś w nas zostały. Niechciana ciąża wydaje się przekleństwem.

A do tego dochodzi obecna świadomość, że nie wszystkie dzieci rodzą się zdrowe. Można to już wiedzieć na stosunkowo wczesnym etapie ciąży. I tu zaczyna się dramat. Oczekiwanie na bycie matką, to jednak oczekiwanie na zdrowe dziecko.

Nikt nie planuje sobie bycia rodzicem chorego dziecka.

Wiedząc, co czeka takie dziecko, ale też co czeka matkę: niewyobrażalne cierpienie, czasem wieloletnia stała opieka nad chorym dzieckiem a później dorosłym – chcą mieć wybór.

I o ten wybór jest walka.

Protesty nie są o to, żeby wszystkie ciąże usuwać. Nawet nie chodzi o to, żeby usuwać wszystkie ciąże, gdzie jest stwierdzona wada płodu albo gdy zagrożone jest życie matki.

Chodzi o wybór.

To nie polityk ma decydować za matkę czy za rodziców. Bo to nie polityk będzie to dziecko nosił w brzuchu i nie on je będzie wychował.

Wiele osób to rozumie. I dlatego protestują.

Jednak nie ma takiej walki na rzecz tych, które o swoje dziecko starają się latami. A im też może zostać odebrane prawo wyboru, prawo do leczenia niepłodności metodą in vitro. Może im zostać odebrane prawo do leczenia metodą, o której wiadomo, że jest skuteczna i bezpieczna.

Może im zostać odebrane prawo do zostania rodzicami.

Oczywiście działa Nasz Bocian, pewnie przyłączą się kliniki do wspólnego listu. Ale pary starające się o dziecko na ulicę nie wychodzą. Czasem napiszą list otwarty (krótki.blog.pl). Ale nie biorą transparentów, nie krzyczą: pozwólcie nam się leczyć! Pozwólcie nam mieć dziecko!

W wielogłosie o aborcji, trudno powiedzieć, że bardzo chce się mieć dziecko, że to właśnie starania o dziecko zajmują cały umysł i całe serce. Ale wtedy płacze się we własnej sypialni a nie na ulicach. Brak upragnionego dziecka to też dramat. Podobnie jak niechciane dziecko.

Brak upragnionego dziecka to też dramat.

Brak dziecka to też trauma. Czasem na całe życie, czasem nie leczy tego nawet urodzenie dziecka. Bo lata starań bez efektu, comiesięcznych rozczarowań, płaczu, gdy przychodzi okres odciskają swoje piętno. Mało kto przechodzi przez to bez szwanku.

Na dodatek teraz na ulicach i w telewizji słychać: prawo do aborcji, prawo do usunięcia ciąży.
Te tysiące par, które czekają na upragnione dwie kreski na teście, muszą dodatkowo zmagać się z tym, że na ulice wyszli ludzie walczyć o możliwość usunięcia ciąży. Nie jest im łatwo. Pamiętajmy o nich krzycząc na ulicach.

Niepłodność jako doświadczenie życiowe jest porównywane do choroby nowotworowej. Ale to właśnie takim ludziom chce się teraz odmówić prawa do leczenia. Prawa wyboru swojej drogi do zostania rodzicem.

Ale rządzący się nie boją.

Niepłodni nie wyjdą na ulice.

Ich płacz jest w domu.

Przecież trudno tak bardzo chcieć tego, co dla większości teraz jest jak przekleństwo z lat młodości: obyś nie wróciła z brzuchem

Od czerwca 2016 prowadzimy kampanię Niepłodności Nie Widać. Chcemy pokazać jak wielki jest to dramat, ile cierpienia nie tylko dla kobiety, ale dla pary. Pokazać, że skala tego problemu jest ogromna i zgodnie z przewidywaniami lekarzy raczej nie maleje. Chcemy zdjąć wstyd i dać wsparcie, tym którzy są, chociaż ich nie widać.

Ostatnie wydarzenia pokazują to tym dobitniej. Niepłodności nie widać, nie ma twarzy. Oficjalnie nie doświadczają jej ani celebryci ani politycy.

Łatwiej powiedzieć: miałam aborcję niż jestem niepłodna.

Niepłodności nie widać.

Więc nikt oficjalnie o nią nie walczy.

Dostęp dla wszystkich

Wolny dostęp

Ten materiał dostępny jest dla wszystkich czytelników Chcemy Być Rodzicami. Ale możesz otrzymać więcej posiadając Kontro Premium!

Autor

Jolanta Drzewakowska

redaktorka naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawniczka i coach. Matka dwójki dzieci.