Przejdź do treści

9 rzeczy, których warto nauczyć się od grzeSZnych dziewczyn

Chcesz mieć więcej radości z seksu? Skorzystaj z podpowiedzi niegrzecznych dziewczynek, które wiedzą, co to dobra zabawa w łóżku. Twój facet zrobi dla ciebie wszystko, o co poprosisz, a ty będziesz mieć więcej przyjemności.

Masa atrakcyjnych, inteligentnych, zabawnych kobiet wciąż ma problem z seksem. Chciałybyśmy robić to częściej, bardziej spontanicznie, mieć z tej zabawy większą frajdę. Cóż kiedy nie jest łatwo. Od małego byłyśmy uczone, że dziewczynkom nie wypada rubaszne zachowanie. Powinnyśmy być: skromne, grzeczne, czyste, schludne i porządne. Uff. I nie interesować się za bardzo „tymi sprawami”, bo to przecież nie wypada. Trudno po takim wieloletnim szkoleniu nagle stać się wulkanem spontaniczności i machać majtkami jak sztandarem. Więc chciałybyśmy, ale się wstydzimy. Wciąż siedzi w nas ta grzeczna dziewczynka z warkoczami, której tylu rzeczy nie wolno i na tak wiele nie może sobie pozwolić. Droga dziewczynko z warkoczykami, mam dla ciebie informację: jesteś już duża i zamiłowanie do seksu nie zrobi z ciebie dziwki tylko człowieka.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

1. Bądź swoim własnym pępkiem świata

GrzeCZna dziewczynka: Jesteś przemęczona, a na siłowni nie byłaś od wieków. Chciałabyś pójść do fryzjera i kosmetyczki. I wreszcie zacząć zajęcia z tańca, ale zamiast tego po pracy biegniesz do domu i sprzątasz i gotujesz i prasujesz. Grzeczne dziewczynki są od małego uczone, że powinny dawać dużo z siebie, ale niewiele brać. GrzeSZna dziewczyna: Dla grzesznych dbanie o siebie to priorytet! Seksowne rozwiązanie: Manicure, masaż, jedwabne pończochy, nowe szpilki, czy chociażby wysmarowanie się po czubek nosa luksusowym kremem przed snem. Zrób coś, co pozwoli ci poczuć się i wyglądać fenomenalnie przynajmniej raz w miesiącu. Seks zaczyna się od głowy. Zadbanie o siebie podniesie twoje poczucie własnej wartości i spowoduje, że będziesz promieniowała. A to bywa bardziej sexy niż najbardziej fikuśny stanik.

2. Pokochaj swoje ciało

GrzeCZna dziewczyna: Nienawidzi swoich bioder. Wstydzi się brzucha. Nie pokazuje pupy, bo nie jest przecież odpowiednio gładka. GrzeSZna dziewczyna: Wie, że skoro facet wylądował z kobietą w łóżku to znaczy, że ona go podnieca. Jest świadoma tego, że każde jękniecie i grymas rozkoszy na jego twarzy, to jej zasługa, a wielkość jej bioder i ud jest w tej sytuacji po prostu doskonała. Seksowne rozwiązanie: Jeżeli wciąż nie możesz uwierzyć w to, że twoje ciało jest dla niego niesamowicie seksowne, mamy dla ciebie dobrego sprzymierzeńca: odpowiednie oświetlenie. Rozstaw nastrojowe świece w łazience, pokoju czy nawet kuchni. Tak rozświetlona stań w progu w seksownym gorsecie czy peniuarze. Jesteś gwiazdą tego show!

3. Dziewczyńskie zabawy

GrzeCZna dziewczynka: Masturbacja to dla ciebie wciąż temat krępujący i wstydliwy. Dlatego rzadko to robisz i nigdy się do tego nie przyznajesz. GrzeSZna dziewczyna: Jeden orgazm dziennie to w zasadzie norma. Nie ważne, czy jest samotna, czy w związku. Posiada własny zestaw wibratorów.Seksowne rozwiązanie: Wprowadź wibratory do swojego erotycznego repertuaru. Eksperymentuj z wolniejszymi i szybszymi prędkościami wibrowania. Wypróbuj je pod różnymi kątami i w różnych pozycjach: pieść łechtaczkę, połóż wibrujący gadżet na poduszce i spróbuj poocierać się o niego, masuj wejście do pochwy. Dzięki temu masz szansę lepiej poznać swoje ciało. Po kilku lekcjach solo możesz zaprezentować swojemu mężczyźnie wykład z pokazem na ten temat. Wibrator zwiększa twoje szanse na orgazmy: samodzielnie czy z partnerem.

4. Pokaż trochę entuzjazmu

GrzeCZna dziewczynka: Wielu z nas wpojono, że seks nie jest ważny, a jeżeli już jest, to liczy się, żeby jemu było dobrze. On ma orgazm, a tobie ma wystarczyć poczucie bliskości. Dlatego zajęcia w sypialni często traktujesz jako kolejny obowiązek. GrzeSZna dziewczyna: Lubi seks. Potrafi zatroszczyć się o swoje orgazmy. Zabawy w łóżku i szczytowanie dają jej radość, poprawiają samopoczucie i kondycję. Seksowne rozwiązanie: Przejmij inicjatywę. Czytaj artykuły, poradniki, szukaj pomysłów, a jeśli poczujesz, że masz ochotę coś wypróbować, zainicjuj zabawę. Nie czekaj zawsze, aż to on zacznie. Zaproś kochanka do „współpracy” budząc go pocałunkiem poniżej pępka. Wprowadzaj nowości: gadżety, gry, przebieranki i obserwuj jak na te eksperymenty reaguje twoje ciało. Odkrywaj czego pragniesz w łóżku i dziel się swoimi doznaniami z  partnerem. Zabawa w „poszukiwanie twojego zaginionego orgazmu” może być przełomowa dla waszego wspólnego życia seksualnego.

5. Rozmowy nieocenzurowane

GrzeCZna dziewczynka: Jak do tej pory, twoja poduszka nie słyszała nic więcej poza nieśmiałym: „Tak kotku” i kilkoma „Teraz mi dobrze”. GrzeSZna dziewczyna: Wie, że faceci lubią czuć, że są najlepsi w tym, co robią. Dlatego w czasie seksu przypomina partnerowi o tym, jakim jest ogierem, w najbardziej pieprzny sposób, jaki jej przyjdzie do głowy. Używanie ostrych słówek w łóżku daje grzesznym dziewczynom poczucie wyzwolenia. Seksowne rozwiązanie: Spróbuj oswoić się z ostrzejszymi słowami w łóżku. Zacznij od zapisywania ich w wolnej chwili i czytania na głos, gdy jesteś sama. Rozmowy w łóżku wprowadzaj krok po kroku. Zacznij od mówienia mu ”Lubię jak robisz…..” albo pytania ”Czy lubisz jak…?”. Jak już przełamiecie dotychczasowe milczenie w czasie seksu, wtedy dołącz bardziej pieprzne słowa.

6. Bo fantazja jest od tego…

GrzeCZna dziewczynka: Nigdy nie przyznałabyś się do marzeń o tym, żeby kochać się z nieznajomym, ani do fantazjowania o brutalnym seksie. Twoje pragnienie, aby okiełznał cię prawdziwy mężczyzna, który podczas orgazmu pociągnie cię za włosy i sponiewiera w dwuznaczny sposób, na zawsze ma pozostać twoją tajemnicą. GrzeSZna dziewczyna: Wciela w życie takie pomysły, których większość z nas nie tylko nigdy by nie zrobiła, ale nawet nie przyszłoby nam to do głowy. Fakt. Powinniśmy brać z nich przykład nie tyle w kwestii tego, jak daleko można się posunąć, ale za ich podejście. Nie oceniają swoich własnych zachcianek, nie oburzają się słuchając, co kręci partnera. Seksowne rozwiązanie:Spróbuj rozmowy. Pogadaj z nim o tym, co ciebie kręci, albo co wydaje ci się, że może cię kręcić (jeśli jeszcze nigdy w życiu tego nie próbowałaś). Jeżeli jest to seks z nieznajomym, możecie ustalić, że umówicie się w barze, gdzie będziecie udawać, że się nie znacie. Już sama rozmowa o takich planach może was podniecić. Dodatkowo macie szansę zbudować między wami atmosferę głębszej intymności i zaufania. Odgrywanie scenek w sypialni pobudza wszystkie zmysły: ciało i umysł, przedłuża przyjemność. Wyobraź sobie, że jesteś gwiazdą porno i odgrywasz pielęgniarkę w swoim najnowszym filmie. Nie komplikuj scenariusza, w końcu i tak chodzi o to, żeby wszystko zakończyło się bzykaniem. Jeśli wasze teksty w czasie odgrywania fantazji będą was rozśmieszały, to nic złego. Łóżko to bardzo dobre miejsce na zabawę. Pamiętaj, że tutaj kluczem jest poczucie bezpieczeństwa. Nie zgadzaj się na nic, co powoduje, że nie czujesz się dobrze. 

7. Rozpieszczajcie się wzajemnie

GrzeCZna dziewczynka: Seks oralny fundujesz swojemu chłopakowi tylko z okazji wielkich świąt i okrągłych rocznic. Zgadzasz się na próbowanie nowych pozycji, tylko jeśli sobie na to zasłużył. Nie sygnalizujesz własnych potrzeb związanych z seksem. GrzeSZna dziewczyna: Pożądanie to nie jest towar do wydzielania na kartki. Niegrzeczne dziewczynki obdarowują swoich partnerów przyjemnością bez ograniczeń. Nagrodą dla nich samych nie jest jednak czysta satysfakcja z tego, że jemu było dobrze. Potrafią mówić o tym, czego chcą w łóżku i oczekują rewanżu w sprawianiu sobie przyjemności. Seksowne rozwiązanie: Nie używaj seksu do manipulacji. Nie baw się też w akcje charytatywne, w ramach których tobie ma wystarczyć sam fakt, że jemu się podobało. Seks to przyjemność i w takiej formie należy wam się obojgu. Jeżeli wiesz, co pasuje twojemu mężczyźnie, to – o ile czujesz się z tym komfortowo – ofiaruj mu to w ilościach hurtowych. Jedynym wymaganiem niech będzie to, że on odwdzięczy ci się równie szczodrze, zgodnie z tym, o co poprosisz. 

8. Mianujemy cię Dyrektor Kreatywną ds. Łóżkowych

GrzeCZna dziewczynka: Wiesz, co działa na twojego mężczyznę, dlatego ciągle to powtarzasz. GrzeSZna dziewczynka: Wie, że na ciele są setki guzików przyjemności: od stóp po kark. Połowa zabawy to sprawdzanie, co działa, a co nie. Seksowne rozwiązanie: Poznawajcie swoje ciała i odkrywajcie swoje czułe punkty. Nie musicie się spieszyć w łóżku. Delikatnie podszczypuj albo podgryzaj jego sutki. Przejedź językiem po jego klatce i brzuchu. Przesuwaj językiem wzdłuż moszny, jednocześnie uciskając jego krocze (pomiędzy penisem, a odbytem). Możecie malować (i potem zlizywać) na swoim ciele czekoladowe wzorki. Ugniataj jego pośladki. Wypróbujcie masaż erotyczny.

9. Ubierz się w coś

GrzeCZna dziewczynka: Twój weekendowy look w dresie i kucyku stał się tak fascynujący, jak twoja randka z bieżnią. SEXY? Tak właśnie myśleliśmy: Nieeebardzo! GrzeSZna dziewczynka: Mężczyźni to wzrokowcy (właśnie dlatego GrzeSZne Dziewczyny maja pełne ręce roboty!). Taka dziewczyna świetnie wykorzystuje tę wiedzę ubierając się w seksowną bieliznę, zamiast w dres albo (tak, tak!) zostając w szpilkach podczas tete-a-tete. Seksowne rozwiązanie:  Dbaj o swój wygląd nie tylko wtedy, kiedy macie „wielkie wyjście”. Zadbaj o swój „domowy look” tak, żeby był kobiecy i kuszący. Zamiast piżamy w misie – jedwabna koszulka. Sama poczujesz się seksowniej. Jeżeli musisz chodzić w jego podkoszulkach, to nie zakładaj nic po za tym. Pod swoje ulubione weekendowe spodnie załóż stringi albo powitaj go w drzwiach jedynie w szpilkach i… nowej fryzurze! To sprawi, że jego serducho zabije mocniej i wykaże się ogromnym… eeee… zainteresowaniem.

Joanna Keszka, Barbarella.pl

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Jak zapobiec niedożywieniu plemników?

Mężczyzna jabłko w dłoni /Ilustracja do tekstu: 4 sposoby na regerację nasienia
Fot.: Unsplash.com

Sposób żywienia ma istotny wpływ na płodność. Konsekwencją zmian żywieniowych Polaków są niższe poziomy spożycia witamin, minerałów czy antyoksydantów. Takie braki prowadzą do powstawania coraz słabszych komórek plemnikowych, niezdolnych do zapłodnienia.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Przykładem może być spadek spożycia cynku na przełomie ostatnich kilkunastu lat. W 2001 r. przeciętny mężczyzna spożywał średnio 13 mg cynku, w 2011 r. już tylko 10 mg, a obecnie dostarcza do organizmu jedynie 8 mg (przy zapotrzebowaniu 15–17 mg). Inne niedoborowe składniki wpływające bezpośrednio na jakość męskiego nasienia to miedź, selen, kwas foliowy, witamina E.

Plemniki do SPA, czyli regeneracja nasienia

Cykl powstawania nowych komórek plemnikowych (spermatogeneza) trwa średnio 72 dni, ale często specjaliści mówią o 3 miesiącach. Nowo powstającym plemnikom można zatem zorganizować „plemnikowe SPA”.

Pierwszym zabiegiem będzie odpowiednia dieta i suplementacja. To oznacza ograniczenie używek (kawy, napojów energetycznych, alkoholu i papierosów) oraz zamianę tłuszczów na warzywa i owoce (do woli).

Dodatkowo korzystnie na czynności rozrodcze u mężczyzn wpływa także odpowiednie spożycie antyoksydantów. W rozwoju niepłodności szczególną rolę odgrywają procesy wolnorodnikowe. Do najsilniejszych antyoksydantów zaliczamy likopen, witaminę E, koenzym Q10, l-glutation oraz selen, miedź i cynk, które stosowane razem pobudzają naturalne procesy antyoksydacyjne.

CZYTAJ TEŻ: Naukowcy odkryli nowe powiązania pomiędzy otyłością a niepłodnością męską

Mio-inozytol i kwas foliowy – sprzymierzeńcy w walce z niedożywieniem plemników

Mio-inozytol jest ważnym składnikiem komórek plemnikowych. Dodatkowo składnik ten wpływa na męską gospodarkę hormonalną, podnosząc poziom testosteronu (T), a obniżając wydzielanie hormonu luteinizującego (LH) oraz folikulotropowego (FSH). Korzystny wpływ na jakość nasienia ma także kwas foliowy, który odgrywa ważną rolę w syntezie DNA.

Optymalna temperatura

Druga rzecz w „plemnikowym SPA” to niska temperatura. Pamiętajmy, że przegrzewanie moszny ujemnie wpływa na płodność. Należy więc ograniczyć wizyty w saunie i czas spędzany z laptopem na kolanach, a zafundować plemnikom zimną kąpiel w morzu, basenie lub wannie.

Trzecim etapem regenracji nasienia są spacery lub ulubiona aktywność fizyczna. Pod cudownym wpływem endorfin uda nam się również zaliczyć punkt czwarty: obniżyć masę ciała. Wszak nadwaga i otyłość wpływają bezpośrednio na funkcje rozrodcze i seksualne u mężczyzn.

POLECAMY RÓWNIEŻ: Ostre jedzenie a poziom testosteronu

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Mezoterapia, czyli „odmładzanie” jajników. Jak to działa?

Uśmiechnięta para ogląda wynik testu ciążowego /Ilustracja do tekstu: Mezoterapia jajników. Jak działa i komu może pomóc?
Fot.: Fotolia.pl

Brak odpowiedniej liczby dobrej jakości komórek jajowych jest częstą przyczyną niepłodności u kobiet. Mówi się wówczas o obniżeniu tzw. rezerwy jajnikowej. Skuteczna pomoc niepłodnym pacjentkom z tego typu problemem pozostaje dla lekarzy dużym wyzwaniem. W medycynie pojawiają się jednak nowe metody, które dają nadzieję na „odmłodzenie” jajników, a tym samym – na zwiększenie szans na uzyskanie prawidłowych komórek jajowych i tym samym – na ciążę.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Szanse na poczęcie dziecka w znacznej mierze zależą od tego, czy kobieta posiada zdolne do zapłodnienia komórki jajowe. Niestety, wraz z wiekiem potencjał rozrodczy maleje – już po 35. roku życia mogą pojawić się trudności z zajściem w ciążę. U niektórych kobiet, np. z uwagi na czynniki genetyczne, funkcje jajników wygasają znacznie wcześniej niż u ich rówieśniczek.

Obniżona rezerwa jajnikowa może być również wynikiem przebytych operacji na układzie rozrodczym. W przypadku tego typu problemów możliwe jest zastosowanie leczenia metodą zapłodnienia pozaustrojowego. Rokowania przy poważnych zaburzeniach mogą być jednak niekorzystne. Stymulowanie procesów odnowy w jajnikach poprzez przeprowadzenie zabiegów zbliżonych do mezoterapii może pozytywnie na wpłynąć na liczbę dostępnych komórek. Dzięki temu większe byłyby również szanse na powodzenie zabiegu in vitro – twierdzą eksperci.

CZYTAJ TEŻ: Krioprezerwacja pomoże kobietom odkładającym macierzyństwo na później?

Moc własnego osocza z krwi

„Odmładzanie” jajników (mezoterapia jajników) polega na wstrzyknięciu osocza bogatopłytkowego (PRP – ang. Platelet Rich Plasma) bezpośrednio do jajników podczas ich wielokrotnej punkcji (nakłuwania). Podawaną substancję pozyskuje się, odwirowując próbkę własnej krwi pacjentki, aby wyizolować z niej czynniki wzrostu – zawarte w płytkach krwi białka stymulujące wzrost tkanek i naczyń krwionośnych. Zarówno samo nakłuwanie, jak i aktywność czynników wzrostowych obecnych w osoczu może powodować aktywację procesów odnowy w jajnikach.

– Pozytywny wpływ czynników wzrostowych obecnych w osoczu został zauważony już dawno i jest doceniany do tej pory, m.in. w medycynie estetycznej czy ortopedii. Badania nad możliwością zastosowania podobnych zabiegów w leczeniu niepłodności i stymulowaniu wzrostu komórek jajowych prowadzone są od ok. 2015 roku. Prace rozpoczęły wówczas zespoły w kilku krajach, m.in. w Grecji, Stanach Zjednoczonych, Turcji. Wyniki badań potwierdziły, że zabieg może przynosić  pożądane efekty – wyjaśnia dr Janusz Pałaszewski, ordynator w Klinice Leczenia Niepłodności INVICTA w Warszawie.

POLECAMY TAKŻE: Kauteryzacja jajników. Na czym polega ten zabieg i dla kogo jest zalecany?

Mezoterapia jajników – dla kogo?

Zabieg proponowany jest najczęściej kobietom z zaburzeniami płodności, które rozważają leczenie metodą zapłodnienia pozaustrojowego. Wskazaniem do „odmładzania” jajników jest m.in. obniżona rezerwa jajnikowa. Do jej oceny służy badanie hormonu AMH oraz badanie USG i określenie liczby pęcherzyków antralnych w jajnikach. Zabieg rozważa się też w przypadku pacjentek starszych (po 40. roku życia) oraz w leczeniu par, u których wcześniejsze cykle in vitro nie zakończyły się ciążą z uwagi na niską jakość i liczbę komórek jajowych.

Punkcja jajników z podaniem specjalnie przygotowanego osocza bogatopłytkowego przeprowadzana jest na kilka tygodni lub kilka miesięcy przed programem zapłodnienia pozaustrojowego. Decyzję o rozpoczęciu leczenia metodą in vitro podejmuje lekarz po ocenie efektów zabiegu.

Jak przebiega zabieg mezoterapii jajników?

Jak każda procedura, także „odmładzanie” jajników wymaga kwalifikacji medycznej. Niezbędne jest wykonanie całego pakietu badań laboratoryjnych, oceniany jest również ogólny stan zdrowia oraz rokowania dla osiągnięcia oczekiwanych rezultatów.

– Przeciwwskazaniem do zabiegu może być aktywna infekcja, zaburzenia krzepnięcia krwi czy zły stan ogólny pacjentki. Procedura należy do względnie bezpiecznych, wymaga jednak krótkiego znieczulenia ogólnego i wprawy ze strony lekarza operującego. Przed zabiegiem od pacjentki pobierana jest krew, z której izolowane jest osocze bogatopłytkowe. Po specjalnym przygotowaniu preparat jest podczas zabiegu punkcji, poprzez nakłucie, wprowadzany bezpośrednio do jajników – wyjaśnia dr Pałaszewski.

Ryzyko powikłań podczas i po zabiegu jest niewielkie. Dotyczy np. ewentualnego krwawienia, bóli podbrzusza, infekcji.

– Dotychczasowe wnioski z prac badawczych są bardzo obiecujące. Wygląda na to, że przynajmniej części pacjentek – dzięki nowemu rozwiązaniu – będziemy mogli jeszcze skuteczniej pomóc – dodaje specjalista z INVICTA.

POLECAMY RÓWNIEŻ: Sztuczny jajnik nadzieją na macierzyństwo dla niepłodnych kobiet

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.

In vitro i depresja poporodowa – dr Maja Herman opowiada o jej leczeniu

Tak bardzo pragniesz dziecka. Tak wiele czasu, emocji, pieniędzy poświęcasz na starania o ciążę. Jest to twoje największe marzenie. I gdy udaje się zostać matką, a zamiast czuć przepełniające szczęście popadasz w depresję, świat okazuje się stawać na głowie. O depresji poporodowej, także tej po udanym in vitro, z psychiatrą i psychoterapeutką, dr Mają Herman, rozmawiała Katarzyna Miłkowska.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zastanawiam się, co wciąż jest większym tabu – depresja poporodowa, czy może jednak in vitro?

Dr Maja Herman: Myślę, że tabu jest w tym wypadku całością obu tych zjawisk. Po pierwsze, dzieje się tak m.in. ze względu na to, że żyjemy w państwie, w którym znaczącą rolę odgrywa kościół, a aspekt etyczny in vitro jest zawsze brany pod uwagę jako pierwszy i najważniejszy. Chociaż moim zdaniem, powinno być to pozostawione indywidualnej ocenie pary.

Drugim zaś tabu są z kolei choroby, zaburzenia psychiczne –  wciąż bardzo spieramy się o nomenklaturę. Czy depresja jest chorobą, czy może jednak zaburzeniem? Prawda jest taka, że depresja powoduje zaburzenia funkcjonowania i tak naprawdę jest to choroba dotycząca sposobu myślenia. Co za tym idzie, już z samej definicji staje się dla kobiety tematem tabu. W depresji myśli ona, że jest beznadziejna, do niczego się nie nadaje, nic się jej nie uda, to już jest koniec, nikt nie będzie w stanie jej pomóc i wszystko jest jej winą.

Powiązanym z tym, trzecim aspektem, jest obawa przed byciem wytkniętym palcami oraz lęk osób z otoczenia chorego. Należy pamiętać, że nie jest to nic wstydliwego, a w większości wypadków lęk wynika z niewiedzy. Tak też zatacza się pewne koło – niewiedza o tym, czym jest depresja, skutkuje narastającym wokół niej tabu. Jednak niezależnie od tego, czy jest to depresja poporodowa po udanym in vitro, czy też depresja po prostu, to jest to choroba uleczalna. Nie zmienia ona człowieka. Pacjent lub pacjentka dostaje leki i po przyjęciu odpowiedniej dawki, po odpowiednim okresie czasu – bo niestety leki psychiatryczne nie działają od razu, trzeba dać im około 4-6 tygodni –  człowiek wraca do siebie i mówi wtedy: „Jak ja w ogóle mogłam myśleć o sobie coś takiego?!”.

Biorąc jednak pod uwagę niewiedzę i lęk, na pewno mogą budzić je właśnie leki. Często słyszy pani pytanie: „Co one ze mnie zrobią?”

Zdecydowanie! Najczęściej słyszę zastanowienie, czy leki zrobią ze mnie zombie. Jaki jest jednak ich wpływ? Oddziałują na neuroprzekaźnictwo. W przeważającej większości nie uzależniają, są bezpieczne, praktycznie nie wchodzą w interakcje z innym lekami, można je bez trudu odstawić. Są jednak pewne warunki, które muszą być spełnione by włączyć je do leczenia. Stąd potrzeba oceny lekarskiej.

Leki psychiatryczne są dość bezpieczne i niewątpliwie potrzebne w leczeniu, ale czy kolejnym argumentem budzącym niepokój świeżo upieczonych matek nie jest np. lęk o dziecko, które często karmią w tym czasie piersią?

Problem z karmieniem piersią i braniem leków psychiatrycznych jest trochę bardziej złożony. Przede wszystkim należy zaznaczyć, że absolutnie nie może ono dotyczyć matek, które urodziły wcześniaki, dzieci obarczone chorobami, czy dzieci z wadami genetycznymi. I tak, farmakoterapia jest rzeczywiście dość bezpieczna, chociaż nie ma badań na dużych grupach pacjentek. Nikt nie podejmie się bowiem zbadania kobiet karmiących. Jest to w tym wypadku dodatkowe narażanie dziecka. Skoro więc nie ma dużych badań, a dane pochodzą z tzw. opisów przypadków, to jaką mamy pewność, że ten lek faktycznie nie wpływa negatywnie na dziecko?

Przypominam, że nie ma badań pokazujących ewentualne odległe skutki włączenia leków przeciwdepresyjnych u matek dzieci karmionych piersią. I jeszcze jedno, nie tak dawno, bo około 10 lat temu, mówiono, że bezpieczna jest paroksetyna w leczeniu u matek karmiących. Dziś już paroksetyny z nami nie ma i nie jest zalecana. Powodowała jednak skutki uboczne u dzieci, co okazało się kilka lat później, przy zebraniu większej ilości danych. Dylemat ten, czy stosować farmakoterapię czy nie pojawia się zawsze, nawet przy najbezpieczniejszym leku jaki istnieje, czyli sertralinie (SSRI, czyli inhibitor zwrotny wychwytu serotoniny). Nawet podczas jego przyjmowania zdarzały się potencjalnie śmiertelne powikłania. Są to oczywiście przypadki niezwykle rzadkie, ale która matka chciałaby być tą jedną jedyną mającą niepożądane reakcje?

Dla mnie osobiście najważniejsza jest jednak odpowiedzialność lekarska. Pacjentka ze zdiagnozowaną depresją może być uznana przez biegłych psychiatrów za czasowo niepoczytalną. Ja zaś rozpoznając u niej chorobę psychiczną, pytam czy zgadza się przyjmować leki. Jej odpowiedź nie musi być zatem uznana za wiążącą. W takim wypadku nie chcę brać na siebie tego typu odpowiedzialności.

Zatem wiele kolejnych stresorów pojawia się wtedy w życiu kobiety.

Tak, ale na szczęście znalazłam w swojej praktyce rozwiązanie. Wysyłam matkę na wizytę w poradni laktacyjnej oraz proponuję odstawienie karmienia piersią na czas brania leków. Idziemy wtedy na układ – przez kilka tygodni bierze ona leki i chociaż dziecka nie karmi, to utrzymuje przy tym cały czas laktację. Zazwyczaj umawiamy się po 6-8 tygodniach i pomimo, że wiem, że depresja nie będzie wyleczona, to jednak matka będzie na tyle stabilna emocjonalnie, że będzie w stanie z powrotem stanąć na nogi i jakiś czas funkcjonować bez farmakoterapii. Owszem niewyleczona, ale podleczona na tyle by np. móc spełnić swoje największe marzenie, czyli karmić dziecko piersią i podjąć psychoterapię.  Nie można tego matkom zabierać. Co prawda wszystkie pacjentki, które u mnie były, utrzymały laktację, ale żadna nie zdecydowała się zostawić leków.

Może właśnie zatem psychoterapia byłaby w takim momencie wskazaną formą leczenia?

Tak, oczywiście. W przypadku epizodów łagodnych spokojnie można wejść tylko z psychoterapią, ale niestety depresje poporodowe mają tak burzliwy i dramatyczny przebieg, że trudno jest to opanować bez wsparcia psychiatrycznego.

Wynika to m.in. z hormonów. Jeśli dodatkowo dotyczy to ciąży, do której doszło dzięki procedurze in vitro, a dziecko poczęte jest bezpośrednio po stymulacji, a nie z zamrożonych embrionów, to jest to tym większa ingerencja hormonalna. Hormony te podbijają ciężkość ewentualnego epizodu depresyjnego. Wszystko jest bowiem ze sobą związane – hormony płciowe, hormony tarczycy i neuroprzekaźniki. Pochodzą one z jednej osi – oś przysadka-podwzgórze-nadnercza. Jakie to ma znaczenie? Wszystko wpływa na wszystko i gdy jeden element jest zaburzony, to kaskadowo zaczyna psuć się całościowo.

Idąc tropem kaskady, chociaż trochę w innym znaczeniu, czy kobieta po doświadczeniu in vitro, już na starcie jest bardziej obarczona ryzykiem depresji? Sama walka z niepłodnością to już są przecież szalenie trudne emocje, później ciąża i nieraz związany z nią silny lęk, a finalnie pojawienie się dziecka, co też jest ogromną zmianą.

Faktycznie, u kobiet leczących się z niepłodności okres przeżywanego stresu jest o wiele dłuższy. A co robi nam stres? Powoduje złe funkcjonowanie właśnie wspomnianej już wcześniej osi.

Jeżeli mamy kobietę A, która zachodzi w ciążę za drugim cyklem, to owszem, martwi się o dziecko – czy uda się jej utrzymać ciążę, czy dziecko będzie zdrowe? Jednak jej zamartwianie to „tylko” 10-11 miesięcy. Weźmy teraz dla porównania kobietę B, która stara się o dziecko przez 3 lata. Jest to zatem 36 miesięcy stresu. Stresu destrukcyjnego, wyniszczającego przyjaźnie, relacje rodzinne, relacje w parze. Wszystko to dodatkowo powoduje myślenie o sobie, jako o osobie niepłodnej, czyli człowieku „gorszego sortu”, co tym bardziej obniża nastrój. Mamy wtedy już 36 miesięcy stresu starań i 9 miesięcy ciąży. Dość łatwo jest wywnioskować, która z kobiet już na starcie ma trudniej.

Należy się tu jednak zastanowić nad jeszcze jedną rzeczą – jakie kobiety, jakie pary decydują się na tak długie walki? Są to ludzie zdeterminowani, skoncentrowani na działaniu i tacy, którzy mimo wszystko wyjściowo lepiej radzą sobie ze stresem ze względu na predyspozycje związane z cechami charakteru.

Bilans jest więc tutaj dodatnio-ujemny. Z jednej strony poczucie słabości, z drugiej twarda, niepoddająca się osobowość.

Boję się, czy ta „twardość” nie jest mieczem obosiecznym. Psychologowie wskazują, że osoby cechujące się wysokim optymizmem, gdy przychodzą te trudne konfrontacje, często nie są przygotowane na porażkę. Nie mają przemyślanych innych opcji działania, bo przecież miało być dobrze! W takim momencie może być naprawdę ciężko pogodzić się kobiecie z myślą, że przecież tak bardzo starała się o to dziecko, tak bardzo go pragnęła, a teraz depresja i płacz.

Najczęściej wynika to właśnie z braku planu B. Jest tylko skoncentrowanie się na celu, który trzeba osiągnąć, a później pustka. Nazywa się to depresją szczytu i jest bardzo częste. Jest to też bardzo charakterystyczne np. przy przeróżnych egzaminach, czy innych wyzwaniach.

Maksymalna mobilizacja.

Tak, wszystkie siły są wtedy skoncentrowane na konkretnym działaniu. Taki też właśnie błąd robią niepłodnie pary. Trudno oczywiści, żeby nie skupiały się na swoim celu, ale nie może być tak, że nie ma nic poza tym. Kiedy później pojawia się na świecie dziecko, to wraz z nim przychodzi też właśnie poczucie pustki. Jest to jedna z najczęściej powtarzanych przeze mnie rzeczy – trzeba pamiętać, że dziecko powie nam w końcu „adios” i tyle będziemy go widzieć. Ono będzie oczywiście nas kochać, ale nie będzie już nas potrzebować.

No tak, trzeba mieć zatem coś „swojego”.

I co się „swojego” ma? Najczęściej to właśnie kobiety popadają w fiksację na tym, że chcą zrobić dla swojego dziecka wszystko. Nieraz słyszę wtedy w gabinecie w trakcie terapii rodzinnej, matkę mówiącą do nastolatków: „Tyle dla was tyle poświęciłam!”. Oni zaś odpowiadają: „Moment, moment, my cię nigdy o to nie prosiliśmy. Nie do nas miej zarzuty, tylko do siebie samej”. Trudno to przyznać, ale po części mają rację.

Wtedy może pojawić się poczucie winy.

Ono jest wpisane w chorobę.

I mam wrażenie, że często idzie za tym potrzeba wytłumaczenia się przed światem z owej depresji.

No bo kobiety są wtedy złymi matkami! Jeśli źle się czujesz, jesteś złą matką. Jeżeli nie karmisz, jesteś złą matką. Jeżeli nie przewijasz w określony sposób, jesteś złą matką. To są najczęstsze argumenty społeczeństwa. Cokolwiek się z tobą dzieje, rzutuje to na to, jak fatalną jesteś matką. Nic zatem dziwnego, że dochodzi myśl, że okazałam się słaba, bo się rozchorowałam.

A trzeba pamiętać, że depresja to nie jest słabość.

 

Depresja to zaburzenie neuroprzekaźnikowe wpływające na sposób myślenia – koniec kropka. Prosto? Brzmi zupełnie jak zawał serca, a nikt nie mówi do osoby, która przeszła zawał serca: „Jakim ty jesteś słabeuszem!”.

Czyli wracamy do tego, jak traktowane są niemal wszystkie choroby psychiczne.

Tak, po raz kolejny – brak wiedzy o nich.

Pojawia mi się w takim razie kolejna rzecz, którą słyszę w wielu rozmowach z osobami doświadczającymi niepłodności. Niezwykle rzadko lekarze zachęcają pary do konsultacji psychologicznej. Taka propozycja niemal nigdy nie pada.

Niestety również często się z tym spotykam, a ludzie nieraz z chęcią by z takiej pomocy skorzystali, prawda? W jednych ze skandynawskich badań zanalizowano proces leczenia wielu tysięcy par zmagających się z niepłodnością. Główny wniosek jasno wskazał, że tylko holistyczne podejście zapewnia sukces. I mam tu na myśli sukces nie tylko zależący od tego, czy leczenie skończy się posiadaniem dziecka, czy też nie. Oczywiście kibicuję wszystkim parom, ale dla mnie sukcesem jest to,  że człowiek po takim leczeniu, które dotyczy niezwykle wielu sfer życia, przetrwa w jednym kawałku.

Tak rozumiany sukces umożliwia waśnie tylko holistyczne podejście. Wielospecjalistyczne, zapewniające właściwie opiekę pary od A do Z. Podkreślam jednak – pary – nie tylko kobiety. Na ten moment, nawet jeśli już tego typu opieka jest oferowana, dotyczy tylko pań. A psychiatra? W prawie żadnej klinice leczenia niepłodności nie ma do niego dostępu. Chociaż rzeczywiście są ośrodku, które odsyłają do „jakiegoś” psychiatry. Trzeba się jednak wtedy zastanowić, czy ten nieraz przypadkowy psychiatra, będzie sobie w stanie poradzić we wsparciu odnoszącym się właśnie do leczenia niepłodności.

No tak, nie każdy lekarz jest specjalistą w tym temacie. Zresztą nie tylko psychiatra, ginekolog również.

Dokładnie, gdy pacjentki odpowiadają swoją ścieżkę leczenia, często się z tym spotykam.

Podkreśla pani, że problem niepłodności zawsze dotyczy obojga partnerów. Podobnie jest z depresją. Ona też wpływa nie tylko na samą osobę chorującą, ale tak naprawdę dotyka całej rodziny. Jakie można dać porady osobie, która jest wtedy blisko?

Wspierać, nie oceniać. Podążać za osobą zmagającą się zarówno z niepłodnością, jak i z depresją. Są ludzie potrzebujący trzymania za rękę, współczucia i mówienia: „Jaka jesteś biedna”. Inni będą potrzebowali zupełnie odmiennego rodzaju bycia z nimi: „Zabierz mnie gdzieś, przestańmy rozmawiać o niepłodności, zróbmy coś!”. Należy zatem przyglądać się potrzebom tej osoby, chociaż szczególnie w przypadku mężczyzn, może być to bardzo trudne. Oni o wiele rzadziej mówią i zamykają się w sobie, czego nieraz pokłosiem jest spychanie ich w klinikach na boczny tor. Nikt się nimi za bardzo nie przejmuje, bo też i sami mężczyźni nie wyciągają ręki po swoje. Nie pokazują, że ich także to wszystko bardzo dotyka.

Mam podobne obserwacje. O ile o stronie medycznej męskiej niepłodności mówi się rzeczywiście coraz więcej, bo to też jest taki stereotypowo męski punkt widzenia – konkrety, o tyle o sferze psyche panuje niemalże całkowita cisza. A są przecież mężczyźni opowiadający, jak jest im trudno, szczególnie w kwestii sprostania społecznym stereotypom. Przecież mężczyzna musi spłodzić syna!

Właśnie o to chodzi, a nie są oni w stanie w tym momencie temu sprostać.

Rozumiem jednak, że w takim wypadku depresja występuje rzadziej, niż u kobiet? Czy może po prostu rzadziej pojawia się w gabinecie?

Tego nie wiemy. Generalnie jest tak, że depresja częściej dotyczy kobiet. Pojawia się jednak pytanie, dlaczego tak właśnie wyglądają statystyki? Na pewno mężczyźni rzadziej zgłaszają się do lekarza, co skutkuje np. śmiercią z powodu powikłań po depresji, takich jak zawał serca, czy udar. Z drugiej strony, spowodowane może być to także różnicami w neurochemicznej budowie mózgu. U mężczyzn stres roznieca cztery razy mniejszą powierzchnię mózgu, niż u kobiet. Co za tym idzie, są w stanie więcej tego stresu skompensować. Inaczej też dystrybuują serotoninę – mają i pod tym względem lepiej.  Pytanie zatem, czy da się w ogóle wyjaśnić, co stoi za takimi statystykami i czy w pełni przekładają się one na rzeczywistość.

Trafiłam ostatnio na badania pokazujące, że problem depresji poporodowej u kobiet i mężczyzn jest właściwie statystycznie bez różnicy. Dane mówiły, iż około 5-ciu proc. kobiet cierpiało na depresję poporodową oraz 4,4 proc. mężczyzn. Na pewno jest to obszar, któremu warto się przyjrzeć, bo tak jak już padło – gdy jedna osoba choruje, to choruje cała rodzina.

Najbliższa jest mi w tym wypadku jednak perspektywa, że jest to kwestia społeczna. O depresji poporodowej kobiet jeszcze się mówi, natomiast męska depresja poporodowa?

Jaka poporodowa?! Oni w ogóle nie urodzili! Nie jest to jednak prawdą. Owszem, fizycznie nie urodzili, ale psychicznie – dziecko im się przecież urodziło.

I także dla nich jest to niewątpliwie ogromna zmiana.

Zdecydowanie, chociaż nie mają oni wahań hormonalnych wynikających z samego porodu, z karmienia piersią etc. Faktycznie pod tym względem mają odrobinę łatwiej, więc mają też mniejsze ryzyko zachorowania. Z drugiej jednak strony, istnieje wiele innych powodów podnoszących zagrożenie wystąpienia u nich depresji poporodowej. Jednym z nich jest np. potrzeba zmierzenia się z tym, że przestają być dla kobiety całym światem. Jest to często powód, dlaczego tak trudno jest im zaakceptować nową sytuację. Cieszą się, że zostali ojcami, kochają maluszka – temu nie zaprzeczajmy – jednak zazdrość o to, że nie są już numerem jeden, może być trudna w przeżyciu. Szczególnie, w relacjach, w których faktycznie byli oni dla kobiety centrum, a teraz owy wszechświat przerzucił się na dziecko.

Właśnie – dziecko. Jak walczyć z depresją poporodową w momencie kiedy to ono wydaje się być czynnikiem wyzwalającym chorobę? Z męskiej strony rzeczywiście mocno to tutaj wybrzmiało, ale mam wrażenie, że u kobiet może być podobnie: „Nie kocham tego dziecko, to ono jest problemem”.

I to jest największe niebezpieczeństwo depresji poporodowej. Istnieje bowiem zjawisko określane samobójstwem rozszerzonym. Oczywiście jego motywy są różne, np. mojemu dziecku będzie lepiej, gdy nie będzie żyło. Potem zabijam się ja. Pojawić się może też inna choroba, która nazywa się psychozą poporodową. Jest to stan, w którym rzeczywistość przestaje być odbierana taką, jaką jest. Zaczyna być zniekształcona również przez neuroprzekaźnictwo. Często kobiety widzą wtedy w maluszku diabła, szatana. Nie widzą w nim właśnie dziecka, przez co zaczynają je zupełnie inaczej postrzegać. Czują, że muszą je wyeliminować, bo to właśnie ono jest zagrożeniem. Z psychoterapeutycznego punktu widzenia jest to zrozumiałe. Biologicznie jednak wciąż są to po prostu zmiany w zakresie neuroprzekaźnictwa w ośrodkowym układzie nerwowym.

Spotkałam się też z badaniami, że depresji poporodowej u kobiet po udanym in vitro jest procentowo więcej, niż u tych, które zaszły w ciążę w naturalny sposób. Czy rzeczywiście?

Faktycznie tak jest. Chociaż co ciekawe, moje osobiste doświadczenie wynikające z perspektywy gabinetu pokazuje, że kobiety po długich staraniach, czy po in vitro, szybciej z tej depresji wychodzą.

Może też szybciej zgłaszają się po pomoc?

Nie… w tym wypadku akurat niestety nie ma różnicy. Wracamy tu jednak do początku naszej rozmowy. Jeżeli bowiem depresja poporodowa jest tabu, to nic dziwnego, że opóźnia to wyciągnięcie ręki po pomoc.

„Przechodzona” depresja.

Tak, jest to jedno z moich ulubionych powiedzeń. Depresja zmienia strukturę mózgu. Są tysiące badań obrazowych wskazujących, jak wpływa ona m.in. na objętość hipokampa, czyli struktury odpowiedzialnej za emocje. Depresja zmniejsza jego objętość.

Są też różne mechanizmy, które mogą destrukcyjnie wpływać na człowieka przy nieleczonej depresji. Mówi się też w o tzw. wyuczonej bezradności. Upraszczając, gdy pojawiają się kłopoty, człowiek wyucza się reagowania na nie obniżonym nastrojem.

Są to jednak zapewne schematy, które pojawiają się już na wcześniejszych etapach życia tych osób.

Oczywiście, że tak. Sama genetyka nie tworzy człowieka, kształtuje go także środowisko. To jak wyglądało jego dzieciństwo, jego relacje, sposoby radzenia sobie, czy miał wsparcie we wczesnym dzieciństwie. Wszystko to składa się na obraz tego, jak później człowiek radzi sobie ze stresem, z emocjami.

Chociaż trzeba też zauważyć, że nawet najsilniejszy człowiek – mówiąc „silny” potocznym językiem – jeśli nie ma kogoś obok, kto wskaże mu drogę, jest w stanie zabłądzić.  Jest w stanie z niej zboczyć i pogubić się w dziejących się w nim emocjach. W niepłodności nie ma siły, żeby w pewnych momentach nie stracić tej drogi z pola widzenia. Dlatego, żeby to wszystko miało ręce i nogi, tak ważne byłoby lepiej rozwinięte wsparcie.

Mówimy tu o przyczynach psychologicznych choroby…

Zaraz, zaraz. Nie możemy tak ograniczać podłoża depresji. Psychologiczne, biologiczne, genetyczne, społeczne – wszystkie czynniki trzeba rozpatrywać razem. Jest bardzo duży wór, do którego trzeba dodać jeszcze np. cechy osobowości. Na pewno też osoby leczące się z powodu jakiejkolwiek choroby przewlekłej, a niepłodność jest chorobą przewlekłą, są ludźmi wyjściowo bardziej narażonymi na zaburzenia nastroju. Dzieje się tak ze względu na opisywany już przez nas stres, który jest nierozerwalnie związany z takimi właśnie chorobami.

Tym bardziej, że w czasie zmagań z niepłodnością bardzo często dochodzi do niezwykle krytycznych sytuacji, jak np. poronienia. Są to zdarzenia traumatyczne, rozumiem więc, że leczenie depresji może wystąpić jeszcze w trakcie starań o ciążę i to też zapewne przekłada się na ewentualne wystąpienie depresji poporodowej.

No właśnie najnowsze badania, które opracowali naukowcy ze Stanów Zjednoczonych, wskazują, że nie jest to takie oczywiste. Były to badania przeglądowe, zawierały więc w sobie analizę wyników leczenia niepłodności u  około 4000 kobiet, w których naukowcy sprawdzali, czy stres istotnie statystycznie obniżał zdolność do poczęcia dziecka. Okazało się… że nie! Dla mnie również jest to zaskoczeniem, bo codzienna praktyka pokazuje coś zupełnie innego.

Rzeczywiście jest to sprzeczne z tym, co wydaje się, że obserwujemy w naszym świecie.

Również wydaje mi się to niemożliwe, by stres nie miał tutaj żadnego wpływu. Dzieje się tak z  bardzo prostej przyczyny. Jeżeli oś przysadka-podwzgórze-nadnercza produkuje w przypadku stresu te same hormony, które są hormonami płciowymi i np. zapewniają możliwość utrzymania ciąży, to jakim sposobem miałoby to nie mieć znaczenia?

Stres często może skutkować też np. problemami ze snem, co siłą  rzeczy wpływa na rozregulowanie organizmu.

Jeżeli pacjentka nie śpi, spada jej odporność. Jeżeli spada jej odporność, jest podatna na infekcje. Jeżeli jest podatna na infekcje, pojawia się możliwość zarażenia jej, czy też płodu, chorobą mogącą go uszkodzić i finalnie doprowadzić do poronienia.  Ten ciąg przyczynowo skutkowy wydaje się być niezwykle prosty, prawda?

Czyli trzeba myśleć krytycznie.

Zdecydowanie. Często sama słyszę pytanie: „Są na to badania?”. Należy jednak pamiętać, że medycyna nie różni się pod tym względem od wszystkich innych dziedzin. Po pierwsze, w niej też panują mody. Po drugie, jest coś takiego jak zdrowy rozsądek i własny osąd sytuacji. To one są najważniejsze, bo to zawsze lekarz ostatecznie podejmuje decyzję. Robi to jednak na postawie sytuacji siedzącego u niego w gabinecie pacjenta, a nie danych pochodzących z badań, czy statystyk. W skrócie – indywidualne, holistyczne podejście z włączonym krytycznym myśleniem. Na tym właśnie pacjentki i ich partnerzy wyjdą najlepiej. Zarówno w leczeniu niepłodności, jak i depresji.

 

Zobacz też:

Pan i pani idealni – w pułapce perfekcjonizmu! Niszcząca siła zderzenia z niepłodnością

Bo to nie zawsze siniaki i krzyki – bierna agresja. Czy jest obecna w twoim życiu? – PODCAST psychologiczny

Choruję na depresję, chcę być matką – jak wygrać obie te walki?

 

Ekspert

Dr Maja Herman

Lekarka specjalistka psychiatrii, psychoterapeutka, asystentka na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, współzałożycielka Instytutu Amici #psychiatriauzyteczna. W swojej pracy zajmuje się właśnie m.in. tematem niepłodności oraz szerzeniem wiedzy użytecznej z zakresu szeroko pojętego zdrowia psychicznego.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Gdy tracimy coś, co buduje nasz świat – STRATA i co dalej? [PODCAST]

Strata boli. Z niektórymi jest nam się łatwo pogodzić, inne przez wiele lat mogą wydawać się nie do przejścia. Niektórzy muszą stratę wypłakać, inni przeżywają ją po cichu. Większość z nas przechodzi jednak różne etapy żałoby – bo tak, niemalże każda strata wiąże się nierozerwalnie z żałobą.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Każdy z nas coś w swoim życiu traci. Tracimy przyjaciół, tracimy rodzinę. Z niektórymi rozchodzą nam się drogi, rozdzielają nas kłótnie, czy też śmierć. Żałobę możemy przeżywać też po końcu pewnych etapów życia, np. po zakończeniu szkoły, studiów, przejściu na emeryturę. Pojawia się wtedy pytanie, co dalej? Na pewno musimy przejść swego rodzaju adaptację do nowych warunków. Jak zatem może wyglądać przeżywanie straty i jak możemy starać się sobie ten proces ułatwić? Bo tak, mamy w sobie taką zdolność.

W walce z niepłodnością tych strat może być bardzo wiele… Jedną z nich niewątpliwie może być poronienie, o którym tak szalenie trudno jest mówić. Często jest to temat tabu, zdarza się, że kobieta woli przeżywać je w samotności lub po porostu mówienie o tym jest zbyt trudne i bolesne. Jeszcze innym powodem może być wstyd i lęk przed oceną. Co będzie jeśli inni uznają, że to moja wina, że jestem słaba, że nie sprostałam? Pamiętaj, strata nie jest wstydem, nie jest słabością i masz pełne prawo czuć, że nie dajesz sobie z tym rady. Nie musisz być w tym jednak sama.

Zastanówmy się wspólnie – posłuchaj PODCASTU

…bo choć bardzo byśmy chcieli, od strat nie uciekniemy.

 

Zobacz też:

Nadzieja – w jakich barwach widzisz swoją przyszłość? – PODCAST psychologiczny

„Nigdy nie będę taka jak ona…” – czy porównywanie się naprawdę ma sens?  – PODCAST psychologiczny

Bo to nie zawsze siniaki i krzyki – bierna agresja. Czy jest obecna w twoim życiu? – PODCAST psychologiczny

 Wszystkie nagrania znajdziesz też na YouTube:

 

„Emocje i myśli – co z tym wszystkim zrobić?” – warsztaty psychologiczne dla kobiet
ZAPISZ SIĘ NA BEZPŁATNE WARSZTATY:

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.