Przejdź do treści

7 ciąż i 2 dzieci. Moja walka o zajście w ciążę przy APS – poznaj historię Agnieszki.

Fot. fotolia

Przeciwciała kardiolipinowe utrudniały mi zajście w ciążę. Jak najlepiej opisać moje starania – raczej walkę – o dziecko? W ciąży byłam 7 razy a mam 2 dzieci. Na widok tabletek odrzuca mnie do dziś a brzuch miałam podziurawiony od zastrzyków jak poduszka do igieł.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kiedy napisaliśmy tekst o 12 badaniach, które musisz zrobić zanim zajdziesz w ciążę, pani Agnieszka napisała komentarz do wszystkich staraczek: pamiętajcie o badaniu przeciwciał kardiolipinowych (zespół antyfosfolipidowy). Dlaczego jej apel jest tak ważny? – Poznajcie historię Agnieszki.

Nic nie zapowiadało, problemów, by spełnić marzenie o dziecku

Zapadła decyzja. Tak jesteśmy gotowi na dziecko. Choć myślę o sobie, że zawsze byłam, bo mam sporo rodzeństwa i często na moich barkach zostawała opieka nad nimi. Narzeczony również tego chciał, pomimo, że oboje byliśmy wówczas bardzo młodzi. Więc działaliśmy, ale ciąża się nie pojawiała…

Długie starania przyniosły oczekiwaną nowinę

Pod opieką ginekologa byłam od ukończenia 12 lat. Zawsze imały się mnie jakieś infekcje, torbiele. Zaczęłam się martwić, że coś nie gra.
Aż któregoś dnia się obudziłam i wiedziałam, że się udało! Po prostu to czułam. Test potwierdził moje przypuszczenia. Na ciążę czekałam niecały rok.  Czułam się średnio, ale myślałam, że to typowe dolegliwości ciążowe. Z drugiej strony denerwowałam się, że o wszystkie badania muszę prosić lekarza, nawet o USG. Lekarz zapewniał, że wszystko w porządku, więc mu wierzyłam.
W 33 tygodniu  ciąży obudziły mnie skurcze. Wiedziałam, że dzieje się coś złego. Pojechałam na izbę przyjęć, bo wiedziałam, że mój lekarz machnie ręką. Okazało się, że mam rozwarcie około 3 cm, a skurcze nada się rozkręcają. Leki, zastrzyki na podtrzymanie ciąży i tak 9 dni. Miałam na siebie uważać, więc bardzo o siebie dbałam. Rodzić zaczęłam dopiero w 41 tygodniu. Na porodówce szło szybko i książkowo. Przy przebijaniu wód okazało się, że nie są one prawidłowe. Urodziłam w asyście męża i położnej po 8 godzinach. Syn ważył 3700g i miał 56 cm. Urodził się siny i nie płakał. W ogóle się nie ruszał. Dostał 3/5/8/8 pkt. Długo krzyczałam, że chce, żeby zapłakał. Zabrali go a mąż pobiegł z nimi. Wrócił po 30 min. z dobrą nowiną, że synek oddycha.

Okazało się, że synek jest bardzo słaby, że złapał wszytko co mógł, od zapalenia ropnego, po gronkowca złocistego. Trafił do inkubatora poprzyczepiany kabelkami do aparatury. Lekarze się dziwili, że taki duży, fajny a ma taki słaby organizm.

Nikt wówczas nie dociekał, czy to nie jest moja wina, a ja… znowu zaszłam w ciążę

Syn wyleczony z bakterii po 2 tygodniach wrócił ze mną do domu. Po niedotlenieniu okołoporodowym synek wymagał rehabilitacji. Dziś ku zaskoczeniu lekarzy chodzi, mówi, śmieje się i nic po nim nie widać.
W lipcu tego samego roku ponownie zaszłam w ciążę.  Po kilku dniach od wykonania testu dostałam miesiączki, ale innej niż do tej pory. Bardzo obfitej.  Więc na wszelki wypadek zrobiłam IP. Diagnoza: nieprawidłowe krwawienie maciczne. Pomyślałam wtedy, że to wina wadliwego testu. Dopiero dużo lat później dowiedziałam się, że to była ciąża biochemiczna.
Myśl o następnym dziecku pojawiła się po 3 latach. Starania, ale na spokojnie, aż w sierpniu się udało patrzę, znów dwie kreski. Radość nie trwało jednak długo. Po kilku dniach koszmar sprzed lat się powtórzył. Wiedząc że coś jest nie tak znów zrobiłam IP, a tam ta sama diagnoza. Kiedy pokazałam testy ciążowe lekarzowi, stwierdził: „że czasem tak bywa”. Nic mi nie wytłumaczył. Znów ciąża biochemiczna, czyli już 2.

Staraliśmy się dalej, ale bezowocnie.

Czarny scenariusz powracał jak bumerang…

W maju 2015 roku (5 lat od 1 porodu) ponownie zaszłam w ciążę, potwierdzoną dwoma testami ciążowymi z moczu i tym razem również z krwi. Wynik pozytywny. Niestety scenariusz ponownie się powtórzył. Poroniłam pod  koniec 6 tyg. ciąży, zanim dostałam się do innego lekarza. Płakałam 3 dni.
Wróciłam do domu. I nie mogłam uwierzyć. Poszłam do kolejnego lekarza. Opowiedziałam całą historię, poprosiłam o wytłumaczenie. Choć w głowie kołatały mi się myśli… czemu ja??? Gdy usłyszałam: „że tak bywa, że natura i Bóg wiedzą co robią, jestem młoda mam zrobić następne” wyszłam trzaskając drzwiami.
Odczekałam dokładnie 3 miesiące. I się udało.
I znów kilka testów każdy innej firmy, wszystkie pozytywne. Test z krwi. Pozytywny. Poszłam do lekarza, na USG pokazał zarodek, po czasie serce… Cieszyłam się niewyobrażalnie…. Poroniłam w 11 tygodniu ciąży.
Z wypisem wróciłam do lekarza, zapytałam czemu mi nie dał żadnych leków podtrzymujących ciążę (a prosiłam kilka razy), powiedział, że ciąży do 13 tygodnia się nie ratuje, to jest kwestia Boga. I że tak miało być.
Jak zapytałam co teraz, dowiedziałam się, że lekarz nie widzi potrzeby robienia szczegółowych badań i dociekania , dlaczego nie mogę utrzymać ciąży, bo…muszę poronić 3 razy!!1 Z płaczem zapytałam, czy ma serce skazywać mnie 3 raz na to samo. Nic nie powiedział. Już do niego nie wróciłam. Zamknęłam się w sobie.
Szukałam na własna rękę. Polecono mi innego lekarza.  Zaproponował serie badań: morfologia, ob, crp, żelazo, mocz, toksoplazmoza, żółtaczka, cytomegalia i przeciwciała kardiolipinowe.

Jak usłyszałam, że mogę, chciałam zawalczyć o ciążę

Zrobiłam wszystkie zlecone badania. Lekarz żartował, że dużo tego wyszło, ale warto sprawdzić wszystko, żeby wykluczyć…. no właśnie. Wszystkiego nie dało się wykluczyć, bo okazało się, że jeden z wyników zdecydowanie odbiega od normy. Wyszły mi przeciwciała kardiolipinowe na bardzo wysokim poziomie.
Lekarz wytłumaczył mi, że jest to zespół antyfofolipiodwy, gdzie przeciwciała w krwi działają przeciwko własnemu organizmowi. Że powinnam znaleźć reumatologa, który się mną zaopiekuje. Wytłumaczył mi, że jeśli chodzi o ciążę, jest to możliwe, ale leczenie jest trudne i wymagające.
Postanowiłam zawalczyć o dziecko, dlatego zdecydowałam się na leczenie.  Brałam leki i codziennie zastrzyki w brzuch. Po 1 zastrzyku płakałam, bo był bolesny, po 2 też… po 5 już tylko wykrzywiałam z bólu twarz. Potem znów to samo, test ciąża i znowu biochemiczna.

Powiedziałam sobie dość! To było ponad moje siły!

Powiedziałam dość, nie dam rady. Był luty 2016. Byłam zmęczona psychicznie i fizycznie.  Poszłam do nowego ginekologa. Tym razem to była kobieta. Nowa pani doktor była bardzo życzliwa, życiowa osoba, płakała ze mną. Przytuliła mnie oznajmiając; damy radę. Powtórzyła badania, potwierdziła diagnozę.

Przeciwciała kardiolipidowe stały na mojej drodze do ciąży

Przeciwciała kardiolipinowe uszkadzają moje komórki w tym jajowe. Więc przed zajściem w ciążę, znowu to samo leczenie: leki i zastrzyki.

Momentami miałam dość tego bólu i codziennych zastrzyków. Mój brzuch wyglądał jak poduszka do igieł. Jednak szybko sobie przypominałam, po co to robię i wiara wracała. I się udało.

Ciąża nie była łatwa. Na izbie przyjęć w szpitalu bardzo dobrze mnie już znali. Ale najważniejszy był efekt: w styczniu 2017 urodziłam przez CC syna w 37 tygodniu : 3900g 56 cm – wielki,  zdrowy, najpiękniejszy na świecie syn.

Jak najlepiej opisać moje zmagania (raczej walkę) o ciążę? W ciąży byłam 7 razy, a mam 2 dzieci. To mój ból, krzyk, moja karma i wołanie lekarzy: tak ma być, Bóg tak chciał.

POLECAMY:

Strata po stracie – poronienia nawracające

Zespół antyfosfolipidowy przyczyną poronienia

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

 

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor.

Ruszyła 6. edycja kampanii i konkursu „Położna na medal”

 1 kwietnia 2019 roku wystartowała 6 edycja kampanii i konkursu „Położna na medal”, organizowana przez Akademię Malucha Alantan. Kampania popularyzuje zawód położnej i jej ważny udział w opiece okołoporodowej w Polsce. W ramach kampanii prowadzony jest konkurs, który od 5 lat wyłania położne, które w sposób szczególny wyróżniły się podejściem, zrozumieniem, powołaniem. Położne, które podczas swojej pracy stały się towarzyszkami kobiety w jej drodze do wielkich zmian, jakie wiążą się z wejściem w nową rodzicielską rolę. Zgłoszenia do konkursu przyjmowane są na stronie poloznanamedal.info. Mecenasem kampanii została marka Oktaseptal.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

 6 edycja konkursu „Położna na medal”

 Położna to osoba, która zajmuje się edukacją kobiety na każdym etapie jej życia. Szczególną rolę pełni ona w okresie okołoporodowym, przygotowuje ciężarną do porodu i do najważniejszej roli – mamy. Dziś położna może prowadzić ciążę kobiety. Jej rola podczas porodu i połogu jest dla podopiecznych niezmiernie ważna. Podczas porodu to właśnie położna pełni rolę opiekunki, czuwa nad kobietą pomaga jej przejść przez ważny etap jakim jest poród.

Od 1 kwietnia trwa ogólnopolska kampania „Położna na medal”, której nieodłącznym elementem jest konkurs na najlepszą położną. Pacjentki mogą nominować i głosować na swoje kandydatki. Trzy pierwsze położne z największą liczba głosów otrzymają wartościowe nagrody rzeczowe oraz zasłużone medale.

Od początku trwania konkursu wyłoniono 15 najlepszych położnych w Polsce oraz 144 położne w poszczególnych województwach.

Zobacz też: „Zdarza mi się płakać z pacjentką”. Położna szczerze o swojej pracy

Zasady zgłaszania do konkursu

Zgłoszenia do 6. edycji konkursu odbywają się od 1 kwietnia do 31 lipca 2019 roku. Głosy można oddawać przez cały czas trwania kampanii to jest do 31 grudnia 2019 roku. Nominacje i głosy przyjmowane są na stronie www.poloznanamedal.info

Jesteśmy dumni, że od 5 lat Akademia Malucha Alantan promuje zawód położnej nie tylko w środowisku medycznym, ale również wśród kobiet. Konkurs Położna na medal jest szansą na docenienie pracy i zaangażowania położnych, które, wspierają  i służą pomocą kobiecie w najważniejszym okresie jej życia. Zgłoszenie położnej przez ich podopieczne do konkursu jest sposobem podziękowania i docenienia codziennej bardzo ciężkiej i odpowiedzialnej pracy jaką wykonują położne – powiedziała Iwona Barańska z Akademii Malucha Alantan, pomysłodawca i organizatora kampanii „Położna na medal”.

Zobacz też: Położna i jej rola w leczeniu niepłodności – o swoim doświadczeniu opowiada Alina Jedlińska, ambasadorka kampanii „Położna na medal”

Kampania „Położna na medal”

Położna na medal to kampania społeczna, której pierwsza edycja miała miejsce w 2014. Kampania popularyzuje zawód położnej i jej ważny udział w opiece okołoporodowej w Polsce. Podstawowym celem kampanii „Położna na medal jest zwrócenie uwagi na konieczność podnoszenia i wdrażania w życie standardów opieki okołoporodowej w Polsce. Kluczowym elementem kampanii jest informowanie o roli położnych, jej kompetencjach i odpowiedzialności w standardach opieki okołoporodowej.

Kampania „Położna na medal” organizowana jest przez Akademię Malucha Alantan pod patronatem Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych, Polskiego Towarzystwa Położnych, Fundacji Rodzić po Ludzku oraz Stowarzyszenia Dobrze Urodzeni.

Mecenasem kampanii jest marka Oktaseptal.

W kampanię zaangażowało się wielu partnerów medialnych oraz blogerów. Lista patronów medialnych znajduje się na stronie www.poloznanamedal.info.

Zobacz też: “Położna na Medal” 2018 – znamy laureatki konkursu

 Ambasadorki kampanii

Podczas trwania 6.edycji kampanii i konkursu „Położna na medal”, laureatki 5. jubileuszowej edycji kampanii Anna Wojtyla, Alina Jedlińska, Renata Lustyk zostaną ambasadorkami i przez cały czas trwania kampanii będą dzielić się swoją wiedzą i poradami na temat opieki okołoporodowej.

W ramach 6. edycji na profilu FB kampanii raz w miesiącu będzie można zadawać pytania położnym. Odpowiedzi do wybranych pytań pojawią się na stronie www kampanii. Również na profilu FB kampanii pojawiać się będą ankiety skierowane do kobiet w ciąży i mam.

E-wydanie Magazynu Chcemy Być Rodzicami kupisz tutaj. 

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.

„Wszystko robiliśmy sami”. Wywiad z założycielem Kriobanku, profesorem Waldemarem Kuczyńskim

wywiad z prof. Waldemarem Kuczyńskim

Kriobank to pierwszy w Polsce prywatny ośrodek leczenia niepłodności. W tym roku klinika obchodzi 30-lecie istnienia. Z założycielem Kriobanku – prof. Waldemarem Kuczyńskim – rozmawialiśmy o historii placówki i pierwszym udanym zabiegu in vitro w Polsce. 

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W tym roku Kriobank obchodzi swoje 30-lecie. Proszę nam nieco przybliżyć historię powstania placówki.

To było w 1989 r., złote czasy dla biznesu. Rynek był nienasycony. Istniały przestrzenie, które nie były zagospodarowane. Wystarczyło mieć pomysł, odnaleźć w nim potrzebę rynku i można było działać. Był dobry klimat międzynarodowy. Po przemianach solidarnościowych wszyscy chcieli pomagać Polakom. Pierwszą firmę wyposażyłem niejako z darów. Wtedy nie było środków unijnych.

Pracowałem na etacie w szpitalu. Firma była tylko dodatkiem. Zresztą wtedy nie miałem jakiejś świadomości biznesowej. Nie przypuszczałem, że to będzie wielki biznes. Przecież zanim powstał Kriobank, to to samo (bank nasienia) chciałem robić na bazie uczelni i szpitala. Miałem nawet potrzebne zgody i pozwolenia. Trzy razy uruchamiałem przedsięwzięcie i za każdym razem się nie udawało. W związku z tym postanowiłem zrobić to w warunkach prywatnych. Tak powstał Kriobank – pierwszy w Polsce prywatny ośrodek leczenia niepłodności oraz bank nasienia.

Dlaczego udało się prywatnie?

Bo nie musiałem korzystać ze wszystkich formalnych ścieżek szpitalno-uczelnianych. Tamte niepowodzenia nie brały się z błędów w procedurach, czy z powodu sprzętu.

To były absolutnie proste sprawy. Ktoś zapomniał zamówić ciekłego azotu, albo była sobota i nikt go nie dolał do zamrażarek. Ja naprawdę miałem świadomość, że potrafię to zrobić, i że byli chętni na tę usługę. Dlatego zacząłem robić to sam.

To był rok 1989. Było już in vitro, ale to w wersji klasycznej, które nie rozwiązuje problemu niepłodności męskiej. A jedną z metod stosowaną w tej terapii jest krioprezerwacja nasienia i udostępnianie nasienia dawców. W tamtych czasach nie było w Polsce żadnych regulacji prawnych na ten temat, nie było żadnych zaleceń.

To skąd Pan czerpał o tym wiedzę?

Będąc we Francji poznałem ludzi, którzy zajmowali się krioprezerwacją (przechowywanie w ujemnej temperaturze – przyp. red.) komórek rozrodczych człowieka. Zdałem sobie sprawę, że w Polsce ta dziedzina jest zupełnie w powijakach, chciałem więc u nas w szpitalu zorganizować bank nasienia.

Problem był o tyle ważki że dotyczył dwóch sfer zagadnień. Pierwsza to wykorzystanie nasienia dawców. Zabiegi takie były przeprowadzane bez żadnej kontroli a co gorsze bez żadnych standardów bezpieczeństwa pacjentek. W porównaniu do standardów francuskich to był po prostu horror.

Drugi problem to zabezpieczenie płodności na przyszłość. Chodziło głównie o młodych pacjentów, leczonych z powodów onkologicznych gdzie terapia przeciwnowotworowa była niezwykle toksyczna dla funkcji jąder.

Zobacz też: Porównania są zbędne – dr Agnieszka Kuczyńska z Kriobanku o fascynacji medycyną rozrodu i o cudzie istnienia

Dlaczego wybrał Pan właśnie taką drogę życiową?

Jak to często w życiu bywa – splot różnych zbiegów okoliczności. Choć nie byłem zbyt pilnym uczniem w liceum ogólnokształcącym z powodu zainteresowań muzycznych i grania blusa w zespole, udało mi się dostać na ówczesną Akademię Medyczną w Białymstoku.

Było „coś”, co pchało mnie do przodu i kazało otworzyć się na szersze horyzonty. Na studiach zacząłem dosyć szybko – bo już na początku drugiego roku – pracować w studenckim kole naukowym. Zainteresowała mnie onkologia i to z nią wiązałem swoją przyszłość.

W ramach pracy w kole studenckim, nieżyjący już prof. Stefan Soszka, powierzył mi funkcję organizowania studenckich obozów naukowych. Jeździliśmy więc z lekarzami w teren (30-40 studentów) – najczęściej do tzw. PGR–ów i małych miejscowości, w których dostęp do lekarzy specjalistów był utrudniony – i zachęcaliśmy kobiety do badań. Dziś nazwalibyśmy to profilaktyką raka narządu rodnego. Dzięki temu zajęciu i współpracy z profesorem Soszką oraz profesor Wandą Kazanowską, zacząłem się ukierunkowywać na ginekologię. Natomiast zupełnie nie spodziewałem się, że ta moja praca w czasie studiów zaowocuje jakimkolwiek kontraktem z kliniką uniwersytecką i szpitalem po ich skończeniu.

Pierwsza udana próba zapłodnienia pozaustrojowego w Polsce miała miejsce w 1987 r. właśnie w Białymstoku. Był Pan współtwórcą tego sukcesu. Czy mógłby Pan opowiedzieć o tym wydarzeniu?

To były specyficzne czasy. Byłem spoza całego układu. Mówiąc żartobliwie nie należałem ani do partii, ani nie miałem znanego nazwiska i koligacji rodzinnych. Nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażałem sobie, że mogę dostać pracę w szpitalnej klinice, więc nawet się o nią nie ubiegałem.

Poszedłem do ówczesnego Wydziału Zdrowia mówiąc, iż kończę studia i szukam pracy. Byłem przeszczęśliwy kiedy okazało się, że zatrudnienie dostałem. Był to przydział do poradni znajdującej się nieopodal ostatniego przystanku linii autobusowej numer 6. Był to wielki przywilej, bo mogłem liczyć na wyższe zarobki z tzw. powiatowej służby zdrowia i na dodatek mogłem dojechać do pracy miejskim autobusem. Kiedy o tej całej sytuacji dowiedział się profesor Soszka, okropnie zmył mi głowę i nakazał  następnego dnia stawić się w pracy w klinice. A co z angażem…?  Się zobaczy… I tak to się zaczęło…

Dostałem się pod opiekę prof. Aleksandra Krawczuka, świetnego operatora i położnika ale również specjalisty andrologii i leczenia niepłodności męskiej. To on właściwie zmusił mnie do zajęcia się czynnikiem męskim w niepłodności. Kiedy profesor Soszka odszedł na emeryturę, jego funkcję objął prof. Marian Szamatowicz, również uczeń prof. Krawczuka i pasjonat leczenia niepłodności. W krótkim czasie skompletował zespół młodych asystentów przed którym rozwinął wizję zapłodnienia pozaustrojowego.

Była to niezwykle nowatorska procedura, którą opanowało zaledwie kilka ośrodków na świecie. Prof. przydzielił mnie do zespołu i określił zakres obowiązków. I tak razem ze Sławkiem Wołczyńskim staliśmy się nagle „embriologami”. Zaczęliśmy intensywne przygotowania i szkolenie połączone z pracą naukową.

Oprócz intensywnej nauki z dostępnych podręczników embriologii i w bardzo ograniczonym zakresie literatury naukowej, nawiązaliśmy liczne kontakty ze specjalistami rozrodu i naukowcami z  branży. Czerpaliśmy z doświadczenia licznych zakładów i katedr embriologii oraz embriologii eksperymentalnej Uniwersytetu Warszawskiego, Instytutu Zootechniki w Balicach i wielu innych ośrodków naukowych Polskiej Akademii Nauk.

Dzięki tej współpracy poznaliśmy niezwykłych ludzi jak profesorowie: Andrzej Tarkowski, Jacek Modliński, Zdzisław Smorąg, Stefan Wierzbowski, aby wymienić tyko niektórych. Zajmowali się oni różnymi aspektami embriologii, kriokonserwacji gamet i zarodków i rozrodu zwierząt, co jak się później okazało, dało nam pewność siebie oraz wsparcie przy rozwiązywaniu problemów klinicznych.

Ale embriologia to nie jedyne wyzwanie, aby skutecznie przeprowadzić zapłodnienie pozaustrojowe.  Kontrolowana hiperstymulacja jajników, pobieranie komórek jajowych, przygotowanie nasienia i izolacja plemników, zapłodnienie in vitro a potem ICSI, wreszcie hodowla zarodków in vitro oraz przeniesienie zarodków do macicy to jedynie zasadnicze elementy leczenia.

Prof. Szamatowicz wyznaczył osoby odpowiedzialne za każdy z tych etapów. I tak do zespołu dołączyli doktorzy Euzebiusz Sola, Marek Kulikowski, Jurek Radwan i Darek Grochowski. Stworzyliśmy zespół– jak potem określono – zespół sześciu wspaniałych, którym udało się doprowadzić do narodzin pierwszego w Polsce dziecka poczętego metodą in vitro.  Jednak zanim zaczęliśmy świętować czekała nas praca.

Jak wiadomo czasy były wtedy ciężkie. W sklepach pusto, na stacjach benzynowych też, dotacji żadnych sprzętu brak a jeżeli już to pożyczony…  Niczego nie można było kupić, więc wszystko robiliśmy sami, np. sami produkowaliśmy wodę.

Wodę?!

Zaczynało się tak, że najpierw badaliśmy studnie w regionie. Potem z wybranych, w 200 l beczkach, przywoziliśmy wodę do laboratorium. Po około 20 tygodniach z jednej beczki uzyskiwaliśmy 100 ml naprawdę czystej wody, w której przygotowywaliśmy odczynniki.

Wszystko robiliśmy sami – nawet igły punkcyjne, zestawy do pobierania komórek jajowych, katetery do transferu zarodków itd… Te właśnie obowiązki m.in. spadły na moje barki, stąd też rozwijałem się jako wynalazca i konstruktor… z bożej łaski! Do dzisiaj w szafach leżą pamiątki moich nieudanych konstrukcji i wynalazków.

Byliśmy jednak silni, ambitni, nie żałowaliśmy siebie, swojego czasu ani sił. Byliśmy też doświadczeni przez liczbę niepowodzeń jakie nas spotykały. Nie zrażaliśmy się nimi, pracowaliśmy dalej. To nie znaczy że nie było napięć, kłótni i walki…

Trzeba wspomnieć że końcowy sukces w tej procedurze w równym stopniu zależy od realizacji każdego elementu. Każdy etap musi być zrealizowany bezbłędnie. Jakikolwiek błąd na jakimkolwiek etapie powoduje zniweczenie wysiłków pozostałych członków zespołu.  Tutaj widzę największą zasługę naszego mentora, prof. Szamatowicza,  który konsekwentnie i z wielką wyrozumiałością podtrzymywał w nas wiarę w sukces, tonując napięcia, konflikty i walki. Tylko dzięki temu, po około dwóch latach wysiłków, udało się nam uzyskać pierwszą ciążę.

Zobacz też: Zapłodnienie in vitro i hodowla zarodka – jak to wygląda? Wyjaśnia embriolog

Liczył Pan ile dzieci przyszło na świat dzięki Kriobankowi?

Niestety, jest to dość trudny rachunek, acz liczba ta jest naszym (jest to praca całego zespołu Kriobanku) wielkim sukcesem. Cieszy mnie to, że ludzie szanują nas za to co osiągnęliśmy.

O ile dokładnie nie pamiętam liczby dzieci, to pamiętam niezwykłe historie zgłaszających się do nas pacjentów. Skupiamy się nad czystymi aspektami medycznymi, obmyślamy plan leczenia – a przecież nie wolno nam zapominać, że to człowiek, jego uczucia, jego los są najważniejsze.

Bywa tak, że ludzie rezygnują z walki o dziecko, a my namawiamy ich na kolejne próby, bo wierzymy, że da się to zrobić. I rzeczywiście się udaje. Leczenie niepłodności jest specyficzne, czasem efekt zaskakuje nawet nas. Wielokrotnie widzimy pacjentki bez szans.  Jednak one wracają do nas po czasie i wtedy leczenie kończy się sukcesem. Takie przypadki powodują, że mamy wielki dystans do swoich umiejętności i do możliwości medycyny. Wbrew temu co można o nas pomyśleć, nie czujemy się panami życia i śmierci. My jesteśmy tylko małymi pomocnikami Pana Boga i współpracownikami Matki Natury. Tam gdzie ona postawiła zbyt wysokie progi dla zwykłych ludzi, niekiedy nam udaje się je przekroczyć.

Leczenie niepłodności niczym nie różni się od leczenia innych chorób. Tam gdzie jest to możliwe staramy się pomóc, ale widzimy też granice tej pomocy. Mnie w pracy zawsze towarzyszy zasada „Primum non nocere” (z łac. po pierwsze nie szkodzić). Czasem zbliżam się niebezpiecznie blisko tej granicy. Jednak to co dziesięć lat temu było tą bliskością, teraz już nią nie jest. Medycyna idzie naprzód, dlatego praca i ciągły rozwój pozwalają mi odnajdywać ją na nowo.

Czy jest Pana następca?

W pracy, oprócz licznego grona wybitnych specjalistów, mocno wspomaga mnie córka – dr Agnieszka Kuczyńska-Okołot. Jest już po specjalizacji, zdecydowała się kontynuować moje zainteresowania. Ma nowe spojrzenie na prowadzenie kliniki a jednocześnie liczne kontakty krajowe i zagraniczne, co daje jej szansę na rozwiązywanie kolejnych problemów niepłodności, z którymi nie możemy sobie jak na razie poradzić.

To fascynujące jak rozwiązywanie problemów uwidacznia następne. Dzięki temu nigdy nie staniemy w miejscu. Każda nowa wiedza uświadamia jedynie stopień komplikacji natury i zmusza do skromności w definiowaniu własnej wielkości.

Tu kupisz e-wydanie magazynu Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Ciąża po 50-ce nie jest bardziej ryzykowna niż ciąża po 40-ce

Izraelscy naukowcy dowodzą: ciąża po 50-ce jest tak samo ryzykowna, jak ciąża po 40-ce
fot.Pixabay

Naukowcy z Uniwersytetu Ben-Gurion w Izraelu od lat prowadzą badania nad wpływem wieku kobiet na przebieg ciąży. Z ich ostatnich badań wynika, że ciąża w wieku 50 lat nie niesie większego ryzyka komplikacji, niż ciąża po 40 roku życia.

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zobacz też: Koszt wychowania dziecka porównywalny z zakupem mieszkania? Te liczby niektórych mogą zadziwić

Dziecko po 50?

Średni wiek, w którym  kobiety podejmują decyzję o macierzyństwie systematycznie rośnie od lat 80 ubiegłego wieku. Dzieje się tak w związku z rozwojem medycyny i technologii oraz ze względu na zmieniający się model życia i ról płciowych w zachodnich społeczeństwach. Obserwując ciągły rozwój i zmiany na tych płaszczyznach, należy podejrzewać, że nie górna granica wieku, w którym kobiety będą rodzić dzieci nie została jeszcze osiągnięta.

Zespół naukowców pod kierownictwem profesora Sheinera przeanalizował możliwe komplikacje ciąży dla kobiet po 50 roku życia i porównali je z możliwymi komplikacjami u młodszych kobiet.

Zdaje się, że 50 to nowe 40. Nie ma wątpliwości, że spotkamy się z rosnącą liczbą kobiet rodzących po 50-ce. Co nie zmienia faktu, że ciąże po 40-ce powinny być z zasady traktowane jako ciąże podwyższonego ryzyka – mówił profesor Sheiner.

Zobacz też: Ekstremalne zjawiska pogodowe w trakcie ciąży wpływają na zdrowie psychiczne dziecka

Przebieg badania naukowców z Ben-Gurion

W badaniu naukowcy przeanalizowali przebieg ciąży, porodu i połogu 68 kobiet po 50, które urodziły dzieci w ciągu kilku ostatnich lat i przebadali ich dzieci. Około połowa kobiet zaszła w ciążę naturalnie, reszta skorzystała z zapłodnienia pozaustrojowego. Wyniki porównali z podobnymi danymi dotyczącymi 558 kobiet w wieku 45-50, 7.321 kobiet w wieku 40 i 44 oraz 240 kobiet, które urodziły dziecko mając mniej niż 40 lat.

Zobacz też: Nowy standard opieki okołoporodowej ma zmniejszyć ilość cesarek.

Naukowcy wzięli pod uwagę następujące komplikacje:

  • Cukrzyca ciążowa
  • Nadciśnienie ciążowe
  • Przedwczesne porody
  • Konieczność wykonania cesarskiego cięcia
  • Niską wagę urodzeniową dzieci
  • Niski wynik na skali Apgar
  • Ogólną niską kondycję fizyczna dzieci
  • Śmiertelność kobiet w trakcie porodu

Z analizy wynika, że o ile ryzyko wystąpienia powikłań istotnie rośnie wraz z wiekiem, to u kobiet rodzących po 40-ce i po 50-ce ryzyko utrzymuje się na podobnym poziomie.

Źródło: Uniwersytet Ben-Gurion

E-wydanie Magazynu Chcemy Być Rodzicami kupisz tutaj. 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.

Anemia – czy badałaś ostatnio krew? Żelazo na skraju wyczerpania!

Niedokrwistość niezmiennie jest przypadłością pojawiającą się w dużej skali. Wiele osób ją bagatelizuje, co niestety jest dużym błędem – szczególnie jeśli przygotowujesz się do ciąży lub już w niej jesteś. Czym właściwie jest anemia, jak ją rozpoznać i koniec końców także pokonać?

CHaBeR News

https://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Anemia to stan, w którym poziom hemoglobiny, hematokrytu lub krwinek czerwonych znajduje się poniżej normy. Co istotne, kobiety są na nią znacznie częściej narażone (wiąże się to m.in. z utratą krwi podczas każdej miesiączki). Najczęściej spotyka się niedokrwistość z niedoboru żelaza (Fe) i właśnie na niej się skupimy.

Oprócz utraty krwi podczas okresu (szczególnie jeśli krwawienia są obfite lub miesiączki są częste) powodami wystąpienia niedokrwistości z niedoboru żelaza mogą być także deficyty związane ze zbyt ubogą dietą i niedostarczaniem wystarczającej ilości Fe z pożywieniem. Mogą to być również zaburzenia wchłaniania, czy czas zwiększonego zapotrzebowania na opisywany mikroelement, czyli np. właśnie ciąża.

Co istotne, żelazo wchodzi w skład hemoglobiny (czyli białka zawartego w czerwonych krwinkach), która odpowiada za transport tlenu do wszystkich tkanek. Wszelkie zaburzenia w tym procesie są więc szczególnie niebezpieczne dla układu nerwowego, odpornościowego oraz sercowo-naczyniowego.

Anemia – jakie mogą być objawy?
  • Osłabienie, poczucie zmęczenia
  • Szybsze męczenie się
  • Zawroty i bóle głowy
  • Trudności z koncentracją
  • Zaburzenia rytmu serca
  • Blada i sucha skóra, wypadające włosy
  • Pogorszenie nastroju
  • etc.

Niekiedy zdarza się, że pomimo obniżonego poziomu żelaza praktycznie żadne symptomy stanu chorobowego nie są odczuwalne. Jest to zatem jeden z argumentów, dlaczego warto robić badania regularnie, nawet jeżeli nie obserwujemy nic niepokojącego!

Konsekwencje dla dziecka

Należy pamiętać, iż dziecko dostaje żelazo od matki dopiero w trzecim trymestrze ciąży. Dlatego wcześniaki, ale też dzieci z ciąż mnogich oraz maluchy, które w czasie porodu utraciły krew, mają bezwzględne wskazanie do podawania żelaza.

Co więcej, jeśli matka w czasie ciąży boryka się z niedokrwistością, jest zwiększone ryzyko, iż dziecko także będzie miało niedobory żelaza. Jest to niezwykle istotny składnik dla rozwijającego się organizmu, a anemia może prowadzić do spowolnienia rozwoju poznawczego, ruchowego, czy też sensorycznego dziecka. Żelazo wnosi bowiem duży wkład w rozwój mózgu dziecka!

Jeśli zaś chodzi o ciążę, anemia u przyszłej mamy zwiększa ryzyko urodzenia wcześniaka, dziecka z niską wagą urodzeniową lub też pojawienia się powikłań okołoporodowych.

Zobacz też: Jak przygotować się do badań laboratoryjnych?

Jakie badania należy zrobić, by wykryć anemię?

Przede wszystkim należy zacząć od morfologii krwi obwodowej, którą może zlecić lekarz pierwszego kontaktu. Trzeba zwrócić uwagę na liczbę czerwonych krwinek, poziom hemoglobiny oraz liczbę retikulocytów. Ważne są także parametry krwinki czerwonej (MCV – średnia objętość krwinki czerwonej, MCH – średnia zawartość hemoglobiny w krwince czerwonej, MCHC – średnie stężenie hemoglobiny w krwince czerwonej). Istotne jest również sprawdzenie poziomu żelaza w surowicy, poziomu ferrytyny oraz całkowitą zdolność wiązania żelaza.

Kiedy możemy mówić o anemii? Zostały stworzone specjalne normy, które pozwalają ocenić obecność niedokrwistości, a także jej stopień (są cztery stopnie: niedokrwistość łagodna, umiarkowana, ciężka, zagrażająca życiu). U kobiet o anemii świadczy wynik wskazujący na hemoglobinę poniżej 12g/dl, a u kobiet ciężarnych poniżej 11g/dl.*

*Należy pamiętać, że laboratoria mogą mieć swoje własne normy i to nimi należy kierować się podczas interpretacji wyników.

Jak leczy się niedokrwistość z niedoboru żelaza?

Przede wszystkim jest to suplementacja preparatami żelaza, niektóre z nich mają także dodatek kwasu askorbinowego lub kwasu foliowego. Preparaty podawane są w formie tabletek. Mogą jednak wywołać efekty uboczne, takie jak problemy z wypróżnianiem się. Jeśli są one nasilone, należy zmienić lek.

Istnieje także możliwość leczenia dożylnego, które jest jednak stosowane w bardzo nielicznych przypadkach. Np. jeśli ktoś nie toleruje farmakoterapii doustnej lub gdy nie da się traconego żelaza uzupełnić drogą pokarmową.

Niezwykle ważna jest w tym przypadku także dieta, która pozwoli chociaż w niewielkim stopniu uzupełniać żelazo na bieżąco. Produkty bogate w ten składnik to m.in. mięso (wątróbka, wołowina, ryby, drób), żółtko jajka, zielone warzywa, np. brokuły, czy jarmuż, ale także orzechy, warzywa strączkowe i tofu.

Zobacz też: Krew menstruacyjna – co mówi o kobiecym zdrowiu?

Źródła:

Matysiak, M., Niedokrwistości – nadal aktualny problem w opiece nad matką i dzieckiem , Family Medicine & Primary Care Review 16(2), s. 185–188.  [dostęp 15.04.2019].

Orlicz-Szczęsna, G., Żelazowska-Posiej, J., & Kucharska, K. (2011). Niedokrwistość z niedoboru żelaza. Current Problems of Psychiatry, 12(4), 590–594. [dostęp 15.04.2019].

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.