Przejdź do treści

5 rzeczy, których nie musisz mówić rodzicom adopcyjnym

Jak się na czymś nie znam, to tym chętniej się wypowiem. Bo przecież słyszałam, bo tak się mówi, bo wszyscy wiedzą. A jakby tak wejść w buty tego co słucha? Czy faktycznie Twoja wypowiedź jest budująca i potrzebna? Co ona wniesie w życie, czy choćby jeden dzień rodziny adopcyjnej.

Tym razem tekst, który jest skierowany do wszystkich, którzy nie adoptowali dziecka. Jeszcze nie adoptowali lub nigdy nie adoptują. Ale też tekst dla rodziców adopcyjnych, możecie go udostępniać, aby jak najwięcej osób z tzw. otoczenia miało szansę go przeczytać, i być może użyć w swoich wypowiedziach. A właściwie NIE użyć.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Oto wypowiedzi jakie wkładane były w moje uszy i moje subiektywne komentarze do nich.

ADOPTOWALIŚCIE?! ALE JESTECIE ODWAŻNI!

W takiej sytuacji trudno nie dociekać dlaczego rozmówca jest aż tak poruszony tą odwagą. Więc dopytuję i słyszę takie uzasadnienie tej odwagi. „No, że nie baliście się wziąć obce dziecko?” tak, to było obce dziecko. Tak jak kiedyś obcy był mój mąż. Ale jednak zdecydowałam się na ten szalony akt odwagi i postanowiłam za niego wyjść, żeby stworzyć rodzinę. Od tego momentu to jest MÓJ mąż, i nikt jakoś mi tej odwagi nie gratuluje. Zatem podpowiem tym co tak mówią. Wzięłam dziecko urodzone przez obcą kobietę, aby je kochać i stworzyć z nim pełną dziecięcego śmiechu rodzinę. Teraz to jest MOJE dziecko.

CZYLI NIE MOGLIŚCIE MIEĆ SWOICH?

A te, które mamy to czyje? Sąsiadów? Ja rozumiem, że Ci, którzy nie adoptowali mają słowo „własne” dziecko w codziennym użyciu bez żadnych zabarwień. Po prostu urodziłam to mam własne dziecko. Sąsiadka urodziła to ma swoje własne dziecko. Ale rodzice adopcyjni jak adoptowali to też mają swoje własne dziecko. I czują tą subtelną różnicę, czy właściwie ten podtekst, że swoje to biologiczne, ale w takim razie adoptowane to czyje? Wolałabym nie rozróżniać żaden sposób, ale jeśli już, to najlepsze określenia w takich rozmowach, to po prostu dziecko adoptowane lub dziecko biologiczne. Chociaż najwłaściwsze jest tu od dawna słyszane „wszystkie dzieci nasze są”.

CO ZROBISZ JAK SIĘ OKAŻE ZA PARĘ LAT, ŻE COŚ Z NIM NIE TAK?

Tutaj chyba wystarczyłoby powiedzieć, a co Ty zrobisz, gdy z Twoim dzieckiem za kilka lat będzie coś nie tak? Cokolwiek to „coś” ma oznaczać. Moja bardzo bliska znajoma ma wspaniałą biologiczną córkę, to jej i jej męża oczko w głowie. Na piąte urodziny ich córeczka dostała w prezencie diagnozę – cukrzyca typu pierwszego. Życie im stanęło do góry nogami, żeby nie powiedzieć że wystrzeliło w kosmos. I co? „Coś” się okazało nie tak. Nie tak jakbyśmy życzyli każdemu swojemu dziecku. Cd patrz punkt powyżej.

TO ONA WIE, ŻE JEST ADOPTOWANA?

To mój ulubiony tekst. Szczególnie chętnie wypowiadany w towarzystwie tej Adoptowanej. Właśnie wtedy najczęściej ten temat się pojawia gdy przy córce rozmawiamy o adopcji. Ja mówię o tym z… chciałabym napisać z dumą, ale prawda jest taka, że mówię to z „normalnością”. Ty rodziłaś naturalnie, albo cesarką, a ja adoptowałam. Bo to jedna z dróg do tego, żeby stać się rodzicem. Jeśli tego nie czujesz, to może poczujesz co dzieje się w głowie dziecka słyszącego taki komentarz. Może ono myśli tak: „ Czyli nie powinienem tego wiedzieć? to powinno się ukrywać? Wygląda na to, że ta adopcja to nic dobrego. Zatem będę to ukrywał.” Czytaj – nie będę akceptował swojej adopcyjności, nie będę akceptował siebie. Bo tak jak ktoś żyje z niebieskimi oczami i tego nie zmieni, tak dziecko adoptowane żyje z tym „przymiotnikiem” i tego zmienić nie może. Chociaż to pierwsze to chyba w dobie aktualnych osiągnięć medycznych jest do załatwienia, to drugie raczej nie.

MILCZENIE

Tak, to też jest bardzo częsty komunikat. Towarzyskie spotkanie, jest wesoła atmosfera, rozmawiamy o dzieciach, o porodach, ja mówię, że adoptowałam i nagle CISZA! Każdy siedzi jakby stracił głos. Mimo, że nic nie słyszę, to wiesz co czuję? Czuję się dziwnie, czuję się inna, może gorsza, bo ta głucha cisza ma pejoratywne zabarwienie. Znika miła atmosfera, ktoś zmienia temat, jakbym była nie dość godna rozmawiania o macierzyństwie przy mnie. Bywa, że ciąg dalszy to wypowiedzi cytowane w punktach powyżej.

 

Rozumiem, że słowna wpadka może się przydarzyć każdemu w każdy temacie. Te powyższe, nazwijmy to wpadki, nie wynikają złej intencji, jestem tego pewna. To raczej wynik tego, że adopcja nie jest na ustach wszystkich. Nie jest znana i choć powszechna, to rzadko jest promowana, nagłaśniana, opisywana tak po prostu, życiowo, ludzko, rodzicielsko, zwyczajnie. Ludzie bez adopcyjnego doświadczenia najzwyczajniej w świecie nie wiedzą co powiedzieć.

A co można powiedzieć? Po prostu uśmiechnąć się i pogratulować. Można zapytać o coś co jest szczególnie interesujące, albo nie zrozumiałe dla Ciebie rozmówco. Ja nie wstydzę się adopcji i rozumiem powszechną niewiedzę w tym zakresie. Z radością odpowiadam na pytania w jakim wieku były córki gdy je adoptowaliśmy, albo od kiedy jesteśmy razem. Albo jak wygląda procedura adopcyjna, albo jak długo staraliśmy się o adopcję. To tak jakby pytać kobietę w ciąży, który to miesiąc, jak się czuje, czy pytać matkę biologiczną kiedy urodziło się jej dziecko. Pytaj, nie bój się, że ukisisz atmosferę, nawet jeśli Twoje pytanie będzie niestosowne, zawsze możesz za to przeprosić. Szczególnie, gdy w Twoim towarzystwie jest adoptowane dziecko. Ale przecież Ty już wiesz z powyższych punktów czego nie mówić, więc śmiało!
Magdalena Modlibowska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.